Publicystyka filmowa
MICHAŁ ŻURAWSKI. Macho (z wąsem) w kryzysie
Jako Szapiro w „Królu” przypomniał, że męskie ego oznacza przede wszystkim kłopoty. Za to w „Strzępach” zaliczył najlepszą rolę filmową. Michał Żurawski.
Nie unika „ślonsko godka”, grywa żołnierzy, sexy esbeków i nieobecnych mężów, ale najlepiej odnajduje się w rozkładaniu na czynniki pierwsze kryzysu męskości. Jako Adam Kruk w serialu Pieprzycy i Korolczuka pokazał chorobę psychiczną współczesnego mężczyzny, który zawsze przecież musi być silny i niezłomny, a jako Szapiro w „Królu” przypomniał, że męskie ego oznacza przede wszystkim kłopoty. Za to w „Strzępach” zaliczył najlepszą rolę filmową. Michał Żurawski.
Aktor ma w swoim dorobku pokaźną listę tytułów filmowych, serialowych i teatralnych, ale mimo występowania w głośnych produkcjach, jak choćby „W ciemności” Agnieszki Holland, czy „Miasto 44” Jana Komasy, długo nie funkcjonował w powszechnej świadomości widzów tak oczywiście jak Borys Szyc, Robert Więckiewicz, albo Leszek Lichota. Prawdopodobnie dzięki temu nie wpadł do żadnej szufladki. O Szycu niektórzy mówią, że najlepiej sprawdza się w komedii, a Więckiewicz w rolach wrednych i przemądrzałych typów, bez różnicy czy są prokuratorami, działaczami społecznymi, czy alkoholikami. O Żurawskim trudno powiedzieć coś tak oczywistego z marszu, bez analizy jego filmografii. Gdy jednak zastanowić się na tym, można zaryzykować twierdzenie, że idealnie egzemplifikuje kryzys męskiej tożsamości.
„Heweliuszem” wypływa na szerokie wody

Żurawski to aktor wyrazisty i nietuzinkowy, aktualnie przeżywa swój prime time. Dopiero co wystąpił w „Heweliuszu”, o którym długo jeszcze będziemy rozmawiać, a teraz, również w ofercie Netfliksa, oglądamy „Ołowiane dzieci” z jego udziałem. „Heweliusz” w reżyserii Jana Holoubka wzbudził emocje widzów ze względu na rozmach realizacyjny i nowe hipotezy, przyczynił się także do wznowienia medialnej dyskusji na temat zatonięcia promu Jan Heweliusz w 1993.
Aktor gra w serialu jedną z głównych ról. Postać Piotra Bintera stanowi spoiwo całej historii. To kapitan Heweliusza, zmiennik serialowego Andrzeja Ułasiewicza (Borys Szyc), i wraz z nim poznajemy kulisy śledztwa oraz prac Izby Morskiej mającej wyjaśnić szczegóły wypadku. Binter jest widzem spektaklu i jego uczestnikiem. Po premierze, recenzenci pisali, że ten występ otwiera przed aktorem nowe perspektywy. Gdy rozmawiałam z Jakubem Korolczukiem, scenarzystą „Ołowianych dzieci”, który stworzył także „Kruka”, powiedział o Żurawskim: „Kiedy piszę postać silnego mężczyzny, który ma w sobie tajemnicę i głębię, to Michał Żurawski jest pierwszym nazwiskiem, które przychodzi mi do głowy. I nie tylko jestem przekonany, ale wręcz wiem, że to nie jest nasza ostatnia współpraca”.

