Connect with us

Publicystyka filmowa

Najlepsze sceny z filmów STEVENA SPIELBERGA

Odkryj NAJLEPSZE SCENY Z FILMÓW STEVENA SPIELBERGA – wyjątkowe momenty, które zapierają dech i pozostają w pamięci na zawsze.

Published

on

Najlepsze sceny z filmów STEVENA SPIELBERGA

Napiszmy sobie od razu szczerze: tytuł odrobinę kłamie, lecz trudno żeby było inaczej. Nie wszystko bowiem, co się u Spielberga świeci, jest sceną. A i w zależności od tego, jak postrzegamy filmową narrację, definicja tejże może się różnić. Niełatwo w dodatku całkowicie obiektywnie wykroić z produkcji brodatego twórcy konkretny, podręcznikowy przedział czasowy bez utracenia jego sensu bądź magii oraz bezkrytycznie wskazać te absolutnie najlepsze, chowając do szafy personalne odczucia, nieśmiertelne wspomnienia, emocjonalne niuanse lub też preferencje podyktowane przypływem chwili.

Advertisement

Oceniamy wszystkie filmy Stevena Spielberga

Pełny tytuł powinien zatem brzmieć: ulubione, najbardziej pamiętne, najciekawsze i robiące największe wrażenie sekwencje, sceny i ujęcia z filmów Stevena Spielberga.

Advertisement

steven_spielberg2

A czemu tylko dwadzieścia jeden, skoro legendarny twórca ma ich na koncie ponad trzydzieści? Bo tak. Zapraszam. I ostrzegam przed ujawnianiem zdradliwych meandrów fabuł. Specjalnie nie zamieszczam jednak materiałów wizualnych, bo te i tak szybko giną, a poza tym wyrwane z kontekstu nie smakują tak dobrze – zwłaszcza kiedy nie zna się filmu.

21. Przygody Tintina – opowieść kapitana

W takim samym stopniu film Spielberga, co Petera Jacksona. Styl obu panów całkiem zgrabnie się uzupełnia i szczęśliwie nie ma mowy o dysonansie. A jednak rękę i jednego, i drugiego zdradzają poszczególne sekwencje. Mogę się oczywiście mylić względem tej konkretnej, lecz byłbym gotów się założyć (o deskę koreczków), że za jej ostateczny kształt odpowiada właśnie Steven. I być może dlatego – podobnie jak pościg po nadmorskim miasteczku – tak bardzo przypomina najlepsze lata reżysera, pełne niczym nieskrępowanej, a przy tym nieurągającej inteligencji widza przygody.

Advertisement

SS-tintin

Sam Kapitan Baryłka wygląda trochę jak Jackson, lecz jego wspomnienie historycznych wydarzeń z udziałem przodka, Sir Francisa Haddocka, to prawdziwie spielbergowska perełka. Powrót do przeszłości za pomocą nieświadomie wypitej, odpowiedniej ilości alkoholu bezbłędnie spaja ze sobą dwa plany czasowe, nakreśla charaktery ich bohaterów i stanowi solidną przygodę w większej przygodzie. Taka minikorsarska opowieść, która cieszy mordę nawet bez patrzenia na resztę fabuły. Swoisty film w filmie, podobnie jak całość technicznie wymuskany. I po prostu tak zwyczajnie fajny.

20. Most szpiegów – prolog

Ckliwy, pompatyczny, nudny, dłużący się, przesłodzony – to tylko niektóre z zarzutów nie tylko względem tego dokonania Spielberga, ale większości filmów z ostatnich lat. Mimo to także w nich znajdziemy przynajmniej parę iście magicznych momentów Jednym z nich jest właśnie prolog współtworzonego z braćmi Coen Mostu szpiegów – dobitnie udowadniający zarówno olbrzymią popularność, jak i talent wizualny Spielberga.

Advertisement

SS-spies

To kilka rozgrywających się bez słowa i radzących sobie bez muzycznego wspomagania minut, które pokazują nam wycinek dnia codziennego z życia szpiega, szczegóły przekazywania informacji; drobnostkowość, cierpliwość i samotność takiej bytności, ostatecznie brutalnie przerwanej przez równie ostrożną i dopracowaną akcję służb bezpieczeństwa. Niby nie dzieje się nic – ot, starszawy pan idzie w plener, by malować, a po powrocie do domu wyłamują mu drzwi i zabierają na przesłuchanie – ale sposób stopniowania napięcia, opowiadanie obrazem, a nie słowami (które, gdy już się pojawiają, są proste, zdawkowe i klarowne) solidnie przykuwają do ekranu.

Emocje dodatkowo podsyca fakt, że chociaż nie znamy stawki, to i tak doskonale wiemy, że jest ona wysoka. Wszystko to sprawia, że to przypuszczalnie najlepszy spielbergowski moment ostatniej dekady. Sekwencja, której – mimo prób, z całkiem udanym finałem na czele – nie udało się już przeskoczyć podczas reszty seansu.

