Publicystyka filmowa
Niedaleko pada DRIVE od DRIVERA. Małomówni KIEROWCY ZNIKĄD
W filmie KIEROWCA z 1978 roku Walter Hill tworzy kultowy obraz małomównego bohatera znikąd, który wsiada w samochód i ucieka od problemów.
Kultowy film pod lekką warstwą kurzu
W 1978 roku początkujący reżyser Walter Hill (48 godzin, Wojownicy), będący świeżo po dobrze przyjętym debiucie Hard Times z Charlesem Bronsonem i Jamesem Coburnem, wykorzystując doświadczenie zdobyte m.in. jako asystent reżysera przy słynnym filmie Bullitt z 1968 roku, daje światu Drivera – film uważany dziś za krok milowy gatunku kina samochodowego oraz pozycję – w najlepszym znaczeniu tego słowa – klasyczną.
Hill nie zdawał sobie zapewne sprawy, że swoim zaledwie drugim filmem w karierze wyleje fundament pod zupełnie nowy typ filmowego outsidera. Stworzony przez niego archetyp bezimiennego, małomównego kierowcy znikąd to wciąż nie wszystko; reżyser dał mu też do rąk specyficzny fach – świadczenie specyficznych usług „taksówkarskich” różnym szemranym typkom, która to profesja, podobnie jak permanentne problemy z policją, będzie z tym rodzajem bohatera nierozerwalnie związana już na zawsze. I tak jak rewolwerowy pojedynek oraz odjazd na koniu w stronę zachodzącego słońca definiował najsłynniejszych westernowych jeźdźców znikąd, tak Hill dał swojemu uwspółcześnionemu samotnikowi wyjętemu spod prawa konie mechaniczne, a zakurzoną prerię zastąpił skąpanymi w świetle, nocnymi ulicami wielkich miast.
W tytułowego kierowcę wcielił się Ryan O’Neal, będący w latach 70. ubiegłego stulecia dość wysoko w aktorskiej drabince fabryki snów (nominacja do Oscara za pierwszy plan w Love Story z 1970 roku, do Złotego Globu za Papierowy księżyc z 1973 oraz główna rola w Barrym Lyndonie Stanleya Kubricka z 1975 roku). Casting był trafiony w dziesiątkę. Kierowca o wzbudzającym zaufanie obliczu O’Neala to małomówny (na ekranie wypowiada zaledwie 350 słów), tajemniczy (anty)bohater, który po przemoc sięga tylko w ostateczności, zawsze honorowo, ale zdecydowanie, niczym wprawny rewolwerowiec, kowboj – jak jest zresztą przez policję nazywany.
Mimo parania się przestępczą działalnością wzbudza niekłamaną sympatię i ciekawość widzów oraz podziw dla jego technicznych umiejętności, spokoju i opanowania. W opozycji do jego poczynań stoi antypatyczny i zawzięty, w gorącej wodzie kąpany szeryf, w którego wcielił się Bruce Dern i którego – mimo że stoi na straży prawa – średnio da się lubić.
Film Waltera Hilla – mimo stosunkowo krótkiego czasu trwania, bo liczy zaledwie kanoniczne 90 minut (istnieje także wersja reżyserska, dłuższa o blisko 40 minut) – cechowało niespieszne tempo, a pełnokrwiste pościgi samochodowe dostaliśmy zaledwie dwa, na początku i na końcu filmu; w środku seansu była jeszcze dynamiczna sekwencja pokazowego zdemolowania klasycznego mercedesa na podziemnym parkingu. Mimo mało dynamicznej akcji, w dodatku tak oszczędnie dawkowanej, Drivera ogląda się znakomicie nawet dziś. Czując lekki dreszczyk emocji, kibicujemy głównemu bohaterowi w jego zabawie w kotka i myszkę z policją, a dwa wspomniane pościgi, sfilmowane niezwykle dynamicznie i widowiskowo, stanowią przysłowiową wisienkę na torcie.
Słychać ryk silników, czuć tempo mknących ulicami aut, a dramaturgia widowiska stoi na wysokim poziomie. Nawet zestawiając sekwencje pościgowe ze współczesnymi produkcjami w stylu Szybkich i wściekłych czy Need For Speed, z dzisiejszą fantazyjnością i różnorodnością ujęć kamer oraz tempem montażu, należy stwierdzić, że klasyk Waltera Hilla nie tylko oparł się upływowi czasu, ale może pod względem energii i tempa sekwencji pościgowych śmiało konkurować z efekciarstwem XXI wieku. Reasumując, film, mimo czterdziestki na karku, wciąż wygląda młodo, plecy go nie bolą i ogólnie trzyma się bardzo dobrze.
Należy jeszcze wspomnieć o innych jego gwiazdach, czyli wykorzystanych na planie samochodach. W Driverze tytułowy bohater siedzi za kółkiem m.in. forda galaxie 500 rocznik 1974, mercedesa 280 S rocznik 1970, pontiaca firebirda rocznik 1977 oraz chevroleta C-10.
Do roli kierowcy przymierzany był Steve McQueen, pod którego zresztą Walter Hill pisał scenariusz. Aktor nie był jednak zainteresowany kolejnym filmem, w którym miałby brać udział w pościgach samochodowych (Bullitt, Le Mans). Pod uwagę brani też byli Sylvester Stallone (z którym Walter Hill spotka się na planie dopiero w 2012 roku) i Charles Bronson; ten pierwszy wybrał jednak plan F.I.S.T. (dziś raczej mało znany film), drugi poróżnił się z reżyserem, który w montażu ograniczył jego rolę we wspomnianym debiucie Hard Times. Ryan O’Neal, mimo wspomnianych nagród i nominacji, nie był wówczas taką gwiazdą czy gwarantem sukcesu komercyjnego jak wyżej wymienieni, co uważa się za jedną z przyczyn finansowej porażki filmu Waltera Hilla.
Widzowie, spodziewając się, sądząc po tytule, prostego filmu akcji wypełnionego pościgami samochodowymi, dostali coś idącego bardziej w kierunku klimatycznego kryminału noir, z aspiracjami bycia czymś więcej niż szeregowym akcyjniakiem.
Jakość nie bierze się znikąd
Historia z Drivera, oparta na postaci tajemniczego kierowcy będącego na bakier z prawem, nie była całkowicie autorską wizją Waltera Hilla. Jego film, choć wywarł ogromny wpływ na kolejne pokolenia reżyserów (o czym za chwilę), sam zaczerpnął to i owo z dokonań kolegów po reżyserskim fachu. Duchowym ojcem kierowcy Ryana O’Neala był bez wątpienia Kowalski z kultowego Znikającego punktu z 1971 roku. Tym, co odróżniało Kowalskiego od bohatera filmu Waltera Hilla, był oczywiście fakt, że nie świadczył on usług żadnym szemranym typom, a stróżom prawa naraził się w pełni świadomie, jakby miał w planach ściągnięcie na siebie pościgu.
Kowalski to kontynuacja etosu Easy Ridera z 1969 roku, ale w krążowniku szos miast na Harleyu; outsider zasilany zewem wolności i zakupioną przed wyruszeniem w trasę kokainą kończy swoją ucieczkę do wolności równie tragicznie, co jego duchowi protoplaści z filmu Dennisa Hoppera.
Jednak jeśli spojrzymy, z pominięciem fabuły, na sylwetkę samego (anty)bohatera filmu z 1971 roku, to właśnie on jest w dużej mierze prekursorem małomównego, samotnego kierowcy z tajemniczą przeszłością, precyzyjnego i pewnego siebie za kierownicą, dla którego umykanie policji to bardziej dobra zabawa niż szczególnie duże wyzwanie. Nie jest on w żadnych wypadku przesiąkniętym złem przestępcą, a raczej jednostką będącą na bakier z prawem (jego niechęć do policji wyjaśnia jedna z retrospekcji), jedną nogą stojącą wciąż stabilnie po stronie dobra. Kowalski to outsider, który prawdziwe szczęście i poczucie wolności odnajduje jedynie za kierownicą samochodu z potężnym silnikiem (tu dodge challender R/T rocznik 1970), który czuje, że żyje, gdy we wstecznym lusterku widzi podążający za nim policyjny pościg.
Zanim Walter Hill nakręci swojego Kierowcę, Hollywood zdąży jeszcze przemielić noszącą dramatyczny rys postać przez maszynkę do wyrobu kina rozrywkowego, w roku 1977 dając światu przebojowy, komediowo-sensacyjny hit pod tytułem Mistrz kierownicy ucieka.
Wpływ na tonację Drivera Waltera Hilla miał też francuski Samuraj z 1967 Jeana-Pierre’a Melville’a z Alainem Delonem w roli głównej. Bohater kreowany przez Delona i owszem, kradnie kilka razy samochód, ale to jego charakter, wyciszony sposób bycia, zimna kalkulacja, pozostawanie w cieniu itd. zostały zapożyczone do stworzenia kierowcy Ryana O’Neala. Alain Delon jako płatny zabójca był samotnikiem mieszkającym w ascetycznie urządzonym mieszkaniu, które mogłoby śmiało ilustrować tezę postawioną w Gorączce Michaela Manna: „Nie przywiązuj się do niczego, czego w razie wpadki nie będziesz mógł w ciągu 30 sekund na zawsze zostawić. ..”.
Wszystkie wymienione cechy postaci oraz częściowo także przebieg fabuły Samuraja znajdują swoje odzwierciedlenie w Driverze. Bohater Ryana O’Neala, co oczywiste posiada większość cech charakteru postaci Delona, do tego także pomieszkuje w pustym pokoju pozbawionym czegokolwiek, co świadczyłoby o ustatkowanym życiu. Osią fabularną filmu Melville’a jest motyw piosenkarki, która mimo poznania twarzy zabójcy nie wydaje go policji podczas identyfikacji. Film Waltera Hilla także rozpoczyna się od odmówienia przez kobietę wskazania Ryana O’Neala jako wytypowanego przez policję kierowcy pomagającego złodziejom, z tą jedynie różnicą, że u Hilla pobudki kobiety mają inne podłoże.
Można też założyć, że Walter Hill widział w 1974 roku słynny film H.B. Halickiego pod tytułem Gone in 60 second. W trwającej 40 minut (podobno to najdłuższy filmowy pościg) pogoni policji za fordem mustangiem rocznik 1971, prowadzonym przez samego reżysera-kaskadera, Halicki był równie chłodno kalkulującym, milczącym, opanowanym kierowcą skupionym w stu procentach na precyzyjnej i efektywnej jeździe, jak za kilka lat będzie Ryan O’Neal.
Driver zdecydowanie mniej zaczerpnął z klasyki, niż przekazał popkulturze, przede wszystkim oczywiście X muzie. Na podstawie filmu Waltera Hilla powstała słynna gra Driver na komputery PC. W grze z 1999 roku nie tylko wykonywało się zlecenia za kierownicą amerykańskich pony car i muscle car oraz innych aut, były tam też do wykonania zadania testowe na podobieństwo sceny demolki mercedesa na parkingu, gdzie trzeba było na czas rozwalić skutecznie samochód. Co istotne, głównym bohaterem gry nie był już będący na bakier z prawem tajemniczy kierowca, lecz policjant działający pod przykrywką, rozpracowujący szajkę złodziei aut.
Niestety mało grałem w tę grę, gdyż na moim PC 486 (a gra wymagała już procesora Pentium) chodziła skokowo nawet przy ograniczeniu detali do minimum, moje auto nie miało więc ani lusterek, ani nawet kół, a i tak gra przypominała bardziej pokaz slajdów niż płynną jazdę. Echa może już nie tyle Drivera Waltera Hilla, co właśnie gry powstałej na jego bazie, pobrzmiewają też w innych tytułach branży komputerowej, jak w cyklu Grand Theft Auto czy Burnout Paradise. Ok, trochę pograliśmy, a teraz już wracamy do filmów.
Kontynuatorzy i naśladowcy
Zanim kino zaczęło na poważnie trawestować bohatera stworzonego przez Waltera Hilla i Ryana O’Neala (do spółki z Kowalskim ze Znikającego punktu), ślady Drivera mogliśmy znaleźć w takich filmach jak Taxi z 1998 roku (który wyniósł francuskiego Peugeota 406 na szczyty popularności) czy w pierwszych Szybkich i wściekłych z 2001 roku – które to tytuły, już bardziej rozrywkowe niż dramatyczno-romantyczne, rezygnowały z aury tajemnicy unoszącej się nad bohaterem outsiderem, opierając się bardziej na cool kierowcach, barwnych ptakach beztroskiego kina akcji. Postaciach uproszczonych psychologicznie i fabularnie, stojących, i owszem, na bakier z prawem i uciekających przed policją, ale będących jednocześnie mniej fascynującymi dla widza.
O klasycznego kierowcę świat filmu, na razie w formie krótkiego metrażu, upomniał się dopiero na początku XXI wieku. W latach 2001–2002 powstały dwa sezony (liczące po 4 odcinki) dość niecodziennego projektu reklamowo-filmowego pod wspólnym tytułem The Hire. Osiem odcinków trwających od sześciu do dziewięciu minut stanowiło tło dla wielkiej kampanii promocyjnej samochodów BMW, które stanowiły środek transportu głównego bohatera – małomównego kierowcy, o którym nie wiedzieliśmy niczego ponad to, że wykonuje zlecenia dla różnych ludzi, w różnych rejonach świata, przeważnie niebezpieczne i zakończone ucieczką przed pogonią oraz świszczącymi dokoła kulami.
W kierowcę bez imienia, nazwiska i przeszłości, za to z błyskiem w oku wcielał się ośmiokrotnie Clive Owen. Prowadząc najnowsze wówczas modele BMW, Owen prezentował się nadzwyczaj wiarygodnie i naturalnie, jakby urodził się z kierownicą w ręku, jakkolwiek takie przyjście na świat mogłoby być nieco problematyczne. Reasumując, wyglądał w BMW tak dobrze, jak Will Smith w garniturze faceta w czerni.
Każdą odsłonę ośmioodcinkowej filmowej reklamy koncernu samochodowego z Niemiec wyreżyserowali znani reżyserzy, a każdy z nich odcisnął na swoim odcinku swoją autorską pieczątkę. Dzięki temu wszystkie te krótkie formy reklamowe wyglądały po pierwsze, jak wycinek z jakiegoś kinowego filmu, po drugie, każdy miał inne tempo, inaczej rozłożone akcenty, właściwy danemu twórcy sposób opowiadania, a nawet tonację kolorystyczną. Wprawni kinomani z łatwością odróżnią od siebie styl wizualny takich reżyserów jak John Frankenheimer, Tony Scott, Ang Lee, Wong Kar Wai czy Guy Ritchie.
Przez serię przewinęły się takie aktorskie nazwiska jak m.in. Gary Oldman, Don Cheadle, Forest Whitaker, Ray Liotta, Madonna i Stellan Skarsgård. Kierowca Clive Owen zasiadał za kółkiem następujących modeli BMW: 740i rocznik 2001, Z4 rocznik 2002, 540i rocznik 2002, X5 rocznik 2000, M5 rocznik 2001, 330Ci rocznik 2001. Wszyscy oponenci (często bardzo źli ludzie z bronią automatyczną) poruszali się oczywiście samochodami innych marek.
Seria The Hire była w swoim czasie bardzo popularna, podobnie jak Clive Owen, dla którego pierwsze lata XXI wieku były chyba najlepsze w karierze. Do roku 2006 zagrał w takich hitach jak Bliżej (nominacja do Oscara za drugi plan), Sin City: Miasto grzechu, Inside Man czy Ludzkie dzieci. Był to gorący okres poszukiwania nowego odtwórcy roli Bonda i nazwisko Owena tu i ówdzie pojawiało się w tym kontekście – finalnie, jak wiemy, rolę otrzymał Daniel Craig. Po sukcesie internetowych filmików reklamowych BMW z serii The Hire widzowie oczekiwali jakiegoś pełnego metrażu z Clive’em Owenem w roli tajemniczego kierowcy, rzeczowego, stanowczego i charyzmatycznego, a w dodatku z serduchem (jak pokazały niektóre bardziej sentymentalne odcinki) po właściwej stronie.
I owszem, Hollywood bardzo szybko, bo już w 2002 roku, wzięło „kierowcę znikąd” na tapet, a główną rolę otrzymał… ktoś zupełnie inny. Ktoś (czyli Jason Statham), kto poza tym, że świetnie wyglądał za kierownicą, równie świetnie prezentował się bez koszulki i potrafił się bić… Na otarcie łez Clive Owen w 2016 roku, czyli 15 lat później, otrzyma od BMW propozycję powrotu do roli w krótkometrażówce The Escape. Trwający 10 minut pościg o kinowym rozmachu, promujący BMW 540i model na 2016 rok, zakończony spektakularnym pojedynkiem tegoż ze śmigłowcem (!) wyreżyseruje twórca Dystryktu 9 – Neil Blomkamp. W obsadzie, oprócz trzymającego formę Clive’a Owena, znajdzie się Dakota Fanning w roli osoby przewożonej oraz naczelny świrus Hollywood Jon Bernthal, w roli oczywiście czarnego charakteru.
Zachęceni sukcesem opisanego powyżej cyklu The Hire twórcy Transportera (2002) stworzyli turbokierowcę: charyzmatycznego, małomównego, oschłego bohatera-zabijakę, w wykonaniu prawdziwego twardziela, wschodzącej gwiazdy kina akcji – Jasona Stathama, wciągniętego w kino akcji wprost z kozackich filmów Guya Ritchiego (Porachunki, Przekręt). Jako wartość dodaną kierowca przez niego wykreowany, poza sposobem bycia i stylem pracy, mniej lub bardziej podobnym do klasycznego Kierowcy, cechował się zupełnie nową umiejętnością, bo sięgając po przemoc kiedy trzeba, chętnie brał udział w widowiskowych mordobiciach i strzelaninach; u Waltera Hilla mieliśmy do czynienia raczej z kodeksem Dzikiego Zachodu, gdy O’Neal dość niechętnie, acz błyskawicznie rozgrywał nagłe pojedynki na broń palną. Transporter poszedł ostro w stronę testosteronu tryskającego z ekranu wprost na widzów, a z charyzmy, twardości i pewności siebie Jasona Stathama można było produkować żelbetowe ściany.
Ekspozycja, podczas której w ciągu kilku minut poznajemy charakter, profesję i sposób działania tytułowego bohatera, to brat bliźniak pierwszych minut Drivera. Reżyser Corey Yuen, korzystając z szablonu kierowcy Hilla, dynamizuje i rozbudowuje (idąc w nieco mroczniejsze rejony) jego postać. Kierowca Jasona Stathama wydaje się zimnokrwisty i nieznający współczucia – bez mrugnięcia okiem pozwala, a wręcz sugeruje zabicie jednego z widocznych na powyższym zdjęciu rabusiów, bo we czterech jego klienci za dużo ważą, a tego nie było w umowie. Równie bezemocjonalnie reaguje na informację, że w jego wysadzonym w powietrze BMW zginęło dwóch policjantów (których on sam tam umieścił).