W „Ołowianych dzieciach” (w reżyserii Macieja Pieprzyca i na podstawie scenariusza Jakuba Korolczuka) wykreował najciekawszą postać, mimo że grał na drugim planie. Ukradł show Joannie Kulig, która jako doktor Jolanta Wadowska-Król wypadła świetnie, ale jej nieco pomnikowa bohaterka nie wzbudza tak skrajnych emocji, co nietuzinkowy esbek. Hubert Niedziela jest majorem Służby Bezpieczeństwa w Katowicach i marzy o awansie do Warszawy. Bohater Żurawskiego jest rodowitym Ślązakiem, mówi po śląsku między swoimi, a literacką polszczyzną w biurach najważniejszych dygnitarzy.
Nie wygląda jak typowy esbek znany z polskiego kina, ale mężczyzna stylowy, a przy tym niegłupi i myślący długofalowo. Jego rozdarcie i nieprzewidywalność czynią serial mniej oczywistym niż można początkowo sądzić. Żurawski pytany przeze mnie o swojego bohatera, odpowiedział: „Bardzo mnie rozbawiło, że z mojej postaci wyszedł, jak to Pani określiła, „sexy esbek”. Podziękowania należą się nie mnie, tylko Jakubowi Korolczukowi, który tę postać napisał, a także całej ekipie, która ją współtworzyła. Moja postać zdecydowanie ma ludzkie odruchy, bo łatwiej jest przekonać widza do tego, że czarny charakter nie jest do końca taki zły gdy momentami zachowuje się empatycznie”.

Odnoszę wrażenie, że na małym ekranie Żurawski osiągnął już praktycznie wszystko, to raczej filmowo czuje niedosyt. Patrząc z perspektywy czasu, trzeba powiedzieć, że motorem napędowym jego kariery stał się serial „Kruk” (2018) w reżyserii Macieja Pieprzycy. Reżyser dostrzegł możliwości aktora podczas pracy na planie filmu „Jestem mordercą” (2016). Zagrał tam milicjanta Marka, który towarzyszy głównemu bohaterowi w prowadzeniu inspirowanego faktami, głośnego w latach 70., śledztwa w sprawie Wampira z Zagłębia. Film oparty jest na losach skazanego na śmierć Zdzisława Marchwickiego (Sprawa ta, dzięki pełnomocnictwom dzieci Marchwickiego, obecnie badana jest przez toruńskie adwokatki: Klaudię Mokrzewską-Kowalczyk oraz Anetę Naworską i reportażystę Przemysława Semczuka. Przekonani o niewinności Marchwickiego, chcą dążyć do sądowego uniewinnienia. Istnieje szansa, że po ponad 50 latach poznamy również prawdę na temat tożsamości faktycznego Wampira z Zagłębia).
Po śląsku

Żurawski grając Marka, kolegę głównego śledczego Janusza Jasińskiego (w tej roli Mirosław Haniszewski) wypada znaczenie barwniej niż postać kreowana przez Haniszewskiego, co staje się swoistym leitmotivem w jego karierze. Może to zasługa języka śląskiego, z którego od początku korzystał na castingach, mimo że jego bohater miał posługiwać się czystą polszczyzną. Aktor chętnie czerpie ze swoich śląskich korzeni, nawet gdy kreuje role drugoplanowe i epizodyczne (w niesławnym filmie „Kac Wawa” diler o pamiętnym pseudonimie „Grzmihuj” także mówi po śląsku).
W „Ołowianych dzieciach”, gdy podczas prac na rolą, aktorzy sami przepisywali swoje kwestie z polskiego na śląski, Żurawski poszukiwał archaicznych form językowych, znanych najstarszym Ślązakom, aby stworzyć bohatera ultra „śląskiego”. O swoich związkach ze Śląskiem mówi następująco: „Oczywiście, że lubię wracać na Śląsk. To jest dla mnie pewnego rodzaju przystań. Tak jak ktoś, kto pochodzi z gór albo znad morza, potrzebuje od czasu do czasu tam pojechać, popatrzeć i po prostu odpocząć, tak ja mam ze Śląskiem. Jeśli raz w miesiącu nie pojadę na Górny Śląsk, nie zobaczę szybów górniczych albo nie pospaceruję po hałdach, to czuję, że czegoś mi brakuje. Poza tym świetnie pracuje się z ludźmi ze Śląska”.

