search
REKLAMA
Archiwum

W CIEMNOŚCI. Z dystansem i wyczuciem

Jerzy Babarowski

26 września 2019

REKLAMA

Z otchłani żenady i tytułowej ciemności, w jakie polskie kino wprowadziły ostatnie Wielkie Narodowe Produkcje O Rzeczach Ważnych, próbuje nas wyciągnąć najnowszy film pani Agnieszki Holland. W ostatnich tygodniach zrobiło się o nim na tyle głośno, że chyba nie ma sensu, abym mówił o czym jest i jaki temat porusza. Kolejne medialne wydarzenie naszego kina, a skojarzenia z przekleństwami, które wyrzucałem z siebie przy okazji premiery Katynia i Bitwy Warszawskiej powracają z niepokojącą siłą. Po raz kolejny wywiady w telewizji i wycieczki szkolne, po raz kolejny poruszanie tych samych tematów, z czego nic nie wynika, i po raz kolejny prezydent na premierze. Znamy to wszyscy.

Rzecz w tym, że W ciemności to – w przeciwieństwie do większości polskich produkcji – film dobry, a w pewnych aspektach nawet bardzo dobry. Dokładniej – jakieś dziesięć do piętnastu razy lepszy od Katynia i dziesięć tysięcy do setek milionów razy lepszy od Bitwy…. To po prostu dobre kino i tyle. Na filmikach z premiery widziałem Andrzeja Wajdę i mam szczerą nadzieję, że, oglądając nowe dzieło koleżanki po fachu, nauczył się czegoś, bo po jego ostatnim dziele zdecydowanie widać, że tego potrzebuje.

W ciemności to historia rozgrywająca się podczas II wojny światowej we Lwowie, oparta na wspomnieniach jednej z uczestniczek zdarzeń (więcej nie powiem, choć po genialnych wywiadach polskich dziennikarzy już i tak pewnie wszyscy znają zakończenie, ech) i wyreżyserowana na podstawie scenariusza napisanego przez Kanadyjczyka. Za reżyserię, jak wiadomo, odpowiada Agnieszka Holland, która w moim prywatnym mniemaniu zasłużyła sobie na o wiele większy szacunek niż cała reszta wielkich polskich reżyserów.

Głównym bohaterem jest Leopold Socha grany przez absolutnie niesamowitego w tym filmie Roberta Więckiewicza. Zajmuje się on konserwacją lwowskich kanałów. Tak się składa, że mieszka niedaleko getta żydowskiego i podczas jednej z wypraw natrafia na Żydów, którym – w razie, gdyby mieli jakieś problemy z Niemcami – zgadza się pomóc i udzielić schronienia w kanałach. Za odpowiednią opłatą. Wkrótce później Niemcy likwidują getto, a dzięki pomocy Sochy niewielkiej grupce Żydów udaje się zbiec do kanałów. Tam rozpoczyna się dla nich nowe życie, nowa egzystencja, w stałym ukryciu, w nieustającym lęku, że ktoś ich tam odkryje. Ich jedyną nadzieją na ratunek i jedynym filarem oddzielającym od śmierci staje się Socha.

No dobrze. Film jest, jak już rzekłem, bardzo dobry. Obdarzony absolutnie zerową dawką zadęcia i nadymy wynikającej z ważności opisywanego tematu, dzięki czemu staje się czymś względnie nowym na polskim podwórku filmów historycznych. Przede wszystkim Robert Więckiewicz daje totalnego czadu – jego rola to najlepsza kreacja w filmie, najbarwniejsza postać, a przecież rzadko się zdarza, aby tym mianem określano protagonistę opowieści. Pani Agnieszka stawia w swoim dziele na absolutny, brutalny realizm i naturalizm. Autentyzm jest dla niej najważniejszy – a więc aktorzy musieli nauczyć się gwary lwowskiej, sceneria miasta i wydarzeń jest oddana z bolesnym realizmem, a wiele ujęć z ręki doskonale ilustruje chaos, stres i lęk, jaki towarzyszył żydowskim uciekinierom podczas tych zdarzeń. Zresztą zdjęcia to w ogóle oddzielna, doskonała sprawa – większość akcji rozgrywa się w kanałach, a pani Holland wspaniale udało się oddać wrażenie przebywania w nich. Gra światłem i ciemnością to absolutne mistrzostwo, często jest tak ciemno, że zupełnie nic nie widzimy, a czasem snop oślepiającego światła tak w nas walnie, że musimy zmrużyć oczy – dokładnie tak, jak bohaterowie filmu. W filmie Holland ciemność jest śmiercią, światło – nadzieją, życiem, wyzwoleniem.

Avatar

Jerzy Babarowski

REKLAMA