Connect with us

Publicystyka filmowa

Seria MAD MAX. Potrzebujemy bohatera

MAD MAX to ikona kina akcji, która od 1979 roku zachwyca widzów swoją wizją postapokaliptycznego świata i niezwykłymi bohaterami.

Published

on

Mad Max to dziś szeroko rozpoznawalna filmowa marka. Ostatnia z części serii, o podtytule Na drodze gniewu, długo kazała nam na siebie czekać, ale kiedy już się pojawiła, zachwyciła wszystkich. Najpierw na punkcie nowego Mad Maxa oszalała publiczność festiwalu w Cannes, a wkrótce potem cały świat. Dość powiedzieć, że film zarobił prawie 380 milionów dolarów oraz zdobył aż 10 nominacji do Oscara, z czego sześć zamieniło się na statuetki. Ta odsłona to niezwykle efektowna filmowa robota, z zachwycającą stroną wizualną. Pierwsza część wygląda przy niej jak studencka etiuda. Nie jest jednak gorsza.

Advertisement

Kiedy w 1979 roku Mad Max George’a Millera wchodził do australijskich kin, nikt nie mógł spodziewać się aż tak dużego międzynarodowego sukcesu. Reżyser był samoukiem. Studiował medycynę, ale od zawsze fascynowały go hollywoodzkie westerny i pewnego lata zapisał się na kurs reżyserii Uniwersytetu w Melbourne. Tam poznał Byrona Kennedy’ego. Panowie zostali najlepszymi przyjaciółmi, a później też współpracownikami. To właśnie Kennedy wyprodukował pierwszego Mad Maxa.

Miller po odbyciu kursu nakręcił kilka krótkometrażówek. Był coraz bardziej przekonany, że kino jest jego największą pasją, ale kochał też pracę na pogotowiu i nie rezygnował z niej. To właśnie tam, mając styczność z wieloma ofiarami wypadków drogowych, po raz pierwszy pomyślał, że chciałby stworzyć film nawiązujący do ostrej jazdy. Początkowo nie było mowy o apokalipsie – dopiero kiedy szukano możliwości obniżenia budżetu filmu, Miller stwierdził, że taki świat przedstawiony nie wymaga bogatej scenografii oraz pozwala zaoszczędzić na statystach. Na świecie wciąż słychać było echa kryzysu paliwowego i związane z nim lęki. W jednym z wywiadów reżyser opowiadał:

Advertisement

Ten koncept przybierał coraz ciekawszy kształt. Nie dało się uciec od myśli, że rzeczywistość z mojego filmu wcale nie musiała być aż tak abstrakcyjna.

Zrobić film z niczego

Film rozgrywać miał się w niezbyt odległej, odmienionej przyszłości. Max Rockatansky, czuły mąż i ojciec, jest policjantem. Gdy podczas jednego z pościgów mężczyzna doprowadza do śmierci przywódcy motocyklowego gangu, ściąga na siebie oraz całe miasto wielkie niebezpieczeństwo. Kompani Nocnego Jeźdźca stawiają sobie za cel zemstę. Oni nie cofną się przed niczym.

Scenariusz krążył po wytwórniach i uznawany był za interesujący, ale od planów do realizacji minęło bardzo dużo czasu. Powód był oczywisty – pieniądze. Studio Warner Brothers International dało zielone światło projektowi, z zastrzeżeniem, że przeznaczą na produkcję zaledwie około 250 tysięcy dolarów. Resztę Miller musiał zebrać sam. Ostatecznie Kennedy zatrudnił się na pogotowiu jako kierowca karetki, tak, aby razem ze swoim przyjacielem móc brać dodatkowe zmiany, a jednocześnie mieć czas na omawianie szczegółów filmu.

Advertisement

Łącznie budżet wyniósł 350 tysięcy. Dziś w tej branży to śmieszne pieniądze, zresztą pod koniec lat 70. było podobnie. Pierwszy Mad Max był olbrzymim wyzwaniem. Po latach twórcy wprost przyznawali, że czuli się, jakby mieli zrobić film z niczego. Trochę zresztą tak było.

Troje przyjaciół na castingu

Oszczędności miały ogromny wpływ już na samą obsadę. Miller bardzo chciał, aby w głównej roli pojawił się znany aktor z Hollywood, ale jego gaża pochłonęłaby zdecydowaną większość budżetu. W końcu stwierdził, że jeśli ta historia rzeczywiście jest tak dobra, jak się jemu wydaje, to obroni się sama. Nie zależało mu na nazwiskach, ale utalentowanych ludziach z ikrą. Poprosił więc wykładowców prestiżowej szkoły aktorskiej w Sydney o przysłanie mu swoich najlepszych studentów. Kiedy przyszło co do czego, okazało się, że są to głównie specjaliści od sztuk szekspirowskich, ale reżyser znalazł wśród nich też interesujących ekscentryków.

Advertisement

Trzech z nich miało na koncie występ w filmie Stone o gangu motocyklowym, który stanowił jedną z większych inspiracji do napisania scenariusza – jak tylko ten fakt wyszedł na jaw, Miller wiedział, że podjął dobrą decyzję. W tej trójce młodych aktorów był też Hugh Keays-Byrne, a więc Obrzynacz (w Mad Max: Na drodze gniewu wystąpił jako Wieczny Joe) – bez dwóch zdań jeden z najlepszych czarnych charakterów w historii kina.

Na casting wybrało się też troje przyjaciół – Steve Bisley, Judy Davis oraz Mel Gibson. O rolę ubiegać miał się ten pierwszy (z sukcesem – to on wcielił się w Jima Goose’a), a Davis i Gibson tylko mu towarzyszyli. Przez lata powtarzano, że Mel był cały poobijany po bójce w barze, w jaką wdał się poprzedniego dnia. Ktoś z ekipy, widząc tego opuchniętego i zakrwawionego chłopaka, polecił mu przyjść na przesłuchanie kilka tygodni później, kiedy będą wybierali nietypowe twarze do małych ról członków gangu. Minęło trochę czasu, aktor wrócił, śladów po bójce nie było już widać, i… z miejsca zachwycił on całą ekipę filmu.

Advertisement

Miller wiedział, że ten przystojny 23-latek będzie idealnym Maxem. Jak się jednak okazało, ta historia ma niewiele wspólnego z prawdą. Gibson wymyślił ją na potrzeby programów typu talk show, kiedy stał się popularny w Stanach Zjednoczonych – bał się, że nie będzie miał o czym opowiadać, a taka ciekawostka byłaby świetnie odbierana. Fakty były takie, że twórcy od pierwszej chwili byli przekonani, że to właśnie on dostanie tę rolę. Jak dziś wiemy, jego kariera krótko po premierze zaczęła rozwijać się w oszałamiającym tempie. Najpierw grał główne role w produkcjach australijskich, później upomniano się o niego w Hollywood.

Poza prawem

Nieliczni statyści byli znajomymi lub członkami rodzin ekipy. Płacono im… piwem. Motocyklowy gang z filmu w dużej mierze składał się zaś z prawdziwego, nie do końca legalnego, klubu. Jego członkowie musieli przyjechać na swoich jednośladach z Sydney do Melbourne, gdzie odbywały się zdjęcia, ponieważ nie było pieniędzy na inny rodzaj transportu. Użyta w fabule karta „Wychodzisz wolno z więzienia” miała swój odpowiednik w prawdziwym życiu – jako że Miller spodziewał się, że motocykliści mogą w drodze na plan być zatrzymywani przez policję, każdemu z nich przekazał list, w którym tłumaczył ich angaż do filmu oraz prosił stróżów prawa o współpracę i wyrozumiałość.

Advertisement

Ekipa zmuszona była do działania poza prawem. Nie tylko regularnie zamykano drogi bez stosownego pozwolenia. Scenograf John Dowding na potrzeby filmu dopuścił się też kradzieży. Ważna dla fabuły scena spotkania żony Maxa z Obrzynaczem miała rozgrywać się przed sklepem, a wśród rekwizytów nie było szyldu. Dowding ukradł więc go w nocy z położonego nieopodal marketu. Jak twierdził, dosłownie 24 godziny później przymocował go z powrotem.

Twórcom od początku nie było łatwo, a wypadki na planie jeszcze bardziej wszystko skomplikowały. Na samym początku zdjęć kontuzji doznała Rosie Bailey, która wcielała się w żonę głównego bohatera. W trybie pilnym trzeba było znaleźć zastępstwo. Produkcja stanęła na dwa tygodnie. Później urazu doznał słynny australijski kaskader Grant Page – mimo to, z nogą w gipsie, zdołał wystąpić w początkowej sekwencji pościgu za Nightriderem.

Advertisement

Pościgowa rewolucja

Jeśli już mowa o pościgach, trudno dziś uwierzyć w to, że zostały one nakręcone przy tak niskim budżecie, właściwie bez udziału efektów specjalnych. To była mała rewolucja – widz miał wrażenie, jakby był w samym centrum dynamicznej akcji, jakby oglądał ją od środka. Przepis na to był prosty, ale jednocześnie kuriozalny. Operator kamery, debiutant David Eggby, jechał razem z innymi motocyklistami, wtulony w kierowcę, i starał się z jak najmniejszej odległości nagrywać to, co się dzieje. Prędkość dochodziła nawet do 180 km/h.

Istotny był też montaż i dźwięk (te warczące silniki!) – to one dopełniły dzieła. A postprodukcja odbywała się w domu kumpla, przy użyciu sprzętu zbudowanego przez ojca Kennedy’ego, inżyniera. Tak, twórcom naprawdę udało się dokonać czegoś wyjątkowego.

Advertisement

Trwało to bardzo długo. Początkowo pomagał nam Tony Patterson, ale miał podpisany kontrakt na inną produkcję i musiał nas opuścić. Później robiliśmy już wszystko sami. Montaż powstawał w kuchni, dźwięk w salonie. Siedem miesięcy później mieliśmy w rękach nasz film.

Film wszedł do kin w kwietniu 1979 roku. Australijska publiczność pokochała Mad Maxa, później przyszła pora na resztę świata. Produkcja zarobiła ponad 100 milionów dolarów, co przy tak niskich nakładach finansowych na realizację było sumą rekordową. Mogło być zresztą jeszcze lepiej, ale film w ogóle nie przyjął się na najważniejszym z rynków – amerykańskim. Jednym z powodów mogło być to, że wszystkie dialogi zostały nagrane raz jeszcze, przez amerykańskich aktorów. Dystrybutorom wydawało się, że australijski akcent oraz regionalne zwroty będą odstraszać widzów. Oryginalną wersję Mad Maxa Amerykanie mogli obejrzeć dopiero wiele lat później.

Advertisement

Sequel doskonały

Po tak dużym sukcesie Miller zasypywany był ofertami z Hollywood. Proponowano mu między innymi reżyserię Rambo – Pierwsza krew. On stwierdził jednak, że chce nakręcić coś, co będzie bardziej w jego stylu. Napisał scenariusz rockandrollowego filmu Roxanne, ale żadna z większych wytwórni nie była nim zainteresowana. W końcu reżyser stwierdził, że mógłby powrócić do świata Mad Maxa. Mówił:

Advertisement

Mimo że z pierwszym Mad Maxem udało nam się coś niesamowitego, to nie było łatwe doświadczenie. Musiałem odchorować ten okres. Namawiano mnie nieustannie, aby nakręcić sequel, i w końcu pomyślałem, że jest to dobra okazja, aby podejść do tematu ambitniej i zrobić jeszcze lepszy film.

Na drugą część producenci wyłożyli już znacznie więcej pieniędzy. Mad Max 2 – Wojownik szos w większym stopniu wykorzystywał wątek postapokaliptyczny. Jednocześnie Miller złożył tym filmem hołd swoim ukochanym amerykańskim westernom oraz kinu Akiry Kurosawy.

Wyniszczony wojną świat cierpi na brak benzyny. Rockatansky (w tej roli ponownie Gibson) przybywa do ocalałej osady wydobywczej, która jest regularnym celem ataków gangu, dowodzonego przez zamaskowanego Lorda Humungusa. Max obiecuje im, że w zamian za pewną ilość benzyny sprowadzi im cysternę, którą będą mogli wywieźć cenne paliwo i uciec bandytom. Stając się obrońcą tej zastraszonej społeczności, samotny jeździec odnajduje swoją utraconą wrażliwość i poczucie człowieczeństwa.

Advertisement

Film miał premierę 24 grudnia 1981 roku. Ponownie posypały się nagrody Australijskiej Akademii Filmowej. Mad Max 2 został też zauważony przez gremium przyznające Saturny. Dziś uważa się go za sequel doskonały. Wszystkiego jest więcej – jest szybciej, głośniej i mocniej, ale jednocześnie nie mamy tu do czynienia z typowym skokiem na kasę bez pomysłu. Słynny krytyk Roger Ebert wprost przyznawał, że w historii kina nie mieliśmy wielu lepszych filmów akcji. Efekty specjalne oraz popisy kaskaderów są spektakularne. Tworzą przerażający, czasem obrzydliwy, ale też porywający efekt” – pisał w swojej recenzji.

We Don’t Need Another Hero

Trzecia część, Mad Max pod Kopułą Gromu, mogła liczyć na jeszcze większy budżet. Miller miał nadzieję, że w tym filmie uda się przenieść wszystkie jego wizje na ekran. Napisano też całkiem niezły scenariusz, w którym Max zostaje wciągnięty w spisek podstępnej Cioteczki Entity (w tej roli Tina Turner). We władanym przez nią miasteczku znajduje się arena z bardzo prostymi regułami: wchodzi dwóch, wychodzi jeden. Kiedy główny bohater po walce zostaje wygnany z miasta i porzucony na pustyni, z pomocą przychodzą mu dzieci ocalałe z katastrofy samolotu. Myślą, że Max jest wyczekiwanym przez nich kapitanem.

Advertisement

https://www.youtube.com/watch?v=dq4aOaDXIfY

Niestety przez rozpoczęciem zdjęć zmarł Byron Kennedy – helikopter, którym szukał lokalizacji dla filmu, rozbił się. Miller długo zastanawiał się, czy kontynuować produkcję.

Advertisement

Nie chciałem iść z tym tematem dalej. Ale potem pojawiła się zupełnie inna myśl. Czułem potrzebę zrobienia tego filmu – pomyślałem, że pomoże mi to poradzić sobie z szokiem i smutkiem po tym strasznym wydarzeniu.

Film został zadedykowany Kennedy’emu. Niektórzy fani serii narzekali, że trzecia część jest zbyt hollywoodzka, lekka, niepasująca klimatem do brutalnych i bezkompromisowych wcześniejszych filmów. Trudno się z tym nie zgodzić. Ale Mad Max pod Kopułą Gromu wciąż ma te najważniejsze cechy oryginału – świeżość, oryginalność, intensywność. Mimo że budżet był o wiele wyższy, nadal czuć wielką pasję twórców. Nie ma tu klasycznej sytuacji pójścia po linii najmniejszego oporu. A piosenka We Don’t Need Another Hero stała się symbolem całej serii.

Zapisać się w historii

Powrót po 20 latach z Mad Max: Na drodze gniewu był wielkim triumfem, wszyscy mamy go dobrze w pamięci, a również i na łamach naszej strony napisano o nim całkiem sporo. Udało się coś, co ma miejsce niezwykle rzadko – słynna filmowa seria otrzymała nowe życie, przekonując zarówno największych fanów oryginału, jak i widzów, którzy z Mad Maxem nie mieli wiele wspólnego. Choć początkowo Miller zarzekał się, że piątej części nie będzie, wygląda na to, że zmienił zdanie. Ma ona mieć podtytuł The Wasteland.

Advertisement

ZAKAZANE ZWIĄZKI. Kazirodztwo na ekranie

Seria Mad Max to przede wszystkim kinowa akcja w najlepszym wydaniu – non stop wyczuwalne napięcie, adrenalina, tajemnica. Mamy do czynienia z rozrywką, odsłoną westernu, ale z niesamowitymi pojazdami zamiast koni (Big Bopper czy Pursuit Special stały się większymi gwiazdami niż większość aktorów z filmu – w Australii do dziś są ludzie, którzy jeżdżą kopiami tych samochodów). Jednak nie są to produkcje w stylu „łatwe i przyjemne”. Tyczy się to zwłaszcza pierwszej części. To doświadczenie nieco dziwaczne, uwierające, bardzo pesymistyczne w przekazie. Niby do końca świata jeszcze daleko, ale już widać, że nie ma dla nas nadziei. Akcja zostaje przykryta refleksją, i na tym również polega wielki sukces tej serii.

Miller po trzech pierwszych Mad Maxach postanowił poeksperymentować. Dorobił się przywileju całkowitej wolności twórczej. Najpierw nakręcił Czarownice z Eastwick – czarną komedię z elementami fantasy, z udziałem Jacka Nicholsona, Cher, Michelle Pfeiffer oraz Susan Sarandon. Tę ostatnią zaprosił też do występu w wzruszającym dramacie Olej Lorenza. Potem zaś zajął się… kinem familijnym. Wyprodukował Babe – świnkę z klasą, stanął za kamerą drugiej części, a więc Babe – świnki w mieście, po czym nakręcił animację Happy Feet: Tupot małych stóp oraz jej kontynuację. Z każdym z tych zadań poradził sobie równie dobrze. Obecnie ma w planach komedię – chce nią udowodnić żonie, że ma poczucie humoru. Dla tego faceta chyba nie ma rzeczy niemożliwych. I choć doceniać można go za najróżniejsze projekty, tak w historii kina zapisze się przede wszystkim jako twórca Mad Maxa, reżyser, który przypomniał nam, że ten dążący do zagłady świat zawsze potrzebować będzie bohatera.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *