Publicystyka filmowa
WSZYSTKIE ZŁE RZECZY W „UCIEKAJ!”. Czy oscarowy pewniak to naprawdę dobry film?
„UCIEKAJ!” to film, który budzi kontrowersje. Czy oscarowe laury to tylko efekt mody, czy może jest w nim coś więcej? Sprawdź!
To dziwne uczucie, sądzić coś złego o filmie, który wzbudza powszechny zachwyt. Człowiek zaczyna się zastanawiać: to ze mną jest coś nie tak czy ze wszystkimi wokół? Takie odczucia miałem krótko po premierze debiutanckiego obrazu Jordana Peele’a. Obejrzałem film udany w połowie, a potem wszędzie obserwowałem zachwyty, pozytywne recenzje i śmiałe spekulacje na temat oscarowych szans filmu. W kwietniu 2017 wydawały się one całkiem realne – wszystko za sprawą silnego lobby dążącego do jak największej dywersyfikacji filmowych nagród pod względem koloru skóry artystów. I stało się: średni film zdobywa setki nominacji i nagród, w tym za scenariusz, a ja nadal zastanawiam się, kto się tutaj myli: ja czy wszyscy wokół.
W tekście znajdują się spojlery zdradzające wszystkie kluczowe sceny filmu!
Bierny, nijaki bohater
Otóż Uciekaj! nie jest w żadnym wypadku filmem ze scenariuszem godnym Oscara. Nie trzeba szukać daleko, by znaleźć historie napisane w genialny sposób. Mistrzowskie dialogi Social Network, niesamowite pomysły Charliego Kaufmana (Zakochany bez pamięci, Adaptacja), wzruszająca i oryginalna Ona Spike’a Jonze’a czy zabawna, mądra, słodko-gorzka Mała Miss.
To teksty, które powoływały do życia świetne postacie, z charakterami, słabościami, motywacjami, ambiwalentnymi uczuciami i wyraźnymi celami. Bo te rzeczy to podstawa w budowaniu dobrej, dramatycznej postaci. Pośród nich główny bohater Uciekaj! prezentuje się bardzo niewyraźnie i płasko. Co możemy o nim powiedzieć? Jakie są cechy jego charakteru? Jakie są jego wewnętrzne i zewnętrzne cele? Jakie emocje pokazuje Daniel Kaluuya, wcielający się w tę rolę? Podczas obu seansów – jednego po premierze, drugiego kilka dni temu – miałem problemy z określeniem tej postaci w jakimkolwiek kontekście poza byciem czarnoskórą ofiarą.
Kwestie i zachowania Chrisa Washingtona nie określają w żadnym stopniu jego osobowości. Jego postać jest napisana w sposób, nazwijmy to, bierny. Jest typową laską z horroru, która przed mordercą ucieka na drugie piętro. Tytuł filmu może zobowiązywać, ale bez przesady – bohater powinien być człowiekiem, a nie narzędziem do przedstawienia wymowy filmu. Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy moje słowa są prawdą, proponuję szybki, prosty tekst: znajdźcie trzy określenia dla postaci Chrisa, które nie dotyczą jego wyglądu. Jeśli dacie radę – wpiszcie je proszę w komentarzach, a może dotrze do mnie coś, czego nie zauważam.
Znacznie lepiej prezentują się postacie drugoplanowe, zwłaszcza rodzice narzeczonej Chrisa, którzy sprawiają wrażenie przyjaznych, nieco ekscentrycznych, otwartych ludzi, a okazują się być kimś zupełnie innym. Jednak duża w tym zasługa pary świetnych aktorów – Catherine Keener i Bradleya Whitforda, którzy podeszli do tematu z odpowiednim wyczuciem i dystansem.
Po skrótach do celu
Już początek filmu zaskakuje złowrogą kliszą: rozbity na masce samochodu jeleń jest klasyczną zapowiedzią tarapatów. Można jednak ten chwyt zrzucić na karb pastiszowej konwencji. Ale telefoniczna rozmowa Chrisa z przyjacielem pracującym jako ochroniarz na lotnisku zalatuje już leniwym podejściem do scenopisarstwa. Scena wykłada przesłanie niemal na tacy, dialogi są napisane wprost, ale tak naprawdę nie wnoszą nic do historii – mało tego, niemal te same kwestie padają nieco później, kiedy Chris dzwoni do kolegi drugi raz, już bardziej świadomy sytuacji, w jakiej się znalazł.