Pieprzyca poza filmem fabularnym „Jestem mordercą” z 2016, 18 lat wcześniej nakręcił dokument pod tym samym tytułem. W jego dorobku brakuje więc serialu na temat Wampira, a mając nadzieję, że walka o sądowe uniewinnienie Marchwickiego przebiegnie pomyślnie, powstanie nowy materiał. W roli niesłusznie skazanego Marchwickiego widziałabym właśnie Żurawskiego. Ma wszystko, co wyjściowo jest potrzebne do tej kreacji: śląskie korzenie, odpowiedni wzrost, chmurne spojrzenie i wizerunek milczka złamanego przez system. Gdy zapytałam o to aktora, odpowiedział: „Zawsze chętnie będę współpracować z Maćkiem Pieprzycą. Mógłbym u niego zagrać właściwie wszystko cokolwiek by mi powierzył, bo mam do niego ogromne zaufanie. To jeden z najlepszych polskich reżyserów. Bardzo go cenię i uwielbiam z nim pracować”. Żurawski w opinii na temat Pieprzycy nie jest odosobniony, podobne opinie o pracy z reżyserem słyszałam już od innych osób.
Milczący typ z westernu
Milczący bohater, z którym kojarzony bywa aktor nie wziął się z przypadku. Jego role w „Kruku” i „Królu” pokazały widowni, co Żurawski potrafi i w jakim emploi będziemy chcieli go oglądać. Obydwa seriale Canal+ wykreowały outsiderów, straumatyzowanych i reagujących agresją mężczyzn, niepotrafiących budować relacji społecznych, ale lubiących rozwiązywać swoje problemy na drodze autodestrukcji.

Policjant Adam Kruk w serialu napisanym przez Jakuba Korolczuka wraca w rodzinne strony na Podlasiu, żeby zmierzyć się z demonami dzieciństwa. Rozpisana na trzy sezony historia, gdy wystartowała w 2018 była nowatorską i odważną opowieścią o przemocy seksualnej wobec dzieci, systemowych nadużyciach oraz nieuleczalnej traumie. Nikt wcześniej we współczesnym polskim serialu fabularnym nie mówił wprost o pedofilii ukrywanej w instytucjach mających chronić dzieci przed przemocą.
Bohater szuka zemsty, ale i uleczenia, prędzej czy później trafia więc do podlaskiej szeptuchy. Jej postać dodaje realizmu magicznego produkcji. Ujawnia również coś, co zdaje się łączyć bohatera z aktorem – ciekawość wobec tego co niewidoczne (Żurawski mówił w wywiadach, że zainteresowanie tematem szeroko rozumianej duchowości pojawiło się u niego w wieku 15 lat) przeplatającą się z frustracją i dystansem (w rozmowie z Karolem Paciorkiem sam o sobie mówił, że jest „wnerwionym chłopem”, w innym wywiadzie wspomniał, że lubi konfrontacje dlatego na mecze Ruchu Chorzów rozgrywane w Warszawie przychodzi w niebiesko-białej koszulce. Żurawski w rozmowach z mediami czasami miewa krótki lont, chociaż niekiedy nonszalancja i obcesowość mieszają się u niego z dosadnością i rzadko spotykaną w show-biznesie szczerością).

O ile to, co łączy Kruka z Żurawskim nie zostało przez aktora wprost wypowiedziane, o tyle rola Jakuba Szapiro w „Królu” (serial reżyserował J. P. Matuszyński na podstawie powieści Szczepana Twardocha) zdaje się z nim mocno korespondować. Co ważne, Szapiro to maczystowski typ, robi co chce i nie przeprasza. Trzeba powiedzieć, że Żurawski pragnący zagrać Szapiro i widzący się w tej roli na długo przed rzeczywistą realizacją, jest w niej doskonały. Duża w tym zasługa nie tylko talentu aktora, ale i jego warunków fizycznych. Jako Szapiro wygląda olśniewająco, jest idealnie męski i charyzmatyczny. Żurawski w rozmowie z Twardochem i Matuszyńskim mówił do pisarza, że gdy przeczytał „Króla” uznał, że to historia o nim i dla niego.
Scena walki bokserskiej, która rozgrywa się w drugim odcinku „Króla” jest jednym z absolutnie fenomenalnych popisów aktorskich Żurawskiego i Packa. Ogląda się ją w takim samym napięciu co walki Rocky’ego Balboy w pierwszym, drugim i trzecim „Rockym”. Widać nieprzypadkowo aktor jest fanem filmów z Sylvestrem Stallone. Pięciominutowa scena ma nie tylko dobrze zbudowaną dramaturgię (znalazł się nawet moment na uczesanie włosów Szapiro pomiędzy rundami – wspaniały detal), ale przede wszystkim starannie odzwierciedla realia epoki. Aktorzy walczący w ringu nie wyglądają jak współcześni bokserzy.

Pięściarze przedwojenni mieli zupełnie inne sylwetki, co widać w „Królu” – przypominali współczesnych lekkoatletów, a nie sportowców z rozbudowanymi klatkami piersiowymi i tkanką tłuszczową. Styl walki również nie odzwierciedla tych współczesnych. Widz może być wręcz zdziwiony, dlaczego Szapiro i Ziembiński w tak niecodzienny sposób chronią się przed ciosami i zadają je inaczej niż Gołota, czy Adamek.
Żurawski lubi grać bokserów, co widać także w filmie „Bokser” (2024) Mitji Okorna. Mówił, że angażuje się w przygotowania na sto procent, a do „Króla” trenował jeszcze rok przed castingiem, ponieważ tak bardzo zależało mu na występie w serialu. Jego intuicja była słuszna, produkcja Canal+ to aktualnie opus magnum kariery aktorskiej Żurawskiego.

W filmie „Bokser” aktor pojawia się jedynie w dwunastu pierwszych minutach, a następnie w retrospekcji, ale to wystarczyło, żeby jego rola zapadła w pamięć. Walka bokserska z 1971 roku, w której Edwin grany przez Żurawskiego, odnosi zwycięstwo stanowi ważny element dla dalszej fabuły, a także pokazuje, że aktor dobrze odnajduje się w rolach PRL-owskich tatuśków z bujnym wąsem. Wąs i sylwetka Edwina nie przypomina starannie przystrzyżonych wąsów i atletycznej postaci Jakuba Szapiro, ale w obydwu przypadkach aktor daje popis możliwości kreując mężczyzn walczących w ringu o swoją przyszłość (podobnie jak Rocky, trudno będzie uciec od tego porównania).
Jego epizodyczna rola w filmie „Bokser” to nie tylko scena walki bokserskiej, to również obraz złamanego życia śląskiego sportowca. Żurawski jako pokonany przez system ojciec i górnik, nie chce żeby syn popełniał jego błędy, z dnia na dzień staje się cieniem dawnego siebie. To też chyba pierwszy raz, kiedy Żurawski wciela się w postać przegranego mężczyzny w średnim wieku.
Grając „po warunkach”

Aktor długo czekał na swój przełomowy moment, na co wpływ zdaje się mieć wiek; w przypadku mężczyzn, im aktor starszy, tym ma szersze pole do popisu. W 2011 wystąpił u Agnieszki Holland w filmie „W ciemności”, a główna rola w „Kruku” pojawiła się siedem lat później. Filmowo i serialowo „rozkwitł” na dobre mając 35 lat. W 2014 wystąpił w „Jezioraku”, „Mieście 44”, a rok później w „Karbali”. Trzy różne postaci osadzone w różnych rzeczywistościach i o różnym wizerunku dowodzą, że Żurawski (mimo możliwości grania klasycznie przystojnych amantów) poszerzył znacząco przekrój swoich bohaterów.
Doskonale odnajduje się w estetyce lat 70. i 80. W jego przypadku detale czynią diametralną różnice. To aktor, który „gra wąsem” i zarostem oraz ciemną oprawą oczu. Pytany o kostium czasów PRL-u, odpowiada: „Rzeczywiście często obsadzają mnie w rolach funkcjonariuszy z lat 70. i 80. ale zdecydowanie nie narzekam, bo dzięki temu mogę nadal grać. Najwyraźniej kostium z tamtej epoki po prostu do mnie pasuje”.

Zagrał zafrasowanego generała Andersa („Czerwone maki”) ze starannie wypielęgnowanymi wąsami, ale i króla przedwojennej Warszawy („Król”) z wąsem jeszcze bardziej dopieszczonym, z kolei z gęstym zarostem stawał się zwykłym mężem i ojcem („Strzępy”), albo neurotycznym komisarzem policji („Kruk”). W przypadku wspominanego już filmu Agnieszki Holland „W ciemności”, podczas przygotowań aktora do roli, Olena Leonenko -jego nauczycielka języka ukraińskiego, uznała, że idealnie wpasowuje się swoim wyglądem do postaci ukraińskiego Łemka.
Zdaje się, że zarost to w przypadku Żurawskiego jedna z jego supermocy. Gdy grywał bez niego, w takich filmach jak np. „Czarny” (2010, w reżyserii Dominika Matwiejczyka), jego bohater tracił swoje właściwości, brakowało mu kropki nad „i”. Jednak najmniej atrakcyjnym wizualnie bohaterem granym przez aktora, a mówiąc dosadnie – szpetnym i wstrętnym osobnikiem – był pułkownik Kmiecik w filmie „Żeby nie było śladów” (2021) J. P. Matuszyńskiego. Kmiecik jest wizualnie całkowitym przeciwieństwem wspominanego już Huberta Niedzieli z „Ołowianych dzieci”.
„Zabawa na planie, koszmar na ekranie”?

Niektóre wybory filmowe aktora mogą dziwić, zwłaszcza że po udanych występach w serialach premium, pojawienie się w 2025 roku w thrillerze „Nieprzyjaciel”, gdzie zagrał z Piotrem Stramowskim, Joanną Opozdą i Katarzyną Sawczuk, zaskakuje. Film to wtórny thriller pełen przewidywalnych zwrotów akcji, rozczarowujący fabularnie na każdym polu. Podobnie było w przypadku produkcji „Nie cudzołóż i nie kradnij”; tam co prawda wystąpiła świetna obsada aktorska i teoretycznie miało to być polskie „Pulp Fiction”, ale Jurek Bagiński grany przez Żurawskiego zostaje zabity po tym jak bohater mówi „dzień dobry” (gwoli sprawiedliwości, w retrospekcjach pojawia się więcej scen z jego udziałem, ale dla filmografii aktora jako wyzwania zawodowe, sceny te są zupełnie bez znaczenia).
Podobnie jest z serialem „Grzechy sąsiadów” (2023), gdzie bohater tekstu występuje z Sebastianem Fabijańskim, Martą Żmudą – Trzebiatowską oraz Marianną Zydek. Polsatowski thriller opowiada losy dwóch par wplątanych w historię, która kończy się w jeden możliwy sposób (spoiler alert – wszyscy umierają!), ale po drodze jest śmiertelnie nudna. „Grzechy sąsiadów” i „Nieprzyjaciel’, to dwie strony tej samej monety.

Żurawski nie gra tutaj nieobecnego męża jak w „Dzikich różach” (2017), czy „53 wojnach” (2018), ale kompletnego nudziarza. We wspominanych filmach Jadowskiej i Bukowskiej znakomicie wcielił się w postaci mężów, którzy nie potrafią towarzyszyć swoim żonom w ważnych momentach. Obydwa obrazy („Dzikie róże” w ducie z Martą Nieradkiewicz, a „53 wojny” z Magdaleną Popławską) ukazują kryzysy współczesnych związków z ich niezmienną puentą: „męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”. Tymi rolami dowiódł, że jest w nim sporo niewyeksploatowanych pokładów wrażliwości i że w filmie ma jeszcze wiele do powiedzenia.
„Grzechy sąsiadów” to nie jest ten przypadek. Jak to napisał jeden z widzów: aktor ma [w serialu] spojrzenie spaniela i to jest ta grupa ról, których absolutnie nie powinien wybierać, ponieważ w postaciach bez temperamentu, sprawczości i elan vital Żurawski znika. Ożywa i jest siłą napędową produkcji, gdy bohater napędzany jest mrokiem, albo jakimkolwiek deficytem. Nie musi od razu neutralizować przestępców na Podlasiu, wystarczy że – jak w filmie „Strzępy” – pędzi autodestrukcyjną autostradą powinności wobec własnego ojca.
Najlepsza rola filmowa

„Strzępy” w reżyserii Beaty Dzianowicz pozwoliły mu pokazać się z zupełnie innej strony. Takich filmów w dorobku Żurawskiego chciałoby się oglądać więcej. To odsłona współczesnej męskości, od której raczej stronił lubując się w wizerunku machismo. Jako Adam Paterok pokazuje czułość ojcowską, ale i niewyczerpane pokłady lojalności jako syn. Walka wewnętrzna bohatera i oddawanie kolejnych kawałków własnego życia w imię powinności i poczucia obowiązku jawią się jako misja skazana na niepowodzenie, ale i godna podziwu.
W filmie „Strzępy” wystąpił z Agnieszką Radzikowską znaną z ról w spektaklach Teatru Śląskiego im. St. Wyspiańskiego. Aktualnie duet aktorski występuje razem w spektaklu „Miło cię było zobaczyć”. Sztuka opowiada o spotkaniu po latach dawnej pary licealnej. „Co przypadkowe spotkanie po latach może zmienić w ich pozornie poukładanych światach? Czy w ogóle jest jeszcze o czym rozmawiać, skoro ich rozstanie było tak definitywne, a teraz każdy ma już swoje życie?” – pytają twórcy dramatu. Tekst skierowany jest głównie do pokolenia millienialsów, którzy mogą identyfikować się ze wspomnieniami bohaterów, a te osadzone są w latach 90. i na przełomie wieków. W tym sezonie teatralnym kupienie biletu na spektakl jest już raczej niemożliwe (cieszy się sporym zainteresowaniem widzów).

Radzikowska wystąpiła też w „Heweliuszu” w roli sekretarki Zosi, gdzie wszystkie sceny zagrała z Michałem Żurawskim. Sądząc po udanych występach filmowych i teatralnych, ten duet zdecydowanie zasługuje na kolejny wspólny film.
W mundurze
Jedną z pierwszych dużych ról komediowych aktora była postać warszawskiego policjanta Łukasza Łukaszewicza w produkcji Polsatu zatytułowanej „Ludzie Chudego” (2010). Serial komediowy inspirowany hiszpańskim tytułem „Paco i jego ludzie”, opowiada przygody trzech policjantów zesłanych w ramach pokuty na warszawską Pragę, gdzie nieustannie wpadają w kłopoty. Żurawski występował z Cezarym Żakiem i Piotrem Pręgowskim. Trio aktorskie pokazało, że jest między nimi chemia i świetnie zagrali „nieudaczników z potencjałem”.

Żurawski wyjściowo miał być głównie „młody i przystojny”, ale okazało się, że jest równie zabawny, co Piotr Pręgowski w roli Mariana, czy Cezary Żak jako niespełniony komisarz Chudziszewki. Chemia między aktorami poniosła tę produkcję i z sukcesem połączyła hiszpański humor z polskimi realiami. Pytany, czy ma ochotę wrócić do komedii, aktor odpowiada: „Może rzeczywiście coś w tym jest, że gram w niewielu komediach i trzeba to jeszcze bardziej wykorzystać, bo osobiście lubię dobre komedie”.
W mundurze żołnierza pojawia się w filmach Krzysztofa Łukaszewicza. W 2015 roku wystąpił w głośnej „Karbali”. Błędem reżysera było obsadzenie Żurawskiego w roli drugoplanowej. Jako sierżant Waszczuk ponownie kradnie show i skupia na sobie uwagę w każdej scenie, w której się pojawia. Zniknięcie Waszczuka w kluczowej części filmu sprawia, że „Karbala” traci pazur. Sceny, które przypadły w udziale Antoniemu Królikowskiemu wydają się nieporozumieniem. Królikowski nie udźwignął ciężaru historii swojego bohatera.

W „Karbali”, podobnie jak w „Królu” Michał Żurawski występuje z młodszym bratem, Piotrem Żurawskim. W obydwu produkcjach aktorzy grają braci i w obydwu przypadkach są skonfliktowani, różnią się poglądami, podejmowanymi decyzjami, ale i oceną tej samej sytuacji. Chętnie obejrzałabym ten duet w głównych rolach na ekranie kinowym.
W „Czerwonych makach” Łukaszewicza aktor wciela się w postać generała Andersa. Anders w jego wydaniu jest milczący, wycofany, skupiony na celu. Żurawski mógłby tam pokazać nowe możliwości, ale nie ma czego grać. Scenariusz jest zbyt pretekstowy, osadzony na postaci niepełnoletniego Jędrka Zahorskiego i jego kompletnie nieciekawych losach. Filmowi nie przysłużyły się też słabe sceny batalistyczne.

Postać redaktora inspirowanego Melchiorem Wańkowiczem zagrał Leszek Lichota. Patrząc na Lichotę i Żurawskiego w „Czerwonych makach” chciałoby się zobaczyć tę dwójkę aktorów, prywatnie się przyjaźniących, w fabule pod nich skrojonej. Bez nich „Czerwone maki” byłyby kompletną katastrofą, niestety Łukaszewicz postawił tym razem na niewłaściwego konia. Podobny błąd popełnił Komasa w filmie „Miasto 44”, ale jak mówił Władek (grany przez Antoniego Królikowskiego): „młodość idzie!”. Okazuje się, że czasem to jednak dość przereklamowany koncept.
Ciąg dalszy nastąpi
Żurawski mówił w wywiadach, że chciałby zagrać Kazimierza Jagiellończyka. Jego zainteresowanie historią jest powszechnie znane, podobnie jak stuprocentowe zaangażowanie w przygotowania do ról osadzonych w kontekście historycznym, więc film o królu Polski, który odzyskał Pomorze Gdańskie i spłodził trzynaścioro dzieci, brzmi jak dobry pomysł. Żurawski pytany o ulubiony film, wskazuje „Aż poleje się krew” Paula Thomasa Andersona i „Dwunastu gniewnych ludzi” Sidneya Lumeta, co w ogóle nie dziwi w kontekście jego patrzenia na świat, o czym często opowiada w wywiadach. Osobiście chciałabym zobaczyć aktora w filmie Wojciecha Smarzowskiego, ponieważ jego temperament pasuje do filmowej „grupy krwi” reżysera „Wołynia”.
Widziałabym go też w dramacie inspirowanym biografią znanego polskiego boksera oraz w kolejnym sezonie „1670” albo „The Office”, ponieważ Żurawski ma talent komediowy, który dotychczas pozostawał na marginesach jego aktorskiej kariery. Pytany o to, czy zagrałby Andrzeja Gołotę, odpowiada ze znanym sobie zdroworozsądkowym podejściem: „Jestem aktorem i to jest mój zawód. Jeśli dostaję propozycję roli, to po prostu ją realizuję – tak właśnie do tego podchodzę. Gdyby przyszło mi zagrać boksera albo lotnika, to zagrałbym obie role z równym zaangażowaniem. Najważniejszy jest dla mnie scenariusz i to, czy historia rzeczywiście mnie przekonuje”.

