Publicystyka filmowa
Słownik pojęć kino-mana
„SŁOWNIK POJĘĆ KINO-MANA” to zabawny przewodnik po kinowych terminach, który ożywi Twoje filmowe doświadczenia i doda pikanterii każdemu seansowi.
Najpierw było słowo. Potem swego czasu pojawiło się TO (klikaczu!). Czyli generalnie byli humaniści, po których przyszli krytycy. A tam, gdzie są humaniści i krytycy, muszą być też… ludzie – odbiorcy znaczy, tej humanistycznej krytyki (ależ to było głębokie, przyznaję). A skoro ludzie, to zarazem i widzowie, bo każdemu ludziowi czasem się zwidzi pójście do kina (lub przynajmniej na kanapę przez telewizorem). Więc czemu i kino-człecy maści wszelakiej nie mogą mieć własnego słownika? Nie tak złożonego i technicznego, ale praktycznie życiowego. Cytując niejako tamten tekst, „formuła jest zatem inna, acz zbliżona twórczo”.
4DX – trzęsienie ziemi na życzenie. Nowoczesna technologia za grubą kasę, za którą możesz doświadczyć podskakującego fotela i pryskania wodą w twarz, czyli dokładnie tego, co kiedyś za darmo oferowałeś kolegom w szkole. O 4DX dowiedziałeś się z zeznań naocznych świadków, po czym poszedłeś raz i nigdy więcej. Czujesz się już za stary na takie akcje. Za to twoja stara chadza regularnie, bo tak zapodany celuloid to ponoć najlepszy sposób na pozbycie się celulitu.
Animacja – dawniej miłe wspomnienie z dzieciństwa, bo z dużym prawdopodobieństwem to właśnie animacja była twoim pierwszym filmem na dużym ekranie (zob. ekran). Odkąd dorobiłeś się potomka, twój główny repertuar kinowy (zob. repertuar), co byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że każda kolejna bajka jest tak samo zajebana kolorami od góry do dołu, rozwój wydarzeń potrafisz przewidzieć na długo przed samymi twórcami, a na seansie jest głośniej niż na koncercie rockowym, więc na animacjach z reguły boli cię głowa albo się nudzisz, ewentualnie jedno i drugie.
W dodatku ich znajomość zręcznie zabija wszelkie towarzyskie spotkania, bo podczas gdy twoi kumple gadają o przygodach superbohaterów, ty pamiętasz jedynie, jak Zając Max ratował Wielkanoc. A gdy wspominają o najważniejszym wydarzeniu artystycznym sezonu, to robisz oczy niczym Bambi. I coraz więcej pijesz.
Babiloty – także „paździochy”, „farfocle” lub po prostu „śmieci”; ulotki, które otrzymujesz wraz z zakupionym biletem (zob. bilet), a które mnożą się jak króliki i niemal od razu lądują w najbliższym koszu. Często znajdujesz je także potem w kieszeniach ubrań, co pozwala ci zweryfikować, gdzie byłeś po ostatnim piciu. To jednak ich jedyna zaleta.
Balkon – za czasów najstarszych górali dodatkowa atrakcja w kinie i miejsce, skąd uwielbiałeś pluć na dół. Obecnie zabytkowy relikt meandrów twojej własnej pamięci i okazjonalnie wspominana milusińskim anegdota z czasów pięknej młodości. Niewykluczone także, iż balkon będzie ci towarzyszył na jesieni życia, acz w innej, skromniejszej formie jednoosobowej.
Bękarty wojny – dzieci, najczęściej cudze, od których trzymasz się z daleka, bo pedofilia. Choć w sytuacjach kryzysowych zdaje ci się nie przyznawać również do własnych – błądzisz wtedy wzrokiem po sali w poszukiwaniu ratunku, względnie wypowiadając także zmyślone na poczekaniu imię (pech chce, że zawsze jest to Krzyś, który bez problemu się odnajduje). Wyprawa z bękartami do kina jest niczym kampania wrześniowa – nigdy nie możesz być pewien, czy przeżyjesz i jak kosztowna w skutkach może się okazać. Pocieszasz się jedynie tym, że po udanym wypadzie dzieciarnia będzie tak wykończona, że przynajmniej w domu znajdziesz spokój. Nie wiedzieć czemu, oszukujesz się tak za każdym razem.
Jeszcze gorzej bywa jednak, gdy nie masz dzieci – wtedy szansa, że jakieś obce dokumentnie zepsuje ci wrażenia z filmu, na którym teoretycznie nie powinno było się znaleźć, znacznie wzrastają. A ponieważ nie jesteś przyzwyczajony do tego, że Wojtuś krzyczy ci do ucha albo oblewa kurtkę colą, jest to dla ciebie prawdziwa szkoła przetrwania i lekcja pokory. Jak powszechnie wiadomo, dzieci najgorsze są w kupie, dlatego systematycznie starasz się unikać adaptacji lektur oraz tytułów licznie przyciągających wycieczki szkolne.
