publicystyka filmowa

10 bram piekieł. 10 EUROPEJSKICH HORRORÓW

Piekło jest puste. Wszystkie diabły są tutaj

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

10 bram piekieł

Dla miłośnika kina grozy każdy wieczór jest dobry na oglądanie horroru, ale mimo tego zawsze szuka się pretekstu – jakiegoś znaku, który „mówiłby”, że teraz jest właśnie dobry moment: np. śmierć kogoś związanego z tym gatunkiem (Christophera Lee, Wesa Cravena i in.), rocznica śmierci lub urodzin, albo, tak jak teraz, zbliżająca się Wigilia Wszystkich Świętych (All Hallows’ Eve, czyli Halloween). Dla wielbiciela opowieści z dreszczykiem – w szczególności takiego, który zajmuje się pisaniem o filmach – to dobra okazja, by zarekomendować kilka ciekawych pozycji gatunku.

W robieniu filmów najtrudniejszym wyzwaniem jest wywołanie u odbiorcy konkretnych emocji. W tym przypadku chodzi o uczucie strachu. Czym właściwie jest strach? Jeśli na ekranie zostaną pokazane ludzkie wnętrzności, to wiele osób się skrzywi z obrzydzeniem, ale czy o taki efekt chodzi? Zdaniem znawcy gatunku, Stephena Kinga, tak – uczucie wstrętu zalicza się jak najbardziej do metod straszenia widza. Ci, którzy faworyzują Coś (1982) Carpentera, przyznają mu rację. Jednakże ludzka wrażliwość się zmienia i dzisiejsza publiczność zapomina o tym, że dawniej straszono klimatem. Do lat sześćdziesiątych obrońcy moralności dbali o komfort widza i osiągnęli tyle, że filmowcy nauczyli się budować nastrój grozy za pomocą wizualnych bądź dźwiękowych efektów, tj. burze z piorunami, skrzypiące drzwi, tajemnicze kroki, cienie na ścianach, ciemne piwnice, zaułki, złowieszcza muzyka.

Pozostaje jeszcze kwestia przynależności do gatunku. Wielu filmom odmawia się miana horroru ze względu na brak pierwiastka niesamowitości, a to w moim przekonaniu błąd. Wampiry, duchy czy demony symbolizują strach człowieka przed nieznanym i jak najbardziej mogą powodować niepokój i senne koszmary, ale źródłem strachu są często przyziemne sprawy: psychopatyczni mordercy, przedwczesne pogrzeby, sceny tortur. Jeśli to wszystko przedstawione jest z odpowiednim, działającym na widza ładunkiem grozy i emocji, to można film nazwać horrorem. Bo horror to nie tylko konkretne fabuły, ale też nastrój. Bywa i tak, że filmy o podobnej fabule reprezentują odmienne gatunki ze względu na odmienną atmosferę.

Przedstawiam moje zestawienie dziesięciu europejskich horrorów. Znalazły się wśród nich dwa filmy francuskie i dwa włoskie oraz sześć produkcji z innych krajów Europy. Kolejność chronologiczna.

1. Oczy bez twarzy (Francja 1960), reż. Georges Franju

aka Les Yeux sans Visage / Eyes Without a Face

eyes-without-a-face

Gdybym był miłośnikiem współczesnych ekstremalnych horrorów, to pewnie wybrałbym któryś film z nurtu New French Extremity, ale gdy spojrzę w przeszłość do swoich ulubionych dekad, to okazuje się, że francuskie horrory to rzadkość. Dlatego ten wybór jest oczywisty. Oczy bez twarzy znajdują się w każdym zestawieniu tego typu. Redaktorzy Taste of Cinema umieścili ten film na dwunastym miejscu najlepszych horrorów lat sześćdziesiątych, serwis Playlist dał go na pierwszą lokatę wśród horrorów nieanglojęzycznych, natomiast Empire ulokował go na dwudziestej drugiej pozycji w rankingu pięćdziesięciu najlepszych horrorów wszech czasów (to jedyny film francuski w tej klasyfikacji). Trochę dziwne, że pomijany jest film H.G. Clouzota Les Diaboliques (1955), który z kinem grozy ma wiele wspólnego, ale prawdą jest, że to dzieło Georgesa Franju wyprzedza swoje czasy i na długo pozostaje w pamięci.

Bardzo łatwo można by z tego tematu zrobić B-klasową ramotę. Wystarczyłoby sprzedać pomysł amerykańskim producentom, którzy w latach pięćdziesiątych specjalizowali się w fantastyczno-naukowych obrazach o szalonych naukowcach. Na przykład Rex Carlton i Joseph Green w 1959 zrealizowali film pt. Mózg, który nie może umrzeć. Jego fabuła z grubsza wygląda tak: młody chirurg powoduje wypadek samochodowy, w wyniku którego życie traci jego narzeczona. Facet zabiera jej głowę z miejsca wypadku i zanosi do laboratorium, gdzie udaje mu się ożywić mózg. Mózg chce umrzeć, ale uparty naukowiec próbuje znaleźć dla niego nowe ciało. Film z powodu prawnych i cenzuralnych problemów miał premierę dopiero w 1962, więc Franju nie mógł go widzieć wcześniej, a jednak fabuła jest podobna.

Szanowany chirurg, specjalista od transplantologii, spowodował wypadek, w którym córka została oszpecona. Gnębiony poczuciem winy próbuje naprawić błąd i przeszczepić jej twarz innej kobiety. W tym celu jego wierna asystentka zwabia młode dziewczyny do rezydencji, gdzie czeka je niemiłe zaskoczenie. W przeciwieństwie do wspomnianego amerykańskiego badziewia, ten film nie miał problemów z cenzurą, ale nie obyło się bez kontrowersji. Dość długa scena operacji chirurgicznej (w której obserwujemy zdejmowanie skóry z twarzy) może przyprawić o gęsią skórkę i z pewnością budziła największe opory ortodoksyjnych widzów i krytyków.

Georges Franju został doceniony z upływem czasu, gdy okazało się, jak wielki wpływ wywarł na przyszłe pokolenia reżyserów. I to na całym świecie, bo i John Woo w Bez twarzy, i Pedro Almodóvar w Skórze, w której żyję, i wielu twórców kina gore oraz horrorów cielesnych (np. Cronenberg) kontynuowali i rozwijali pomysły francuskiego Mistrza. Korzystając z tematów charakterystycznych dla tandetnej fantastyki grozy, Franju stworzył dzieło nowatorskie, ale też zupełnie odmienne od nowofalowych nurtów, które na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zdobywały powodzenie wśród krytyków i w kręgach festiwalowych.

Oczy bez twarzy to właściwie nie film, lecz dzieło poetyckie – liryczny utwór o miłości i szaleństwie. Główny bohater jest człowiekiem boleśnie doświadczonym przez los, który przez miłość do córki staje się potworem. Córka przeciwnie niż ojciec jest potworem na zewnątrz, zaś w środku to dziewczyna nieszczęśliwa, pragnąca umrzeć zamiast pełnić rolę królika doświadczalnego (nie mówiąc już o tym, że szereg niewinnych istot musi stracić twarz, by lekarz zakończył eksperyment).

Film jest kapitalnie sfotografowany, z wielu ujęć przebija oniryzm, a muzyka Maurice’a Jarre’a wzmacnia liryczny nastrój opowieści. Temat główny przypomina utwór Antona Karasa z Trzeciego człowieka (tym bardziej, że w obu filmach wystąpiła Alida Valli), a motyw szalonych eksperymentów jednoznacznie kojarzy się z nazistowską pseudo-medycyną. Przypuszczam, że Georges Van Parys (autor znakomitej kompozycji do Diaboliques) stworzyłby coś bardziej konwencjonalnego. Zatrudnienie niedoświadczonego, lecz utalentowanego Maurice’a Jarre’a miało na celu wprowadzenie nowoczesnego brzmienia do horroru. W późniejszych latach ten kompozytor nieraz udowadniał, że jest geniuszem i wielokrotnie zdobywał prestiżowe nagrody, ale już w tym wczesnym filmie widać jego wybitną osobowość i artystyczną wrażliwość.

2. I umrzeć z rozkoszy (Francja 1960), reż. Roger Vadim

aka Et Mourir de Plaisir / Blood and Roses

_041

Wampir to istota mocno zadomowiona w popkulturze, będąca przedmiotem niezliczonych analiz, książek i filmów. Źródło licznych metafor i porównań, np. w prasie wampir to często określenie seryjnego mordercy. Już w epoce kina niemego pojawił się typ kobiety określanej jako wamp. Chodziło o postać wyrachowanej kusicielki doprowadzającej mężczyzn do zguby. Postać wampa ma swój pierwowzór w prozie Sheridana Le Fanu – opowiadaniu Carmilla, które powstało jeszcze przed Draculą Stokera, ale już po Wampirze Polidoriego. Opowiadanie przenosili na ekran Duńczyk Carl Theodor Dreyer (Wampir, 1932), Brytyjczyk Roy Ward Baker (Kochankowie wampira, 1970) i Hiszpan Vicente Aranda (Suknia ślubna splamiona krwią, 1972).

Najsłynniejszy film Rogera Vadima to prowokacyjny debiut I Bóg stworzył kobietę (1956) ze zmysłową rolą Brigitte Bardot, ale prawdopodobnie najlepsza jest swobodna adaptacja Carmilli zatytułowana I umrzeć z rozkoszy (inny tytuł Krew i róże). W roli głównej Vadim obsadził swoją żonę, duńską modelkę Annette Strøyberg (wcześniej u niego w Niebezpiecznych związkach), którą poślubił po rozwodzie z Brigitte. Niestety, ani o filmie, ani o drugiej żonie Vadima w ogóle się nie słyszy, tak jakby nie istniały. Gdybym zapytał o francuski horror z 1960 roku, to chyba każdy pomyślałby o filmie Oczy bez twarzy w reż. Georgesa Franju. Ja chciałem jednak wyróżnić ten nie do końca oszlifowany, ale fantastyczny i mieniący się kolorami diament.

Korzystając z literackiej klasyki, francuski filmowiec opowiedział tak naprawdę kolejną historię o miłości. Gdy pojawia się to uczucie, wraz z nim przychodzi zazdrość. Wkrótce umysł zostaje opanowany przez nienawiść i dochodzi do zbrodni. Przez mroki nocy przenika erotyczna atmosfera, na białej sukni pojawia się krew, a czerwona róża zwiastuje nadciągającą tragedię. Charakterystyczny dla wampirów głód krwi wiąże się z typowym dla człowieka cielesnym pożądaniem, ale pocałunek, nawet jeśli jest pocałunkiem śmierci, okazuje się bardziej rozkoszny niż seks. Francuzi to romantycy, bo i tutaj z mrocznej tematyki wydobyli poezję (oryginalny francuski tytuł się nawet rymuje – Et Mourir de Plaisir) i tak jak poezję, nie każdy ją zrozumie i doceni.

Roger Vadim specjalizował się w estetyce kiczu i niektóre jego pomysły mogą uchodzić za tandetne (jak np. pojawiająca się znikąd krew na białej sukni), ale są tu także sekwencje będące autentycznym majstersztykiem. Surrealistyczny sen bohaterki granej przez Elsę Martinelli to niewątpliwie dzieło prawdziwego artysty. Annette Strøyberg bardzo dobrze zaprezentowała się w roli Carmilli. Kiedy trzeba, potrafi być lodowata, innym razem przeraźliwie smutna lub pełna namiętności. Elsa Martinelli też przyciąga uwagę, między tymi dwiema kobietami jest większe napięcie erotyczne niż między kobietą i mężczyzną. I o to zapewne chodziło! Natomiast odtwórca głównej roli męskiej, Mel Ferrer, tylko dzięki zabawnej scenie przy fortepianie zapada w pamięć. Skoro już wspomniałem o fortepianie, to muszę jeszcze dodać, że wydarzenia na ekranie ilustruje fantastyczna muzyka. Jej autorem jest Jean Prodromidès, artysta niezbyt dziś znany, ale niegdyś współpracował z Andrzejem Wajdą (Danton).

3. Krzyk strachu (Wlk. Bryt. 1961), reż. Seth Holt

aka Taste of Fear (bryt.) / Scream of Fear (amer.)

screamoffear020

Wielka Brytania to od drugiej połowy lat pięćdziesiątych potężna fabryka strachu, gdzie do lat siedemdziesiątych powstawały rok po roku liczne stylowe horrory. Filmy wampiryczne Dracula (1958), Dracula: Książę Ciemności (1966) i Dracula powstał z grobu (1968) należą do najlepszych. O Pladze zombie (1966) i Narzeczonej diabła (1968) też zapominać nie należy. Twins of Evil (1971) również zaskakująco udane. Ja wybrałem jednak psychologiczny dreszczowiec Krzyk strachu, w którym nie ma wampirów, zombie ani demonów, jest za to człowiek – potwór tym gorszy, że obdarzony rozumem, który służy do wymyślania perfidnych intryg.

Oczy bez twarzy zaczynają się od wrzucenia ciała martwej kobiety do rzeki. Krzyk strachu zaczyna się od wyłowienia martwej kobiety z rzeki… Fabularnie film przypomina klasyczny thriller, ale klimat, jaki udało się zbudować, przywodzi na myśl gotycką opowieść o budzących strach nawiedzonych domostwach. Wytwórnia Hammer specjalizowała się w barwnych filmach o potworach, więc taki czarno-biały spektakl mógł uchodzić za próbę wyłamania się z konwencji, próbę stworzenia czegoś ambitniejszego, kameralnego, bliższego rzeczywistości. I przez to bardziej przerażającego, bo wskazującego na ludzi jako źródło wszelkiego zła.

Czołowy scenarzysta Hammera Jimmy Sangster stworzył wyrafinowaną, pełną fabularnych wolt historię, która wciąga jak narkotyk, sprawia, że chce się oglądać więcej takich zakręconych fabuł. Reżyser Seth Holt genialnie przełożył tę historię na język kina. Poziom napięcia i niepokoju osiąga tu gigantyczną wartość, do samego końca historia absorbuje widza. Film nie kończy się jednak wraz ze sceną finałową – ta historia i związane z nią przemyślenia powracają jeszcze długo po seansie. Brytyjscy filmowcy brali przykład od najlepszych – Widmo Clouzota i Psychoza Hitchcocka były dla nich wzorem, jak uzyskać suspens, intensywność przekazu i specyficzną tonację.

Autorom filmu udało się chwycić widza nie tylko dzięki historii i jej atmosferze, ale także (a może przede wszystkim) dzięki zaangażowaniu wyjątkowo charyzmatycznej aktorki. Ułatwiło to identyfikację widza z postacią. Susan Strasberg (córka Pauli i Lee Strasbergów, słynnych nauczycieli aktorstwa) zagrała kobietę wrażliwą i słabą (symbolem jej słabości jest wózek inwalidzki). Kto nie jest z kamienia, ten będzie odczuwał ogromny niepokój o tę dziewczynę, która jest jak owca wśród wilków. W obcym środowisku, w obcym kraju, w Nicei… Lazurowe Wybrzeże – miejsce wymarzone na odpoczynek – okazuje się pułapką. Dodatkowego smaku dodaje filmowi obecność Christophera Lee w roli doktora Gerarda (tę samą postać grał w filmie Terence’a Fishera Człowiek, który oszukał śmierć).

Ostatnio dodane