Czarno na białym

OSTATNI BRZEG

Melodramat apokaliptyczny, czyli Hollywood gorzko o atomowej zagładzie.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Nadzieja umiera przedostatnia

Widmo nuklearnego holocaustu obecne jest w kinie od dawna – pojawiało się wszak jeszcze przed zrzuceniem amerykańskich bomb na Japonię czy doniesieniami o próbach jądrowych na atolu Bikini. Rzecz jasna, największy natłok filmów o tej tematyce miał miejsce w okresie zimnej wojny, a konkretnie w najbardziej zapalnych jej momentach: podczas kryzysu kubańskiego oraz nieco później, we wczesnych latach 80. Jednym z najznamienitszych i zarazem pierwszych reprezentantów tego nurtu wciąż pozostaje dzieło Stanleya Kramera z 1959 roku, pokazujące efekt naszej autodestrukcji w wyjątkowo odmienny, ale jakże wymowny i niepozostawiający żadnych złudzeń sposób.

To z pewnością nie był łatwy w realizacji film. I nie jest też łatwy w odbiorze.

Powstała na bazie powieści Nevila Shute’a fabuła rzuca nas do roku 1964, na kilka miesięcy po trzeciej wojnie światowej. Jej efektem jest permanentne skażenie całej północnej półkuli naszej planety, na której życie praktycznie wyginęło. Niedobitki ludzkości skupione są więc na południu, a ostatnią największą ostoją cywilizacji pozostaje dotychczas nietknięta Australia, czyli tytułowy ostatni brzeg (choć w oryginale film nazywa się: On the Beach). Tam właśnie zmierza jedyny ocalały okręt podwodny amerykańskiej marynarki wojennej. Maszyna dowodzona przez komandora Towersa (jak zawsze posągowy Gregory Peck, który prywatnie był olbrzymim przeciwnikiem broni atomowej) pozostaje jednocześnie ostatnią nadzieją na ocalenie rasy ludzkiej przed powoli zbliżającymi się także do Antypodów skutkami radioaktywności. Oto bowiem niespodziewanie wyłapany zostaje niezrozumiały sygnał radiotelegraficzny z terenów USA, gdzie dopłynąć mogą tylko Towers i jego ludzie…

To z pewnością nie był łatwy w realizacji film. I nie jest też łatwy w odbiorze. Choć produkcja ta daleka jest od perfekcji i można jej sporo zarzucić – co zresztą chętnie robiono tuż po premierze – to jednak w ogólnym rozrachunku broni się całkiem nieźle. Chociażby tym, że za pomocą oszczędnych środków wyrazu potrafi przekazać tak wiele emocji. A także tym, że pomimo rzeczonego minimalizmu, który odbija się w bezpiecznej sterylności świata przedstawionego (pojawiające się tu widoki skażonego San Francisco wydają się jałowe, lecz kompletnie nienaruszone i pozbawione jakichkolwiek ciał), potrafi przerazić skutkami atomowego armagedonu oraz dać tym samym do myślenia. Owszem, kilka innych, późniejszych filmów zdecydowanie lepiej ukazywało zarówno degradację ludzkości, jak i fizyczny wpływ zagłady na życie jednostek, nierzadko strasząc przy tym swoistym rodzajem gore. Lecz to właśnie ta pustka wyzierająca z Ostatniego brzegu, z każdą minutą coraz bardziej się pogłębiająca, wydaje się nieść dosadniejsze przesłanie.

Oczywiście nie tłumaczy to kilku ewidentnych pomyłek – tudzież złych wyborów – reżysera ani tym bardziej scenarzysty filmu, Johna Paxtona. Wyraźnie spłycili oni książkę Shute’a, który chętny był pomóc w adaptacji swojego dzieła, lecz ustąpił w momencie, gdy wszystkie jego rady i pomysły ulatywały w (to skażone) powietrze. Skutkiem tego kilka znaczących różnic między ruchomym obrazem a powieścią, z których większość działa niestety przeciw temu pierwszemu medium. Ponad dwugodzinny dramat o końcu świata filmowcy ze zbyt dużą łatwością zamieniają niekiedy we łzawy melodramat czy wręcz tani romans – na przykład między Towersem i mającą alkoholowy problem Moirą (jak zawsze kusząca Ava Gardner) – niemający wiele wspólnego z punktem wyjścia. To świadomy zabieg, mający tylko uwypuklić nadejście nieuniknionego, które wielu z ostatnich ocalałych stara się odsunąć od siebie jak najdalej, choćby na chwilę. Co nie zmienia faktu, że takie łapanie kilku srok za ogon zabija chwilami dramaturgię, rozmywa klarowną fabułę.

Czy powinno zatem dziwić, że Shute był jawnie wzburzony gotowym produktem? Mało tego! Złośliwi twierdzą, że taki obrót spraw bezpośrednio wpędził go do grobu, gdyż pisarz zmarł wkrótce po wejściu filmu do kin, mając na karku niespełna sześćdziesiąt lat (ciekawe, co pomyślałby o wierniejszej i powstałej dla telewizji w 2000 roku trzygodzinnej adaptacji Russella Mulcahy’ego z Armandem Assante’em, Rachel Ward i Bryanem Brownem w rolach głównych?). Wtórowała mu również mało przychylna krytyka. No i widzowie, którzy – wbrew śmiałym hasłom reklamowym, prawiącym, że jeśli jakiś film ma być ostatnim w ich życiu, to właśnie ten – niechętnie zostawiali swoje pieniądze w kasach. Ostatni brzeg przyniósł więc studiu United Artists spore straty. Acz jak na tak skromną, mimo wszystko, produkcję, chętnie wspomaganą przez rząd i wojsko Australii (gdzie do dziś niektóre ulice noszą nazwiska osób z ekipy filmowej), kosztował całkiem sporo – zważywszy na czasy, w których powstał – bo prawie trzy miliony dolarów.

Z pewnością spora część tych pieniędzy powędrowała do głównej, mocnej stawki aktorskiej, do której załapali się także młody Anthony Perkins, jako jeden z podwładnych Towersa, i starzejący się Fred Astaire, dla którego rola naukowca Juliana Osborna (bez koneksji z komiksowym Normanem) była jednym z nielicznych pozbawionych śpiewu oraz tańca występów przed kamerą. I to właśnie oni – wraz z pomocą nastrojowych zdjęć Giuseppe Rotunno oraz nominowanych do Oscara montażu Frederica Knudtsona i smutno-podniosłej muzyki Ernesta Golda – wzbudzają emocje. Choć postaci pozornie snują się tylko z kąta w kąt, wygłaszając przy tym mniej lub bardziej trafne mądrości, jakie natchnęły ich w tych finalnych momentach ekranowego życia, to i tak są w stanie bezboleśnie sprzedać nam największe banały, uratować najsłabsze sceny czy w końcu sprawić, abyśmy w ogóle jakkolwiek przejęli się ich losem.

Całą resztę robi świetnie dawkowana atmosfera, w której od samego początku czuć permanentne poczucie beznadziei – nawet pomijając wspomniane dłużyzny oraz mniej angażujące sekwencje, które nie popychają akcji do przodu. Oczywiście bohaterowie chcą wierzyć do samego końca, nieraz oszukując samych siebie, jednak wszelkie fakty stanowią przeciw ich chęciom, wierzeniom czy staraniom o zmianę tragicznego losu. Twórcy dają im szanse, aby podtrzymać ducha optymizmu, nie zabić tej legendarnej australijskiej wolności – tak radośnie kultywowanej między innymi na samochodowych wyścigach czy właśnie na plaży – lecz jednocześnie nie pozostawiają złudzeń. Fantazja w końcu ustępuje tu nauce, a koniec może być tylko ponury, gdyż innej alternatywy w tym wypadku po prostu nie ma. Pozostaje jedynie śmierć – mniej lub bardziej godna, ale nieprzejednana.

Antywojenne – czy też raczej: antyatomowe – przesłanie filmu nie jest być może w ogólnym kontekście nachalne, ale wystarczająco jasne. Dość zresztą napisać, że jego premiera odbyła się jednocześnie w dwudziestu miastach na całym świecie – w tym w Moskwie, do której Peck z żoną udali się osobiście. Był to tym samym pierwszy amerykański film wyświetlony na radzieckiej ziemi w czasie zimnej wojny, czyli – w teorii – konfliktowego preludium do nuklearnej autodestrukcji. Szczęśliwie ta teoria nie przełożyła się na praktykę i w sześć dekad później dalej możemy normalnie funkcjonować. Czy zatem Ostatni brzeg stracił przez ten czas na aktualności? Bynajmniej – dlatego działa. To film niedoskonały, lecz bezbłędny w wymowie. Nie wolny od przekłamań, ale szczery. Smutny i zarazem piękny. Oby nie był przy tym ostatnim, jaki zobaczycie.

Ostatnio dodane