Advertisement

19. Zaginiony świat: Jurassic Park – pękająca szyba

Mały ewenement w twórczości Spielberga. Sequel tyleż gorąco wyczekiwany już od premiery pierwszego Parku…, co w sumie zbędny i niepotrzebny. Efektem małe rozczarowanie, acz oczywiście na ekranie aż roi się od znakomitych scen, które nie pozostawiają wątpliwości co do tego, kto stał za kamerą. Mamy więc polowanie ludzi na dinozaury, polowanie raptorów na ludzi, T-Rexa w obozie, przy wodospadzie i na ulicach San Diego. Ten sam gad, wraz z przyjacielem, ściera się wcześniej z samochodem oraz specjalnie wyposażoną ciężarówką przegubową (oba od Mercedesa – auta, nie rexy). I to właśnie z tym ostatnim starciem wiąże się mój faworyt tej produkcji – jak na ironię pozbawiony już udziału dinozaurów.

SS-lostworld

Przeciwnikiem bohaterów jest natomiast czas liczony wraz z każdą rysą na szybie, na którą feralnie upada w pewnym momencie Julianne Moore. Te kilka centymetrów coraz bardziej wątpliwej jakości szkła to wszystko, co oddziela jej bohaterkę od śmierci. Każdy jej ruch może być zatem ostatnim, a każdy latający luzem po pojeździe przedmiot jest w stanie w mgnieniu oka przesądzić o jej losie. Wydarzenia, które do tego doprowadzają, są głupawe, Spielberg przedłuża to wszystko w nieskończoność, napięcie wydaje się wręcz absurdalne, szczęśliwy koniec jest nieunikniony, a towarzyszące mu efekty już niestety mocno się zestarzały. Ale i tak za każdym razem siedzi się na tej krótkiej scenie jak na szpilkach.

Advertisement

18. Indiana Jones i Świątynia Zagłady – wiszący most

Nawet przeciwnicy muszą przyznać, że ta odsłona przygód Jonesa Juniora wniosła do świata Indiany przynajmniej trzy znakomite sekwencje, które na stałe weszły do kanonu nie tyle serii, co kina w ogóle. Taki jest moment następujący niedługo po osławionej ucieczce górniczym wagonikiem – przejście przez wiszący most. Coś w tym obiekcie zresztą jest, bo zawsze działa na wyobraźnię filmowców, skutkując zapadającymi w pamięć scenami. Niemniej, abstrahując od produkcji, które mają go już w tytule, drugi Indiana Jones zawsze przychodzi na myśl jako jeden z pierwszych przykładów. Wciąż zresztą pozostaje pośród najlepszych – choć przecież nie ma tu w sumie nic specjalnego.

SS-indy

Ot, po jednej stronie bad guye, którzy już mają w swoich łapach kobietę i małego pomocnika Jonesa, a z drugiej zaskoczony takim obrotem spraw Indiana, który właśnie na tenże most salwuje się ucieczką. Pomiędzy nimi kilkaset metrów niezbyt stabilnej konstrukcji z liny i desek. Wkrótce nasz otoczony heros – nigdy nie wyglądający w sumie tak dobrze nadszarpnięty przebytymi milami – nie mając w ręku argumentów, decyduje się na szybką rozbiórkę całego miejsca i, pisząc kolokwialnie, wszystko idzie w pizdu.

Advertisement

Nie jest to zatem ani specjalnie odkrywcza, ani też jakoś szczególnie wyjątkowa wizualnie scena. Mocno też wyświechtana od czasu premiery, dublowana w wielu innych produkcjach. Cóż jednak z tego, skoro dalej ogląda się ją z wypiekami na twarzy, do ostatniej sekundy kibicując odrobinę przerażonemu własnym pomysłem bohaterowi.

17. Lista Schindlera – Amon łaskawy

To nie jest tytuł, do którego często się wraca, nie tylko przez wzgląd na metraż. Ale Spielberg nawet taki temat potrafi nakreślić wbijającymi się w mózg obrazami, uatrakcyjnić wizualnymi trikami, optymistycznymi detalami i niezapomnianymi scenami. Oczywiście króluje dziewczynka w czerwonej sukience, wybijająca się użyciem koloru. Równie mocno oddziałuje jednak na emocje polujący Amon Göth. To właśnie z nim wiąże się jeden z najmocniejszych wątków, zwieńczeniem którego zabicie Lisieka.

Advertisement

Trudno w tym wypadku pisać jednak o scenie czy sekwencji. Choć taka robi za finał, który obserwuje się z bezsilnym przerażeniem – podobnie jak zmuszeni do obojętności bohaterowie, szybko przechodzący do porządku dziennego nad ciałem chłopca – całość zostaje nakreślona dużo wcześniej.

SS-Schindler

Jej zalążków można doszukać się już w nieudanej egzekucji więźnia, gdy pistolety odmawiają Amonowi posłuszeństwa. Potem, dzięki rozmowie z Schindlerem, podczas której widzimy Götha w troszkę przystępniejszym świetle, kary unika inny chłopczyk. W sercu Amona zostaje zasiana wątpliwość, a iskierka nadziei tli się na twarzy Itzhaka, który liczy w duszy na przemianę potwora. Po tym, jak Lisiek nie wykonuje powierzonego mu zadania, Amon wymownie spogląda w lustro, jakby sam chciał dostrzec w sobie ludzkie oblicze.

