Publicystyka filmowa
Klasyczne filmy v współczesność
W KLASYCZNYCH FILMACH v WSPÓŁCZESNOŚĆ odkrywamy, jak stare historie mogłyby wyglądać w nowoczesnym świetle, z humorem i kreatywnością!
Technika nieustannie prze do przodu. Jest to jeden z wielu powodów, dla których Choliłód raczy nas ciągle jakimiś remake’ami czy rebootami tytułów, które według nich (czyt. grubych bossów zapatrzonych w grubsze zielone) postarzały się na tyle, że warto opowiedzieć je na nowo. Ja jednak nie o tym. Otóż na pewno nie tylko mnie, podczas seansu jakiegoś starszego filmu nachodzi czasem pytanie: „jak by to wyglądało dziś?”. I nie chodzi bynajmniej o to, jak by go nakręcono dziś, ale o to, jak wyglądałaby fabuła, gdyby przepuścić ją przez dzisiejszą technologię, przyzwyczajenia i trendy.
Słowem: jak by to wpłynęło na postaci i historię? I w tym właśnie kryje się sens tego artykułu, który w założeniu nie ma być jednak bardzo poważną analizą dziejów, a raczej humorystyczno-alternatywnym spojrzeniem na „stare” filmy dziś.
Postanowiłem jednak zawęzić sobie podziemny krąg poszukiwań i sięgnąć tylko po produkcje, które kwalifikują się do kina jak najbardziej współczesnego, czyli takiego, w którym technika była już na porządku dziennym. Odrzuciłem więc wszelkie tytuły sprzed roku 1980. Nie brałem pod uwagę widowisk kostiumowych lub filmów osadzonych wokół konkretnych czasów i wydarzeń (jak np. wojna w Wietnamie), które w taki czy inny sposób charakteryzują akcję i bohaterów – w tym wszelkich postaci historycznych i osoby z szeroko pojętej popkultury. Absolutnie nie brałem się też za fantastykę i odpuściłem proste komedie obyczajowe oraz dramaty. Odpadły także wszelakie remaki, sequele, prequele…
Jednak nawet pomimo tych restrykcji, filmów do wyboru zostało naprawdę sporo. Tak doszedłem do trzech, dziś już klasycznych, kultowych dzieł. Traf chciał, że są to tytuły, w których prędzej czy później mamy do czynienia z ganiającymi (się) facetami z bronią. Cała reszta różni się już od siebie znacznie i choć są to filmy, w których (i na które) rozwój techniczny na pewno wpływa, to uważam, że zupełnie się one nie zestarzały. Kiedy jednak przyjrzeć im się bliżej, łatwo stwierdzić, że ich fabuła mogłaby się znacząco różnić, gdyby nakręcono je w roku pańskim 2016. Oczywiście nie zagłębiałem się bez pamięci w wybrane filmy.
Zamiast tego postanowiłem wypunktować ich najważniejsze wątki, najbardziej znaczące sceny lub inne elementy, które w zderzeniu z teraźniejszością uległyby zmianom. Tak więc zapraszam – oto klasyczne filmy w starciu z obecną rzeczywistością. Trzy razy.
Lśnienie (The Shining)
Premiera: 23.05.1980
Reżyseria: Stanley Kubrick
Obsada: Jack Nicholson, Shelley Duvall, Danny Lloyd, Scatman Crothers
O co kaman:
Jack Torrance wraz z rodziną przenosi się w góry, gdzie na odludziu ma posezonowo zajmować się hotelem Overlook, a przy okazji skupić się na pisaniu powieści. Okazuje się, że hotel ma krwawą przeszłość, jest nawiedzony i działa w nim tajemnicza siła, która powoli zaczyna wpływać na Jacka.
[Warto nadmienić, że po latach powstał telewizyjny remake, ale zważywszy na jego średnią jakość i właściwie znikome unowocześnienie fabuły, nie biorę go nawet pod uwagę.]
Nakręć to jeszcze raz, Sam:
Za kamerą Lawrence Kasdan. Prolog pozostaje w sumie bez zmian (z ciut inną, przypuszczalnie opartą o sample à la Hans Zimmer muzyką), za wyjątkiem faktu, że Jack i rodzinka dojeżdżają do hotelu nie wysłużonym kombiakiem, a zgrabną, czarną terenówką (rzecz jasna 4 × 4, z całym mnóstwem bajerów). Nikt też specjalnie ze sobą nie rozmawia. Szczyl o azjatyckich rysach twarzy i w koszulce z Teletubisiami siedzi z tyłu, przyklejony do tabletu (debiut na dużym ekranie jakiegoś telewizyjnego talentu). Przypuszczalnie także regularnie obchodząca Chiński Nowy Rok mama (Lauren Tom, acz niezłym wyborem do wejścia w buty Shelley byłaby także Rebecca Hall) zajadle instagramuje kolejne widoki górskie robione naprędce smartfonem.
A good ol’ American dad wykonuje polecenia GPS-a jak zahipnotyzowany i za 300 metrów posłusznie skręca w lewo. Już wtedy wiemy, że relacje między nimi są, mówiąc delikatnie, chłodnawe, a mały przypuszczalnie nie ma kontaktu z (przyszywanym) ojcem i jest być może zaniedbywany również przez matkę. Ta ostatnia nosi w sobie zresztą kolejnego potomka, co pogłębia brak zaufania ze strony adoptowanego. Może mieć ona przy tym również problemy natury wewnętrznej, gdyż zdawkowe słowa rzuca właściwie tylko do siebie, chichrając się co chwila z nowych komentarzy psiapsiółek z zostawionego w tyle, wielkiego miasta (bez seksu).