Biała śmierć – prostokątna płachta, na której puszczają film i ośmielają nazywać się ją „ekranem”. W niektórych przybytkach dodatkowo przykryta kotarą lub zasłonkami dla zwiększenia efektu zajebistości. W innych przybiera dziwaczny, szary odcień i pachnie naftą. Z każdą wizytą w lokalnym kinie nie możesz nadziwić się faktem, że wciąż potrafisz odnaleźć na niej nowe rodzaje uszkodzeń lub wypukłości (widoczne zwłaszcza na zbliżeniach twarzy aktorów). Podobnie jak związki, ekrany idealne nie istnieją.

Ideał?
Bilet – święty Graal aka „ten cholerny papierek, który dopiero co miałem w rękach”. Najważniejszy element życia każdego kino-mana w obrębie danego przybytku. Jeśli go zgubisz, nie wejdziesz na salę. Jeśli nie znajdziesz go na telefonie, nie wejdziesz na salę. Jeśli wyrzucisz go wraz z ulotkami (zob. bibeloty), nie znajdziesz swojego miejsca.
A jeśli nie znajdziesz swojego miejsca, wzrasta szansa na konflikt z innymi widzami. Najwięksi maniacy swoje bilety zachowują na przyszłość, aby w razie demencji starczej móc zweryfikować liczbę i rodzaj odbytych seansów. Mała rzecz, a tyle radości.
Blockbuster – obok animacji (zob. animacja) główne źródło zarobku kin, do czego oczywiście też się dokładasz, nawet jeśli czynisz to głównie z braku laku. Blockbustery napędzają zatem twoje życie se… ekhm, filmowe. Bo jeśli na coś już iść do kina (bez dzieci), to właśnie na chaotyczne, bezproblemowe, przepełnione atrakcjami, głośnymi efektami dźwiękowymi, sztucznym CGI i bohaterami, których i tak nie zapamiętujesz, filmy. To właśnie na nie wydajesz po kilkadziesiąt złotych miesięcznie – wszystko pozostałe oglądasz więc w domu, bo taniej.
Cisza – naturalny element kinowej natury, niestety zagrożony wyginięciem. Doniesienia o ciszy absolutnej są dziś równie abstrakcyjne co informacje o widzeniu UFO i tak samo rzadkie, jak spotkania z Yeti. Jeśli zatem twoi znajomi wspominają, że na seansie było „cicho jak makiem zasiał”, to właśnie ten „mak” jest słowem-kluczem, po którym rozpoznasz, że zmyślają. Jeśli natomiast sam doznałeś ciszy w kinie, to albo zasnąłeś po alkoholu i nic nie pamiętasz, albo solo wybrałeś się do podrzędnego lokalu na jakiś hipsterski film, którego nikt nie oglądał. Albo też doświadczyłeś prawdziwego cudu, istnieniem którego chełpisz się w samotności, bo wiesz, że jak powiesz innym, to stwierdzą, że za dużo pijesz.
Ciuchcia – potocznie: kolejka – do kasy/baru/bufetu/toalety. Niezależnie, którą z nich wybierzesz, niemal zawsze trafisz na zbyt duży ogonek wypełniony galerią osobowości, jakie potem najpewniej spotkasz na sali. W ciuchci nawet dorośli zachowują się jak dzieci, co pozwala ci mentalnie przygotować się do seansu, a być może także ostatecznie zadecydować o wyborze tytułu. Jeśli ciuchci jest kilka, wybierasz tę środkową lub najkrótszą, a następnie patrzysz, jak wszystkie pozostałe przesuwają się szybciej. Jeśli masz szczęście i w kolejce zastaniesz tylko jedną osobę, jest niemal pewne, że będzie stała tam pół godziny i robiła problemy. Jeśli natomiast trafisz na wycieczkę szkolną – uciekaj!
Czy-de – moda na wylatujące z ekranu dziwadła, spopularyzowana przez Avatara, na sequele którego nadal czekasz jak debil. Jeśli na co dzień nosisz okulary lub masz wadę wzroku, unikasz czy-de, klnąc pod nosem na brak innych seansów. Jeśli oczy masz w porządku, o tym, że czy-de ci je w końcu zepsuje, przekonujesz się po każdym kolejnym takim seansie, po którym bolą nie tylko gałki, ale i głowa. A wszystko przez te cholerne szkła, które wiecznie są brudne i sprawiają, że film wydaje się ciemniejszy niż zazwyczaj (i to nawet w przypadku jeśli wcześniej piłeś).
