Oblicza filmowej postapokalipsy | FILM.ORG.PL

Oblicza filmowej postapokalipsy








Jakub Piwoński
18.06.2013


Z chwilą, gdy wszyscy widzieli już „Niepamięć”, na „1000 lat po Ziemi” nikt nie chce się wybrać, a na „Elizjum” trzeba jeszcze trochę poczekać, warto przypomnieć sobie inne filmy zaliczane do tego samego podgatunku science fiction. Mowa oczywiście o fantastyce postapokaliptycznej.

Wyobraźcie sobie świat, który nie jest już harmonijnie poukładanym systemem. Świat bez zdobyczy najnowszej technologii; bez osiągnięć kultury; bez religijnych wojen, ale i bez religijnej zadumy. Świat bez stałego dostępu do pożywienia, wody, benzyny i prądu. Świat, w którym wyzwania każdego dnia nie są już kierowane koniecznością zaspokajania potrzeb materialnych, ale koniecznością przetrwania. Świat, w którym z człowieka na powrót staliśmy się łowną zwierzyną, która zabija w imię interesów stada bądź swoim własnym. Świat, w którym wszystkie utrwalane od tysięcy lat moralne i prawne zasady nagle przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.

Ten świat jest przestrogą. Jest rzeczywistością, której nigdy nie doświadczyliśmy, lecz wcale nie jest powiedziane, że nigdy nie doświadczymy. Jest rzeczywistością wyjętą z antycypacji autorów fantastyki postapokaliptycznej i to ich bohaterowie muszą się z nią mierzyć. Ten osobliwy nurt SF opiera się na konwencji, w której akcja rozgrywa się w świecie dotkniętym zagładą. Wywodzi się z tradycji prozy katastroficznej, tylko w odróżnieniu od niej skupia się nie na samej zagładzie, a na ukazaniu jej skutków. Można przyjąć, że tragedia, jaka dotyka Ziemię, najczęściej wywołana jest trzema czynnikami: wybuchem nuklearnym, katastrofą ekologiczną oraz pandemią. Gałąź ta bardzo często przeplata się z innymi podgatunkami fantastyki, takimi jak cyberpunk („Matrix”, „Terminator”),  antyutopia („Ucieczka Logana”) czy w końcu horror („Świt żywych trupów”). Oczywiście podziały te trzeba traktować umownie, dlatego że gatunek science fiction, w którym postapokalipsa się zawiera, jest przecież wyraźnie eklektyczny. Jednak pod względem formułowanych przesłań najbliżej mu do fantastyki socjologicznej, ponieważ przedmiot badań z reguły zawęża się do analizy społeczeństwa przyszłości i tego, jak musi ono radzić sobie w zniszczonym świecie. I to właśnie ten aspekt był najważniejszy w momencie doboru filmów do zestawienia i to jego czystej formy w tych filmach szukałem.

Przyczynków do powstania wizji świata po katastrofie można szukać już na etapie Biblii, wszak Potop i Sąd Ostateczny to motywy najczęściej przywoływane w postkatastroficznych treściach. W postapokalipsie, jak i zresztą w całym gatunku science fiction, aż roi się od treści parabolicznych, w których skrywają się uniwersalne przesłania. Jednak faktycznym źródłem inspiracji dla ich twórców okazał się lęk. Lęk przed zagrożeniem wojennym, które nasilało się w okresie Ziemnej Wojny. Albert Einstein, zapytany niegdyś o to, jak jego zdaniem będzie wyglądać III wojna światowa, odpowiedział, że nie wie. Dodał jednak, że ta czwarta rozgrywać się będzie prawdopodobnie na kamienie i kije. To dość wymowne stwierdzenie, oddające sedno zimnowojennej atmosfery. Nie minęło bowiem wiele czasu od końca wojny światowej, by ludzkość ponownie zaczęła odczuwać strach. Gdy świat poznał prawdę o Hiroszimie, uzmysłowiono sobie, jak wielką siłą rażenia mogą dysponować mocarstwa i z czym może wiązać się złe tej siły rozdysponowanie. Co stanie się z nami, ludźmi, jeśli tak potężne narzędzie zostanie wykorzystane? Czy cywilizacja będzie mieć szansę odbudowy i czy będzie w ogóle na nią zasługiwać? A  jeśli ją dostanie, czy będzie powtarzać błędy swoich ojców? Te i inne dylematy stanowią główną oś problematyki fantastyki postapokaliptycznej.

Ze względu na swoją plastyczność, wizje Ziemi po katastrofie zawsze były atrakcyjne dla filmu. Wielu twórców bezwzględnie wykorzystywało konwencję podgatunku do tworzenia mało wymagających widowisk, w których dominującą rolę pełnić miała kiczowata i efektowna forma, a nie uniwersalna treść. Na szczęście jest to jedynie mały procent całości, niezagrażający statusowi tych najbardziej wartościowych obrazów. Chciałbym przedstawić zestawienie dwudziestu moim zdaniem najlepszych filmów tego podgatunku SF. Dobierając tytuły kierowałem się gatunkową czystością, czyli spełnieniem podstawowych warunków konwencji; oraz kryterium oryginalności, czyli tym, czym dana wizja potrafi wyróżnić się na tle innych przedstawicieli swego gatunku. Starałem się, aby w zestawieniu tym znalazły się tytuły popularne, kojarzone przez szeroką widownię, oraz te znane już mniej, mające jednak niebagatelne znaczenie dla rozwoju gatunku. Pomocą i inspiracją do napisania artykułu była książka Andrzeja Kołodyńskiego pod tytułem „Dziedzictwo wyobraźni”, a dokładniej rozdział „Ziemia po katastrofie”. Filmy poukładane są chronologicznie, raz, by lepiej zrozumieć ewolucje gatunku, dwa, by uniknąć zbędnego selekcjonowania. Podkreślam, iż jest to zestawienie czysto subiektywne, dlatego siłą rzeczy nie może zaspokoić gustów wszystkich fanów postapokalipsy. Tych niezadowolonych proszę o umieszczenie brakujących tytułów w komentarzu pod artykułem.

Five 1951 r., reż. Arch Obler

Nuklearną katastrofę przeżyła tylko piątka ludzi- naukowiec, ciężarna kobieta, stary kasjer, alpinista i czarnoskóry mężczyzna. Schronienie znajdują w nowoczesnym domu, zaprojektowanym przez słynnego architekta Franka Lloyda Wrighta. Wkrótce pomiędzy piątką ocalałych zaczynają się tarcia.