W mało dżentelmeński sposób obchodzi się też początkowo z transportowaną dziewczyną, trzymając ją na pętli zarzuconej na szyję tudzież rzucając nią w policjantów. Na szczęście w dalszej części filmu pokazuje nieco sympatyczniejszą stronę swojej natury. Bezimienny do tej pory kierowca w Transporterze zyskał imię i nazwisko, Frank Martin, oraz strzępy intrygującej przeszłości jako rozczarowanego swoim zawodem (czy raczej przełożonymi) żołnierza.
I choć już w Driverze kodeks pracy Kierowcy był zasygnalizowany (np. nie świadczył usług komuś, kto raz się spóźnił), to w filmie Cory’ego Yuena sposób pracy Franka określał już precyzyjny spis reguł, z których najważniejsza brzmiała: „Nie zaglądać do przesyłki”. Od złamania tej reguły rozpoczynała się właściwa akcja części pierwszej, na której zresztą bazuje cały niniejszy opis (nie będziemy zagłębiać się w kontynuacje). Zawartość przesyłki, czyli pięknej urody dziewczyna, wytrąca Franka z poukładanej, spokojnej (jak sam mówi) egzystencji, ściągając na niego złych ludzi z arsenałem broni godnym małej armii.
W dodatku po piętach depcze Frankowi dociekliwy policjant (na wzór postaci Bruce’a Derna z Drivera, tylko mniej upierdliwy), próbujący powiązać go z działalnością tytułowego transportera, a ostatecznie Frankowi pomagający.
W odróżnieniu od innych filmów o kierowcach do wynajęcia (o których za chwilę), którzy niemal każde zlecenie realizują innym kradzionym autem, Frank wykonywał je… własnym samochodem, zmieniając jedynie tablice rejestracyjne przy pomocy „bondowego” mechanizmu zamontowanego w zderzakach. Głównym samochodowym bohaterem pierwszej części było BMW 735i rocznik 1995 – tym samym w filmowym świecie małomównego kierowcy po raz pierwszy pojawiło się europejskie auto. W kolejnych odsłonach markę BMW zastąpi m.in. audi A6. Cała seria (trylogia ze Stathamem 2002–2008 i reboot Transporter: Nowa moc z 2015) odbiegały bardzo daleko od atmosfery i wydźwięku filmu Hilla z 1978 roku.
Klimatyczne, powoli sączące się kino sensacji z ambicjami zastąpiono szybko zmontowanym, dynamicznie opowiedzianym kinem atrakcji z przymrużeniem oka, z części na część tonącym w coraz gęstszych oparach absurdu.
Już nawet w pierwszej odsłonie niemal z minuty na minutę widać spadkowy trend, ponieważ począwszy od momentu zniszczenia domu głównego bohatera, film jakby traci początkowy klimat i pogrąża się w coraz bardziej absurdalnej, a jednocześnie mało absorbującej demolce. Efektem tego jest najbrutalniejsza w historii kina walka w kisielu… to znaczy oleju, irracjonalny patent na wykorzystanie martwego bandziora jako (sic!) butli z tlenem oraz nudna walka w kabinie renault magnum, nieudolnie kopiująca spielbergowskich Poszukiwaczy zaginionej arki. Transporter odniósł jednak duży sukces, widownia polubiła nowego kierowcę-zabijakę, a Jason Statham wyraźnie rozsmakował się w typie bohatera, którego wykreował, bo w kolejnych latach chętnie grywał postacie podobne, twardych desperado za kółkiem, m.
in. w Wyścigu śmierci z 2008 roku (za kółkiem forda mustanga rocznik 2006), w Szybkich i wściekłych 7 (2015) i 8 (2017), czy Hobbs & Shaw z roku 2019.
Na prawdziwego następcę Drivera trzeba było czekać ponad 30 lat, ponieważ dopiero filmem Drive z 2011 roku duński reżyser Winfing Refn oddał klasykowi Hilla należny hołd, pokłon i wszystko, co należało oddać wielkiemu prekursorowi podgatunku. Drive już samym tytułem, pozbawionym symbolicznie jednej literki, pokazał, jakie ma korzenie. Zarazem nie chciał jednak być traktowany jako coś w rodzaju remake’u filmu Waltera Hilla. Obydwa obrazy, które dzieliły ponad trzy dekady, cechował bardzo podobny klimat, co widać szczególnie w sposobie realizacji i dynamice nielicznych (w obydwu przypadkach dokładnie dwóch) samochodowych pościgów.
Pierwsza sekwencja pościgowa znakomicie wprowadza nas w nieco oniryczną atmosferę filmu, druga – krótka, konkretna, energetyczna, z udziałem forda mustanga GT 5,0 z 2011 roku, świetnie odzwierciedla charakter naszego antagonisty, dokonując jednocześnie brutalnego zwrotu akcji w fabule. Charakterologicznie postaci z obydwu filmów mogłyby być ojcem (O’Neal) i synem (Ryan Gosling), którego bohater filmu Hilla nigdy nie miał. Obaj to tajemniczy samotnicy, o których nie wiemy praktycznie niczego, przez co są niezwykle łakomym kąskiem dla miłośników niebanalnego kina zmuszającego do refleksji. Ryan Gosling, niemal identycznie jak O’Neal, jest wyciszony, ale zdolny do szybkiego i zdecydowanego reagowania przemocą w sytuacjach kryzysowych.
Do tego Drive i Driver zaczynają się w zasadzie taką samą sekwencją, w której poznajemy naszego (anty)bohatera, czekającego w pełnym skupieniu na dwóch rabusiów kończących właśnie rabunek, po czym zaczyna się dynamiczna ucieczka i ukrywanie przed policją. Reżyser Drive nie krył się ze swoją inspiracją dziełem Waltera Hilla. Powstał dzięki temu film o niezwykle podobnej tonacji i tempie narracji, opowiadający historię niespiesznie, ale z ogromną dozą klimatu. Ale choć w wielu miejscach Drive i Driver są do siebie niezwykle podobne, nie jest to kopiowanie dla kopiowania, tylko autorskie, przemyślane i zakończone ogromnym sukcesem (Drive to dziś absolutnie pozycja kultowa!) przetworzenie klasyka.
Do postaci milczącego kierowcy, która wiele zawdzięczała kreacji Ryana O’Neala, reżyser Drive i sam Ryan Gosling dodali rysu zagubionego gdzieś w relacjach międzyludzkich brutalnego romantyka, który zarówno potrafi mocno pokochać i poświęcić się ukochanej osobie, jak i na jej oczach bezwzględnie zmasakrować młotkiem zagrażającego im bandziora.
Linie fabularne obydwu filmów, choć startujące z tego samego miejsca, szybko zaczynają zmierzać w zupełnie innych kierunkach, dzięki czemu możemy emocjonować się kompletnie innymi opowieściami, skąpanymi wciąż w tym samym sosie zajebistości. Za sprawą fenomenalnego soundtracku, idealnie komponującego się z temperaturą filmu, perfekcyjnie ilustrującego konkretne jego sceny, Drive dziś jest klasą samą w sobie i ciekawym przykładem najbardziej brutalnego love story lub, jak kto woli, najbardziej romantycznego filmu sensacyjnego w historii kina. Film Refna, podobnie jak Driver trzy dekady wcześniej czy inne filmy obrośnięte kultem dopiero z czasem (jak m.
in. Łowca androidów czy Podziemny krąg), nie był wielkim kasowym hitem, choć na siebie zarobił. Z budżetem 15 milionów dolarów do kinowych kas na całym świecie przyciągnął 77 milionów. O jego fenomenie świadczy między innymi niesłabnąca do dziś dyskusja wśród fanów na temat wydźwięku słynnej sceny w windzie oraz pozostające bez odpowiedzi pytanie, czy główny bohater na końcu umarł, czy jednak, zaledwie ranny, odjechał w mrok.
Driver Waltera Hilla to jeden z ulubionych filmów Edgara Wrighta (Hot Fuzz, Wysyp żywych trupów, Scott Pilgrim kontra świat). Nie dziwi zatem fakt, że bohaterem swojego Baby Driver z 2017 roku uczynił… małomównego kierowcę do wynajęcia przez szemranych typków. Głównym bohater to nieco wycofany, uciekający myślami w słuchaną muzykę młodzik, nieskory do przemocy, pochłonięty w całości funem, jaki ma ze swojej profesji, czyli szybkiej jazdy. Film – zdecydowanie lżejszy w tonacji od dzieła Waltera Hilla, ale wciąż będący jego duchowym spadkobiercą – zyskał prze to nieco pocieszny tytuł: od ksywki niesfornego, młodego kierowcy o obliczu nastolatka.
Nowością wprowadzoną do znanego szablonu i ustawień fabrycznych postaci było upgrade’owanie kierowcy do jeszcze większego odcięcia się od szarości świata zewnętrznego, ponieważ podczas akcji za kółkiem zatyka on sobie uszy słuchawkami i słucha głośnej, energetycznej muzyki, dodającej mu poweru do efektywniejszej jazdy.
Tak przynajmniej wygląda to pozornie, bo prawdziwy powód permanentnego i wkurzającego otoczenie chodzenia z muzyką w uszach okazuje się zgoła inny. Tytułowy Baby (Ansel Elgort) jako dziecko brał bowiem udział w wypadku samochodowym, w którym zginęli jego rodzice, a on sam doznał stałego uszczerbku na zdrowiu, polegającego na uporczywym, nieustającym pisku w uszach. Muzyka, która wypełnia życie głównego bohatera, poza rolą terapeutyczną wyznacza też tempo i rytm ekranowych wydarzeń oraz ilustruje nerwicę natręctw głównego bohatera, który np. musi odpalić dany utwór dokładnie w momencie rozpoczęcia akcji.
Baby nawet nie ruszy samochodem, jeśli nie znajdzie odpowiedniej piosenki. Sam film w wielu miejscach podporządkowany jest przez to tempu, nastrojowi i rytmowi słuchanej przez niego muzyki, nawet każdy wystrzał z pistoletu lub karabinu, każda eksplozja – wszystko jest zsynchronizowane z muzyką (montażyści mieli kawał roboty, a widzowie dostali kawał niecodziennej rozrywki). Chwilami Baby Driver skręca przez to w stronę dość oryginalnego… musicalu. Już w prologu, podobnie jak w Drive i Driverze, konwencja filmu Wrighta zostaje nam zaprezentowana w pigułce.
Ale inaczej niż jego skupieni i wyciszeni poprzednicy, Baby, czekając pod bankiem na złodziei, którym robi za kierowcę, śpiewa sobie głośno pod nosem, porusza w rytm słuchanej muzyki, słowem – zamiast siedzieć cicho dość mocno zdaje się zwracać na siebie uwagę – i jako wyluzowany koleś nic sobie z tego nie robi. No, dopóki z tyłu nie nadjedzie radiowóz.
Konwencja filmu Wrighta względem Drivera i Drive wydaje się lekka, rozrywkowa, kolorowa, żywsza. Zdecydowanie mocniej, nawet względem kultowca Refna, przesunięto punkt ciężkości na romantyczną stronę naszego bohatera, spragnionego i szukającego prawdziwej miłości. Kierowca Ansela Elgorta jest zatem przeciwieństwem bezceremonialnej brutalności bohaterów O’Neala i Goslinga, co czyni z niego postać jednocześnie podobną u podstaw do swoich poprzedników, co skrajnie się od ich sposobu bycia i stylu życia odcinającą. Baby jest z tej trójki bohaterem najmniej tajemniczym, dowiadujemy się bowiem o jego przeszłości i pobudkach do działania bardzo dużo.
Wright bezceremonialnie dokonał dekonstrukcji i wyraźnie odmłodził archetypową postać milczka za kółkiem, nadając jej mnóstwo luzu i dystansu do świata, których to cech brakowało (co nie było w żadnym wypadku wadą) postaciom O’Neala i Goslinga, ujętym w znacznie poważniejszy nawias. Choć jednak Baby jest dobrem wcielonym, przez jeden błąd z przeszłości trzymanym na uwięzi przez przestępczy świat, wraz z rozwojem wydarzeń, rozkwitającym uczuciem między nim a Deborą chłopak także pokazuje, że gdy trzeba, potrafi być zdecydowany, odważny, twardy, a w końcu brutalny i bezlitosny dla śmiertelnie niebezpiecznego przeciwnika.
Dzięki temu, po nieco cukierkowym początku filmu, dostajemy ciekawy rozwój postaci oraz finał pełen zwrotów akcji, wbijający w fotel pod względem widowiskowym oraz dramaturgicznym. Kawał naprawdę świetnego kina akcji, które miało na siebie pomysł.
Do dyspozycji małomównego kierowcy po raz pierwszy oddane zostały samochody z Kraju Kwitnącej Wiśni – subaru impreza WRX rocznik 2006, toyota corolla rocznik 2003 i 2014 oraz mitsubishi galant rocznik 2009, a także amerykańskie chevrolet avalanche LTZ rocznik 2007, GMC yukon rocznik 2007, lincoln continental mark 5 rocznik 1979, dodge challenger SRT hellcat rocznik 2015, chevrolet blazer rocznik 1985 i niemiecki akcent, czyli mercedes S 550 rocznik 2015. Ta wyliczanka nie miała być popisem mojej znajomości motoryzacji (korzystałem tu z niezastąpionej w tym względzie bazy samochodów użytych w filmach: imcdb.
org – polecam), lecz miała wykazać, że Baby zmieniał samochody jak rękawiczki i jest absolutnym rekordzistą wśród małomównych kierowców pod względem użytych w filmie pojazdów. Odwrotny rekord, bo zaledwie jedno użyte auto, należy do bohatera filmu Wheelman, o którym przeczytacie zaraz, jak tylko skończycie akapit poświęcony Baby Driver.
Intencje kierujące Babym także są wzięte z zupełnie innej planety niż w poprzednich filmach, bo chłopak nie para się podwożeniem bandziorów dla kasy, choć tę kasę faktycznie za każdą usługę zgarnia. Baby, robiąc za turbotaxi z wrażeniami specjalnymi w postaci 4G na zakrętach w gratisie, spłaca w ten sposób dług, który w dzieciństwie „zaciągnął” u lokalnego gangstera, kradnąc mu furę z towarem. Również pod względem uczuciowym Baby idzie w zupełnie innym niż poprzednicy kierunku. Bohater grany przez Ryana Goslinga tylko ocierał się o wielką miłość, rezygnując z niej w imię dobra ukochanej albo by móc wciąż pozostać tym kozackim, bezimiennym, tajemniczym samotnikiem.
Tymczasem Baby konsekwentnie walczy o miłość, o przyszłość i odcięcie się od przeszłości, dzięki czemu może w końcu odjechać w stronę zachodzącego słońca z kobietą życia u boku. To znaczy, jak tylko odsiedzi wyrok w więzieniu po tym, jak postępując dojrzale i rozsądnie, odda się w ręce policji.
Ostatnim znanym mi filmem, który przejął pałeczkę od Drivera Waltera Hilla, poszerzając jednocześnie i pokazując w nowym ujęciu świat tajemniczego kierowcy, jest Netflixowy Wheelman z 2017 roku, w Polsce dystrybuowany pod tytułem Kierowca. Choć główny bohater ponownie był bezimiennym (znamy go tylko z ksywki Wheelman właśnie) kierowcą na usługach szemranego towarzystwa, tym razem miał okazać się człowiekiem, który wraz z byłą już małżonką wychowuje nastoletnią córkę. Po raz pierwszy zerwano zatem z mitem samotnego kowboja stojącego obok systemu i społeczeństwa.
Mogliśmy też zapomnieć o małomówności czy aurze tajemnicy wokół naszego bohatera – bo tutaj niemal przez cały film nawija przez telefon, próbując w trakcie jazdy wyplątać się z niebezpiecznej kabały, w którą się wpakował. Novum wprowadzonym do rzeczywistości filmowego kierowcy było osadzenie akcji całego filmu w środku prowadzonego przez niego BMW serii 3 lub z kamerą przymocowaną w różnych miejscach do karoserii auta, by pokazywać w szerszej perspektywie wydarzenia na zewnątrz pojazdu. Dzięki takiemu zabiegowi widzimy wszystko z perspektywy głównego bohatera i nie odstępujemy go na krok.
O ile więc wszystkie powyżej opisane filmy miały standardowy sposób opowiadania, tradycyjnie osadzony w wielu lokacjach i z równie tradycyjną robotą operatorską, o tyle w Kierowcy z 2017 roku kamera nawet na moment nie odklejała się od samochodu, przez co nawet użytkownicy wspomnianej bazy imcdb.com mają problem by dokładnie określić rocznik użytego w Wheelmanie BMW. Film, choć nie jest jakimś objawieniem w dziedzinie kina akcji czy tematu, wokół którego tu się obracamy, stanowi bardzo udaną próbę opowiedzenia znanej historii w zupełnie nowy, oryginalny sposób. Niezłe aktorstwo, trzymająca w napięciu akcja i kilka konkretnych scen samochodowej rozwałki gwarantują 80 minut przyzwoitej sensacyjnej rozrywki.
Dokąd zmierza kierowca?
W 1978 roku poznaliśmy bezimiennego, przybywającego znikąd i donikąd zmierzającego, intrygującego, ostrożnie dawkującego słowa, trochę aspołecznego, nieokazującego emocji, skrupulatnie poukładanego samotnika. Czterdzieści lat później nasz bohater, choć wciąż w większości przypadków bezimienny, znajduje się już w innym miejscu. Wychodzi bardziej do ludzi, przez co staje się mniej intrygujący, coraz mniej w nim tajemnicy, jest bardziej skory do rozmów, znajduje miłość życia, posiada rodzinę oraz przeszłość… i przyszłość! Czy zatem pozostało coś jeszcze do opowiedzenia lub pokazania znanych motywów w jakiś nowy, zaskakujący sposób?
Jak dotąd praktycznie każdy film przejmujący pałeczkę od Drivera okazywał się jego mniej lub bardziej, ale zawsze godnym następcą i kontynuatorem dzieła. Jeżeli mają powstawać tak dobre obrazy, jak Baby Driver, niezłe jak Wheelman, przyzwoite jak pierwszy Transporter czy wybitne jak Drive, jestem jak najbardziej za kolejnym spotkaniem małomównego kierowcy znikąd na mojej filmowej drodze. Chętnie popatrzę wraz z nim kolejny raz we wsteczne lusterko, rozbłyskujące niebiesko-czerwonym światłem policyjnym kogutów…