Advertisement

Ale potwór okazuje się silniejszy, Lisiek ginie, a my zdajemy sobie sprawę, że Amon tak naprawdę dawał sobie rozgrzeszenie na kolejny mord. I nawet fakt, że tym razem potrzebuje na to aż trzech strzałów, ponuro niknie w świadomości.

16. A.I. Sztuczna inteligencja – księżycowe polowanie

Z pewnością w jakimś stopniu niedocenione, a jednak wielce ambitne dzieło, wizualny majstersztyki i, rzecz jasna, źródło wielu niezapomnianych scen. Wśród nich David i Gigolo Joe trafiający na leśne składowisko odpadów, na które po chwili, po świeżej dostawie złomu, złazi się grupa uszkodzonych androidów. Już sam ten widok ujawniających się w ciemności, niepełnych twarzy i „okaleczonych” robotów to prawdziwy popis efektów specjalnych. Za moment jednak Spielberg podkręca tempo – na horyzoncie pojawia się dziwnie ogromny księżyc, na którego widok mechy rzucają się do ucieczki.

Advertisement

Okazuje się on latającym centrum dowodzenia polujących na „elektrycznych” maruderów, którzy nacierają hordą także i na ziemi – ubrani w upiorne, fosforyzujące stroje, poruszają się na równie przerażająco zmodyfikowanych motocyklach. Wzmagając panikę, bez skrupułów chwytają kolejne, dawno spisane na straty egzemplarze. Wkrótce dołączą one do innych w pobliskim parku rozrywki…

SS-AI

Jest to pod kilkoma względami kalka z polowania na dinozaury w Zaginionym świecie. Niezwykła dynamika i nerw tej sekwencji, ukrycie wszystkiego w mroku lub półcieniach, kontrolowany chaos, jakiego jesteśmy świadkami, element zaskoczenia oraz autentyczna bezwzględność prześladowców windują ją jednak o klasę wyżej. Również fakt, że to właśnie roboty, a nie ludzie są tutaj pierwszoplanowymi postaciami, którym się kibicuje i współczuje, sprawia, że wyróżnia się ona w filmografii Spielberga, stanowiąc znakomity kawałek kina.

Advertisement

15. Kolor purpury – uśmiech Celiny

Nominowana do 11 Oscarów, dziejąca się na głębokim Południu USA początków XX wieku historia Celie Johnson rozpoczęła karierę Whoopi Goldberg – i to właśnie z nią bezgranicznie się kojarzy, choć przecież nie brakuje w nim większych nazwisk oraz kreacji. To na tyle nietypowy dla Spielberga projekt oraz wystarczająco niewygodny temat, że niełatwo jest w nim znaleźć naprawdę wybijające się momenty, sceny mogące konkurować z resztą twórczości reżysera. Działa bardziej jako całość, a spokojna narracja i tocząca się swoim rytmem fabuła pozbawiona jest widowiskowych, zapadających w pamięć operatorskich sztuczek. Niemniej i tu znajdziemy chwytające za serce, typowe dla Stevena momenty.

kolor 1

Najbardziej ujmuje skromna rozmowa wspomnianej Celinki – osoby nieśmiałej, skrytej, na każdym kroku dręczonej przez innych – z przebojową, rozwiązłą śpiewaczką Shug Avery. Między bohaterkami następuje nić porozumienia, która szybko przeradza się w przyjaźń, a nawet fascynację. Dowodem na to publicznie wykonywana przez Avery piosenka na cześć panny Celie. Rezultatem następująca potem między nimi prywatna, wręcz intymna, z unoszącą się w powietrzu aurą erotyzmu rozmowa, podczas której Celie po raz pierwszy uśmiecha się naprawdę szczerze, nie zasłaniając twarzy rękoma, jak to robiła dotychczas.

Advertisement

Przez te kilka sekund może być sobą. W tym jednym ujęciu Spielberg sprawia, że znikają wszystkie troski jej świata, że cała reszta staje się nieważna i, jakby przy okazji, zmiękcza serca widowni. Dosłownie mała rzecz, a cieszy.

14. Raport mniejszości – Tomek i Agatka

Ten film to głównie Tom Cruise biegający za swoimi oczami i za podejrzanym, uciekający przed własnymi ludźmi i elektronicznymi pająkami, skaczący po autach przyszłości oraz bijący się z Colinem Farrellem w fabryce tychże pojazdów. To jednak również film niuansów – takich jak nocny jogging i spotkanie człowieka bez oczu, przeglądanie zapisów prekognicji, słowne starcie ze wspomnianym Farrellem w agencji, sympatyczny epizod Petera Stormare’a albo ratujące skórę balony. W całym tym kramie znajduje się skromny moment z poniższego zdjęcia.

Advertisement

SS-Minority

Kiedy Anderton w końcu natrafia na trop Leo Crowa, gdy straszy portiera pistoletem (też fajny detal), gdy już ma iść na górę, wtedy do głosu dochodzi roztrzęsiona Agatha. Anderton chwyta ją w pół kroku i na krótką chwilę stają się jakby jednym bytem, w obiektywie Janusza Kamińskiego przypominając, nomen omen, Janusa – starożytne bóstwo o dwóch obliczach. Agatha spogląda na zachód, ku wyjściu z całej sytuacji, przekonując Andertona o tym, że jeszcze nie jest za późno, że nadal może się wycofać i nie spełnić przepowiedni.