Ten skromny film klasy „B” jest z pewnością jednym z ważniejszych filmów w tym zestawieniu. Powód jest prosty – jego motyw przewodni był wówczas pionierski, a na jego podstawie zbudowano później wiele fabuł, nie tylko tych z zaplecza fantastyki. Obrazy, w których akcja odbywa się w jednym pomieszczeniu z ograniczoną liczbą bohaterów, pomiędzy którymi wkrótce rodzą się konflikty, chcąc czy nie, czerpią właśnie z „Five”. Nietrudno odgadnąć symboliczną rolę każdej z piątki postaci. Naukowiec jest idealistą głoszącym konieczność powrotu do natury; ciężarna kobieta jest symbolem nadziei na odrodzenie gatunku; stary, umierający kasjer głosi nieuchronność śmierci; Murzyn to odpowiedni dla klasy robotniczej kult fizyczności oraz alpinista, nieprzystający swoim nonkonformizmem do grupy, generujący zarzewia konfliktu i rywalizacji o kobietę. Finał filmu jest jeszcze bardziej alegoryczny, ponieważ wykorzystując biblijne analogie, pragnie nieść wiarę w ponowne odrodzenie ludzkości.

Ostatni brzeg 1959 r., reż. Stanley Kramer

W 1964 roku Ziemia, a dokładniej jej północna hemisfera, zostaje zniszczona wojną atomową. Ludzkość przetrwała jedynie na kontynencie australijskim. Jednak fala promieniowania radioaktywnego ma dotrzeć także i tam. Niedobitkom ludzkości pozostało zaledwie pięć miesięcy życia. Stacjonująca w Australii łódź podwodna otrzymuje zadanie zbadania sygnału radiowego nadawanego z Kalifornii.

W filmie „Ostatni brzeg” brakuje typowych dla gatunku postapokalipsy obrazów zniszczenia. Jego siła opiera się na ukazaniu dramatu zwykłych ludzi, zmagających się z nieuchronnością końca własnego losu. Powolna narracja nacechowana została niezwykle nostalgiczną i melodramatyczną tonacją. Atrakcyjnie wygląda zespół aktorski. Główną rolę – komandora łodzi podwodnej – gra Gregory Peck. Na drugim planie Ava Gardner, Anthony Perkins oraz Fred Astaire. Temu ostatniemu przypadła istotna rola fizyka Osborna, targanego wyrzutami sumienia z powodu wykorzystania nauki w celach wojennych. Uosabia on więc główne i zarazem nader uniwersalne przesłanie filmu – apel o pokój na świecie. Film został nakręcony na podstawie bestsellerowej w owym czasie powieści Nevila Shute’a.

Ostatni człowiek na Ziemi 1964 r.,reż. Ubaldo Ragona, Sidney Salkow

Po epidemii tajemniczego wirusa wszyscy ludzie na Ziemi zamienili się w wampiry. Osobą, która okazała się być odporna na działania wirusa, jest były pracownik laboratoryjny, Robert Morgan. Szybko uświadamia sobie, że stał się ostatnim zdrowym mieszkańcem Ziemi. Każdy jego dzień upływa pod znakiem samotnego przemierzania miasta, a noc – obrony przed atakami krwiożerczych istot.

W zestawieniu nie mogło zabraknąć absolutnego klasyka podgatunku, jakim z pewnością jest „Ostatni człowiek na Ziemi”. Scenariusz tego dzieła powstał na podstawie książki „Jestem legendą”, i z uwagi na swoją wygodną i uniwersalną kompozycję był już trzy razy remake’owany oraz stanowił źródło wielu inspiracji – m.in. dla twórczości George’a A. Romero. W „Ostatnim człowieku na Ziemi” brakuje scen spektakularnych, jego narracja jest powolna, przez co film może wymagać od widza nieco więcej cierpliwości. Seans umila jednak niezawodny Vincent Price, który swoją grą oraz charakterystycznym brzmieniem głosu jest w stanie przekonać i zaangażować widza do wspólnego kontemplowania samotności.

Planeta małp 1968 r., reż. Franklin F. Shaffner

Trójka amerykańskich astronautów kończy kosmiczną wyprawę lądowaniem na nieznanej planecie, łudząco przypominającej Ziemię. Wkrótce dowiadują się, iż rządy na niej sprawują inteligentne małpy.

Zakładam, iż więcej słowa wstępu do fabuły nie trzeba.  Umieszczając ten kultowy film SF w rankingu filmów postapokaliptycznych, poniekąd zdradziłem już jego finał i płynący z niego morał. Cóż, mam nadzieje, że zostanie mi to wybaczone, jednak tym, którzy przez ostatnie 40 lat przebywali na odległej planecie i jakimś cudem nie udało im się zapoznać z fabułą „Planety małp”, odradzam czytanie dalszej części tego opisu. W ostatecznym rozrachunku okazuje się bowiem, że astronauci nie wyruszyli w podróż kosmiczną, a przenieśli się do przyszłych czasów swej rodzimej planety. Dowiadują się, że w pewnym momencie dziejów człowieka, na skutek kataklizmu atomowego doszło do „przewartościowania” ewolucyjnego, przez co naczelne małpy przejęły kontrolę na Ziemi. Ponadczasowa wartość „Planety małp”, kryje się w jej alegorycznej konstrukcji. Skrywa ona ważny komentarz do problemów segregacji rasowej oraz kolonializmu. Wizytówką filmu wciąż pozostaje jego ostatnia scena, w której główny bohater klęcząc na plaży wpatruje się w ruiny Statuy Wolności. Popkultura polubiła ten motyw, ponieważ trudno o lepszy i bardziej dosadny symbol upadku cywilizacji. „Planeta małp” osiągnęła duży sukces komercyjny i artystyczny, stała się marką samą w sobie, co otworzyło drogę licznym kontynuacjom. Pierwowzór pozostał jednak niedościgniony.

Niemy wyścig 1972 r., reż. Douglas Trumbull

Życie na ziemi zostało doszczętnie zniszczone na skutek wojny nuklearnej. Główny bohater, botanik Freeman Lowell, należy do załogi jednej ze stacji orbitalnej. Jego rolą jest zarządzanie szklarnią, gdzie zajmuje się doglądaniem i hodowlą ginących gatunków roślin. Pewnego dnia zwierzchnictwo stacji nakazuje zniszczyć szklarnię. Buntując się przeciwko tej decyzji, postanawia udaremnić władzom realizację tego zarządzenia.

„Niemy wyścig” jest znamienitym przykładem produkcji o wydźwięku proekologicznym. Po katastrofie, jaką sobie zgotowaliśmy, naprawę świata zacząć trzeba od podstaw. Lowell jest przykładem idealisty, bezgranicznie oddanego przyrodzie, której bogactwa mają dla niego większą wartość niż ludzkie życie. Gdy zachodzi taka potrzeba, nie waha posunąć się do najwyższego poświęcenia, właśnie w imię natury. Dzieje się to w obecności zdobyczy nowoczesnej technologii – robotów – których unikalnej roli w przyszłości człowieka twórcy ani na moment nie deprecjonują.

Zielona pożywka 1973 r., reż. Richar Fliesher

W 2022 roku Nowy Jork jest miastem przeludnionym, rządzonym przez tajną korporację. Dostarcza ona ludziom sztuczne, syntetyczne pożywienie, zwane zieloną pożywką. Na skutek zanieczyszczenia środowiska wszelkie naturalne źródła żywności uległy unicestwieniu. Główny bohater, Robert Thorn, jest prywatnym detektywem, prowadzącym śledztwo w sprawie zabójstwa ważnej osobistości. Nie wie jednak, że śledztwo to doprowadzi go do odkrycia ponurego sekretu związanego z produkcją zielonej pożywki.

Wystarczy jeden rzut oka na plakat filmu Richarda Fishera, by wiedzieć, z jakim tym razem problemem borykać będzie się społeczeństwo przyszłości. Przeludnienie doprowadza do tego, że ludzie w 2022 roku są już jedną, zbitą masą, od której co jakiś czas – w ramach redukcji – odkrawana zostaje kolejna część. Biorąc pod uwagę przyczynę globalnej katastrofy, która wywarła wpływ na kształt nowego społeczeństwa, w tle filmu pobrzmiewa także bardzo autentyczna nostalgia za bogactwem natury. I tak aż do zaskakującego i pamiętnego finału. Tajemnicy, którą odkrywa główny bohater, zdradzić nie mogę, choć muszę nadmienić, że kryje się w niej ważna metafora społeczeństwa konsumpcyjnego.

Chłopiec i jego pies 1975 r. reż. L.Q. Jones

W 2024 roku Ziemia dotknięta jest skutkami IV wojny światowej. Ponieważ wojna ta opierała się na atakach nuklearnych, trwała zaledwie pięć dni. Historia opowiadana jest z perspektywy 18-letniego młodzieńca, przemierzającego pustynny świat wraz ze swoim psem. Łączy ich szczególny rodzaj relacji, gdyż dzięki umiejętnościom telepatycznym „chłopiec i jego pies” mogą się między sobą porozumiewać. Wkrótce na ich drodze staje kobieta, która zaburza więź między dwójką przyjaciół.

„Chłopiec i jego pies”, wbrew temu, co może sugerować opis fabuły, nie jest ciepłą opowieścią o przyjaźni. Mamy tutaj bowiem do czynienia z niezwykle sugestywnym obrazem upadku człowieczeństwa. Zdemoralizowana ludzkość postnuklearna w swej egzystencji kieruje się realizacją pierwotnych potrzeb; głód prowadzi do kanibalizmu, z kolei popęd seksualny wiąże się z powszechnością gwałtu. Pomimo komediowych akcentów, wydźwięk filmu pozostaje iście nihilistyczny, i z założenia nastawiony jest na wywołanie negatywnej reakcji emocjonalnej. Bezkompromisowość filmu podkreśla szokująca końcówka. Przyjaźń między chłopcem a psem wygrała, upadła jednak wartość ludzkiego życia.

Kwintet 1979 r., reż. Robert Altman

Po wojnie nuklearnej świat pogrążył się w kolejnej epoce lodowcowej. Essex wraz z ciężarną żoną wędruje po skutym lodem pustkowiu w poszukiwaniu swojego brata. Wreszcie natrafiają na zamarznięte miasto, zamieszkałe przez ludność ocalałą z katastrofy. Mieszkańcy miasta urozmaicają sobie czas tajemniczą grą o nazwie „kwintet”. Gra ma niejasne zasady, zrozumiała jest za to jej stawka – przegrany traci bowiem życie.

„Kwintet” uznawany jest za jedną z większych porażek finansowych w reżyserskiej karierze Altmana. Trudno jest mi się jednak zgodzić z zarzutem jego nikłej wartości artystycznej. Owszem, to specyficzne dzieło, którego powolne tempo stawia widzowi wysoko poprzeczkę. Trudno także odnaleźć się w fabularnych mglistościach, po których błądzimy niczym zmarznięci bohaterowie filmu. Brak jednoznacznych odpowiedzi może wywołać wrażenie pretensjonalności. Ja jednak, paradoksalnie, rozpatruje wspomniane cechy nie w kategoriach wad, a zalet tego obrazu. Fabułę traktuję dość umownie, a skupiam się na alegorycznym podłożu filmu. Choć zabrzmi to górnolotnie – gra „kwintet” jest jak życie, którego zasad uczymy się przez cały czas. Potrzebna jest nam naturalna stymulacja w postaci wiecznej groźby śmierci, by zrozumieć wagę rozgrywki, w jakiej bierzemy udział. Film Altmana przede wszystkim doceniam jednak za coś bardziej przyziemnego – odznacza się bowiem wyjątkową oprawą wizualną. Szeregowy fan SF powinien poświęcić mu swój czas choćby dla uświadczenia nader oryginalnej wizji postkatastroficznego świata.

Mad Max 1979,81,85, reż. George Miller

W bliżej nieokreślonej przyszłości wojna nuklearna doprowadza do społecznej degrengolady i wzrostu poziomu przestępczości – szczególnie tej drogowej. Max jest jednym z ostatnich policjantów, który w walce z motocyklowymi gangami wyróżnia się bezwzględnością. Niestety, z uwagi na ograniczoną liczbę swoich kompanów, w działaniach tych zwykle stoi na przegranej pozycji. Gdy pewnego dnia w trakcie rutynowego pościgu Max zabija lidera jednego z osławionych gangów, sprowadza na siebie i swoją rodzinę widmo nieuchronnej zagłady. Tragedia, do której dochodzi, zmienia praworządnego bohatera w pozbawioną skrupułów jednostkę, nieoglądającą się za siebie. Tak zaczyna się legenda samotnego drogowego wojownika.

Seria filmów o przygodach „wściekłego” Maxa jest bodaj najbardziej rozpoznawalnym postapokaliptycznym cyklem. Najważniejsze cechy tego podgatunku SF ubrane zostały w nader charakterystyczny kostium, który przez kolejne lata był wzorem do naśladowania dla rzeszy twórców. Oczywiście najważniejszą zaletą tej serii, prócz wyjątkowej strony formalnej, jest osoba głównego bohatera. Max to już archetyp indywidualisty starającego się przetrwać i odnaleźć własną drogę w świecie dotkniętym katastrofą. Z trzech części najbardziej cenię sobie tą pierwszą, która, choć wykonana surowo (co wiązało się z ograniczeniami budżetowymi), to jednak w sposób przekonujący ukazuje istotę przemiany tytułowego bohatera. Dziś trudno sobie wyobrazić, jak potoczyłyby się dzieje filmowej postapokalipsy, gdyby nie kultowa już australijska trylogia. Na przyszły rok zapowiedziana jest długo wyczekiwana premiera części czwartej, z Tomem Hardym w roli Maxa oraz, co najważniejsze, Georgem Millerem ponownie zasiadającym na reżyserskim stołku.

Ucieczka z Nowego Jorku 1981 r., reż. John Carpenter

W 1997, na skutek bardzo wysokiego stopnia przestępczości, na terenie Nowego Jorku postanowiono wydzielić obszar, w którym przebywać mają najgroźniejsi przestępcy. Stworzono więc coś w rodzaju „otwartego więzienia”. Prezydencki samolot Air Force One zostaje zaatakowany i rozbija się na tym właśnie obszarze. Do akcji odnalezienia i wydostania prezydenta USA z niebezpiecznego terenu zostaje zaangażowany niejaki Snake Plissken – były bohater wojenny, który już dawno utracił oddanie dla ojczyzny.

„Ucieczka z Nowego Jorku” stała się filmem kultowym dzięki dwóm czynnikom. Po pierwsze, bazuje na dość prostej, acz oryginalnej koncepcji, przemawiającej do wyobraźni widza. Postępująca przestępczość może okazać się katastrofą na miarę tej nuklearnej, doszczętnie burzącą ład w społeczeństwie. Po drugie, i chyba najważniejsze, film ten wyróżnia jego protagonista. Snake Plissken jest jednostką zdegenerowaną, ale zostaje postawiony w sytuacji, w której może odzyskać swoją moralność. Nie widać jednak, by specjalnie mu na tym zależało. Jest więc typowym antybohaterem, który do końca pozostaje sobą, szczerym względem siebie i widzów. „Ucieczka z Nowego Jorku” doczekała się kontynuacji, o której warto powiedzieć jedynie tyle, że powstała.

Testament 1983 r., reż. Lynne Littman

Film ukazuje skutki wybuchu bomby atomowej, ujęte z perspektywy małomiasteczkowej społeczności. Zaczyna się bardzo sielankowo. Poznajemy rodzinę, która pod każdym niemal względem wpisuje się w utrwalony model amerykańskiego stadła. Kochający ojciec, kochająca matka, kochające dzieci oraz łączące ich bezkonfliktowe relacje oparte na szacunku i wzajemnej życzliwości. Sielankę burzy jednak atomowy wybuch, którego radioaktywna fala stopniowo pozbawia życia mieszkańców miasteczka. Z tej też przyczyny pewnego dnia ojciec rodziny nie wraca do domu, a cały utrwalany przez lata porządek staje na głowie.

„Testament” postanowiłem umieścić w tym rankingu głównie ze względu na przełamywanie gatunkowych stereotypów. Film ten co prawda jest fantastyką postapokaliptyczną, jednak stylem narracji przypomina raczej melodramat – a tu blisko mu do „Ostatniego brzegu”. Dużo w nim momentów ckliwych, naznaczonych nostalgią za chwilami bezpowrotnie utraconymi, oraz smutkiem tych, których pozostało już niewiele. Znamienne, że rodzina, w swojej tragicznej sytuacji, do samego końca postanawia pozostać w swym domostwie. Nie widzą sensu w ucieczce, nie widzą nadziei na zmianę i w żaden sposób nie próbują z tym walczyć. Najważniejsze dla nich jest bowiem zachowanie pozoru normalności – bycia razem w miejscu, w którym wszystko dotychczas działało jak należy. Wielu zagorzałych fanów ekranowej postkatastrofy „Testament” może odrzucić swym sentymentalnym charakterem, jednak według mnie to właśnie dzięki temu film ten wciąż pozostaje oryginalny na tle innych przedstawicieli tego podgatunku.

Nazajutrz 1983 r., reż. Nicholas Meyer

W latach 80. doszło do realizacji zagrożeń związanych z Zimną Wojną. Radzieckie rakiety nuklearne atakują Stany Zjednoczone. Film przedstawia losy kilku bohaterów, mieszkańców miasteczka we wschodnim Kansas, którzy zmagają się ze skutkami katastrofy.

„Nazajutrz” jest jedynym w zestawieniu filmem telewizyjnym, choć w wielu krajach – w tym w Polsce – miał swoją premierę także w kinach. Pierwsza połowa filmu upływa pod znakiem narastającego napięcia. Żaden z bohaterów nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, w jakiej znajduje się ich kraj. W pierwszej godzinie „Nazajutrz” obserwujemy więc, w jaki sposób ludzie nie dopuszczają do siebie myśli, że ich życiu zagraża jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Potem następuje szok – wybuch, promieniowanie radioaktywne i walka z epidemią śmierci. Każdy z bohaterów prezentuje inną postawę wobec skutków katastrofy, każdy kieruje się innymi priorytetami. Wszystkich łączy jednak wspólny cel – przetrwanie, oraz bezradność wobec ogromu siły, która przychodzi niespodziewanie i zmienia ich poukładane życie w koszmar. Dzięki paradokumentalnej narracji i braku znanych nazwisk w obsadzie, wydarzenia w „Nazajutrz” śledzimy z nieodpartym wrażeniem prawdopodobieństwa. Co ciekawe, zaraz po telewizyjnej premierze filmu odpowiedzialna za niego stacja ABC uruchomiła gorącą linię dla widzów, którzy uwierzyli, że prezentowane w filmie wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości.

