search
REKLAMA
Felietony

IRLANDCZYK to dialog MARTINA SCORSESE z samym sobą

Szymon Skowroński

13 grudnia 2019

REKLAMA

O Irlandczyku mówiło się od bardzo dawna, a gdy w końcu zaczął nabierać realnych kształtów – na jego planie wylądowali Robert De Niro, Al Pacino, Harvey Keitel i dawno niewidziany Joe Pesci, który ponoć pięćdziesiąt razy odmawiał roli, zanim ją ostatecznie przyjął – było pewne, że oczekiwania wobec jednego z najambitniejszych projektów reżyserskich Martina Scorsese będą przeogromne. Z drugiej strony obawy budziły aktorska forma De Niro, który od ponad dwudziestu lat zagrał może trzy dobre role, przedłużający się czas produkcji, który rzadko kiedy wpływa dobrze na dzieło, wreszcie – tuż przed premierą trailery i fotosy wzbudzały wątpliwości, czy technologia odmładzania aktorów oby na pewno udźwignie ciężar i ambicję tej opowieści. W końcu film zadebiutował na dużych i małych, netfliksowych ekranach i stało się jasne, że Scorsese nie wypadł z formy, Pacino do niej wrócił, a De Niro i Pesci nadal potrafią grać.

joe pesci robert de niro al pacino the irishman
Bohaterowie na plakacie Irlandczyka – wpatrzeni w dal, zamyśleni, melancholijni?

Nie ma się co oszukiwać – wytrawni kinomani oczekiwali wielkiego powrotu Scorsesego do kryminalnej, gangsterskiej formy, jaką uprawiał w szczytowych momentach swojej kariery. Wiele zapowiadało, że Irlandczyk będzie duchowym i formalnym spadkobiercą klasyków takich jak Chłopcy z ferajny czy Kasyno. Oba te filmy miały tempo wystrzelonego z pistoletu pocisku, skierowanego w czerwony środek tablicy z wyblakłym nadrukiem amerykańskiego snu. De Niro wcielał się tam w wysoko postawionych gangsterów, a Pesci rozsadzał ekran i kradł show za każdym razem, gdy tylko pojawił się na ekranie, nie zważając wcale na niedostatki swojego wzrostu czy zabawny, wysoki głos. Do takiego stylu – opartego na morderczym tempie, epizodycznej budowie, pozakadrowej narracji ułatwiającej nawiązanie relacji widza z postaciami przestępcami – Scorsese wrócił jeszcze w Wilku z Wall Street, tym razem badając ciemną stronę amerykańskiej giełdy, gdzie obok akcji handlowało się narkotykami, seksem i ludzką godnością. I choć Scorsese dał się poznać jako twórca o wielu obliczach, zręcznie lawirujący między gatunkami i stylistykami, to rozciągała się wokół powstającego Irlandczyka ta charakterystyczna atmosfera narracyjnego i aktorskiego szału podbitego szybkimi cięciami, mobilną kamerą i naspidowaną ścieżką dźwiękową.

I okazało się, że Irlandczyk jest wszystkim, ale nie spadkobiercą Chłopców z ferajny. Albo inaczej – Irlandczyk jest wszystkim, czym Chłopcy z ferajny nie są. Scorsese zdaje się celowo pogrywać ze schematami kina tego typu, by wydobyć z niego całkowicie nowe ujęcia i znaczenie. Oto na ekranie pojawia się Joe Pesci – i nigdy nawet nerwowo nie podnosi powieki. Skupiony, nieco zgarbiony, głęboko zamyślony dowodzi mafijnym biznesem bez konieczności uciekania się do katowania każdego, kto stanie na jego drodze. Punkt dla Martina – tego się nie spodziewałem. Gdzieś indziej miga Harvey Keitel. Dosłownie miga – nastawieni na wielką rolę mogą się rozczarować. Keitel jest tu jednym z bossów, ale jego niedostępność, ogrywana w mistrzowsko zaaranżowanych kadrach, jest wręcz denerwująca. Bardziej przypomina postać swojego wuja z Ulic nędzy, do którego dostęp mają tylko najbliżsi i tyko w stosownych momentach, niż samego siebie sprzed lat. Pacino, który w swoim życiu przydał wizerunki jednym z najbardziej odstręczających bohaterów: Michaelowi Corleone, Tony’emu Montanie czy samemu Szatanowi, tutaj nadaje Jimmy’emu Hoffie ludzkie oblicze starszego, sympatycznego pana, którego uwielbiają dzieciaki.

W Chłopcach z ferajny postarzano postać De Niro makijażem i charakteryzacją. W Irlandczyku aktora odmłodzono nowoczesnymi technikami cyfrowymi. Znak czasów.

Niełatwą rolę miał De Niro. Jego niemal osiemdziesięcioletnia sylwetka wyraźnie ulega prawom ciążenia, a jego komputerowo odmłodzona twarz wcale nie wygląda tak, jak powinna. Ale jeszcze raz (czy już ostatni?) znalazł w sobie te pokłady empatii, energii i jeszcze raz stworzył głęboką, niejednoznaczną postać. Tylko że takiej postaci nie grał nigdy u Scorsesego. Nie ma tu nic z jego neurotycznego spojrzenia, wybuch agresji jest jeden, pokazany w szerokim planie. Przeżywamy całą tę historię razem z nim – do końcowych wniosków i refleksji dojrzewamy dokładnie tak samo jak jego bohater. W tym sensie bliżej Sheeranowi chociażby do postaci Kluchy z Leonowskiego Dawno temu w Ameryce. Oba te filmy przyglądały się życiu swoich bohaterów całościowo, przeplatając linie czasowe, badając, jak jedne wydarzenia wpływały na inne, próbowały uchwycić ludzkie relacje – przyjaźń, wierność, rodzinę – w kontekście przemijania i zmian zachodzących w społeczeństwie.

W wielu scenach Scorsese cytuje swoich Chłopców z ferajny. W pewnym momencie poznajemy kilka postaci, z których wszyscy mają na imię Mike. W Chłopcach… Paul Cicero mylił swoich kuzynów, bo wszyscy mieli na imię Paulie lub Pete. Oba filmy dzielą kilka lokacji: bar szybkiej obsługi (amerykański diner), w którym Sheeran rozmawia z DiTulliem, to ten sam bar, w którym rozgrywała się scena w Chłopcach…, podczas której bohaterowie dowiedzieli się o śmierci Tommy’ego DeVito, a kluczowa dla kilku scen w obu produkcjach jest słynna nowojorska knajpa – Copacabana. Ujęcia wysadzanych samochodów skonstruowane są w podobny sposób, nie wspominając już nawet o samym irlandzkim pochodzeniu bohatera granego przez De Niro, które podkreślane jest w obu historiach. Najciekawsza jednak wydaje się scena egzekucji jednej z kluczowych postaci, rozegrana w obu filmach podobnie, ale ukazująca zupełnie inną perspektywę. W Chłopcach z ferajny jest scena, w której Tommy dostaje się do mafii. Przyjeżdża do swojego nowego domu, gdzie czekają na niego mordercy. Następuje ujęcie POV – widzimy ostatnią rzecz, jaką widzi Tommy. Bardzo podobne ujęcie jest w Irlandczyku – tym razem widzimy jednak POV Franka Sheerana, czyli mordercy. W bardzo podobnych okolicznościach pozbawia życia swojego długoletniego przyjaciela – tak samo, jak w Chłopcach… egzekucji na Tommym dokonał Tudy Cicero, który znał go od dzieciństwa. Kluczowe jest jednak, czyimi oczami oglądamy te momenty w obu filmach. Chłopcy z ferajny podkreślali tempo i ryzyko gangsterskiego życia. W każdym momencie można było dostać kulkę w tył głowy od przyjaciela. Irlandczyk wykorzystuje swój czas trwania na to, by uzmysłowić, jak wyglądać może życie człowieka, który w każdy momencie może zostać poproszony o zabicie swojego przyjaciela. I musi się zgodzić. Tutaj czas nie płynie szybko w natłoku wydarzeń – tutaj życie jest długim, bolesnym procesem.

Bohaterowie na plakacie Chłopców z ferajny – skupieni, pewni siebie, gotowi na wszystko.

Podsumowując, ma się wrażenie, że Irlandczyk to spojrzenie starzejącego się człowieka – wszak Scorsese dobiega osiemdziesiątki – na świat, który przenikał jego twórczość od samego początku. Warto pamiętać, że pierwszym filmem reżysera był krótkometrażowy It’s not just you, Murray, w którym gangster w sile wieku spoglądał wstecz na swoje życie i początki swojej zbrodniczej kariery. Twórczość Scorsesego zatoczyła w tym momencie koło, a Irlandczyk jest domknięciem, ale także trawestacją wielu wątków i form wcześniej poruszanych. Są tu echa Ulic nędzy i Chłopców z ferajny, jest też kawał amerykańskiej historii, która – czy tego chcemy czy nie – była udziałem zorganizowanej przestępczości. Wreszcie, Irlandczyk w pewnym sensie jest opowiedzeniem tej samej historii, tym razem jednak przefiltrowanym przez pryzmaty starości, sentymentu i melancholii. Scorsese, De Niro, Pacino, Pesci i Keitel – i piszę to z pełnym żalem – mają przed sobą prawdopodobnie jeszcze po kilka, może kilkanaście lat życia. W Irlandczyku wydają się z tym pogodzeni.

Avatar

Szymon Skowroński

REKLAMA