No dobrze, od momentu przyjazdu młodej pary do rodziców dziewczyny jesteśmy świadkami dość ciekawie rozwijającej się intrygi. Do około siedemdziesiątej minuty filmu napięcie powoli rośnie, dziwnych wydarzeń jest coraz więcej, bohater uświadamia sobie, w jakim położeniu się znalazł, zaczyna planować ucieczkę… i wtedy dzieje się coś bardzo nietypowego. Do tej pory Peele-scenarzysta podrzucał tu i ówdzie małe podpowiedzi co do prawdziwych intencji i oblicza rodziny Armitage’ów. W zwrocie akcji Chris odkrywa w pokoju swojej dziewczyny drzwi do niewielkiej komórki, gdzie Rose trzyma karton ze zdjęciami poprzednich partnerów, których – podobnie jak Chrisa – wabiła do pułapki przygotowanej przez jej szalonych rodziców.
W tym momencie znalazłem się w niezłej kropce. Ta scena była, w moim odczuciu, dość idiotyczna z dwóch względów. Po pierwsze: PO JAKĄ CHOLERĘ ona trzyma te zdjęcia? Przecież to pozbawiona skrupułów kobieta z wypranym mózgiem. Trzyma je ze względu na sentyment? Dowody w sprawie zbrodni, które popełniła rodzina, leżą sobie w kartoniku i spokojnie czekają, aż kolejna ofiara je odkryje. Nie musi ich nawet szukać – drzwi od schowka otwierają się same w kluczowym momencie akcji. Po drugie: taki sposób rozwiązania wszystkich niedopowiedzianych kwestii jest… znowu – leniwy. Przypomina to trochę monologi kinowych łotrów z lat 60. , którzy przed długo odkładaną egzekucją bohatera opowiadali mu ze szczegółami o wszystkich swoich planach.
Zaraz, zaraz… chwilę później Chris zostaje spętany i przywiązany do fotela w piwnicy domu Armitage’ów. W tej komfortowej pozycji otrzymuje szansę obejrzenia krótkiego filmiku, nagranego przez nestora rodziny, w którym ten tłumaczy mu dokładnie, co się za chwilę stanie. Silne, zdrowe ciało Chrisa otrzyma nowy mózg, należący do niewidomego, schorowanego przyjaciela diabelskiej rodzinki. Chris stanie się tym samym kolejną ofiarą nowej formy niewolnictwa. I ten koncept jest naprawdę świetny i odważny. Chodzi jednak o sposób, w jaki się o nim dowiadujemy: zostaje to powiedziane wprost, ze wszystkimi szczegółami, do unieruchomionego bohatera, którego jedyną możliwością jest wysłuchać i zaakceptować to, co nadchodzi.
Trochę w stylu tych kinowych łotrów z lat 60., prawda? Pamiętajmy, że nadal mówimy o filmie, który otrzymuje prestiżowe nagrody i masę pochwał za scenariusz. Wspomnę jeszcze tylko o samym zakończeniu, w którym Peele już niemal bezczelnie pozwala sobie na niełatanie scenariuszowej dziury. Na ratunek bohaterowi przybywa jego kolega z lotniska. Kiedy Chris pyta go, w jaki sposób go znalazł, ten odpowiada, że na tym polega jego praca. Po czym wsiadają do samochodu i odjeżdżają.
Przerost treści nad formą
Dochodzimy teraz do kluczowego zarzutu, jaki stawiam temu filmowi. Znamy już przebieg wydarzeń, wiemy, do czego zmierzali rodzice Rose, dlaczego ludzie na przyjęciu zachowywali się tak, jak się zachowywali i, ogólnie, o co w tym wszystkim chodziło. Rodzi się zatem pytanie: po co to wszystko? Rose przyprowadziła do domu silnego, czarnoskórego mężczyznę. Jeśli jej rodzice chcieli wykorzystać jego ciało do przeszczepienia mózgu, to czemu nie zrobili tego od razu? Po co ta cała zabawa w dobrą rodzinę, stwarzanie pozorów, niejednoznaczne gesty? Robili to wcześniej co najmniej kilkanaście razy – dlaczego więc tym razem nie posadzili po prostu Chrisa na krześle, zahipnotyzowali i przeszli od razu do konkretów? Po co ta cała maskarada, wypełniająca godzinę ekranowego czasu? Jasne, wtedy nie byłoby filmu. Ale jeśli większa część historii jest po prostu pozbawiona sensu, to może wcale nie mamy do czynienia ze znakomitym, oscarowym filmem?
Pomóżcie mi odpowiedzieć na to pytanie, bo sam, przyznam szczerze, nie potrafię.
korekta: Kornelia Farynowska