Początkowo cieszyłeś się z faktu, że smukłe, czarne okulary, które nabyłeś wraz z biletem (zob. bilet), możesz sobie zatrzymać i wykorzystać ponownie. Ale ponieważ zawsze zapominasz je zabrać, to w domu masz już ich cały koszyk.
Dabing – oryg. dubbing, bez związku z dubstepem – powstała z myślą o dzieciach, spopularyzowana przez dyslektyków, analfabetów oraz leniwców forma podrabiania oryginalnych głosów filmowych przez rodzimych aktorów. Ponieważ dabing równy jest rezygnacji z napisów (zob. napisy), największą estymą cieszy się wśród rodziców, Niemców oraz osób, którym czy-de nadpsuło wzrok. Z reguły dodawany do animacji (zob. animacja). Zatem jeśli jesteś (szczęśliwym) ojcem, przypuszczalnie znasz już na pamięć całą polską obsadę dabingową, która pozostaje niezmienna od blisko dekady. Jeśli rodzicem nie jesteś, o istnieniu dabingu przekonujesz się na własnej skórze, wchodząc na seans nie tej wersji filmu, którą zamierzałeś obejrzeć.
Droga krzyżowa – podróż, którą musisz przebyć z domu do kina, a następnie z kina do domu (o tym, który z tych wariantów jest gorszy, decydują dzień i godzina seansu). Na drodze krzyżowej znajdziesz generalnie wszystkie przeciwności losu, które systematycznie będą ci utrudniać jej przebycie, wydatnie wydłużając czas całej wyprawy – od dzieci (zob. bękarty wojny), przez psy, staruszki, korki, problemy z bankomatem, a na szukaniu miejsca parkingowego i kolejkach (zob. ciuchcia) skończywszy. Obywatele USA oraz Wielkiej Brytanii i Francji mogą do tej listy dopisać sobie także wszelkiej maści zamachy, a mieszkańcy Korczowa przeprawę autostradą A4.
Dynks – podłużne cudo do otwierania drzwi ewakuacyjnych (zob. egzit), za które zawsze łapiesz nie z tej strony co trzeba, i którego nazwy nigdy nie poznałeś (i przypuszczalnie nie poznasz).
Egzit – wyjście ewakuacyjne z hipnotyzującym, jaskrawozielonym napisem w obcym języku, które kusi od momentu samego wejścia na salę. Jeśli film okazuje się tak zły, że aż zły, wtedy wstajesz i robisz egzita. A jeśli dodatkowo mieszkasz i pracujesz w Wielkiej Brytanii, to schodzisz na lewą stronę, robisz bregzita i afera gotowa.
Ent – najwyższy skurwiel w okolicy, który musiał usiąść akurat przed tobą, i to na filmie z kompletem widowni, więc nie możesz się po prostu przesiąść albo poprosić go, żeby się położył. Przypuszczalnie jego wzrost – potęgowany dodatkowo ciemnościami – wiąże się z jakimś rodzajem sportu, zatem aby niepotrzebnie nie ryzykować, przemilczasz cały problem, a po zapaleniu świateł udajesz, że doskonale się bawiłeś.
Film niemy – dawniej repertuarowy standard każdego kina. Dziś: rzadki, osobliwy hołd dla klasyki, artystyczny wybryk natury bądź film z uszkodzonym dźwiękiem, na którym przez pierwszy kwadrans nikt nie protestuje, bo wszyscy myślą, że jest to świadomy, dojrzały wybór twórczy.
Foczki – dwie atrakcyjne, młodsze od ciebie o przynajmniej dekadę dziewczyny, na które zwracasz uwagę już przy kasie, w momencie, gdy żona jest zajęta czymś innym. Potem efekt pryska, bo foczki okazują się nadzwyczaj głośnymi psiapsiółkami, które nie grzeszą wyjątkową inteligencją oraz ogładą (zob. komórka). Ich śliczne, wytapetowane po brzegi buźki rzadko kiedy pozostają zamknięte – również podczas filmu, kiedy z samego końca sali dochodzą do ciebie śmichy-chichy – a treści, jakie z nich wypływają, twój mózg automatycznie filtruje na charakterystyczne „ą, a, ą, ą!”. Jeśli masz wystarczająco dużo szczęścia i cierpliwości, możesz zaobserwować również, jak foczki swoimi tipsami przybijają sobie piąteczki. Po prostu focza frajda!
Grizli – misiek, który w połowie filmu zalicza fazę REM, chrapiąc przy tym na całego. Dla niego to jedna z najlepszych drzemek w życiu. Dla ciebie doświadczenie porównywalne z kuciem ścian przez sąsiada. O ile jednak sąsiadowi jesteś w stanie zwrócić uwagę bez większych konsekwencji (zob. spoiler), o tyle budzenie miśka może narobić więcej szkody niż dobra. Tradycyjnie też skutkować może zwykłą burdą, gdyż nie wiadomo, w jakim nastroju przyszedł do kina misiek – jeśli uczynił to tuż po wyczerpującej robocie lub alkoholu, przekleństwa z pewnością pójdą w ruch. Bywa zresztą tak, że grizli potrafi wybudzić się samoistnie, a cała sprawa szybko przemija z wiatrem – jego wiatrem.
Hans Zimmer/John Williams – jedyni znani ci kompozytorzy muzyki filmowej, ergo przygrywki do filmu, jaki oglądasz (zob. soundtrack). Jeśli muzyka jest głośna, efektowna, drapieżna, porywająca i słychać w niej elementy elektroniczne, to na 90% jest to Zimmer. A jeśli jest ładna, klasyczna, przyjemna, tylko okazjonalnie efektowna i porywająca, lecz posiadająca charakterystyczny motyw przewodni, to na bank jest to Williams.
A jeśli to połączenie obu wypadowych, to… nie masz pojęcia, kto jest autorem, ale obstawiasz, że panowie współpracowali (co nigdy nie miało miejsca). Natomiast jeśli potrafisz wymienić inne nazwiska, to znaczy, że jesteś nerdem i nie masz życia (wyjątek od reguły: Ennio Morricone).
Hefajstos/Hera – męski/żeński reprezentant obsługi towarzyszący ci przy opuszczaniu sali kina. Po zapaleniu świateł (a często nawet i przed), niczym piekielny strażnik nie przestaje cię obserwować, marząc jedynie o tym, byś już sobie poszedł. Jeśli trafiłeś na ostatni seans dnia lub drugą zmianę, jego – bądź ich, gdyż bywa, że chadzają parami – nadgorliwość przybiera formę czynną i nawet nie czekają, aż łaskawie wstaniesz. Rzadko kiedy nawiązujecie ze sobą dialog, ograniczający się głównie do padającego z ich strony „proszę wyjść dołem”, kiedy próbujesz wrócić dokładnie tam, skąd przyszedłeś. Namacalne, rosnące proporcjonalnie do długości napisów końcowych napięcie między wami (zob. napisy/SPiNa) dodatkowo potęguje również fakt, że nawzajem sobą gardzicie.
IMAX – kino nad kinami, do którego poszedłeś tylko po to, by przekonać się, czy ekran jest faktycznie tak duży jak mówią plotki (zob. ekran), a dźwięk tak krystalicznie czysty, że nie usłyszysz swojej komórki (zob. komórka). Chadzasz tam jednak niezbyt często, bo ceny dorównują ekranowi, a gdy siadasz zbyt blisko, to dosłownie wypala ci oczy. Na domiar złego IMAX często oznacza także format 3D (zob. czy-de), a twoje ubezpieczenie nie obejmuje już regularnych wizyt u okulisty.
Komórka – dawniej stojący w polu wychodek lub składzik na narzędzia. We współczesnym alfabecie miejskim: smartfon i zarazem wróg publiczny numer jeden każdego kino-mana. Wszystko przez radośnie wybrzmiewające w najbardziej przejmujących scenach filmu cool melodyjki i olbrzymie wyświetlacze, które przytłaczają swym poziomem jasności sam projektor (zob. projektor). Gdy melodyjka jest fabryczna, wtedy nikt nie chce się do niej przyznać, i tak sobie dzwoni. A gdy komórka leży na dnie damskiej torebki, wtedy cały cyrk wzbogacony zostaje dodatkową atrakcją tak zwanego grzebania. A jeśli ktoś się w końcu dogrzebie, odbierze i zacznie wyjaśniać, że „jest w kinie i nic nie słychać”, wtedy najprawdopodobniej brakuje mu komórek z rodzaju szarych.
Latający Holender – aka mocznik. Osobnik preferujący toaletę od filmu, bo lata do niej regularnie co pół godziny. Ma o tyle wyczucia, że stara się robić to w najmniej newralgicznych momentach seansu. Nigdy jednak nie wraca w równie subtelny sposób i zawsze, ale to zawsze pyta o to, co przegapił. Oczywiście nawet znając swoją słabość, mocznik nigdy nie siada po bokach, w miejscach z łatwym dostępem do wyjścia – no chyba że wyjście znajduje się pośrodku sali, wtedy siada z boku. Z reguły towarzyszy mu największy możliwy rozmiar kubka z napojem, a przy bardziej zaawansowanym wieku laska.