O-bi, O-ba: Koniec cywilizacji 1984 r., reż. Piotr Szulkin

Po wojennych doświadczeniach postnuklearne społeczeństwo ukrywa się w mieszczącej się w górach betonowej kopule. Podstawowym celem ludzkiej egzystencji jest oczekiwanie na przybycie mitycznej Arki. Kopule zagraża jednak zawalenie. Sposób na wzmocnienie jej konstrukcji ma znaleźć główny bohater, Soft.

Wielu pewnie nie uwierzy w to, co powiem, ale cóż – Polacy potrafili kiedyś robić poważne i ambitne kino science fiction. Twórczość Piotra Szulkina jest tego najlepszym przykładem. Główna wartość „O-bi, O-ba…” opiera się na jego wieloznaczeniowości. Mityczna Arka jest ostatnią nadzieją . Władze robią wszystko, by umniejszyć jej rolę i wmówić społeczeństwu, że wierzy w zabobon. W wypadku tego filmu mamy więc do czynienia z pamfletem na komunizm. Jednak obraz ten daje o wiele szersze możliwości interpretacyjne, przywodząc na myśl choćby religijne alegorie (znamienne, że w pewnym momencie filmu Soft poszukuje Biblii, by przypomnieć sobie przypowieść o Arce Noego – Biblia jednak poszła na przemiał). Całość podszyta jest  duszną i gęstą atmosferą rodem z najlepszych filmów noir oraz niezwykle barwną gamą postaci. Cieszę się, że swego czasu na rodzimym podwórku powstał film, który połączył tradycję polskiej fantastyki socjologicznej z postapokaliptycznym sztafażem.

Quiet Earth 1985 r., reż. Geoff Murphy

Główny bohater, Zac Hobson, budzi się pewnego dnia i spostrzega, że jest jedynym człowiekiem na Ziemi. Po pewnym czasie spotyka także kobietę i mężczyznę, którzy żyli w tym samym przeświadczeniu. Razem będą się starali dowiedzieć, jaka była przyczyna tajemniczej katastrofy, w rezultacie której reszta populacji rozpłynęła się w powietrzu.

Mamy tutaj do czynienia z wariacją motywu znanego z „Ostatniego człowieka na Ziemi”. Nie oznacza to jednak, że „Quiet Earth” nie ma niczego ciekawego do zaoferowania. Wręcz przeciwnie. Oklepany schemat został tutaj użyty do tego, by podpiąć się pod rozważania natury filozoficznej. Wykorzystano do tego naprawdę ciekawe pomysły, których wizytówką pozostanie wymowny finał filmu. Niebagatelną rolę odegrały środki stylistyczne, na czele ze zdjęciami, budujące wyjątkowy klimat. „Quiet Earth” jest więc uzupełnieniem starej wizji o nowe i całkowicie oryginalne elementy, zarówno w sferze treści, jak i formy.

Krew bohaterów 1989, reż. David Webb Peoples

Jedną z głównych rozrywek społeczeństwa postnuklearnego jest brutalny sport przypominający połączenie futbolu amerykańskiego z walkami gladiatorów. Grupa Juggerów, uczestników tej gry, przemierza miasta, by staczać w nich kolejne pojedynki. W końcu drużyna decyduje się dołączyć do Ligi Siedmiu Miast, do której niegdyś należał ich lider.

Dla przeciętnego zjadacza SF wystarczającą zachętą do obejrzenia tego dzieła powinien być udział Rutgera Hauera, tudzież – albo przede wszystkim – fakt napisania i wyreżyserowania filmu przez jednego ze scenarzystów „Blade Runnera”, czyli Davida Webba Peoplesa. Aż szkoda, że „Krew bohaterów” pozostała jego jedynym dorobkiem reżyserskim. Tło filmu nie wyróżnia się niczym specjalnym na tle innych kostiumowych postapokalips, jednak o jego motywie wiodącym już tak powiedzieć nie można. Brutalny sport uprawiany przez bohaterów stanowi przekonujące odzwierciedlenie dotkniętej moralnym regresem społeczności. Czystość rywalizacji została zastąpiona tym, co w przyszłości stanowić ma podstawową jakość życia – walką o przetrwanie. Co warte odnotowania, ta filmowa dyscyplina okazała się być tak ciekawie przedstawiona, że w kilku krajach zdecydowano się na jej wprowadzenie – oczywiście w wersji light.

Wodny świat 1995 r., reż. Kevin Reynolds, Kevin Costner

Po stopnieniu lodowców wszystkie kontynenty zostały zalane przez wodę. Samotny żeglarz, Mariner, przemierza oceaniczne bezkresy w poszukiwaniu legendarnego stałego lądu.

„Wodny świat” darzę szczególną dozą uwielbienia, na co złożyło się kilka aspektów. Po pierwsze, film ten realizuje najlepsze tradycje kina nowej przygody. Po drugie, ma oryginalny i nośny pomysł wyjściowy, pasujący wręcz idealnie do zbudowania kompleksowej, eskapistycznej wizji przyszłości. Po trzecie, w rolę głównego bohatera wcielił się Kevin Costner w najlepszym okresie swej aktorskiej kariery. Po czwarte w końcu, wpisując się w podstawowe cechy podgatunku SF, który reprezentuje, niesie ze sobą fundamentalne morały, żywcem zaczerpnięte z biblijnej Księgi Rodzaju. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego „Wodny świat” okazał się jedną z bardziej spektakularnych klap finansowych w historii przemysłu filmowego. Możliwe, że zaszkodziły mu podobieństwa do „Mad Maxa” (m.in. zamiast ropy w roli towaru deficytowego mamy słodką wodę, pustynię zastąpiono oceanem, a Mariner to nikt inny jak żeglujący Max). Mnie to jednak nigdy nie przeszkadzało uznawać „Wodny świat” za autonomiczną wizję oraz ciekawą wariację wizji poprzednich, zawarte w jednym filmie.

Ever since the world ended 2001 r., reż. Calum Grant

Po dwunastu latach od wielkiej epidemii populacja San Fransisko skurczyła się do 186 osób. Dwójka filmowców-amatorów postanawia nakręcić dokument, oparty na wywiadach z ostatnimi mieszkańcami miasta.

„Ever since the world ended” jest filmem typu found footage. Jednak najważniejszą rolę nie pełni w nim stylistyka, a cel, dla którego główni bohaterowie postanawiają chwycić za kamerę. Fikcyjne wywiady mają stanowić analizę przebiegu katastrofy, tego, w jaki sposób członkowie małomiejskiej społeczności poradzili sobie z jej skutkami oraz jak odbudowali w sobie ochotę do życia, tudzież dlaczego trwale ją utracili. Paradokumentalna formuła pomaga w wywołaniu wrażenia prawdy, typowego dla tej stylistyki. Forma found footage posłużyła więc tutaj do tego, by w sposób atrakcyjny sprzedać znaną już treść – zmieniono tylko perspektywę przekazu. Należy doceniać takie pomysły, bo wpuszczają powiew świeżego powietrza w sztywne ramy gatunku.

28 dni później 2002 r., reż. Danny Boyle

Z brytyjskiego laboratorium wydostaje się śmiercionośny wirus. Pod jego wpływem ludzie zamieniają się w krwiożercze bestie. 28 dni po tej katastrofie, ze śpiączki – na opuszczonym oddziale intensywnej terapii – budzi się główny bohater, który musi znaleźć przyczynę wybuchu epidemii, a nade wszystko postarać się przetrwać.

W tej postkatastrofie dominującą rolę przejmuje horror, dzięki czemu czuć kult dla dzieł George’a A. Romero, opartych na podobnych koncepcie. Jednak ja film Boyle’a cenie za coś bardziej prozaicznego, a będącego zarazem jedną z ważniejszych cech gatunku. Myśląc o „28 dni później”, widzę opuszczony Londyn. To zasługa wyjątkowo dobrej roboty, jaką wykonali scenografowie. Zadbali o to, by opuszczone miasto posiadło charakterystyczną pustkę i ciszę. Atmosfera ta jest jednak zwodnicza, ponieważ kryje się w niej coś niepokojącego; coś, co sprawia, że bohater nie może czuć się bezpiecznie. I nie może czuć się tak widz.

Ludzkie dzieci 2006 r., reż. Alfonso Cuaron

W 2027 roku ludzkość całkowicie straciła zdolność prokreacji. Z niewiadomych przyczyn od dziewiętnastu lat nie przyszło na świat żadne dziecko. Rodzaj ludzki powoli, acz systematycznie chyli się więc ku upadkowi. Głównym bohaterem jest pogrążony w apatii były aktywista społeczny, Theodor Faron. Pewnego dnia jego była żona prosi go pomoc w przewiezieniu pewnej młodej dziewczyny z dala od centrum miasta. Niepozorna niewiasta okazuje się być ostatnią nadzieją gatunku ludzkiego, ponieważ jakimś cudem udało jej się zajść w ciążę.

„Ludzkie dzieci” to niezwykle sugestywna wizja. Świat przyszłości ma tutaj charakter jednoznacznie dystopijny, pozbawiony wszelkich złudzeń. Dzięki reżyserskiej i operatorskiej błyskotliwości, film nacechowany jest wyjątkowym kunsztem realizatorskim, który prezentowane wydarzenia ozdabia dużą dozą autentyzmu. Ta wizja przyszłości potrafi prawdziwie poruszyć, ponieważ w swym eskapizmie nie wybiega zbyt daleko – jest więc czymś bliskim i nieuchronnym. Atutem filmowej treści z kolei jest umiejętne posługiwanie się alegorią, bogatą w odniesienia religijne. Nie przesadzę, jeśli powiem, że „Ludzkie dzieci” to z pewnością najważniejsza i najlepsza postapokalipsa nowego tysiąclecia.

Droga 2009 r., reż. John Hillcoat

Film ukazuje losy ojca i syna, przemierzających postapokaliptyczną Amerykę. Zmagają się z wolą przetrwania, głodem oraz umierającymi w nich pokładami człowieczeństwa.

Film został nakręcony na podstawie powieści Cormaca McCarthy’ego i w stosunku do niej cierpi na wyraźne uproszczenia w przekazie. Wizja McCarthy’ego jest jeszcze bardziej bezwzględna i nihilistyczna, zaś Hillcoat wolał doprawić swój film zbędnym patosem. Nie zmienia to jednak faktu, że adaptacja potrafiła zawrzeć w sobie podstawowe przesłania z książki. A w nich trudno dopatrywać się jakiejkolwiek nadziei. W relacji ojca i syna kryje się wychowawcza gorycz: jakie ideały wpajać dorastającej osobie, jeśli świat za jego życia będzie już światem tych ideałów pozbawionym? Potrzebny jest więc nowy start, ale już bez udziału ludzkości. Film działa jak katharsis, ponieważ po seansie, przesiąknięci wizualnym i emocjonalnym brudem, chcemy rozejrzeć się dookoła, by raz jeszcze docenić obecne położenie. To jedna z ważniejszych zalet większości realistycznych wizji postapokaliptycznych – uczą doceniać teraźniejszy świat.

I tym optymistycznym akcentem, płynącym z pesymizmu wizji, które wam przybliżyłem, pozwolę sobie zakończyć moją wyliczankę, z jednoczesną nadzieją, że powstała lista przyda się w odkrywaniu bogactwa gatunku science fiction.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Lehoom

    Świetne zestawienie, kilku nie widziałem i muszę nadrobić, choćby The Last Man On Earth – nawet nie wiedziałem o tej ekranizacji „Jestem legendą”, widziałem dwie kolejne. Z opisem Five kojarzy mi się The Divide (2011) i ten film dodałbym do tego zestawienia, wstrząsający obraz. A czy The Time Machine (1960) można by zaliczyć do tego nurtu?

    • Jakub Piwoński

      „the time machine” opowiada o podróży w czasie, nie ma powodu żeby umieszczać go w zestawieniu filmów, które ukazują świat po katastrofie. to bardziej fantastyka socjologiczna, która bada strukturę przyszłego społeczeństwa, a w tym wypadku, ewolucji jaką przeszła.

  • Michał

    Z filmów telewizyjnych polecam też wstrząsające brytyjskie Threads z 1984.

  • Mat

    Tekst zostawiam sobie na potem, ale zabawna sprawa – sytuacja z pierwszego zdania sprawdza się u mnie w stu procentach

  • Łukasz

    „Droga”, „Day after”, „Threads” zdecydowanie polecam te filmy wszystkim fanom filmów postapo mającym romantyczne podejście do takiej wizji przyszłości a także tych z utęsknieniem marzących o zombie apocalypse ;)
    Te filmy potrafią otworzyć oczy malkontentom i docenić otaczający nas świat.

  • SilverAG

    Wodny Świat jest z 1995 r. …

    • Jakub Piwoński

      drobne omsknięcie poprawione. dziękuje za czujność.

  • insider

    „Mad Max” nie jest opowieścią o świecie po wojnie nuklearnej, tylko o świecie, w którym skończyły się zapasy ropy, „Nazajutrz” nigdy nie był wyświetlany w polskich kinach (tylko w telewizji około 1984 roku), a „Wodny świat” nie był spektakularną klapą, bo przyniósł ostatecznie więcej wpływów niż kosztował. Tyle na szybko.

    • Jakub Piwoński

      Opis do „Mad Maxa” tyczy się całej trylogii, a tak jak pierwsza część postnuklearna nie jest, tak wydźwięk pozostałych części już tak.
      Owszem, „Wodny świat” okazał się klapą finansową, ponieważ przy budżecie 175 mlin, zarobił jedynie 88 mln. Jakie więc „większe wpływy” masz na myśli?
      „Nazajutrz” był puszczany wyrywkowo w polskich kinach, z uwagi na duże zainteresowanie, tuż po emisji telewizyjnej.

      • Ojciec Fernando

        Water World zarobił ok. 270 mln. 88 mógł zebrać tylko w USA. Ale to i tak nie pozwoliło mu zarobić na siebie.

  • Veers

    Dodałbym z polskiego kina „Seksmisję” też świat po zagładzie.

  • Świetne zestawienie, dzięki za kilka nowych pozycji do obejrzenia. ;)

  • Mariusz

    Wodny świat zarobił 264 mln $

    • Jakub Piwoński

      łącznie z późniejszymi wpływami ze świata, tak. ale to wciąż było za mało.

  • Mefisto

    „Wyobraźcie sobie świat, który nie jest już harmonijnie poukładanym systemem” – wystarczy wyjrzeć za okno, gdzie może i jakiś tam system jest, ale z pewnością daleko mu do harmonijnego poukładania :)
    Co do spisu – dobra robota, jednakże parę małych „wpadek” się znajdzie.
    1. Plissken przez dwa „s”
    2. The Day After nie tylko ma mnóstwo znanych nazwisk w obsadzie, ale też i prawdziwe legendy kina.
    3. Powody zatonięcia Waterworld wydają mi się dość oczywiste – jest to zresztą jeden z dwóch filmów, które przyczyniły się do zatopienia tradycyjnego sposobu filmowania na rzecz bluescreena. Co nie zmienia faktu, że sam film jest fajny. :)
    Co do filmów, które można by dodać (skoro już jest taki B-klasowiec jak „Krew bohaterów”, gdzie poza obijaniem mord i noszeniem łachmanów mamy niewiele ciekawego w temacie): The Aftermath, Damnation Alley, rzecz jasna Matrix, WALL·E, Le dernier combat, The Book of Eli, Blindness, animowane 9, zeszłoroczny Dredd i poniekąd 12 małp oraz Miracle Mile.

    • Jakub Piwoński

      Plissken- poprawione
      the Day After- wówczas niebyły to aż tak znane nazwiska, a już na pewno nie były jeszcze legendami kina.
      Matrix- dominacja cyberpunku nad postapo.
      12 małp- tłumaczę w innym komentarzu.
      Miracle Mile- katastroficzny, nie postkatastroficzny.
      Blindness, Damnation Alley, Book of Eli- lubię je i przeszły mi przez myśl, ale ostatecznie się nie załapały. coś wyeliminować musiałem.
      WALL-E- jak tłumaczyłem w przypadku innych filmów- czystości mi zabrakło, bo pierwsza część filmu to oczywiście postapo, rewelacyjnie ukazane, ale już druga zamienia się w klasyczną antyutopię i space operę w jednym. ale zgodzę się, ten film mógłby się w tym zestawieniu znaleźć.

      • Mefisto

        Jason Robards oczywiście, że był takową :) Myślę, że patrzysz tutaj trochę z perspektywy naszego podwórka, gdzie nawet dziś większosć tych nazwisk wiele przeciętnemu Kowalskiemu nie powie. Nie zmienia to jednak faktu, że jak na skromną produkcję tv film był naszpikowany wystarczającą ilością gwiazd :)
        Co do pozostałych filmów – oczywiście, wiem, nie musisz się tłumaczyć, tak mi po prostu przyszły na myśl, zwłaszcza, że nawet jeśli połowa z nich nie jest czystą apokalipsą, to jednak wątek ten jest dość ważny względem ich fabuły.

      • woj

        Robards już był legendą (z dwoma Oscarami), a i John Lightow był już wówczas znanym i cenionym aktorem.
        Inna sprawa, że piszesz:
        „Dzięki paradokumentalnej narracji i braku znanych nazwisk w obsadzie,
        wydarzenia w „Nazajutrz” śledzimy z nieodpartym wrażeniem
        prawdopodobieństwa.”
        Co sugeruje, że chodzi równie dobrze o widza dzisiejszego, co ówczesnego, przez co owe nazwiska (+ Guttenberg) jeszcze mniej pasują do określenia „mało znanych”.
        Jakkolwiek – tekst ciekawy.

  • jon

    12 małp?

    • Jakub Piwoński

      tak jak tłumaczę w artykule: w doborze filmów dbałem o gatunkową czystość, czyli o najwięcej postapokalipsy w postapokalipsie. „12 małp” owszem, przenosi nas do świata po katastrofie, ale najważniejsze dla rozwoju akcji są w nim czasoprzestrzenne wędrówki i ich konsekwencje.

  • Puz

    To jeszcze dorzucę perełkę rodzimej produkcji :) http://www.filmweb.pl/film/O-bi,+o-ba%3A+Koniec+cywilizacji-1984-8239

    • Jakub Piwoński

      widzę, że kolega nieuważnie prześledził listę- film Szulkina znajduje się między „Nazajutrz” a „Quiet Earth”.

  • kelley

    drobiazg, ale istotny, bo merytoryczny. w planecie malp, o ile pamietam, astronauci jak najbardziej leca w kosmos. to, ze trafiaja na ziemie przyszlosci jest bezposrednim nastepstwem teorii wzglednosci einsteina i tzw. dylatacji czasu z nia zwiazanej. upraszczajac, dla statku kosmicznego poruszajacego sie z predkoscia relatywistyczna (zblizona do predkosci swiatla) czas plynie wolniej niz dla umownego punktu odniesienia (w tym przypadku ziemi). w takich sytuacjach rok w statku moze oznaczac np. milion albo miliard lat na ziemi.

    • Jakub Piwoński

      jasne, pełna zgoda. pisząc, że „nie wylecieli w podróż kosmiczną” raczej nie miałem na myśli faktu, że w ogóle w kosmosie nie byli, a że zrobili coś, czego zrobić w ogóle nie zakładali- przenieśli się w czasie. widocznie źle to ująłem.

  • buasinski
  • IRQ W.
  • Fan Ucieczki z L.A

    Ucieczka z Nowego Jorku 1981 r., reż. John Carpenter

    „Ucieczka z Nowego Jorku doczekała się kontynuacji, o której warto powiedzieć jedynie tyle, że powstała.”

    Szanowny Panie autorze, pieprz się.

    • Rafał Donica

      Bardzo merytoryczna wypowiedź ;)
      PS. „Ucieczka z LA” to niestety bardzo zły film. Sam się pieprznę, nie fatyguj się Fanie Ucieczki z LA

      • Fan Ucieczki z L.A

        Dziękuję za szybką odpowiedź, nawet nie oczekiwałem że ktoś to przeczyta :P. Po prostu musiałem wylać z siebie mą dezaprobatę w stosunku do negacji jednego z moich ulubionych filmów. Przedstawiam powody:
        – to ostatni taki film robiony na modłę kina lat 80’tych (późniejsze wypociny rozmaitych reżyserów wynikały już raczej z nostalgii)
        – Carpenter zamienił swój kultowy, wizjonerski obraz w (z braku lepszego sformułowania) film camp, i chyba to właśnie było jego celem. Zniszczył nastrój prequel’a, by na jego zwłokach zbudować, pomimo że kiczowaty, to szalenie satysfakcjonujący twór. Stał się dzięki temu, przynajmniej w moich oczach, pionierem kina regresywnego. Po dziś dzień np. w „Django”, widzę upiory Carpentera. Sam autor publicznie przyznaje, że „Ucieczka z L.A” jest jednym z jego ulubionych filmów.

        – jest on sprawnym połączeniem komedii, sci-fi i filmu akcji operującym przesadą, jako środkiem wyrazu

        Takie kino oczywiście trzeba kochać i może się Pan nie zgadzać z moim punktem widzenia. W każdym razie pozdrawiam, ale sugestię co do użycia znanej indyjskiej przyprawy podtrzymuję.

  • Maciej

    Polecam Okna czasu (Węgierski) z 1969 http://www.filmweb.pl/film/Okna+czasu-1969-3992

    • Pitzi

      Ja natomiast z tego okresu polecam „Koniec sierpnia w hotelu Ozon” z 1967.

  • Macc

    Taki film jak „Chłopiec i jego pies” raczej dzisiaj miały by spore trudności z powstaniem ( Boże co za koniec). Jednak z drugiej strony z tego filmu czerpali twórcy Fallouta. Artykuł podoba mi się. Ja nym jeszcze zastanowił się nad wstawieniem „A gdy zwieje wiatr” (When the Wind Blows) z 1986 roku.

    • El_Topo

      Generalnie zestawienie super, bo obejmuje klasykę gatunku. Zdecydowanie wyrzuciłbym „Blood of Heroes”, który jest filmem słabym (wiem, de gustibus…, ale w tym wypadku zęby bolą od dłużyzn) i zamiast tego wstawiłbym „Omega Man” z Ch. Hestonem, który jest filmem doskonałym w swoim rodzaju:

      Choć chyba tu ciężar gatunkowy przesunięty jest w kierunku zombie. Ale film wart uwagi.

      Również z tego co pamiętam, film jest ekranizacją książki R. Mathesona „Jestem legendą” (zdecydowanie warta lektury), która to z kolei była kanwą do ekranizacji wspomnianego filmu z V. Price’m, następnie Ch. Hestonem i na końcu z W. Smithem.

      Po drugie, kojarzy mi się również mgliście film M. Haneke pt. „Czas wilka”, który też blisko ociera się o tematy apokaliptyczne, ale tyle czasu minęło od seansu, że mogę się mylić….

  • Ojciec Fernando

    Obi-oba uklepuje na placek. Inne wymienione pozycje również mocne.

  • Ojciec Fernando

    Zauwazyłem, że nazwisko Fleisher ma błąd.

    • Jakub Piwoński

      poprawione.

  • Łukasz C. Jokiel

    Wiem, że to nie kompedium, ale dobrze napisany artykuł, proszę dodać jeszcze KONIECZNIE: http://www.imdb.com/title/tt0091759/ (Listy Martwego Człowieka). Rozważyć można „Hardware”, „Steel Dawn”, „Threads”, no i znowu koniecznie nasze pozostałe filmy Szulkina

  • Jones

    [Droga] „Film działa jak katharsis, ponieważ po seansie, przesiąknięci wizualnym i emocjonalnym brudem, chcemy rozejrzeć się dookoła, by raz jeszcze docenić obecne położenie. ” Really ? Dla mnie ten film, był bezkształtną papką z kilkoma fajnymi motywami, przesłanie filmu nie miało żadnego umocowania. Przez pierwsze pół filmu czekałem aż się zacznie, przez kolejne pół, aż się skończy. Choć muszę przyznać, zaskoczyło mnie coś w tym filmie… napisy nie spodziewałem się końca w tamtym momencie.
    Żebym nie wyszedł na trolla malkontenta, dodałbym jeszcze genialne IMO The Book of Eli i The Postman.

  • Konrad Vesemir Pawłowski

    Bardzo ciekawe zestawienie, artykuł napisany świetnie ;)
    Pomoże mi nadrobić zaległości w moim ulubionym gatunku, dziękuję serdecznie ;D

  • sudione
  • natalia789332

    Dodałabym do zestawienia jeszcze „Jestem Legendą”, „Księgę Ocalenia” i
    „Sędzia Dred”, osobiście najbardziej wzruszyła mnie „Droga”, po prostu
    przepiękny…a z seriali to bezwzględnie „The Walkng Dead”, to tyle:)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Długi weekend

Następny tekst

Urwany Film #40 - IRON MAN 3



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE