Fantastyczny cykl

NIEMY WYŚCIG (1972). Kacze roboty na usługach samotnego ekologa

Należy oddać filmowi jedną słuszność – to wyjątkowo mądra produkcja, nastawiona na poruszenie w widzu zastygłych zwojów myślowych.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Bohater czy szaleniec?

Da się zauważyć, że bycie „eko” jest dziś bardzo popularne. Ale ta swoista moda na ekologiczne myślenie zapanowała w kulturze już znacznie wcześniej. W latach 60. i 70. XX wieku za sprawą postępującej degradacji środowiska naturalnego zaczęto po raz pierwszy wspólnym głosem nawoływać do ochrony przyrody, tworząc z tego nie tylko sposób życia, ale także ideologię. Udzieliło się to także kinu, a w szczególności fantastyce naukowej. Zaraz po Zielonej pożywce jednym z najciekawszych filmów tamtych lat poruszających podobny temat jest Niemy wyścig z 1972.

Na początku lat 70., po sukcesie Swobodnego jeźdźca, Universal Studios zdecydowało, że teraz da zielone światło skromniejszym, acz nie mniej interesującym projektom, tworzonym przy udziale mniejszego budżetu, z nadzieją, że o wiele łatwiej im będzie przeskoczyć barierę zysków. Jednocześnie studio dało twórcom możliwość dokonania ostatecznego cięcia. W gronie tych filmów znalazły się m.in. Amerykańskie Graffiti George’a Lucasa i właśnie recenzowany Niemy wyścig. Za kamerą filmu stanął Douglas Trumbull, wybitny spec od efektów specjalnych, pracujący wcześniej m.in. przy takich produkcjach jak 2001: Odyseja kosmiczna i Tajemnica Andromedy. Przy tworzeniu scenariusza z kolei pomagał sam Michael Cimino, późniejszy twórca Łowcy jeleni.

Bohaterem Niemego wyścigu jest Freeman Lowell – grany przez Bruce’a Derna – botanik stacji orbitalnej. Na jego barkach spoczywa ważna misja. Pielęgnuje on roślinność umieszczoną w wielkich, szklanych kopułach, będącą pozostałością po katastrofie, jaka nawiedziła Ziemię (czyniąc z filmu przedstawiciela podgatunku postapokalipsy). Zamieniła ona błękitną planetę w pustynię. Choć pierwotnym celem projektu było przywrócenie ziemskiej flory i fauny, to jednak z niewyjaśnionych przyczyn jego koordynatorzy postanowili z niego zrezygnować, decydując się zniszczyć kosmiczne szklarnie i przebranżowić kierujące nimi statki. Lowellowi nie mieści się to jednak w głowie. Decyduje się na szaleńczy ruch – zabija swoich współtowarzyszy w imię obrony podtrzymywanego przy życiu środowiska naturalnego.

Główny bohater filmu z 1972 jest symbolem proekologicznego myślenia. Myślenia, które przetrwało do naszych czasów. Lowell to idealista i romantyk, swą postawą realizujący pobożne życzenie wielu filozofów, od dawien dawna nawołujących do powrotu do natury. Znamienne jest to, jak umiejętnie i szczerze bohater potrafi cieszyć się naturalnym smakiem życia. W świecie przyszłości dla takich ludzi nie ma już miejsca. Idealnie obrazuje to jedna ze scen posiłku, w której bohater kłóci się ze swoimi kolegami, dziwiąc się im, z jak wielką łatwością przyjmują syntetyczne jedzenie. Będąc całym sobą „eko”, daje im jasno do zrozumienia, że tylko to, co powstaje jako wynik naturalnego procesu, ma prawdziwy smak i kolor. Jego emocjonalny wybuch jest zapowiedzią późniejszego, radykalnego posunięcia – zabicia swych kompanów. Akt ten każe zadać trudne pytanie o istotę humanizmu. Czy w dobie środowiskowego kryzysu i niedoboru naturalnych źródeł ludzka ignorancja przejawiana w zachowaniu może tłumaczyć przedłożenie życia roślin ponad życie człowieka?

Najciekawsze w Niemym wyścigu jest to, że stanowiąc pochwałę dla ekologii, w sposób wyjątkowo życzliwy podchodzi także do technologii. Jest to zarazem osobliwy przykład filmu science fiction, który nie tworzy krzywego zwierciadła dla zdobyczy techniki, wręcz ukazując przyszłość z ich udziałem w wyjątkowo jasnych barwach. Gdy Lowell zostaje już sam na stacji orbitalnej, jego jedynymi towarzyszami życia są trzy roboty –  Huey, Dewey, Louie – które za sprawą swego pokracznego, kaczego ruchu i sympatycznego wyglądu odziedziczyły imiona po postaciach siostrzeńców Kaczora Donalda z kreskówek Walta Disneya. Znamienne, że to właśnie roboty stają się w tym wypadku ostatnią nadzieją ludzkości na przywrócenie naturalnego porządku. Ten pozytywny w swym wydźwięku obraz sztucznej inteligencji zapożyczył wkrótce George Lucas w swoich Gwiezdnych wojnach, co widać między innymi w postaci R2-D2. A kilkadziesiąt lat później studio Pixar zaadaptowało wygląd i zachowanie robotów z Niemego wyścigu, tworząc jeden ze swych najlepszych filmów animowanych – WALL.E.

Niemy wyścig to skromny film. Jest stosunkowo krótki, bo trwa niespełna półtorej godziny. Niewiele też pokazuje – ze względu na mały budżet, twórcy nie mogli pokazać upadłej na skutek katastrofy Ziemi. Cała akcja rozgrywa się na stacji orbitalnej, co czyni fabułę nieco monotonną, pozbawioną atrakcji. Ale należy oddać filmowi jedno – to wyjątkowo mądra produkcja, nastawiona na poruszenie w widzu zastygłych zwojów myślowych. Za sprawą godnej naśladowania postawy i najwyższego poświęcenia głównego bohatera, niesie niezwykle przekonujące, proekologiczne przesłanie, które nawet kilkadziesiąt lat od premiery filmu, wciąż pozostaje aktualne. To jednocześnie pokazuje, jak mało jako ludzie – istoty nierozłączne z naturą – zdołaliśmy się od tego czasu nauczyć.

Ostatnio dodane