Po dotarciu na miejsce dochodzi do pierwszego spięcia pomiędzy małżonkami, gdyż okazuje się, że hotel, którym Jack ma się zaopiekować, w niczym nie przypomina atrakcyjnego, nowoczesnego obiektu z kolorowej broszurki. To ogromny, ponury moloch pamiętający jeszcze czasy Wyatta Earpa. Ośrodek ten wydaje się dla Wendy zbyt passé i w dodatku nawet lśniący w pełnym słońcu wygląda jak biedny kuzyn ponurej posiadłości Bruce’a Wayne’a. A gdy wychodzi na jaw, że wewnątrz nie ma basenu i są problemy z siecią, kobieta dostaje prawdziwej furii. Danny ukradkiem ucieka więc od rodzicielki.
Jack tymczasem ma wyjebane na te drobne nieścisłości i po raz pierwszy prezentuje swoje rubaszne oblicze, kiedy w biurze dyrektora opowiada sprośne dowcipy (dziwnie podobne do tych z Chinatown, z którym to producenci pragną stworzyć uniwersum). Jego szef (Samuel L. Jackson z obowiązkowym pięciominutowym monologiem) jest lekko zażenowany, ale przecież za pięć dwunasta nie znajdzie już innego człowieka do tej fuchy (Avengersi mają inne problemy…) i postanawia przypieczętować umowę z Jackiem – granym oczywiście przez wciąż genialnego i w formie Jacka Nicholsona, z drobną tylko pomocą CGI.
Podczas gdy Jack z radością podpisuje cyro… umowę, a Wendy kończy łykać proszki uspokajające i zabiera się za opróżnianie toreb podróżnych Gucciego, Danny kryje się w hotelowej kuchni z wolna pustoszejącego kurortu. Tam natyka się na niejakiego O’Hallorana – szefa ochrony o irlandzkich korzeniach i niejasnej, wojskowej przeszłości (wkurzony Liam Neeson). O’Halloran nie ma tytułowego lśnienia ani też nie potrafi wyczuć go u chłopca, gdyż stawiamy na „realizm”. Lecz dostrzega w nim ducha porwanego przed laty syna i jako jedyny wyciąga ku niemu pomocną dłoń (wcześniej jakieś dwie dziwne bliźniaczki śmiały się z Danny’ego w toalecie).
Malec postanawia mu zaufać i częstuje wybuchającą w ustach gumą – jest dużo radości. W zamian O’Halloran oprowadza go po przybytku i raczy lekcją survivalu, dokładnie opisując, jak najlepiej przetrwać w hotelu w razie zagrożenia i upewniając się, że mały zapamięta na całe życie rozmieszczenie wyjść ewakuacyjnych. Wszystko wskazuje na to, że może to być początek pięknej przyjaźni…
Back to Jack – odstawiając auto do garażu, wypala potajemnie bezglutenowego skręta i jeszcze bardziej skrycie liczy otrzymaną pierwszą część wynagrodzenia. Wkłada do kieszeni tabletki i tablet, a z bagażnika wyciąga również laptop, po czym kieruje się do pokoju z polecenia ponętnego głosu komputera pokładowego. Nagle dociera do niego, że za oknem jest już ciemno. Ale jeszcze nie na tyle, by Jack nie mógł dostrzec przelatującego w oddali UFO, którego obecność oznacza ni mniej, ni więcej, że towar był z dobrego źródła. Upalony Jack zasypia błyskawicznie obok naszprycowanej partnerki, nawet nie zauważając klęczącego w rogu Danny’ego, którego wyraz twarzy jest mocno niepokojący. .. W nocy dzieciakowi śnią się koszmary dotyczące hotelu, przez co moczy łóżko – jest dużo sprzątania.
Następnego ranka, gdy ostatni goście już odjechali (cameo Daniela Day-Lewisa bądź Billa Murraya), słoneczko wkradające się przez okno budzi Jacka do życia. Nieprzytomny i wciąż jeszcze lekko na haju rozwala sobie nos o futrynę w drodze do kibla – odtąd łazić będzie z olbrzymim opatrunkiem na pół twarzy (tak, to będzie solidne uniwersum). Korzystając z chwili samotności, Jack przechodzi mały kryzys. Wychodzi na jaw, że jeszcze do niedawna walczył z nałogiem alkoholowym i wyjazd miał mu również pomóc w noworocznych postanowieniach, które złożył w kwietniu. Dowiadujemy się także – już w bezpośrednim dialogu z żoną, dziwnie całą w skowronkach, gdyż znalazła zasięg – że ich drugie dziecko (a pierwsze wspólne) to zwykły skok na kasę (500+ jak się patrzy, nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby za część budżetu realizowanego częściowo w Europie projektu odpowiadał PIS, F).
Czas mija. Gdy coraz bardziej brzuchata i gburowata Wendy udaje, że zajmuje się dzieckiem, którym tak naprawdę zajmuje się O’Halloran (lekcja 22 – użycie noża na żywym króliku), Jack udaje, że pisze – czyli generalnie gapi się na biały arkusz wordowskiego pliku przez pół dnia, a przez drugie pół albo gra w pasjansa, albo zbiera wenę w trakcie poznawania zakamarków hotelu. Z dnia na dzień zapuszcza się coraz głębiej, odkrywa kolejne sekrety placówki, znajduje m.in. bilard, spa, odkodowane HBO i wojskowy telefon satelitarny, którym zaczyna wykonywać głupawe połączenia do Tadżykistanu (szybko jednak psuje maszynę).
W końcu trafia do stylowego baru, jakby z innej epoki. Złowieszcza muzyka przypomina nam, że jest strasznie i nagle przed oczami Jacka pojawia się kelner, któremu źle z oczu patrzy. Smak alkoholu można już poczuć w ustach, ale żeby nie szerzyć nietrzeźwości wśród odbiorców, producenci pokazują go bardzo zdawkowo (z tego samego powodu, oprócz wspomnianego jointa, nikt nie pali). Tutaj film się urywa.
Po stosownym entr’acte, od czapy nawiązującym do starych prezentacji dłuższych widowisk, Jack budzi się z krzykiem, skacowany na kanapie w holu głównym. Na jego rękach znajduje się krew, ma podarte ubranie i generalnie wygląda, jakby nie był to plan Lśnienia, a Wilka. Znajduje go Wendy i z miejsca robi wyrzuty, mówi że Danny gdzieś zniknął – podejrzenie oczywiście pada na Jacka, ale ten ma pusto tak we łbie, jak i w kałdunie.
Z jakichś przyczyn pamięta jedynie numer pokoju – 237 – do którego czym prędzej się udaje, zapewniając żonę, że „wszystko będzie w porządku”. Ona bynajmniej nie jest tego pewna, więc dzwoni do swojego psychologa, rzecz jasna na rachunek Jacka.
Tymczasem okazuje się, że Danny dobrze się bawi na zewnątrz z O’Halloranem – razem baraszkują w ogrodzie ułożonym na kształt labiryntu, w którym ich przyjaźń wskakuje na wyższy level. Danny mówi Irlandczykowi o swoich koszmarach, O’Halloran przestrzega go natomiast przed pokojem 237, w którym „kiedyś wydarzyło się coś bardzo złego”. Potem milknie i robi smutną minę, co rodzi przypuszczenia, że wspomniane wydarzenie miało dla niego charakter osobisty. Chaotyczne, dynamiczne flashbacki, które pojawiają się w chwilę potem skutecznie nas w tym upewniają. Danny’emu pojawiają się z kolei przed oczami dwie dziewczynki-bliźniaczki (kolejne flashbacki sceny w toalecie), które niepokoją go do tego stopnia, że zwyczajnie ucieka, zostawiając O’Hallorana niczym jakiegoś łosia – samego pośród zieleni.
Te same bliźniaczki obserwują z oddali, jak Jack otwiera drzwi do rzeczonego pokoju, w którym zaczyna przeżywać mniej więcej te same przygody, co w oryginale/książce, ale uboższe zarówno pod względem wizualnym (ni ma cycków!), jak i narracyjnym (obowiązkowa scena z rzyganiem i pierdzeniem). Dokładnie w tej samej chwili Wendy – również nieświadoma tego, że jest obserwowana przez te dwie pozornie niewinne istotki z kucykami i sukienkami w kokardki – wbija na komputer Jacka, by zgrać sobie więcej durnot na telefon. Odkrywa, że jej mąż nie napisał ani słowa w pliku książki, która podobnie jak pora roku za oknem, powinna już zmierzać ku końcowi. A raczej napisał ich bardzo dużo, ale kompletnie nie na temat.
Nagle zasilanie pada. Wendy po raz pierwszy ma naprawdę złe przeczucia i postanawia poszukać korków albo Jacka. Wpadają na siebie na schodach godnych Przeminęło z wiatrem i przestraszony Jack nieświadomie (?) zrzuca ciężarną małżonkę, co kończy się oczywiście klasycznym nieszczęściem – ona traci dziecko, on ochotę na seks i czucie w lewej ręce. Wendy uchodzi z życiem, ale od tej pory panicznie boi się męża, który zaczyna być coraz bardziej sfrustrowany wszystkim wokół. Przez jakiś czas jest jednak przykuta do łóżka, gdzie samotnie dochodzi do siebie, na odległość konsultując się ze światem za pomocą fejsa, którego inni użytkownicy wpierw podają jej 150 różnych rozwiązań sytuacji, a następnie kłócą się między sobą o to, które jest najbardziej fair wobec wszystkich.
Jack odmawia zarówno opuszczenia hotelu, jak i wezwania lekarza, bojąc się tyleż o swoją posadę, co własny stan psychiczny. Pogarsza się on z każdą minutą, które Jack spędza z ochotą przy barze, w towarzystwie osób mocno „niedzisiejszych”.
Z jego „synem” nie jest lepiej – Danny bawi się wojskowym nożem, który przypuszczalnie dostał od O’Hallorana, i wymalował pokój matki dziwnym, czerwonym napisem. Ona, widząc to, zarzuca mu początkowo kiepski gust dekoracyjny, a następnie cyka parę fotek na pamiątkę. Dopiero potem dociera do niej, w jak ciemnej dupie się znalazła. Przez myśl przechodzi jej ucieczka z przybytku, którego i tak nigdy nie lubiła. Pogoda za oknem – śnieżyca, pośród której zabawiają się zrobione z żywopłotu, wymarłe gady CGI stajl – stopuje jednak jej zapędy, więc wpierw kobieta próbuje uspokoić Danny’ego, który zaczyna wyrywać się i krzyczeć.
Obrazek ten zostaje cool-młodzieżowo poprzecinany widokiem coraz bardziej upojonego Jacka, którego spojrzenie z wolna przyjmuje iście diaboliczny wygląd. Kiedy w jego oczach dosłownie zapalają się ogniki, wszystko zmierza do wiadomego finału…
Jack szturmuje pokój Wendy – z jedną grabą sprawną czyni to jednak nie za pomocą siekiery, lecz karty magnetycznej i scyzoryka. Danny’emu, który najwyraźniej wciąż tkwi w transie (nie mylić z transseksualizmem), udaje się zranić go nożem, zanim będzie w stanie zrobić krzywdę Wendy. Ona z wdzięczności zamyka się z malcem w kiblu, po raz pierwszy przejawiając względem chłopca gorące uczucia. Pomaga Danny’emu uciec szybem wentylacyjnym. Sama nie mieści się w otworze, więc daje dyla oknem, zanim jeszcze Jack zdoła zrobić dziurę w drzwiach – na jego twarzy widać zatem spore rozczarowanie. Zauważa on jednak w oknie Danny’ego uciekającego do labiryntu, co przywraca mu diabelski uśmiech.