Zwrócony na wschód Anderton jakby to rozważał, choć przecież już podjął decyzję o podążeniu wybraną mu przez los ścieżką. Krótki fragment szybko ginie pod natłokiem innych atrakcji, ale i tak pozostaje małą perłą. Poniekąd jest też przewrotną kwintesencją charakterystycznego znaku reżysera – tak zwanego Spielberg’s face, czyli nagłego zbliżenia, często bezpośredniego najazdu kamery na twarz postaci i wyolbrzymieniu jej emocji.

Advertisement

13. Wojna światów – bitwa o minivana

Jeden z bardziej niedocenionych Spielbergów to istna kopalnia świetnych sekwencji i niezapomnianych przeżyć. Pośród chaosu towarzyszącego eksterminacji ludzkości, reżyser umieścił parę mniej efektownych, kameralnych wręcz scen, pozornie nie zwracających większej uwagi – jak z początku spokojna podróż Toma Cruise’a (który tutaj również biega) i jego dzieci przez zgliszcza Ameryki. Problemy zaczynają się w chwili, gdy docierają do większego skupiska ludzi, w których powinni znaleźć wsparcie.

Mając jedyne sprawne auto w okolicy, momentalnie przykuwają błagalne spojrzenia i niezdrowe zainteresowanie pełne desperackich okrzyków. Ktoś uderza w szybę torbą, próbując zatrzymać pojazd – dla niedobitków źródło nadziei. Tłuszcza staje się coraz bardziej agresywna, szybko otacza Plymouth Voyager rocznik 93. W mgnieniu oka pod naporem puszczają szyby, które niektórzy osobnicy wręcz rozdzierają gołymi rękoma. Potem do głosu dochodzą broń i morderczy instynkt gatunku…

Advertisement

SS-WOTW

Te parę minut ogląda się jak najlepszy horror. Pokazana niezwykle realistycznie sekwencja staje się dla bohaterów o wiele bardziej namacalnym zagrożeniem niż majaczące na horyzoncie ufoludki w swoich maszynach. A prawda się za nią kryjąca przeraża podwójnie właśnie przez wzgląd na okoliczności – oto będący prawdopodobnie na granicy wymarcia homo sapiens udowadnia, że nadal drugi człowiek jest dla niego największym niebezpieczeństwem. Spielberg ciągnie zresztą potem jeszcze ten temat, ale to właśnie tutaj osiąga apogeum emocji.

12. Poszukiwacze zaginionej Arki – walka przy samolocie

Tym razem czysto heroiczny Spielberg, który wraz ze swoim pupilem Indianą Jonesem ponownie daje prawdziwy popis inscenizacji (oraz improwizacji, gdyż rzeczona scena była także wymyślana bezpośrednio na planie, czego owocem drobny uraz Harrisona Forda). Oto tytułowa Arka ma zostać przez Niemców przetransportowana samolotem (nazwany The Flying Wing projekt powstały na wzór autentycznego prototypu z czasów wojny – Horten Ho 229). Oczywiście Indy na to nie może pozwolić, więc razem z Marion planują przejąć stery. Udaje się… połowicznie. Marion zostaje przypadkiem uwięziona w kabinie pilota, a Indy zmuszony do pojedynków na pięści z kolejnymi nazistami, którzy tradycyjnie wyrastają jak grzyby po deszczu.

Advertisement

SS-indy2

Mimo trzydziestu pięciu lat na karku to kolejny dowód niezwykłego kunsztu twórczego reżysera. Gra i podoba się tu wszystko – od rzeczonego, nawet obecnie wyglądającego futurystycznie samolotu, po kolejne przeszkody na drodze bohaterów, wpisaną w klimat sceny brutalność, którą bierze się za pewnik, aż na niezapomnianej facjacie Pata Roacha skończywszy (co ciekawe, aktor ten „zginął” w tym filmie już wcześniej – podczas burdy w knajpie Marion; grał zresztą we wszystkich trzech częściach równie złych kolesi). Niesamowity jest także rytm całej sekwencji, toczącej się niezwykle naturalną koleją losu i pełną przypadkowych w sumie małych zdarzeń, które razem tworzą dokładnie zaplanowaną, świetnie podbudowaną i po prostu znakomitą, imponującą scenę – wyznacznik dobrej, niegłupiej akcji.

11. E.T. – dziewiczy lot

Jedna z najbardziej ikonicznych i rozpoznawalnych scen nie tylko w całej twórczości Spielberga, ale i w historii kina w ogóle. Skopiowana, przetworzona i sparodiowana na milion sposobów. Ba! Stała się też znakiem rozpoznawczym reżysera, który wkomponował ją w logo swojej firmy produkcyjnej – Amblin. Musiała zatem znaleźć się i tutaj, choć przecież historia zostawionego na Ziemi ufoludka i jego przyjaźń z amerykańskim nastolatkiem oferuje cały stos niezwykłych momentów – jak na przykład ich pierwsze wspólne spotkanie. Magii więc tej produkcji nie brakuje, a dla wielu widzów to wciąż najlepsze wspomnienie z dzieciństwa, esencja kina Spielberga.

Advertisement

extra-terrestrial

Ale to właśnie w scenie nocnego lotu Elliota z E.T. wspomniana magia daje o sobie w pełni znać w postaci przyjemnych dreszczy, totalnego oczarowania i podekscytowania fantastyczną bajką, która właśnie dosłownie weszła na wyższy poziom. Jasne, dziś być może wrażenie to jest nieco mniejsze. Zbyt dużo zmieniło się zarówno w kinie, jak i w nas samych, brakuje też elementu zaskoczenia, który towarzyszył nam kiedyś w ciemnej, kinowej sali (lub spowitym mrokiem pokoju). Nostalgia na bok, wciąż można jednak poczuć w tym momencie wiatr na twarzy, zupełnie mimowolnie nabrać powietrza w płuca i z zapartym tchem śledzić tę prostą, ale jakże skuteczną sztuczkę, która wcale nie zabiera nas nie wiadomo gdzie, bo jedynie do lasu za miastem. Potem zresztą reżyser ją powtarza ze zdwojoną siłą. A efekt jakby mniejszy…

10. Monachium – hotelowa bomba

Munich zamachami bombowymi stoi, a hotele są w nim (w filmie znaczy, nie w mieście) co najmniej dwa. Mnie chodzi rzecz jasna o ten pierwszy, czyli generalnie trzeci cel grupy złożonej z Avnera i spółki. Australijczyk, Anglik, Niemiec, Francuz i Irlandczyk to żydowski oddział śmierci, który lata po świecie i mści się na Arabach za masakrę w München ’72. Kolejnym nazwiskiem na liście jest Hussein Al Bashir, który zaszył się w cypryjskim pensjonacie. Jest więc gorąco, nerwowo, a w rezultacie także zaskakująco wybuchowo.

Advertisement

Zaskakująco, bo nasi bohaterowie grubo przesadzają z liczbą podłożonych środków pirotechnicznych, przez co nie tylko skutecznie pozbywają się Husseina (z którym w dodatku Avner chwilę wcześniej rozmawia), ale i całego piętra hotelu o dość przewrotnej nazwie – Olympic.

SS-Munich

Monachium to jeden z najbardziej dojrzałych i odważnych filmów Spielberga, a ta scena to praktycznie jego wizytówka. Działa tu wszystko – od technicznych detali pokroju światła, zdjęć i muzyki, a na klimacie kończąc. Napięcie można kroić nie tyle nożem, co piłą łańcuchową i dosadnie oddaje to twarz Erica Bany, który po poznaniu swojego wroga waha się, czy zgasić światło we własnym pokoju, co równa się dać sygnał do wysadzenia ładunków. Po chwili sam omal nie traci życia, gdy w wyniku eksplozji wali się na niego ściana. Jego koledzy oraz widzowie są słusznie oszołomieni własnymi możliwościami oraz dosłownie zdruzgotani efektem całej operacji. Ręka na hotelowym wiatraku mówi wszystko – mocna rzecz.

Advertisement

09. Imperium Słońca – iskrzące marzenie Jima

Mocno niedoceniony, wielki film – jeden z najlepszych tego reżysera, choć na pierwszy rzut oka niezbyt atrakcyjny, odrobinę ciężki, początkowo niezbyt angażujący. O tym, jak doskonale mieszają się podobne odczucia i poważny ton z dziecięcą naiwnością, doskonale przekonuje właśnie ta scena – przyjazd do obozu. Zaskoczeni i wciąż dumni Anglicy, których japońscy żołnierze wrzucili na ciężarówki nie chcą nawet słyszeć o ciężkiej pracy pod przymusem. Jedynie Basie i tryskający energią Jim bez oporów podnoszą kamienie, znikając wśród tony statystów. Ten drugi szybko traci jednak głowę na widok stojącego w oddali myśliwca Mitsubishi A6M Zero („granego” przez amerykański T-6G)…

SS-empire

Niesamowita gra światłocieniem, lecące w tle iskry, które zdają się iście nieziemskim tworem, urzekające nuty Williamsa w tle i zahipnotyzowana twarz młodego Christiana Bale’a, który nie mogąc się oprzeć, przemyka dłońmi po fakturze maszyny jak po delikatnej skórze kobiety, a w końcu także przytula się do niej – to spełnienie jego marzeń, które następuje w tak niespodziewanym, nieprzyjemnym momencie. Ma za nic groźby przechodzącego w tle strażnika, a kiedy zauważa pilotów, salutuje im z prawdziwą godnością i szacunkiem – dla niego to bohaterowie, dzieci Boga, wyidealizowani wybrańcy, którzy nie mają przynależności politycznych. Ta swoista pompatyczność i przejaskrawienie są tu odrobinę zdradliwe, przesadnie optymistyczne – zwłaszcza w zestawieniu z kolejną sekwencją. Niemniej to magia kina w najczystszym wydaniu.