Lektor – abstrahując od faktycznie istniejącej kiedyś w kinie osoby lektora dukającego na żywo z kartki, jest to tak zwany towarzysz, możliwe, że oglądający już wcześniej dany film. Pomaga on temu drugiemu lepiej zrozumieć przebieg fabuły, czytając pojawiające się na ekranie napisy (zob. napisy). Niekiedy robi to na głos, głównie jednak szepce do ucha (co wywołuje jeszcze gorszy, piszczący efekt, z uwagi na szparę między zębami lektora). Gdy walnie się w słowach bądź nie zdąży czegoś przeczytać, jest śmiesznie. Gdy siada za tobą po obfitym posiłku na bazie czosnku, atmosfera robi się nieświeża. Z oczywistych względów lektorami są najczęściej samotni rodzice, którzy nie przepadają za animacjami (zob. animacja).
Multiplex/Multikino – wielosalowe potwory bez charakteru, będące kinowym odpowiednikiem centrów handlowych (jak na ironię często same umiejscowione w tychże). Obecnie jedyny rodzaj kina, do którego uczęszczasz, z uwagi na położenie, bogaty repertuar, liczne zniżki i promocje, tanie środy, czwartki, piątki oraz inne pierdoły, o których w czasach świetności kina Świt mogłeś jedynie pomarzyć. Jednak coś za coś i multipleksy odrzucają cię dosłownie wszystkim innym, wliczając w to szpecące krajobraz położenie, repertuar, w którym nie sposób się odnaleźć, nadmiar oferowanych ci promocji, których nie potrzebujesz. ..
Napisy – zbiór pojawiających się na ekranie literek, który jesteś jeszcze w stanie podzielić na:
a) początkowe – rozpoczynają film i o ile nie są pomysłowo wmontowane w akcję, potrafią ci się dłużyć, przypominając o teatralnym rodowodzie kina oraz o tym, że miałeś kupić mleko. Szczęśliwie nie są zbyt długie i nie trzeba ich czytać,
b) dialogowe – w filmie zagranicznym pozwalają zrozumieć, o co w ogóle chodzi, więc śledzisz je niczym mantrę. To naturalny sposób filmowej prezentacji, choć wymagający od widza podstawowej umiejętności czytania ze zrozumieniem i okularów. Być może dlatego nie przepadają za nim rodzice, osoby starsze i wszyscy ci, którym 3D popsuło wzrok (zob. czy-de). Przeciwnicy twierdzą, że odwracają uwagę od filmu – miłośnicy uważają, że pomagają się na nim skupić. A pozostali cieszą się po prostu, że nie są po arabsku,
c) końcowe – wieńcząca film długaśna litania nazwisk, podczas której można posłuchać sobie wesołej piosenki lub ładnej suity tematycznej (zob. soundtrack) i dowiedzieć się, kto odpowiadał na planie za catering. Im większa produkcja, tym napisy są dłuższe, a i tak ich nie czytasz, bo ci się nie chce. Generalnie robią za tło do ubierania się i pierwszych rozmów na temat fabuły. Tylko czasem zostajesz na nich do samego końca, ale bynajmniej nie z szacunku dla twórców, tylko po to, by sprawdzić, czy nie ukryto tam jakiegoś bonusa (zob. SPiNa).
Narkoman – już od momentu pojawienia się w drzwiach ciągnie nosem. Potem, zasłaniając się ręką bądź chusteczkami, zaczyna maraton kichania i prychania oraz wydmuchiwania. I tak do samego końca filmu. Czasem po męsku przełyka ślinę, żeby oszczędzić na czasie i chusteczkach (ale nie na reputacji). Choć stara się usiąść w miejscu odizolowanym, przy pełnej sali staje się twoim sąsiadem. To właśnie on – alergik lub pierwsza ofiara którejkolwiek z epidemii mogących potencjalnie wybić pół ludzkości. A jeśli przychodzi po zgaszeniu świateł, ma przekrwione oczka i nie zanosi się kaszlem oraz jako jedyny śmieje się na jednoznacznie poważnych scenach, wtedy w pełni zasługuje na swój przydomek.
Narrator – krewny lektora (zob. lektor), jednak w przeciwieństwie do niego bynajmniej nie skupiający się na osobistej pomocy pokrzywdzonym. Narrator do szczęścia nie potrzebuje także znajomości filmu czy napisów. Komentuje bowiem wszystko to, co pojawia się na ekranie od góry do dołu – od kiecki głównej bohaterki, przez wyłapane w napisach literówki, a na wyjaśnieniu pozostałym całej intrygi filmu skończywszy. Jak cały rodzaj ludzki, narratorzy dzielą się na dwie grupy: kobiety i mężczyzn, z których gorsza i głośniejsza jest zdecydowanie ta pierwsza. Żadnej nie sposób jednak zignorować. Bywa też, że narratorzy ograniczają się do zaledwie kilku, niekiedy śmiesznych uwag na trzygodzinne widowisko – nazywamy ich wtedy komentatorami.
Obsada – jedyna rzecz, którą sprawdzasz na napisach końcowych (zob. napisy), szczególnie jeśli zżera cię ciekawość po tym, jak usłyszałeś, że znajomy kuzyna brata teścia zagrał trzeciego statystę od końca. Poza tym lubisz wiedzieć, kogo oglądałeś właśnie na ekranie (zob. ekran) – i nieważne, że dokładnie te same informacje leciały na początku filmu. Wszak skoro pijesz, to zdarza ci się zapominać.
Parka – dwójka zakochanych w sobie osób, które nie przyszły na film, lecz do kina, aby „potańczyć sobie w ciemnościach”. Po zgaszeniu świateł automatycznie biorą się do rzeczy, myśląc, że są niewidzialni. Przy odpowiednim doborze miejsca można więc zaliczyć dwie atrakcje w cenie jednego biletu. Zafascynowani sobą nawet nie orientują się, kiedy do wizualizacji dodają efekty dźwiękowe pokroju mlaskania, a nawet okolicznościowych jęków. Rzadko kiedy jednak ktoś zwraca im uwagę, bo wszyscy lubią sobie popatrzeć. W dodatku w zależności od preferencji seksualnych parki oraz wielkości libido dominatora „związku”, taka uwaga i/lub gapienie się może wywołać otwartą dyskusję potocznie zwaną awanturą. Poza tym parki raczej nie wadzą innym, bo też i nie widzą świata poza sobą.
Plakat – pokaźnych rozmiarów świstek papieru reklamujący film prymitywnymi obrazkami. Jeszcze nie tak dawno, dawno temu klasyczne plakaty z głośnymi tytułami zdobiły twoją kawalerkę. Teraz w domu ostał się jeden, który dumnie spoczywa w szafie. A będąc w kinie, już na nie nawet nie patrzysz, bo wypełnione są chaosem i brzydotą z fotoszopa, nie do przyjęcia na trzeźwo. Patrzy za to twoja latorośl/luba, z radością wytykając palcami plany na najbliższe seanse, na które twój portfel już reaguje czkawką.
Projektor – urządzenie do wyświetlania filmów, na które zwracasz uwagę dopiero w momencie, w którym się zepsuje. Gdy już do tego dochodzi, na sali następuje niezręczna chwila ciszy (zob. cisza) przerywana zwariowanymi teoriami na temat powodu awarii, dźwiękami SMS-ów i informacjami o tym, że ktoś gdzieś przez to nie zdąży. Kiedy chwila ta się przedłuża, rzucasz mimochodem, że miałbyś ochotę kupić taki do domu, ale potem przypominasz sobie, że nawet jakby cię było stać, to i tak nie ma miejsca. To znaczy przypomina ci o tym partner/-ka. Pocieszasz się więc faktem, że współczesne projektory nie są przynajmniej tak głośne, jak to drzewiej bywało.
Recenzje – krótkie teksty literackie, publikowane w prasie lub internecie, którymi posiłkujesz się tylko wtedy, gdy nie masz znajomych oraz pomysłu na sobotni seans. Gdy przeważają pozytywne, robisz się podejrzliwy i nie idziesz do kina. Gdy dominują negatywne, wtedy idziesz, bo lubisz wyzwania. A kiedy recenzje są mieszane, rzucasz monetą. Czasem wracasz też do nich po zakończeniu znajomości z filmem, aby przekonać się co do słuszności własnego zdania. Jeśli jest ono odmienne od zawartych w tekście wniosków, wtedy logujesz się i mieszasz z błotem autora, wytykając mu ignorancję bądź głupotę (albo jedno i drugie).
Jeśli natomiast zgadzasz się z recenzją, uśmiechasz się do siebie, nic nie pisząc – no chyba że znajdziesz błąd albo literówkę, wtedy logujesz się i wypominasz je w taki sposób, żeby autor poczuł się najgorszym ścierwem świata i wyszedł na idiotę. A potem idziesz spać w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
Reklamy – test woli. Z roku na rok rosną w siłę, to znaczy długość, i obecnie zjadają już dobre pół godziny twego życia. I oczywiście musisz je przeboleć, bo jeśli przyjdziesz do kina zbyt późno, stracisz dobre miejsca lub wcześniejszą rezerwację, a i czekać w holu po jej odebraniu jakoś tak głupio. Chociaż miesza się je ze zwiastunami (zob. trailer), to nie pomaga ukryć ich bezdennej głupoty, a często także tandetnego wykonania, od którego dostajesz migreny, a twór poziom IQ drastycznie spada. W trakcie reklam modlisz się jedynie, żeby wszyscy jedzący zdążyli zjeść (zob. wióry) i nie puszczono przypadkiem Wiadomości, bo te wolisz obejrzeć już w domu.
Repertuar – niezmienny w obrębie swojej regularności plan dnia, który sprawdzasz tydzień wcześniej, po czym i tak lądujesz w kinie na ostatnią chwilę, dobierając filmy na zasadzie „trafiony-zatopiony”, jak debil pytając o szczegóły dopiero przy kasie. Jego znajomość i poziom opanowania pomagają w dokonywaniu rezerwacji i ułatwiają życie towarzyskie, a w przypadku animacji pozwala odpowiednio wcześniej zakupić wspomagacze (zob. animacja). Podskórnie czujesz, że twoje życie bez repertuaru byłoby tak samo puste, jak twoja praca bez kalendarza, do którego również nie zaglądasz, bo robi to za ciebie szef (a jeśli jesteś szefem, to sekretarka).
Soundtrack – ścieżka dźwiękowa, czyli jeden z tych nielicznych aspektów filmu, których na co dzień nie zauważasz specjalnie, a mimo to zapamiętujesz. Jeśli muzyka ci się podobała – kupujesz płytę lub ściągasz empetrójki. Jeśli jakimś cudem kupiłeś płytę wcześniej i ci się spodobała – idziesz na film lub ściągasz torrenta. A jeśli na płycie/w filmie są chwytliwe piosenki, to polecasz je potem komu popadnie, głośno puszczając przez cały tydzień, co powoduje, że znajomi oraz rodzina zaczynają się od ciebie izolować i obiady jesz w samotności.
SPiNa – scena po napisach (zob. napisy), wbrew pozorom nie stosowana jedynie przez studio Marvela w ich superbohaterskich produkcjach. Często traktowana jako ponury żart twórców, bo żeby ją obejrzeć, trzeba przeboleć listę zaangażowanych w projekt (bądź poczekać aż ktoś inny ją nagra i opublikuje w sieci). Ponieważ jest ich niemało, czas oczekiwania powoduje napiętą atmosferę pomiędzy widzami i obsługą (zob.
Hefajstos/Hera) oraz tobą i napierającym na ścianki moczem, który dzielnie trzymałeś przez cały trzygodzinny seans (z reklamami trzy i pół). Ku twojej rozpaczy zwykle okazuje się, że naprawdę nie było na co czekać…
Spoiler – istotna informacja odnośnie fabuły filmu, który planujesz obejrzeć, gdyż czekałeś na niego (co najmniej) dwa lata. Najczęściej wychodzi na jaw, gdy stoisz w kolejce po bilet (zob. ciuchcia i bilet), bądź po chleb w pobliskim spożywczaku, gdzie osoby już z filmem zaznajomione wesoło obgadują wszelkie jego szczegóły. Bywa też, że „przypadkiem” sprzedaje ci go sąsiad, któremu niepotrzebnie zwracałeś uwagę na to, że kuje. Czasem jest ci to na rękę, bo słysząc kolejne absurdalne rozwiązania twórców, decydujesz się zaoszczędzić te parę złotych na coś innego (na przykład alkohol do zapicia smutków). Z reguły jednak te wszystkie rewelacje budzą w tobie boga mordu. To właśnie po nich sam decydujesz się na głośny remont – w imię zasad, skurwysynu!
Szpieg z krainy deszczowców – samotna jednostka w (niekoniecznie) szarym płaszczu lub kurtce, czasem także z teczką bądź plecakiem w ręku, która zachowuje się podejrzanie i aspołecznie. Na seans potrafi wparować dosłownie w ostatniej chwili, pozostając przy tym cicho niczym mysz kościelna. Podobnie jest z opuszczaniem sali, na które potrafi raptownie zdecydować się w często mocno zaskakującym momencie. Nic nie mówi i stara się nie wydawać odgłosów, unika również kontaktu wzrokowego. Jego obecność jest zatem trudna do zweryfikowania. Nic zatem dziwnego, że twoja małżonka wszelkie historie o nim zwala na twój problem z alkoholem.
Trailer – zwiastun nadchodzącego filmu, którego fragmenty (nie zawsze obecne w gotowym dziele) zmontowano do rytmu atrakcyjnego przeboju muzycznego w taki sposób, że w niczym nie przypomina historii, którą ostatecznie oglądasz na dużym ekranie pół roku później. Bywa, że trailery są fajniejsze od samego filmu i w przeciwieństwie do niego wracasz do nich wielokrotnie. Z reguły jednak większość z nich zdradza niemal całą fabułę i jednocześnie potrafi być od niej nudniejsza. Ich poziom nie odbiega wtedy od tak uwielbianych przez ciebie reklam (zob. reklamy), skłaniając cię do krótkiej refleksji nad sensem istnienia cywilizacji.
Tron we krwi – fotel kinowy z twoim imieniem na nim wyrytym… no, z tym samym numerkiem, który figuruje na bilecie (zob. bilet). Jest twój i tylko twój, i często przychodzi ci okupić go krwią, gdyż aby na nim usiąść, musisz zmierzyć się z większością wymienionych w tekście rzeczy – zwłaszcza gdy „wylosowałeś” miejsce w samym środku areny zmagań. Szczęśliwie popularnym kolorem foteli jest czerwień, zatem nie musisz przejmować się tym, że zostanie widoczna plama. Jak by nie było, po dotarciu do celu możesz przez dwie i pół godziny czuć się jak pan i władca całego metra kwadratowego. A przynajmniej do momentu, w którym ktoś nie wyjedzie ci z mordą, że usiadłeś jednak nie tam gdzie trzeba.
Tubywalcy – dzicy ludzie, którzy w kinie znaleźli się najpewniej przez pomyłkę, dla zabicia czasu/nudy. Poznasz ich po tym, że kompletnie nie interesują się filmem, tylko własnym towarzystwem. Na tubywalców składają się często pomniejsze grupy społeczne, które nie tylko w kinie bywają kontrowersyjne – takie jak dresy, lafiryndy, gracze komputerowi bądź emeryci. Od każdej z nich starasz się trzymać na bezpieczny dystans czterech do pięciu rzędów. A gdy już jesteś pewny swojego sukcesu, wtedy… dosiadają się do ciebie kolejni. Specyficznym szczepem tubywalców są także turyści, którzy systematycznie przenoszą się z nie swojego miejsca na nie swoje miejsce, dźwigając przy tym ciężkie tobołki wypełnione najprawdopodobniej kamieniami. Nie potrafią oni czytać biletów, żyją w stadach i najchętniej osiadają na wylocie rzędów.
Twist – nagły zwrot akcji i główna atrakcja filmu, od której niekiedy uzależnione są wrażenia i cała satysfakcja z seansu. Twista poznajesz najczęściej niezależnie od siebie (zob. spoiler). Bywa też, że odnajdujesz go w zwiastunie (zob. trailer) lub innych materiałach promocyjnych filmu – rzecz jasna jeszcze przed jego obejrzeniem. Ale bądźmy szczerzy – od jakiegoś czasu te wszystkie wolty scenariuszowe cię nudzą, a największym twistem i tak okazuje się moment, w którym podchodząc do kasy, orientujesz się, iż nie zabrałeś z domu portfela.
Wióry – popcorn. Narzędzie szatana przechowywane w za dużych, rozpadających się kartonowych kubłach, przypominających miniaturowe kosze na śmieci. Spożywanie popcornu wywołuje charakterystyczne trzaski odbijające się echem w całej sali – w imię zasady „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. Towarzyszy mu także unoszący się w powietrzu zapach uryny oraz osoba zajmująca dwa fotele na raz. Produkt łatwopalny, co zawsze wydaje ci się kuszącą perspektywą. Jak wyliczyli naukowcy, szansa, że na filmie, na który przyszedłeś, ktoś będzie zajadał się wiórami obok, przed lub, co gorsza, za tobą wynosi 95,4% – a im dalej na zachód od Polski, tym wzrasta.
Dodatkowo wióry uzupełniają jeszcze różnorakie napoje gazowane, mające na celu ugasić pragnienie – lepkie, syczące, rozlewające się zawsze w kluczowych momentach filmu. O tym, że ktoś z publiczności przemycił na salę takowy napój, świadczy rozlegające się nagle, charakterystyczne „tsss-t!”, po którym następuje indycze gulgotanie/radosne przełykanie.
Zegarmistrz – wieczny spóźnialski, który, pomimo reklam (zob. reklamy), trafia się na każdym seansie. Zegarmistrz uważa się za boga czasu i kompletnie nie przejmuje się tym, że film zaczął się dobre pół godziny temu – wchodzi jak do siebie, robi dużo szumu, a jego miejsce, najpewniej zarezerwowane odpowiednio wcześniej, znajduje się w centralnym punkcie sali, więc trzeba mu jeszcze ustąpić drogi (inaczej depce po butach). Jak na ironię, zegarmistrz bywa jednocześnie jedną z pierwszym osób, które opuszczają budynek – zapewne spiesząc się na następny film. .. Niestety zegarmistrzowie często chadzają do kina parami.
THE END
korekta: Kornelia Farynowska