W garażu przemarznięta Wendy odkrywa, że Jack nie próżnował – zniszczone jest zarówno ich auto, jak i wszelkie pozostałe pojazdy oraz urządzenia, które pomogłyby wydostać się jej z sytuacji. A bateria i zasięg w jej komórce rzecz jasna poszły się… Jack tymczasem jest już w labiryncie krzewów, podążając za niezbyt rozgarniętym Dannym, który po prostu prze do przodu, walcząc z tlenem. Szybko dogania chłopca i już ma go rozerwać na strzępy, kiedy… uprzedza go kula O’Hallorana, który najwyraźniej cały ten czas błąkał się po okolicy, żywiąc się korzonkami i topionym w manierce śniegiem.
Po uspokajającym sytuację one-linerze O’Halloran przytula Danny’ego, być może nawet zbyt czule, i razem wracają po śladach do wyjścia, gdzie O’Halloran podpala całą roślinność, niszcząc inne stwory. Odpowiednio duży wybuch w slow motion wyznacza koniec trwogi oraz śnieżycy. Ale nie filmu.
Gdy na miejscu pojawia się w końcu straż pożarna i oficerowie prawa, dopada ich Wendy, która wygląda na autentycznie przejętą. Gdy Danny mówi jej, co zaszło, z niedowierzaniem kręci głową, mówiąc, że nikogo prócz nich tu przecież nigdy nie było. Na te słowa O’Halloran puszcza oko do chłopca i znika z kadru, pojawiając się potem wraz z Jackiem na starej fotografii z lat świetności hotelu. Do Danny’ego dociera, że najwyraźniej może kontaktować się ze zmarłymi. Kiedy odchodzi wraz z trzymającą go za rękę Wendy – oczywiście w stronę wschodzącego w glorii słońca – za ich plecami majaczy Jack, którego przeraźliwy śmiech zaczyna nieść się echem po okolicy. ..
Szklana pułapka (Die Hard)
Premiera: 15.07.1988
Reżyseria: John McTiernan
Obsada: Bruce Willis, Bonnie Bedelia, Reginald VelJohnson, Paul Gleason, Alan Rickman, William Atherton
O co kaman:
John McClane, glina z Niu Jorku, przylatuje do L.A., aby wspólnie z rodziną spędzić święta. Niestety budynek, w którym pracuje jego żona, zostaje opanowany przez grupę terrorystów. McClane musi stawić im czoła.
Nakręć to jeszcze raz, Sam:
Za kamerą Justin Lin. Wstęp różni się detalami. John przylatuje zdecydowanie nowocześniejszą maszyną, być może jednym z tych dwupoziomowych kolosów. Wciąż tkwi jednak w klasie ekonomicznej, bo praca nowojorskiego gliniarza to nie kokosy, a i rozłąka z żoną nie pomaga. Po wymianie zdań odnośnie stóp i dywanów (oraz pilates) nasz poczciwy glina także wyjmuje olbrzymiego pluszaka (zakładam, że restrykcyjne przepisy by mu na to pozwoliły), lecz nie jest to miś, a coś zdecydowanie bardziej trendy, jak Minionek-gigant lub bałwanek z tego lodowego koszmarku Disneya.
Reszta bez zmian – stewardesa rżnie go wzrokiem, Kalifornia daje o sobie znać pośladkami, a w tłumie czeka kierowca. Nie jest przy tym czarny i nie nazywa się Argyle. Przeciwnie – to McClane jest dumnym Afro-Amerykaninem (Chiwetel Ejiofor? Cuba Gooding Jr.? Big Will?), a jego szofer ma podejrzanie bliskowschodnie rysy, jebie od niego kebabem i każe wołać na siebie Ahmed. Nie wiemy, jak ma na nazwisko, ale podczas rozmowy w trakcie jazdy (kiedy to sprzedaje głównemu bohaterowi falafel i karmi go bajerami długaśnej bryki – albo na odwrót) wspomina coś o matce-Polce, a jego akcent bywa chwilami mocno wątpliwy.
Po dotarciu na miejsce wychodzi z niego prawdziwy cham. Od Dżona chce pieniędzy za podwózkę (nawyk z czasów taksówkarskich), nie zostawia mu danych kontaktowych, jego torby traktuje jak szmaty (przytulankę także) i czym prędzej opuszcza miejsce zdarzenia, w którym nic się jeszcze nie wydarzyło – zupełnie jakby wiedział, że coś się święci. Właściwie nikt w tym momencie by się nie zdziwił, gdyby Ahmed-Argyle ziomował się z terrorystami. Chwilę potem on jednak robi widownię w jajo i dekuje się na podziemnym parkingu, gdzie w spokoju może wypalić sobie trawkę. Zrelaksowany zasypia.
Tymczasem nasz dzielny czarny heros bierze manatki i pakuje się do budynku. W recepcji nie są w ciemię bici (wszak już po atakach 9/11), więc mimo świątecznej nudy oraz odznaki za pasem dokładnie sprawdzają go z każdej strony i nie pozwalają wjechać mu z bronią na górę, zatrzymując ją na przechowanie w minisejfie. Technologia dalej zachwyca Johna, bo ekran dotykowy to teraz prawdziwe 3-D i w ogóle Nakatomi świeci się jak psu jajca, a on sam jest przecież technicznym ignorantem, który zatrzymał się na komórce z opcją Węża. Tej i tak zresztą nie używa, bo bateria jest wiecznie rozładowana, a ekran pęknięty.
Życie. Tak czy siak po dotarciu do celu znowu całują go podpici panowie (z podejrzanie dużymi piersiami i długimi włosami), kelnerzy częstują wodą z bąbelkami, której nie idzie pić, a jedyną przyjazną osobą okazuje się Chińczyk (bo to oni trzymają teraz Amerykę za jaja), który zamiast głupiego dowcipu o Pearl Harbor karmi nas równie topornymi wzmiankami o giełdowym krachu sprzed dekady. Okazuje się także, że zamiast świąt Bożego Narodzenia obchodzone jest tu Hanukkah i islamskie Mawlid jednocześnie.
A potem poznajemy Ellisa i Holly. Ellis niczym się nie różni od oryginału, bo raz, że grający go Hart Bochner jest przezajebisty; a dwa, że tacy kolesie pozostają niezmienni. Odmienny może być co najwyżej rodzaj dragów i fakt, jak Ellis ich używa, czyli jest jeszcze bardziej nonszalancki, niż był blisko trzy dekady temu (studiował pod okiem Jordana Belforta). Tymczasem Holly jest biała (Margot Robbie), lecz nie nazywa się już Gennaro, a Genysis, gdyż producenci chcą na maksa pocisnąć reklamą i przyciągnąć do kin każdą możliwą publiczność. Szczęśliwie Holly nie okazuje się Terminatorem, tylko twardą, samoświadomą własnych potrzeb kobietą, która stęskniła się za swoim chłopem i jego przyrodzeniem.
Ale ponieważ jest też wyzwoloną, samowystarczalną feministką, która wygląda jak tomboy, nie okazuje mężowi żadnych konkretnych uczuć… Właściwie to jednak bardzo możliwe, że jest cyborgiem – zimnym, wyrachowanym, bezlitosnym dla rachunków. Te ostatnie to również argument Johna, po którym następuje wiadoma kłótnia. W jej trakcie wychodzi na jaw, że dzieci mają adoptowane, we wszystkich kolorach tęczy i przynajmniej jedno z nich czuje się więźniem swojego ciała. Jeśli John chce zatem udawać dobrego tatę, musi wkrótce zasponsorować zmianę płci, a do tego czasu na córkę Lucy wołać Lucyfer.
Ale mniejsza o to, bo w chwilę potem i tak terroryści zaczynają pukać do wieżowca bram, czyniąc to w równie perfidny i perfekcyjnie zorganizowany czasowo sposób, co kiedyś. Jakkolwiek nie są to Niemcy (choć z pewnością znajdziemy w ekipie kilku uchodźców, którzy zasmakowali tamtejszej gościnności) i nie przewodzi im Hans Gruber [rest in peace, Alan]. To mieszanka Azjatów i czarnoskórych (w imię hasła #blacklivesmatter), po części byłych wojskowych, którym rozkazuje Idris Elba (Denzel Washington był akurat zajęty i zbyt sławny). Trafiła zatem kosa na kamień.
.. to znaczy trafiłaby, gdyby McClane miał broń. Ale że nie ma, to musi uciekać z numerkiem szatniarskim w ręku. Szczęśliwie czyni to w… japonkach i jednej skarpetce, więc przynajmniej wiadomy problem ma z głowy. Nie ma za to koszuli, gdyż w przeciwieństwie do nagich, kobiecych torsów, MPAA nie ma problemu z nagimi męskimi torsami, a panie to lajkują.
Kiedy kamera nie pokazuje nam cycków w pokoju obok, tylko musimy się domyśleć, jak wyglądają (PG-13 pełną gębą), Johnny-boy potajemnie ulatnia się wyjściem awaryjnym. I podczas gdy bad, seriously bad guys (z nieodzowną kobietą w szeregach) usiłują wydusić kody od pana Takagi, którego ostatecznie zabijają, John – który akurat tego nie widzi, bo stoi na straży przyzwoitości – próbuje zadzwonić na lokalną policję i do KFC (product placement musi być). Terroryści nie są jednak w ciemię bici i mają sprzęt neutralizujący podobne technologie (because fuck you, that’s why!), nasz bohater ma zatem do wyboru obejść się smakiem lub wspiąć na dach i tam próbować złapać katar oraz jakieś połączenie. Po stwierdzeniu, że niemal cały obiekt opanowali źli kolesie i mrówki faraonki, wybiera tę drugą opcję.
Na dachu, jak to na dachu, piździ strasznie, więc Johnowi jest zimno. Tak bardzo zimno, że aż ze skarpetki robi sobie koszulkę (o tym, jak to zrobić, uczą nas wypuszczane przed premierą virale). Ta jednak i tak niewiele pomaga, ale na szczęście wkrótce namierzają go terroryści i robi się gorąco. Tak bardzo gorąco, że John decyduje się przewentylować jednego z nich i z pomocą matki-grawitacji gubi pozostałych oraz samego siebie w labiryncie szybów wentylacyjnych, które są jeszcze mniejsze niż poprzednio i w dodatku z własnym systemem oczyszczającym, robi się z tego zatem istne Mission: Impossible.
W międzyczasie okazuje się, że koleś, któremu sprezentował na urodziny wiatrak, był bratem bliźniakiem największego madafakera z całej ekipy – Justina. I ten już ma ogniki zemsty w oczach jak malowane.
Podczas gdy policja wysyła wpierw dron, a następnie znudzonego patrolowego do… no, generalnie spatrolowania okolicy po dziwnym telefonie, jaki otrzymali (a jaki następnie rozbił się Johnowi o beton), nasz dzielny McClane traci swoje obuwie. Zyskuje za to zabraną draniom giwerę i telefon z setką bajerów, który okazuje się jednak kompletnie bezużyteczny bez hasła dostępu. John chowa go więc do kieszeni i, widząc z daleka nadciągającego kawalerzystę, wpada na diabelski plan uruchomienia alarmu przeciwpożarowego, który jeszcze mocniej przyciągnąłby uwagę mundurowego (nieśmieszny jak zwykle Kevin James, który pozuje na Stallone’a z Copland; lub, co gorsza, Melissa McCarthy).
Ostatecznie plan idzie się kochać, bo złoczyńcy błyskawicznie uciszają wszelkie dźwięki (niektórzy także te w komórkach, co stanowi część akcji edukującej widzów o nierozmawianiu w kinie), a McClane zmuszony jest do walki z jednym z nich. Zabija go oczywiście, ale czyni to poza kadrem, po czym z trudem zrzuca zwłoki o nóżkach jak młoda niewiasta na radiowóz poniżej. Minimalnie nie trafia – ciało niezauważenie ląduje w krzakach i Kevin myśli, że to wiewiórka.
O dziwo, policja i tak zjeżdża się do trupa. Nikt nie wie dlaczego. Wyjaśnia to dopiero scena wycięta, dostępna jedynie na wydaniu Blu-ray 4K Special Collector’s Ultimate Unrated Edition, której za cholerę nie idzie kupić w Polsce, a sprowadzenie zza granicy to koszta, które trzeba przemnożyć przez pięć i cło (because fuck you, that’s why!). Scena ta okazuje się oczywiście fabularną woltą i szybko trafia do sieci.
Fani są oburzeni i choć ściągnęli całość nielegalnie, to i tak żądają od studia zwrotu pieniędzy, bo mimo dodatkowej krwi i fucków materiał ten jedynie kompromituje cały film. W nim to John przypadkiem wpada na ukrywającego się w budynku małego chłopca – jak się okazuje, syna jednego z ochroniarzy, który przyszedł z tatą do pracy, po tym, jak ten uciszył mamę raz na zawsze i zakazał wchodzić do sypialni. Malec nie mówi dużo, ale jest sympatyczny, budzi u McClane’a poczucie obowiązku i ma smykałkę do elektroniki, więc pomaga policjantowi złamać hasło do telefonu, który następnie mu kosi.
Jak by nie było, zaczyna się okupacja budynku przez policję, zwieńczona niemal natychmiastowym odcięciem zasilania, internetu oraz darmowych voucherów do kina na poziomie -1. Z wszystkim tym terroryści radzą sobie bez problemów. Z wszystkim, tylko nie z Johnem, który zaczyna komunikować się ze światem zewnętrznym za pomocą alfabetu Morse’a, przekazując grubemu koledze na dole kolejne ważne informacje. W zamian otrzymuje duchowe wsparcie i kupę niewybrednych żartów, za jakie produkcja zbiera zasłużoną nominację do Złotej Maliny.
Na miejscu zdarzenia szybko pojawia się nieomylny tylko w teorii, lecz twardy pan kapitan (Stallone we własnej osobie), którego próba przeprowadzenia szturmu kończy się podobnym, tylko mniej krwawym, a mimo to pochłaniającym więcej ofiar fiaskiem – w dodatku dobrze widocznym na ekranach całej Ameryki dzięki kamerom przemysłowym i puszczanym na żywo przez internet relacjom osób postronnych. Na forach internetowych błyskawicznie wybucha hejt na brutalność policji, a w wiadomościach mówi się wręcz otwarcie o rasizmie względem nie-białych terrorystów, których w dodatku nikt nie nazywa terrorystami (w sumie, to kto powiedział, że nimi są?), tylko „bojownikami o sprawę”.
Hasło to sami zainteresowani – jak się okazuje zaledwie złodzieje – wykorzystują do swoich celów, żądając oswobodzenia swoich „braci” z całego świata, m.in. z Guantanamo i tajnych baz na Podkarpaciu. Publiczność łyka to wszystko jak młode pelikany, a gliny zaczynają wykonywać pierwsze telefony do prezydenta. A media wiedzą już wszystko o Johnie, o którym planują godzinną debatę na żywo pod tytułem „McClane – bohater czy wróg?”.
To jednak nie McClane wysadza pół budynku w imię zemsty, a Ahmed, który słysząc strzały z góry, budzi się, myśląc, że jest atakowany przez niewiernych, po czym odpala składowany w bagażniku trotyl. Budynek niebezpiecznie zaczyna się przekrzywiać, grożąc zawaleniem i dodając Johnowi +100 do walki z czasem. I choć nie wie jeszcze o tym, pofarciło mu się, gdyż ma już do zabicia zaledwie połowę terrorystów, którzy po wybuchu nie muszą już nawet czekać na FBI, żeby dostać się do sejfu pełnego skarbów – rzecz jasna w formie diamentowo-elektronicznej, bo papierowe pieniądze i stare obrazy są dla lamerów.
Federalne Biuro Śledcze i tak się jednak pojawia, odsuwając policję od jakichkolwiek decyzji. Za sznurki pociągają teraz agenci Mulder i Scully (to samo studio, podwójne zyski ze sprzedaży biletów), z których jednak tylko ta druga zdaje się racjonalnie podchodzić do sprawy, gdyż Mulder wietrzy spisek i nie ufo nikomu, nawet sobie.

Najbardziej dramatyczna scena filmu
McClane, nie mając co liczyć na pomoc z zewnątrz, wspina się teraz piętro po piętrze i po trupach do celu – własnej żony. Nie wie jednak, że jest ona wśród grupki wybranej na żywe tarcze, mające pomóc tym złym w ucieczce z obecnego miejsca zamieszkania. Z uwagi na stan obiektu nikt już jednak nie dba o detonatory, nie dochodzi zatem do spotkania Johna z Hansem (tu Lance’em).
Zamiast tego McClane natrafia na szukającego go już od jakiegoś czasu Justina, który z kolei jako pierwszego trafia chłopca, zabijając go na miejscu. Dochodzi do przeepickiej, popartej z obu stron żądzą zemsty walki, w której każdy ma do wypowiedzenia przynajmniej trzy cięte riposty i wypełniony patosem monolog, który tłumaczyłby słuszność jego morderczych działań. Walki, w której żaden nie krwawi, a która – o ironio! – toczy się jak krew z nosa.
Gdy dwóch się bije, ekipa opryszków-złodziei prosi władze o podstawienie autobusów dla ewakuacji niewinnych. Oczywiście to zasłona dymna (w trakcie której używają autentycznej zasłony dymnej). Naprawdę chcą uciec kanałami wraz z łupem i, na wszelki wypadek, kobietą policjanta. A ponieważ jest ona wyzwoloną, samowysta… Terminatorem, toteż w ostateczności to ona ratuje McClane’a (i w ogóle całą ludzkość), a nie na odwrót. To również ona rzuca jedynym oficjalnym fuckiem w całym filmie. Zanim jednak do tego dojdzie, dojść musi wcześniej do niczym tak naprawdę nieuzasadnionego pościgu Johna za autobusami.
Dzielny policjant pędzi za nimi przez pół miasta w nowiusieńkim Lamborghini, jakie przypadkiem znalazł na 20 piętrze Nakatomi. Rzecz jasna uciekł z budynku w ostatniej chwili – tuż po ewakuacji ostatniej dobrej żywej istoty (niekoniecznie ludzkiej), uprzednio dokumentnie skopując dupę Justinowi, który potem i tak ożywa, więc dzieła zniszczenia dopełnić musi już grubcio, dla którego jest to pierwszy celny strzał w terenie ever. Ufff…
Budynek naturalnie rozwala się w drobny mak, auta wybuchają bez ładu i składu, a pocałunkowi cieni na tle jakiejś ładnej sponsorowanej lokacji towarzyszy nie Let It Snow, tylko hip-hopowa przeróbka hinduskiego szlagieru mająca na celu upamiętnić ofiarę Ahmeda. W scenie po napisach John zgadza się na opłacenie operacji i wszelakich alimentów oraz dowiaduje się, że Holly-800 jest w ciąży. A widz dowiaduje się, że pomimo dwóch zgonów Justin został reanimowany w szpitalu i w kolejnej części z pewnością będzie się mścił…
Siedem (Se7en)
Premiera: 22.09.1995
Reżyseria: David Fincher
Obsada: Brad Pitt, Morgan Freeman, Gwyneth Paltrow, Kevin Spacey, R. Lee Ermey
O co kaman:
Doświadczony i opanowany det. Somerset oraz jego nowy partner – młody, zadziorny i pełny werwy det. Mills – muszą stawić czoła seryjnemu mordercy, którego zbrodnie są odzwierciedleniem siedmiu grzechów głównych chrześcijaństwa.
Nakręć to jeszcze raz, Sam:
Za kamerą David Fincher – któżby inny? To jednak dzisiejszy Fincher, film trwa zatem jakieś pół godziny dłużej, dialogów jest trzy razy więcej i są niezwykle dynamiczne, zdjęcia są cyfrowe oraz skąpane w modnych, zielono-pomarańczowych odcieniach, a fabule towarzyszy elektroniczne tło, które bardziej przypomina zbiór industrialnych dźwięków niż pełnoprawną, niepokojącą widza muzykę. Początek jest zatem nieco bardziej energiczny, a detektyw Somerset (raz jeszcze Morgan Freeman, trochę tylko bardziej zmanieryzowany) zamiast przemykać przez miasto niczym duch wchodzi w interakcję z co drugim statystą, wydając z siebie cały potok teoretycznie zbędnych słów, za którymi trudno nadążyć.
Szybko okazuje się, że jednym z tych ludzi drugiego planu jest nieopierzony detektyw Mills (Zac Efron), którego Somerset po prostu zignorował, bo myślał, że to wycięta z kartonu reklamówka. Zignorował zresztą jak wszystko wokół, co robi zawsze, kiedy na podłodze pojawia się olbrzymia plama krwi i niejasne motywy zbrodni. Tak jest, w nowym #S&E43M, mimo 180 minut metrażu nie ma miejsca na jakieś poboczne trupy, tylko z miejsca wpadamy na sprawę co najmniej dekady, która to sprawa widzom zje przynajmniej dwa kubełki popcornu, a bohaterom ⅔ ekranowego życia i duszę.
Oczywiście przez wzgląd na nieskazitelność PR-u tę sprawę władze miasta będą odgórnie próbowały zatuszować, przez co Mills łatwo uwierzy w rządowy spisek na całą Amerykę. Na szczęście okaże się, że to tylko lokalny, siedmiostopniowy, lecz i tak niezwykle zawiły, opracowywany przez dziesięciolecia plan jednego mężczyzny, który niczym Lee Harvey Oswald zrobił wszystko „sam” niemalże w Ikei, po to, by zwrócić oczy ludzkości na palący go problem niesprawiedliwości. Tak gęstej atmosfery jak tu kino więc jeszcze nie zaznało…
Ale w młodości zaznał jej Somerset, który dzieli się jej strzępkami ze swoim nowym kolegą w domu tego ostatniego – na proszonej kolacji, podczas której poznaje uroczą małżonkę Millsa, Karen (Rachel McAdams), jego psa Freda (yorkshire terrier), wciąż jeszcze naiwne plany na przyszłość (przeczytać i obejrzeć symultanicznie wszystkie części Igrzysk śmierci) oraz młodzieńczą perspektywę na zaistniałą sytuację w pracy. Po kolacji panowie przeglądają zdjęcia denatów razem z panią, gdyż okazuje się, że nowożeńcy nie mają sekretów i dzielą się ze sobą dosłownie wszystkim. Gdy więc wino się kończy, Somerset z miną pokerzysty przyjmuje perspektywę trójkącika, co zbliża wszystkich jeszcze bardziej…
Wkrótce trupów przybywa, a okoliczności zbrodni są coraz bardziej wyszukane i bynajmniej nie osadzają się tylko na inteligentnej intrydze – John Doe dosłownie przeciąga bohaterów przez całe miasto w poszukiwaniu kolejnych wskazówek, które nie odwołują się jedynie do siedmiu grzechów głównych. To by było zbyt proste. To znacznie bardziej wielopoziomowa rozgrywka między wytrawnymi graczami. Rozgrywka, której sens i, przede wszystkim, drobiazgowe przygotowania zostaną widzowi pod koniec dosadnie przedstawione w najdrobniejszych szczegółach, wraz z narratorem z offu (jak się okazuje, antagonista o twarzy Matta Damona prowadził pamiętnik).
W końcu rozgrywka, którą Somerset określa w jednej ze scen jako „wrota do piekieł” (roboczy tytuł filmu, zmieniony przez producentów w ostatniej chwili, przez co box office nie wypada tak okazale, jak się tego spodziewali).
Oczywiście jej poziom skomplikowania odbije się także na złoczyńcy, który dzięki latającym w obłokach dronom, satelitarnej nawigacji, kamerom CCTV i wszelkim innym bajerom zostaje namierzony zdecydowanie szybciej niż w pierwowzorze. Prowadzi to do efektownego pościgu podczas oberwania chmury (grad zamiast deszczu dla zwiększenia dramaturgii), z którego i tym razem udaje się wywinąć przestępcy. Aby złapać go ponownie, detektywi nie muszą jednakże spędzać nocek na kanapie w oczekiwaniu na wyniki – jak przystało na współczesny procedural, dostają je wraz z wykresami bezpośrednio na swoje komórki, niezależnie od siebie i w przeciągu kilku godzin.
Mistrzowski plan pomaga jednak Doe’owi uprzedzić stróżów prawa i sam zgłasza się na posterunek, choć jego wejście jest jeszcze bardziej dramatyczne i z udziałem wszędobylskiej prasy. Internet wrze od teorii, a Norwegowie mają używanie. Ta sama superszybka technologia pozwala również na wstępną identyfikację bad guya, któremu nie pomaga już tak prozaiczna rzecz jak brak odcisków palców. Pomaga natomiast podszycie się pod kogoś innego (kogo zabił, rzecz jasna, odpowiednio wcześniej) i luka w DNA, co stanowi jeden z największych twistów filmu, który normalnie przebiega jednak w bardzo podobny sposób, tylko jest znacznie bardziej przestylizowany, brutalny i nachalny.
Jest też o wiele dotkliwszy fizycznie dla naszych bohaterów, którzy im bliżej finału, tym bardziej wyglądają jak John McClane w swoich najlepszych latach – krwawią, są brudni i wymęczeni. To jednak nie koniec, gdyż ostateczny pojedynek charakterów rozegrany zostaje na pustyni w Meksyku – poza jurysdykcją amerykańskich władz, choć, co nie powinno dziwić, i tak przez nie ściśle nadzorowany. Konfrontację obserwujemy zatem z setek różnych kamer i kątów, a wszechobecna digitalizacja sprawia, że horyzont wydaje się jeszcze ładniejszy, niż jest w rzeczywistości. Mills robi sobie zatem szybkie selfie przed tym jak dociera do nich paczuszka – do odbioru w lokalnym paczkomacie, tuż na skraju przepaści.
Napięcie rośnie wraz z odpakowywaniem bardzo niewielkiej przesyłki, na której znajduje się okolicznościowa karteczka z wyrazami miłości. Podczas gdy Mills pilnuje Doe’ego, Somerset przedziera się przez kolejne warstwy folii bąbelkowej po to, by odkryć… pozbawioną korpusu głowę Freda. Rozdarte serce detektywa nie pozwala mu odpowiedzieć na powtarzane niczym mantra pytanie Millsa o to, co znajduje się w środku.
Robi więc zdjęcie i przesyła mu MMS. Z powodu drobnej awarii sieci wiadomość nie dociera do niego, więc osobiście musi pofatygować się do Somerseta i na własne oczy poznać niewygodną prawdę. Dostaje furii, wszak utrata futrzaka godzi bardziej od utraty ukochanej (o której los nawet nie pyta).
Moment ten usiłuje wykorzystać Doe, który kładzie lachę na swój niecny plan i po prostu ucieka. Ginie oczywiście – od kul obu policjantów, którzy nie dochodzą do porozumienia względem pilnowanego przez nich prawa i ogromu cierpienia każdego z osobna. Małą pociechą pozostaje dla nich również fakt, że śmierć Doe ma długą i wyboistą. Jego ciało spada w przepaść, łamie się w każdym możliwym miejscu, po czym wybucha i, płonąc, spada do leżącego w niszy potoku, w którym buszują aligatory. Millsowi nic nie jest w stanie jednak przywrócić najlepszego przyjaciela…
I wtedy nadchodzi kolejny cios, opóźniony przez liczne korki na autostradzie. Kurier UPS! przywozi inną, zaadresowaną do obu panów wielgachną przesyłkę, w której znajdują uszyty z Karen garnitur na miarę. Millsowi totalnie odbija palma – tak duża, że zagubiony we własnej frustracji przymierza wdzianko i stwierdza, że nawet mu leży. W końcu pojawiają się posiłki zwiastujące napisy końcowe.
Zdruzgotany Somerset odchodzi z miejsca wypadku, ale nie kwituje wszystkiego jednym zdaniem z offu. Zamiast tego wraca do domu, wypija lufę i dodaje wpis do swojego blogaska, gdzie zawiera wszelkie spostrzeżenia i wnioski na temat wydarzeń ostatnich dni, do któych dołącza także nastrojowy filmik i linkuje na facebooku. Po tygodniu i 12 lajkach pojawia się pierwszy i jedyny komentarz, podpisany nickiem Bałwanek211 – to Mills odezwał się z psychiatryka, tuż po spotkaniu Jamesa Cole’a.
Koniec.
korekta: Kornelia Farynowska