Advertisement

08. Bliskie spotkania trzeciego stopnia – bliskie spotkanie i gonitwa

Zdecydowanie kwintesencja kina Spielberga jako takiego. Narastająca atmosfera tajemnicy, całe mnóstwo niezwykłych efektów wizualnych i ta swojska, bo w większości dotykająca najzwyklejszych Januszy z przedmieść, przygoda, która jest jednocześnie tak podskórnie niezwykła. Dosadnie przekonuje się o tym bohater Richarda Dreyfussa – prosty robotnik, który nagle wezwany zostaje do sprawdzenia sieci elektrycznej wokół swojego małego miasteczka. Następuje moment, w którym Spielberg wpierw uroczo bawi się detalami (światła, które zamiast minąć Roya zaczynają lewitować), a potem serwuje i widzom oraz swojemu protagoniście przerażająco-ekscytujące doświadczenie tytułowego spotkania, które naznacza twarz Roya i przeszywa duszę, zmieniając ziemskie życie na zawsze.

SS-encounters

Już te parę minut godne jest wszelkich nagród; w pełni oddaje maestrię reżysera w opowiadaniu niezwykłych historii. Spielberg jednak tylko podkręca naszą ciekawość i tempo – gdy unieruchomiony przez UFO samochód Roya znowu zapala, ten rzuca się w pościg za latającym talerzem. Dramaturgia sięga zenitu, gdy o mało nie przejeżdża dziecka, które wyszło na drogę także podziwiać „światełka”. Do tej pełnoprawnej sekwencji akcji dołączają też trzy radiowozy, które nie mają oczywiście startu do przybyszy z kosmosu. Kierowcy mogą zatem jedynie bezradnie i z niedowierzaniem spoglądać, jak te rozlatują się po nocnym niebie. A widzowi pozostaje obserwować to wszystko w milczącym oszołomieniu, nieświadomie rozdziawiając w zachwycie paszczę.

Advertisement

07. Poszukiwacze zaginionej Arki – Indy vs ciężarówka

Teoretycznie mógłbym scalić ten legendarny moment z poprzednim z tego samego filmu. Jeden wynika bowiem z drugiego, oba dzieli niewiele czasu ekranowego. Niemniej zostały od siebie oderwane, można oglądać je osobno bez utraty znaczenia i z taką samą ekscytacją. Indiana, który konno próbuje odbić liczniejszemu i lepiej wyposażonemu przeciwnikowi bezcenny artefakt, załadowany na ciężarówkę po tym, jak latające jebadło uległo zniszczeniu, jest przy tym zdecydowanie lepszym i bardziej emocjonującym kawałkiem tej historii i kina w ogóle. I nie przeszkadza przy tym zupełnie, że także o wiele mniej prawdopodobnym, naciąganym.

SS-indy3

Jego siłą nośną są detale. To szczere przerażenie przechodzące w satysfakcję, kiedy Indy i żołnierz, z którym dopiero co się bił, próbują wspólnie uniknąć kolizji z budynkiem. Ten uśmieszek na twarzy Jonesa po tym, jak (poza kadrem) zneutralizował niemiecki motocykl; dźwięk obrzydzenia wydobywający się z jego ust, gdy dostrzega w lusterkach uczepionych ciężarówki nazistów; odprysk krwi na szybie tuż po tym, jak zostaje postrzelony, czy poszczególne części rzeczonego pojazdu, którymi usiłuje ratować się z sytuacji bez wyjścia. W końcu też wiatr porywający czapkę skradającego się dachem przeciwnika i jego jęk zawodu, gdy w chwilę później przegrywa życie – wszystko wręcz perfekcyjnie wyważone, emocjonujące, idealnie współgrające z muzyką Johna Williamsa, dodającej całości tyleż dynamiki, co dramaturgii. Nie bez kozery scena ta stała się skarbem kulturowym.

Advertisement

06. Park Jurajski – prolog

Kult i jeden z największych hitów Stevena to jeden wielki zbiór niesamowitych, barwnych i znakomitych scen, które razem składają się na niezapomniane widowisko. Dla jednych będzie to słynna łapa Tyranozaura, który rozgniata pięknie uformowaną kupkę błota (skąd ono się tam wzięło?). Dla innych pościg tego gada za jeepem, Malcolmem lub gallimn… galimus… mniejszymi dinozaurami. Jeszcze inni zachwalać będą sekwencje lotu na wyspę, pamiętne zdziwienie Laury Dern na widok brachiozaura, zachwyt Sama Neilla triceratopsem albo finał bądź którąkolwiek inną scenę z raptorami. No i słynne kręgi na wodzie. Można wymieniać długo i namiętnie.

SS-park

Trzeba jednak przyznać, że już sam prolog „robi” ten film, kupuje widza, robi fenomenalne wrażenie, choć przecież dinusi w nim właściwie nie ujrzymy. Spielberg bezbłędnie gra jednak na emocjach za pomocą napiętych do granic ludzkich twarzy, wśród których wyróżnia się nieodżałowany Bob Peck z charakterystycznym karabinem w ręku. Powagę całej sytuacji transportu wspomnianych welociraptorów do ich wybiegu wyraźnie widać w jego oczach. A w oku samicy gatunku dosadnie czai się głód krwi, który wkrótce przyjdzie jej zaspokoić. Na logikę scena ta jest mocno przegięta (całe stado uzbrojonych homo sapiens nie jest w stanie poradzić sobie z paroma drapieżnikami w klatce), ale nie ma to znaczenia, bo od pierwszej do ostatniej sekundy trzyma za gardło, intryguje, mami niepodrabialną atmosferą tajemnicy i budzi grozę. I perfekcyjnie zaostrza apetyt na więcej.

Advertisement

05. Szczęki – nocne historie

Dla wielu opus magnum reżysera. Od tego filmu wszystko się zresztą dla niego zaczęło. Ciekawe przy tym, jak by się potoczyła kariera Spielberga, gdyby mechaniczny rekin jednak działał w pełni – czy zamiast świetnego thrillera, który prostymi środkami wpłynął na współczesne kino, powstałby tani straszak? Czy podnoszące adrenalinę, nagłe wynurzenia się bestii robiłyby takie samo wrażenie, gdyby produkcja ta została nimi wypełniona jak planowano? W końcu też, czy byłoby o czym pisać w podobnych tekstach? Oczywiście, bo Szczęki to przede wszystkim film genialnie obsadzony.

Pojedynek nie tyle człowieka z krwiożerczą naturą, co trzech różnych charakterów, które wspólnie łączą siły, by dopaść wodne bydlę. Dowodem na to właśnie rzeczona scena, która ma w sobie więcej niepokojącej atmosfery od wszystkich ataków.

Advertisement

SS-Jaws

A przecież na pierwszy rzut oka to zaledwie nudny przerywnik. Ot, siedzi sobie trzech chłopa w łódce i uprzyjemnia czas piciem, śpiewaniem oraz swoistym konkursem na najlepszą bliznę roku. Z ich twarzy szybko znikają jednak uśmieszki, kiedy Quint zaczyna snuć historię kryjącą się za jego usuniętym tatuażem – historię USS Indianapolis. Z pozoru to jedynie ogniskowa historyjka jakich wiele, ale ponury klimat i towarzysząca mu cisza bez problemu udzielają się widzowi. Zagrane jest to bezbłędnie, zaaranżowane mistrzowsko, a wypowiadane przez Roberta Shaw kolejne detale „misji rekina” wywołują podskórne dreszcze – zwłaszcza w perspektywie kolejnego ataku. Magia Spielberga znów działa bez głównej atrakcji.

04. Szeregowiec Ryan – desant na plaży

Pomimo równie udanego finału, dramatycznej sceny ze snajperem czy pojawiającego się w epizodzie przyszłego kapitana Malcolma Reynoldsa, myśląc o …Ryanie, ma się przed oczami przede wszystkim lądowanie w Normandii. To sekwencja, o której napisano już wszystko, przeanalizowano na milion i dwa sposoby, wymieniono w większości podobnych zestawień. To moment, bez którego trudno jest sobie wyobrazić współczesne kino wojenne, swoiste opus magnum „późnego Spielberga”. To także dość brutalny. .. psikus – nagły skrót w kontekście narracji filmu.

Advertisement

SS-Ryan

Przechodzimy tu bowiem wprost z roztrzęsionej wspomnieniami twarzy starszego mężczyzny. Reżyser daje nam do zrozumienia, że obserwujemy wiekowego Toma Hanksa, który wraca pamięcią do dawnych militarnych przeżyć. Gdy potem okazuje się, że to jednak podstarzały Matt Damon, możemy czuć się lekko rozczarowani i zarazem powątpiewający w zasadność takiego przejścia do akcji, której przecież nie był świadkiem. Z drugiej strony na tej samej plaży, zapewne kilka metrów dalej od Hanksa, umarł jeden z jego braci. Twórcy zdają się zatem niejako sugerować, że trauma tego wydarzenia, jego waga odbija się na wszystkich – w tym na nas, widzach, bezpiecznie siedzących w kinowym fotelu i z przerażeniem oraz wstydliwą ekscytacją obserwujących w bezustannym napięciu masakrę w miejscu, które na co dzień kojarzy się raczej pozytywnie. Spielberg nigdy nie był chyba bardziej dosadny niż tutaj – w swoim iście kronikarskim zapisie kawałka historii.

03. Indiana Jones i ostatnia krucjata – Junior kontra czołg

OK, prosił, żeby go tak nie nazywać. Ale to właśnie on, Indy Jones, stanowi największą atrakcję kina Spielberga. Nie dziwi więc, że gdy doszło do jego spotkania z ojcem, Henrykiem seniorem, to dostaliśmy najlepszą odsłonę serii – przyprawiającą o prawdziwy ból głowy, jeśli idzie o wybór tej jednej jedynej godnej uwagi sceny. Stężenie dobra na centymetr taśmy filmowej jest tu bowiem aż za duże. Mimo austriackich pożegnań, weneckich wycieczek wodnych i górskich przejażdżek motocyklem, oraz, rzecz jasna, jordańskiego finału, swoistą wisienką na szczycie pozostaje niesamowita walka człowieka z maszyną, czyli Indiany i Henry’ego ze stalową bestią na usługach nazistów (a dokładniej brytyjsko-amerykańskim Mark VIII z czasów I wojny światowej).

Advertisement

SS-indy4

Ten prawdziwy majstersztyk akcji jest właściwie próbą odbicia tatusia, który zapędził się do wnętrza metalowego potwora, by samemu ratować kolegę. Ale starość nie radość i teraz to Indy musi ratować ich obu. Do dyspozycji ma konia, kamienie, sześciostrzałowy rewolwer i nieodłączny bicz oraz własne mięśnie. Przeciw sobie uzbrojone po pachy zastępy wroga oraz rzeczoną puszkę z działami, na czele której stoi nieustępliwy pułkownik Vogel, który z chęcią sam rozprawiłby się z Jonesem. Mamy tu zatem również solidnie uwarunkowany i uprzednio zarysowany pojedynek charakterów. Słowem jest tu wszystko, by scena ta fascynowała za każdym razem we wszystkich możliwych aspektach, każdej mijającej sekundzie. Właśnie na takich momentach zajeżdżało się kiedyś VHS.

02. Imperium Słońca – bombardowanie o świcie

Kolejny dublet na liście, ale nie mogło być inaczej. O ile bowiem dotknięcie przez Jima stojącego na ziemi Zero było dla chłopaka spełnieniem marzeń, o tyle następujący już po straceniu przez dzieciaka niewinności moment zobaczenia w akcji Mustanga P-51D – „Cadillaca niebios” – to doświadczenie większe od życia także dla widza. Ale po kolei, wszak Spielberg nie byłby sobą, gdyby tej jedynej w swoim rodzaju chwili nie wpisał w szerszy kontekst.

Advertisement

SS-empire2

Jim zatem budzi się na ziemi, niejako wypędzony z baraku dla mężczyzn, po to by stać się świadkiem ceremonii japońskich pilotów. Znów oddaje im hołd, tym razem nie tylko za pomocą salutowania, ale i walijskiej pieśni Suo Gân. Już ten fragment, toczący się na tle wschodu słońca – symbolu Japonii wszak – jest sam w sobie piękny i urzeka nawet komendanta obozu, który nie potrafi powstrzymać się od łez.

Zaraz jednak samoloty startują, a Spielberg podkręca emocje, niszcząc jeden z nich, co w obiektywie Allena Daviau wygląda wprost obłędnie. Następuje atak amerykańskich myśliwców, które wszyscy jeńcy obserwują z bezpiecznej odległości. Tylko Jim wychodzi z siebie i wbiegając na dach doświadcza niemalże bliskiego spotkania z rzeczonym Mustangiem, którego pilot nawet macha mu w przelocie. Wespół z muzyką Johna Williamsa to prawdziwy cymes i efekt totalny, który trudno opisać słowami. A na tym przecież atrakcje się nie kończą, bo zaraz młody Christian Bale traci w przypływie emocji głowę, dając prawdziwy popis aktorstwa i ostatecznie rozmiękczając duszę widza. Coś fantastycznie wspaniałego!

Advertisement

01. Bliskie spotkania trzeciego stopnia – finał

Nie można pisać o Spielbergu, nie myśląc o tym znakomitym dokonaniu, które w jakiś sposób definiuje całą jego twórczość. Około półgodzinny finał filmu (licząc od wejścia bohaterów na szczyt Devil’s Tower, która fascynuje sama w sobie) jest niejako stylem reżysera w pigułce, wisienką na torcie jego potężnego dorobku, lśniącym neonami diamentem i wciąż, niezmiennie jego najdoskonalszym chyba dokonaniem. Przez te trzydzieści minut nie idzie się jakkolwiek oderwać od ekranu i trudno się dziwić, bo to zwyczajnie audio-wizualna maestria, prawdziwy koncert filmowej sztuki, w dodatku niesamowicie optymistyczny, pełen zaraźliwej energii i podnoszącej na duchu wiary. No i absolutnie przełomowych efektów specjalnych, które dalej, po czterdziestu latach od premiery, nadal trzymają fason.

SS-encounters2

Owszem, to pod wieloma względami mocno naiwny fragment dziesiątej muzy, być może odrobinę zbyt ekspresywny w przekazywaniu emocji ludzkich postaci i lekko śmieszny, jeśli idzie o ukazanie przybyszów z kosmosu. No i pompatyczny do przesady, choć tu akurat nie mogło być inaczej, bo w końcu reżyser ukazuje nam olbrzymiej wagi, historyczne niemalże wydarzenie, które jest zarazem podsumowaniem całej fabuły, nietypowym katharsis.

Advertisement

Jak nikt przed nim, Spielberg w ciągu kilku chwil zamienił tutaj strach przed nieznanym w zachwyt, dziecięcą euforię poznania. Do tego niezapomniane dźwięki Williamsa, który ponownie wynajduje muzyczne koło, kojąc niejako duszę odbiorcy. Geniusz w czystej formie. Jak to się mówi: Spielberg at his best.

 

Advertisement

A na koniec mały Stefek i morze.
Albo jezioro.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

Spielberg-10

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *