Connect with us

Publicystyka filmowa

Robin Williams: Dzięki za wszystko, Kapitanie – biografia

ROBIN WILLIAMS: DZIĘKI ZA WSZYSTKO, KAPITANIE to poruszająca biografia aktora, który na zawsze pozostanie w sercach pokolenia lat 90.

Published

on

Dla pokolenia dorastającego w latach dziewięćdziesiątych Robin Williams był kimś wyjątkowym. Jego roześmiana twarz przywodzi na myśl wspomnienia z czasów dzieciństwa. Gdzieś tam, dawno temu, były kapsle, karteczki, kartridże do Pegasusa, klocki Lego, był i on. Hook, Pani Doubtfire, Jumanji, Flubber – długie godziny spędzone przed ekranami kineskopowych telewizorów. Właśnie dlatego samobójstwo aktora dotyka wielu z nas tak bardzo. Wraz ze sobą Williams zabrał kawałek naszego dzieciństwa. Kiedy odchodzi ktoś, kogo zna się od lat, warto się pożegnać. Ja również czułem taką potrzebę. Traktuję ten tekst jako symboliczną świeczkę. Dzięki za wszystko, Kapitanie.

Advertisement

***

williams-matka

Przed spotkaniem Roberta Fitzgeralda Williamsa, Laura McLaurin zarabiała na życie jako modelka. Zawód męża i otwierające się przed nim perspektywy zawodowe zadecydowały o tym, że niespełna trzydziestoletnia kobieta zrezygnowała z dalszego podążania tą ścieżką. Para zostawiła za plecami bagienne tereny Luizjany, będące domem Laury, i przeniosła się do tętniącego życiem Chicago. Robert, pnący się po kierowniczej drabinie firmy założonej przez Henry’ego Forda, był w stanie zakupić tam duży i dobrze wyposażony dom. Jedynym elementem, który dzielił małżeństwo od realizacji amerykańskiego snu był brak potomstwa. Sytuacja nie trwała jednak długo. Po narodzinach pierwszego syna, Roberta, 21 lipca 1951 na świat przyszło ich drugie dziecko. Chłopiec został nazwany Robin, Robin McLaurin Williams.

Advertisement

W żyłach młodzieńca płynęła iście wybuchowa mieszanka. Anselm J. McLaurin, prapradziadek Robina, był szanowanym i statecznym gubernatorem stanu Mississippi. Jego błękitna krew mieszała się jednak z tą intensywnie czerwoną, o wiele bliższą normalnemu życiu. Williams mógł pochwalić się korzeniami angielskimi, walijskimi, szkockimi, irlandzkimi, niemieckimi oraz francuskimi. Przodkowie Anselma musieli przebyć niegdyś długą drogę, zwiedzając przy okazji spory kawałek Wysp Brytyjskich. Młodego Robina nie interesowały jednak genealogiczne zawiłości. Przez długi czas jego głównym problemem była otyłość oraz związany z nią brak akceptacji ze strony rówieśników.

Właśnie z tego powodu najmłodsze lata upływały Williamsowi pod znakiem samotnych zabaw w wielkim, pustym domu rodzinnym. Pewność siebie powróciła do niego dopiero w szkole średniej, kiedy to tusza została pokonana przez regularne uprawianie zapasów oraz lekkiej atletyki. Ten okres życia był dla Robina ważny jeszcze z jednego powodu. Chłopak zorientował się, że dobrym sposobem na zdobycie szacunku wśród innych dzieciaków jest doprowadzenie ich do śmiechu.

Advertisement

W 1967 ojciec Williamsa skorzystał z prawa do wcześniejszej emerytury. Rodzina opuściła Chicago i przeniosła się do słonecznej Kaliforni. Na miejscu Robin ukończył edukację w Redwood High School i zdecydował się na podjęcie studiów politycznych w męskim college’u w Clermont. Prócz grania w piłkę nożną, jednym z zajęć dodatkowych wybranych przez chłopaka były lekcje improwizacji aktorskiej. Pozornie nic nie znaczący wybór okazał się jednym z przełomowych momentów w życiu Williamsa. Aktorstwo okazało się czymś, co sprawiało mu ogromną satysfakcję. Wkrótce Robin porzucił kurs politologii i, po krótkim epizodzie z klasą teatralną w Marin College, dostał się do prestiżowej Julliard School, mieszczącej się w Nowym Jorku.

williams-revee

Mimo bardzo dużej ilości kandydatów, to właśnie Williams znalazł się w wybranej dwudziestce. Co więcej, po zakończeniu pierwszego etapu nauki opiekun roku – John Houseman, znany chociażby ze współpracy z Orsonem Wellesem – stwierdził, że do dalszej drogi gotowych jest jedynie dwóch uczniów. Pierwszym z nich był Christopher Reeve, drugim Robin Williams. Panowie zaprzyjaźnili się na tyle, że to właśnie Williams był jednym z pierwszych gości, jakich przyjął Reeve po swoim feralnym wypadku w roku 1995. Sparaliżowany aktor wspominał, że dzięki wizycie kumpla uśmiechnął się i stwierdził, że jakoś to będzie.

Advertisement

Wchodząc do pokoju Reeve’a Williams już od progu wcielił się w rolę rosyjskiego doktora, który przyszedł do pacjenta, aby przeprowadzić zabieg kolonoskopii. Zresztą, aktor odkrył w sobie talent komediowy o wiele wcześniej. Jego fascynacja stand-upem oraz własne próby mierzenia się z tą trudną sztuką doprowadziły do tego, że zdecydował się porzucić Julliard i powrócić na zachodnie wybrzeże. W drodze do Los Angeles towarzyszyła mu Valerie Velardi, tancerka, pierwsza małżonka oraz przyszła matka jego syna, Zachary’ego.

Przybysz z innej planety

Advertisement

Po powrocie do Kalifornii Robin Williams występował w wielu klubach, które gromadziły spragnionych humoru mieszkańców Miasta Aniołów. Jego stand-upowe popisy musiały odbić się echem wśród lokalnych producentów, ponieważ w roku 1977 aktor otrzymał swój pierwszy telewizyjny angaż – pojawił się w autorskim programie Richarda Pryora, znanego w Polsce głównie jako rozkrzyczany niewidomy z filmu Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. NBC szybko porzuciło, zdaniem wielu niesłusznie, chęć kontynuacji The Richard Pryor Show. Nie znaczy to jednak, że Williams na stałe pożegnał się z telewizyjnymi odbiornikami.

Niedługo po rólce u boku czarnoskórego komika, aktor zawitał do biura Garry’ego Marshalla, twórcy niezwykle popularnego sitcomu Happy Days. Marshall planował właśnie odcinek specjalny, w trakcie którego jeden z bohaterów serialu przedstawiającego wyidealizowane życie w Ameryce lat pięćdziesiątych zostaje porwany przez kosmitów. W trakcie przesłuchania do roli, jeśli wierzyć legendom, Williams zachował się jak przybysz z innej planety. W momencie, gdy Marshall poprosił go o zajęcie miejsca, ten miał próbować usiąść na głowie producenta. Twórca Happy Days znalazł swojego kosmitę. Dla Williamsa drzwi biura Marshalla miały okazać się natomiast drzwiami do wielkiej kariery.

Advertisement

mork

Aktor wykreował w serialu rolę Morka, przybysza z odległej planety Ork. Mimo tego, że główny zarys postaci stworzyli scenarzyści serii, to duża część dialogów i zachowań postaci była owocem szalonej improwizacji samego Williamsa. Amerykańscy widzowie dosłownie zakochali się w nowym bohaterze. Występ w Happy Days okazał się tak dużym sukcesem, że stacja ABC z marszu zdecydowała się na stworzenie spin-offu, w którym główną rolę odgrywałby właśnie popularny kosmita. Już w roku 1978 na antenie pojawił się sitcom Mork & Mindy. Williams odgrywał w nim rolę znaną widzom z Happy Days, zmianie uległo jednak tło jego wygłupów.

Mork nie rozśmieszał już na tle Ameryki doby lat pięćdziesiątych, lecz odwoływał się do problemów znanych współczesnym mieszkańcom Stanów (tłem serialu stały się oczywiście lata siedemdziesiąte). Seria odniosła duży sukces. Zakończono ją po emisji niemal stu odcinków, w roku 1982. W tym czasie Williams był bardzo dobrze rozpoznawalnym stand-uperem (w roku 1978 zrealizował dla HBO show zatytułowany Off The Wall, w roku 1982 odnowił natomiast współpracę występem An Evening with Robin Williams), rozpędu zaczęła nabierać również jego kariera w Krainie Snów.

Advertisement

Good Morning, Vietnam!

Facet wzbudzający zainteresowanie tłumów zarówno w telewizyjnych sitcomach, jak i w solowych, komediowych monologach, nie mógł nie zostać zauważony przez Hollywood. Do dziś nie do końca wiadomo, jaki film uważać za pierwszy kinowy występ Robina Williamsa. Dla części zainteresowanych jest to mający premierę w roku 1980 Popeye, w reżyserii Roberta Altmana. Inni debiutu upatrują raczej w wątpliwej jakości komedii składającej się głównie ze skeczy „z brodą”. Z Can I Do It ’Till I Need Glasses? Roberta Levy’ego jest jednak pewien problem. Otóż, pierwsza wersja filmu – premiera w roku 1977 – nie zawierała w sobie żadnej sceny z udziałem Williamsa.

Advertisement

Producenci komedii, liczący na ogromny finansowy sukces Popeye’a z Robinem w roli tytułowej, wpadli jednak na pewien chytry pomysł. Zaraz przed oficjalną premierą filmu Altmana wypuścili na rynek re-edycję Can I Do It 'Till I Need Glasses?, dogrywając do niej sceny nakręcone wspólnie z Williamsem. Głównym motorem napędowym odnowionej wersji miała być, a jakże, informacja o kinowym debiucie kosmity Morka.

popeye

Mimo tego, że zyski z historii o kochającym szpinak marynarzu zdublowały koszty, jakie wydano na jego stworzenie, Paramount określił film mianem finansowej klapy. Suchej nitki nie pozostawili na nim również krytycy, choć miał on swoich obrońców wśród recenzenckiej elity. Jednym z jego obrońców był chociażby Roger Ebert, który twierdził, że rejs statkiem Popeye’a sprawia naprawdę dużą frajdę. Krytyk podkreślał również, że wraz „ze swoim permanentnym zezem i koślawym uśmiechem, Robin Williams jest w swej roli niezwykle przekonujący”. Na następną rolę aktor musiał czekać jednak dwa lata.

Advertisement

Rok 1982 nie był dla Williamsa czasem spokoju. Valerie zaszła w ciąże z ich pierwszym dzieckiem, aktor wciąż udzielał się jako stan-uper, a stacja ABC powoli zamykała rozdział zatytułowany Mork & Mindy. Williams pracował również na planie swojego kolejnego filmu kinowego – Świata według Garpa, opartego o prozę Johna Irvinga, jednego z ulubieńców Ameryki. Od końcówki lat siedemdziesiątych w życiu aktora obecne były również alkohol oraz narkotyki, w szczególności kokaina. W nocy, 5 marca, aktor odwiedził dom Johna Belushiego, jednego ze swoich dobrych przyjaciół.

Po wciągnięciu kilku kresek i krótkiej, acz intensywnej kłótni z Catherine Smith, opuścił dom gwiazdy Blues Brothers. Nazajutrz okazało się, że Belushi nie żyje. Smith miała zaaplikować mu ponoć złoty strzał, który uniemożliwił wybudzenie ze snu. Williams po raz pierwszy raz zorientował się, że zabawa, którą rozpoczął jest wysoce niebezpieczna. Mimo wielu odwyków oraz stosunkowo długich okresów całkowitej czystości, problemy alkoholowo-narkotykowe będą towarzyszyć mu przez całe dorosłe życie, aż do śmierci.

Advertisement

garp

Świat według Garpa pojawił się w kinach 23 lipca, dwa dni po trzydziestych pierwszych urodzinach Williamsa. W pewnym sensie to właśnie rola w filmie George’a Roya Hilla jednoznacznie potwierdziła ogromny aktorski potencjał aktora, który w przyszłości często będzie pojawiać się w rolach łączących w sobie elementy komediowe oraz dramatyczne. Jego Garp nie został doceniony przez ludzi, którzy decydują o przyznawaniu najważniejszych nagród (Akademia nominowała jednakże debiutującą na wielkim ekranie Glenn Close i Johna Lithgowa), Williamsa znów dostrzegli jednak krytycy, którzy niemal jednogłośnie stwierdzili, że kosmita z telewizyjnego sitcomu dorasta i jest gotowy na kolejne wyzwania.

W kontekście tego filmu warto wspomnieć również o tym, że rola tytułowa została początkowo zaproponowana Christopherowi Reeve’owi. Po tym, gdy przyjaciel Williamsa odrzucił propozycję, aktor wygrał rywalizację o angaż z Jeffem Danielsem i Robertem Wuhlem.

Advertisement

Po Świecie według Garpa Williams na dobre wsiąkł w amerykański przemysł filmowy. W roku 1983 zameldował się na planie produkcji Ci, którzy przetrwają. Komedia opowiadała o dwóch świeżo upieczonych bezrobotnych zalewających smutki w barze, który staje się obiektem ataku uzbrojonego bandyty. Dwoje mężczyzn, mimo dzielących ich różnic, brało sprawy w swoje ręce i postanawiało stawić czoła napastnikowi. Film Michaela Ritchiego miał bazować na zderzeniu nowatorskiego komizmu Williamsa z klasyczną szkołą amerykańskiego humoru, reprezentowaną przez Waltera Matthau. Zdaniem wielu ten zabieg się nie udał, ponieważ to, co miało być główną siłą produkcji (wspomniane zderzenie), stało się jego najsłabszym punktem (wielu krytyków zarzucało, że Matthau i Williams po prostu do siebie nie pasują).

Ci, którzy przetrwają mieli jednak i swoich orędowników. Wśród nich, tak jak w przypadku Popeye’a, znajdował się Roger Ebert, chwalący film za inteligentny humor skierowany do dorosłego widza.

Advertisement

survivors

Rok po filmie Ritchiego w kinach zadebiutowała Moskwa nad rzeką Hudson, która zebrała o wiele lepsze recenzje. Komediodramat o Rosjaninie, który ucieka ze Związku Radzieckiego i próbuje rozpocząć nowe życie w USA chwalono za inteligentny, poruszający i zabawny scenariusz. Williams po raz pierwszy wcielił się natomiast w Rosjanina, który już za kilka lat rozbawi przeżywającego życiowy kryzys Christophera Reevesa (postacie o twardym, rosyjskim akcencie będą w przyszłości pojawiały się w jego występach stand-upowych oraz filmowych – chociażby Dr. Kosevic z Dziewięciu miesięcy, czyli bezpośrednie źródło szpitalnego skeczu z kolonoskopią).

Przyjmowanie kolejnych ról i zbieranie kolejnych pozytywnych recenzji nie oznaczało jednak tego, że Williams osiągnął życiową stabilizację. Wstrząśnięty śmiercią Belushiego, ograniczył narkotykowo-alkoholowe eskapady, nałogi znacznie osłabiły jednak jego małżeństwo. Valerie usiłowała się wspierać aktora, ale po narodzinach ich syna (kwiecień 1983) najzwyczajniej zaczęło brakować jej sił. Od roku 1984 Robin zaangażował się w relację z przypadkowo poznanką kelnerką, Michelle Tish Carter. Romans nie pozostawał w ukryciu zbyt długo. Co więcej, skończył się w dość burzliwy i medialnie nieprzyjemny sposób.

Advertisement

Mianowicie, Carter oskarżyła Williamsa o zarażenie chorobą weneryczną (wirus opryszczki) i złożyła pozew do sądu. Mimo tego, że sprawa została ostatecznie oddalona, małżeństwo z Valerie nie wytrzymało kolejnego ciosu. Od roku 1987 para znajdowała się w separacji, rok później doszło do rozwodu. W tym czasie Williams spotykał się już z opiekunką Zachary’ego – Marshą Garces, jego drugą żoną i matką kolejnej dwójki dzieci. Zelda (1989) i Cody (1991) otrzymali imiona po bohaterach ulubionych gier aktora, który niejednokrotnie przyznawał się do bycia zapalonym graczem (mogliście spotkać go chociażby na oficjalnych serwerach World of Warcraft).

valerie2

Po Moskwie nad rzeką Hudson Williams zaliczył występy w filmach, które przez lata zaginęły wśród półek wypożyczalni VHS. Część z Was może przechowywać je w pamięci jako wspomnienie z czasów, kiedy rytm dnia wyznaczał dźwięk głowic odtwarzacza wideo. Sportowe Najlepsze czasy, Klub Paradise nieodżałowanego Harolda Ramisa czy oparty na nieco czarniejszym humorze Chwytaj dzień, to typowe średniaki rodem z lat osiemdziesiątych. Dziś ogląda się je raczej z przymrużeniem oka oraz sporym bagażem nostalgii, choć rola Williamsa w ostatniej z wymienionych produkcji wydaje mi się nieco niedoceniona.

Advertisement

W rolę staczającego się na dno Tommy’ego Wilhelma aktor tchnął chyba odrobinę z prywatnych życiowych frustracji. Niemniej, wszystko to było niczym w porównaniu do tego, co wydarzyło się w karierze aktora w roku 1987.

Pierwszy Złoty Glob, pierwsza nominacja do Oscara (jak dotąd aktor był jedynie gościem oraz współprowadzącym – w roku 1986 – oscarowej gali) i ogromny światowy sukces, który spowodował, że Williams wylądował na okładkach czasopism na całym świecie. Good Morning, Vietnam Barry’ego Levinsona okazało się kolejnym wielkim przełomem w życiu Robina. Co więcej, Williams mógł odczuwać dodatkową satysfakcję, ponieważ to właśnie on zwrócił uwagę producentów na scenariusz przygotowany przez Adriana Cronauera, spikera radiowego, który posłużył za wzór dla głównego bohatera filmu.

Advertisement

Tekst Cronauera został zakupiony przez znajdujący się pod kontrolą studia Disneya Touchstone. Mitch Markowitz niemal całkowicie zmienił jego wydźwięk, a sam Williams, wcielający się w rolę charyzmatycznego spikera nadającego dla żołnierzy stacjonujących w Wietnamie, oparł swoją rolę na aktorskiej improwizacji. Niemal wszystkie audycje, które można usłyszeć w filmie są ich efektem. Good Morning Vietnam posiada jednak i tę poważniejszą stronę. To historia o walce pomiędzy oryginalną, nieco ekscentryczną jednostką i skostniałym systemem. Czy ktokolwiek pomyślał teraz o pewnym filmie o nauczycielu?

vietnam

O Captain, my Captain

Advertisement

Przed rokiem 1989 i premierą Stowarzyszenia Umarłych Poetów Williams nie próżnował. Mimo dość skomplikowanej sytuacji rodzinnej (romans, rozwód, dziecko w drodze z opiekunką pierwszego syna) rok 1988 to trzy kolejne filmy. Jeden z nich, Pecos Bill, to niezbyt długa animacja. Rzecz raczej mało interesująca, ale ważna chociażby z tego powodu, że Williams po raz pierwszy spróbował swych sił w podkładaniu głosu pod film rysunkowy. Aktor wystąpił również w Przygodach barona Munchausena, tym samym rozpoczynając współpracę z Terrym Gilliamem, do którego powróci już za trzy lata.

Film, mimo ciężkiej przeprawy związanej z przekroczeniem budżetu i problemami realizacyjnymi, został odebrany pozytywnie zarówno przez publiczność, jak i krytyków. Washington Post określił go mianem „cudownego wyczynu ludzkiej wyobraźni”, zaznaczając przy okazji, że wszyscy aktorzy, pomijając Robina Williamsa, są dla Gilliama jedynie kolejnym ruchomym elementem przemyślanej kompozycji. W tym samym roku aktor pojawiał się również na deskach teatru. Wraz ze Stevem Martinem można było oglądać go na deskach Lincoln Center w Czekając na Godota Becketta.

Advertisement

dead-poet

Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych stanął jednak dla Williamsa pod znakiem dwóch wielkich filmów. Pierwszym z nich było wspominane już Stowarzyszenie Umarłych Poetów, drugim Przebudzenia. Pierwszy z nich miał być początkowo reżyserowany przez Jeffa Kanewa (znany głównie za sprawą filmu Zemsta frajerów), który w roli Johna Keatinga, inspirującego nauczyciela języka angielskiego, widział Liama Nessona. Istniały również pogłoski, wedle których reżyseria oraz główna rola miałaby przypaść w udziale Dustinowi Hoffmanowi. Robin Williams przejął rolę w momencie, gdy na reżyserskim stołku ostatecznie usadowił się Peter Weir.

Stowarzyszenie Umarłych Poetów okazało się filmem, który przeszedł do historii kina nie ze względu na ilość zdobytych nagród czy też wysokość ocen wystawianych przez krytyków. O jego niezwykłej pozycji zadecydowali widzowie, którzy zobaczyli w Williamsie nauczyciela, o którym sami zawsze marzyli. Mimo tego, że nawet wielki obrońca aktora, kilkukrotnie wspominany Roger Ebert, stwierdził, że tym razem Williams nie był porywający, że swoimi komediowymi wstawkami zniweczył dramatyczny wydźwięk postaci Keatinga, ludzie uważali zupełnie coś innego. Po dziś dzień, przez wielu Robin Williams jest automatycznie kojarzony właśnie z tą rolą.

Advertisement

W Przebudzeniach Penny Marshall Williams ponownie potwierdza swoje umiejętności. Dramat opowiadający o wybudzaniu pacjentów ze śpiączki jest filmem nieco zapomnianym, ginącym gdzieś pomiędzy plecami Stowarzyszenia a zbliżającym się obliczem Fisher Kinga. Duet stworzony w nim przez Williamsa oraz De Niro to pokaz prawdziwego aktorskiego kunsztu i wielkiej wrażliwości. Do roku 1990 (premiera filmu) ich nazwiska pojawiały się obok siebie jedynie w kontekście śmierci Belushiego (De Niro również odwiedził aktora w noc fatalnego w skutkach przedawkowania) lub rozważań Kubricka (reżyser poważnie zastanawiał się nad tym, czy nie obsadzić któregoś z nich w Lśnieniu). Przebudzenia dają pretekst do tego, aby zapomnieć o przeszłości i zacząć patrzeć przed siebie.

przebudzenia

Na początku lat dziewięćdziesiątych Robin Williams nie zwalniał. Jego życie rodzinne zaczęło podążać dobrymi torami. Mimo rozwodu z Valerie wciąż pozostawał w dobrych kontaktach z Zacharym (pierwsza żona nigdy nie utrudniała mu kontaktu z synem). Dobrze układało się również małżeństwo z Marshą, która w roku 1991 urodziła Cody’ego (najmłodsze dziecko Williamsa). Aktor zrezygnował również z picia alkoholu oraz brania narkotyków, co zdecydowanie polepszyło jego kondycję psychiczną. W związku z tym, Williams przestał pojawiać się na rozkładówkach brukowców, a jego prywatne życie w dużej mierze przestało intrygować żądnych kontrowersji paparazzich. Jeśli o nim mówiono, robiono to głównie w kontekście filmów, w których się pojawiał, a było o czym mówić.

Advertisement

Gdyby nie druga część Terminatora, reżyserem Fisher Kinga prawdopodobnie zostałby James Cameron. Z całym szacunkiem dla jego zdolności, dobrze się stało, że ostatecznie scenariusz powędrował do rąk Gilliama, który od początku walczył o angaż w projekcie. Z perspektywy czasu Fisher King po dziś dzień pozostaje jednym z najmocniejszych punktów w filmografii Brytyjczyka. Zresztą, podobne zdanie można sformułować zarówno z nazwiskiem Robina Williamsa, jak i Jeffa Bridgesa. Baśniowa opowieść opowiadająca o przezwyciężaniu własnych traum, poszukiwaniu swojego miejsca, przyjaźni i o tym, że do wytrzymania z szarą rzeczywistością potrzebna jest odrobina szaleństwa, to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów lat dziewięćdziesiątych.

Williams ponownie wciela się w niej w ekscentryka, który pod komediową maską skrywa ogromne pokłady życiowej mądrości, po raz kolejny robi to w sposób mistrzowski (kolejna nominacja do Oscara i przegrana z Hopkinsem i jego Lecterem).

Advertisement

fisher-king

Rok 1991 to również Hook, czyli Piotruś Pan w interpretacji Stevena Spielberga. Sprzeciwiający się dorastaniu chłopiec to wręcz wymarzona rola dla Williamsa. I w istocie, to kolejna ikoniczna kreacja na koncie aktora. Mimo tego, że film Spielberga przez wielu uważany jest za jego pierwsze potknięcie, Hook zdobył całe rzesze fanów, które po dziś dzień nie mogą rozstać się z obejrzaną w dzieciństwie kasetą. Bez Dustina Hoffmana i Robina Williamsa w rolach głównych taśma z całą pewnością dawno wylądowałaby już w koszu. A jeśli już o dziecięcych fascynacjach mowa, to nie sposób nie wspomnieć o kolejnych filmach zrealizowanych przez Williamsa w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, bo które z dorastających w tamtych czasach dzieciaków nie wypatrywało oczu przed telewizorem w momencie, gdy na ekranie pojawiał się Aladyn (1992), Pani Doubtfire (1993) czy też Jumanji (1995)?

W animowanym filmie Disneya Williams użyczył głosu Dżinowi, który – dzięki jego interpretacji – szybko stał się najbardziej charakterystyczną i charyzmatyczną postacią całej bajki. Ze względu na wdzięczność wobec wytwórni (dzięki niej na ekrany kin trafiło Good Morning, Vietnam) i fakt, że Aladyn był skierowany do dzieci, aktor zgodził się na pracę przy filmie za 75 tysięcy dolarów (minimalna stawka dyktowana przez Amerykańską Gildię Aktorów Filmowych). W zamian za to, Disney zobowiązał się do ograniczenia komercyjnego wykorzystania wizerunku Dżina. Niestety, wytówrnia nie dotrzymała słowa, przez co rozpoczął się trwający wiele lat konflikt pomiędzy Williamsem a Disneyem.

Advertisement

W jego efekcie, w kolejnych produkcjach osadzonych w świecie Aladyna Dżin przemawiał głosem Dana Castellanety. Ostatecznie aktor pogodził się z wytówrnią Myszki Miki i, w roku 2009, przyjął od niej tytuł Legendy Disneya.

doubtfire

Do występu w Pani Doubtfire Chrisa Columbusa namówiła Williamsa żona. Marsha od początku wierzyła w potencjał tkwiący w scenariuszu i zaangażowała się w projekt do tego stopnia, że znalazła się na liście płac jako jedna z producentek filmu. Jako rezolutna staruszka Williams po raz pierwszy wystąpił u boku Andy’ego Kaufmana (to właśnie o nim Milos Forman opowiedział w Człowieku z Księżyca z Jimem Carreyem w roli głównej). Robin, w charakteryzacji z filmu Columbusa, udawał babcię znanego amerykańskiego komika. Na planie, aktor ponownie oddawał się swoim słynnym już improwizacjom.

Advertisement

Reżyser, dający mu na tym polu sporą swobodę, przyznał, że występy Williamsa były na tyle kreatywne, że mógłby zmontować kilka wersji filmu (w tym taką, którą mogliby oglądać jedynie widzowie po osiemnastym roku życia). Ostatecznie, Pani Doubtfire była przewidziana jako film z kategorii PG-13, dlatego pikantniejsze kawałki musiały przepaść na stole montażowym, a szkoda. Sam Williams przyznał, że jego wizja opiekunki w dużej mierze opierała się o wspomnienia z dzieciństwa. Media szybko podchwyciły ten trop, w skutek czego znajdująca się w domu spokojnej starości Lolly (niania Robina Williamsa) przeżyła zmasowany atak ze strony żądnych wywiadu dziennikarzy.

Sam film okazał się wielkim sukcesem zarówno na gruncie amerykańskim, jak i światowym (wystarczy przypomnieć sobie jaki szał wywołał swojego czasu w Polsce). Za rolę pani Doubtfire Williams otrzymał kolejny Złoty Glob.

Advertisement

Bez echa przeszedł film Być człowiekiem w reżyserii Billa Forsytha. Williams wciela się w nim w Hectora – mężczyznę, który w pięciu różnych historiach, osadzonych na przestrzeni pięciu różnych epok, szuka odpowiedzi na pytania fundamentalne. Mimo tego, że u boku aktora pojawili się między innymi Evan McGregor i John Turturo film okazał się nazbyt oczywisty, by nie powiedzieć banalny. Zaraz po nim Williams rzucił kośćmi niezbędnymi do gry w Jumanji. Opowieść o grze wciągającej graczy do niezwykłego i niebezpiecznego świata pełnego dzikich zwierząt, pułapek i wąsatych myśliwych rodem z kart W pustyni i w puszczy, stała się kolejnym wielkim hitem kina familijnego.

To w dużej mierze właśnie dzięki niej Williams stał się jednym z idoli polskiego pokolenia dzieciaków dorastających w latach dziewięćdziesiątych (myślę, że prócz Jumanji duża w tym zasługa o dwa lata młodszego Flubbera). Film Johnstona był dla aktora wyjątkowy jeszcze z jednego powodu – był jedną wielką rozgrywką, a – jak wspominałem wcześniej – Williams od zawsze uwielbiał wszelakiego rodzaju gry, od Kółka i krzyżyka na Call of Duty kończąc.

Advertisement

jumanji

Son of a bitch. He stole my line…

Rok 1995 to również ponowna współpraca z Chrisem Columbusem, tym razem przy filmie Dziewięć miesięcy, oraz niewielka rola w nieco kampowych Ślicznotkach. Żaden z filmów nie odnosi jednak zbyt dużego sukcesu. Maj tego roku stanowi także ważny punkt w życiu prywatnym aktora. To właśnie w tym miesiącu jego przyjaciel z czasów Julliard, Christopher Reeve, ulega wypadkowi konnemu, w skutek którego traci władzę w nogach. O skeczu z kolonoskopią już wspominałem, Williams nigdy nie zostawił Reevesa na lodzie.

Advertisement

Przed rokiem 1997 i kolejnym wielkim krokiem w karierze aktora, warto wspomnieć jeszcze o dwóch występach z jego udziałem. W pierwszym z nich wcielił się w rolę uwięzionego w ciele dorosłego dziecka. Jack (1996) Francisa Forda Coppoli nie jest filmem wybitnym, ale daleko mu również do kina pozbawionego jakichkolwiek walorów. Williams doskonale oddaje w nim zachowanie dziecka, momentami aż dziwnie patrzy się na to, jak dorosły mężczyzna zachowuje się jak wchodzący w okres dojrzewania nastolatek. Drugi film przenosi nas do zgoła innego świata. W Klatce dla ptaków aktor odgrywa rolę właściciela klubu nocnego i geja, ubierającego się czasem niczym Liberace. Komedia Mike’a Nicholsa bazuje na skontrastowaniu tej postaci z konserwatywnymi rodzicami wybranki serca syna bohatera Williamsa. Kawał dobrej komedii w duchu lat dziewięćdziesiątych.

good-will

Końcówka dekady stanęła jednak dla aktora pod znakiem występu w Buntowniku z wyboru Gusa Van Santa. Jego Sean Maguire jest w zasadzie bohaterem ulepionym z tej samej gliny, co John Keating ze Stowarzyszenia Umarłych Poetów. Tym razem nie chodzi jednak o zmotywowanie grupki uczniów elitarnej szkoły, a o przekonanie młodego i piekielnie zdolnego chłopaka do tego, aby porzucił szare życie na etacie i oddał się nauce. Film będący przepustką do kariery dla Matta Damona posiada wiele cech wspólnych z poprzednimi produkcjami z udziałem Williamsa. Van Sant stara się jednak utrzymać na wodzy wrodzony instynkt komika.

Advertisement

Sean Maguire jest postacią dużo mniej szaloną, aniżeli bohaterowie Good Morning Vietnam, Fisher Kinga czy też Stowarzyszenia. Najbliżej mu chyba do doktora Malcolma Sayera z Przebudzeń. Bije od niego ciepło, charyzma, nutka wariactwa oraz ekscentryzmu, ale to wszystko, a może „aż wszystko”. Za rolę w Buntowniku z wyboru Williams otrzymał pierwszego (i ostatniego w swoim życiu) Oscara. Słuszny wybór.

Przed nadejściem XXI wieku Williams pojawił się jeszcze na planie filmu Woody’ego Allena (Przejrzeć Harry’ego), wraz z filmem Jakub kłamca odwiedził Polskę (produkcja, w duchu Życie jest piękne Benigniego, opowiada o getcie warszawskim), wystąpił w kolejnym kultowcu kina familijnego (Człowiek przyszłości Reitmana) i odegrał wiodące role w dwóch dużych produkcjach – Patch Adams i Między piekłem a niebem. Za role w Jakubie i Człowieku przyszłości otrzymał, po raz pierwszy w karierze, nominacje do Złotej Maliny. Decyzję kapituły, jak to często z Malinami bywa, zrozumieć dość ciężko.

Advertisement

O ile w przypadku obrazu Reitmana można by jeszcze taki wybór zaakceptować, bo film odarty z dziecięcej nostalgii faktycznie nie trzyma się zbyt dobrze, to w produkcji z polskim akcentem Williams radzi sobie całkiem przyzwoicie. Fakt, historia getta jest w nim mocno uproszczona, a scenariusz nawet nie zbliża się do poziomu Benigniego, ale nie jest to powodem do rzucania kamieniami. Nienajlepiej napisane były również ostatnie dwa z wymienionych filmów. Patch Adams raził banałem i prostym graniem na emocjach. Momentami wydawało się, że film został stworzony specjalnie pod Robina Williamsa, co nie wyszło mu na dobre (film zyskał jednak sporą rzeszę fanów i dla wielu stał się kolejnym klasykiem końcówki lat dziewięćdziesiątych).

Między niebem a piekłem również cierpiało na scenariuszowe mielizny. Filozofię rodem z katechizmu dla najmłodszych w pełni rekompensowała w nim jednak strona wizualna, która po prostu zapierała dech w piersiach.

Advertisement

williams-allen

W latach dziewięćdziesiątych Williams pojawiał się również poza ramami wielkiego ekranu. W roku 1997, kiedy wraz z Billym Crystalem znajdowali się w budynku, w którym kręcono zdjęcia do kultowych Przyjaciół, poproszono ich o zaimprowizowanie występu w jednym z odcinków. Owocem ich współpracy jest scena, w której dosiadają się do słynnego stolika i przeprowadzają rozmowę, z której wynika, że Crystal odbił żonę Williamsa. Oczywiście, nie był to jedyny z telewizyjnych występów komika. Mimo dość napiętego grafiku związanego z realizacją filmów kinowych, aktor pojawiał się również w produkcjach przeznaczonych bezpośrednio na mały ekran (często tych skierowanych do dzieci) i zaliczał gościnne występy w serialach.

Był również gościem niezwykle popularnego, prowadzonego przez Drew Carreya, programu Whose Line Is It Anyway?. Poziom jego telewizyjnej aktywności był jednak dużo mniejszy, aniżeli w latach osiemdziesiątych, w których – prócz występów we własnej serii – zdarzało mu się chociażby współprowadzić Saturday Night Live. Życie prywatne aktora poprzez cały okres lat dziewięćdziesiątych nie przysparzało pożywki mediom. Małżeństwo z Marshą kwitło, dzieci dorastały, a sam Williams mocno angażował się w działalność charytatywną, której owocem stała się Windfall Foundation (założona wraz z żoną), zbierająca fundusze na różne inicjatywy społeczne.

Advertisement

Gdzieś z boku

Mimo tego, że po roku 2000 aktor wciąż pozostawał bardzo aktywny, ciężko nie odnieść wrażenia, że Hollywood powoli zaczął odsuwać go na boczny tor. Żaden z filmów powstałych w XXI wieku nie zyskał takiego statusu, jakim cieszyły się wcześniejsze ze produkcje z jego udziałem. O aktorze przestały pamiętać osoby odpowiedzialne za przyznawanie nominacji do Złotych Globów oraz Oscarów, lecz – w gruncie rzeczy – nie ma im się co dziwić, Williams coraz częściej pojawiał się w mało znaczących rolach i filmach, które cierpiały na wiele ciężkich do wybaczenia wad (wtedy najczęściej ratował je swoimi przyzwoitymi kreacjami aktorskimi).

Advertisement

Początek dekady był dla niego jednak stosunkowo udany. Role w Bezsenności Christophera Nolana oraz Zdjęciu w godzinę Marka Romanka zostały przyjęte z entuzjazmem zarówno przez widzów, jak i recenzentów. W kontekście filmowego emploi aktora ciekawa była w szczególności rola w drugim z wymienionych filmów. Thriller psychologiczny opowiadający o niezrównoważonym psychicznie pracowniku sklepu fotograficznego, był w zasadzie pierwszym tytułem, w którym Williams wcielił się w postać jednoznacznie złą. Za swoją kreację otrzymał nagrodę Saturna oraz garść nominacji do mniej znaczących wyróżnień.

williams-photo

Rok 2002 był jednak dla Williamsa kolejnym małym przełomem, tym razem nie mówimy jednak o kroku do przodu, a zdecydowanym odwrocie w tył. W trakcie zdjęć do Bezsenności aktor ponownie zajrzał do kieliszka. Problem alkoholowy, mimo podejmowania kolejnych prób walki z nałogiem (Williams zgłosił się do ośrodka walczącego z alkoholizmem między innymi w roku 2006 oraz w połowie roku 2014), pozostał z nim już do końca życia. To właśnie on stał się jednym z głównych powodów rozstania z Marshą – w roku 2008, po dziewiętnastu latach małżeństwa, para wzięła rozwód.

Advertisement

W dużej mierze to właśnie alkohol oraz związany z nim brak kontroli nad własnym życiem wpędzał Williamsa w depresję, którą – a jakże – częstokroć usiłował zalać wysokoprocentowym trunkiem. Błędne koło się zamyka. Miał jednak rok 2002 i pewien pozytywny aspekt. Williams ponownie wystąpił dla HBO ze swoim stand-upowym show. Robin Williams: Live on Broadway wyprzedało bilety w przeciągu kilkudziesięciu minut od otwarcia sprzedaży, a sam show został okrzyknięty kolejnym wielkim sukcesem komika. W roku 2004 jego występ zajął trzynaste miejsce na przygotowanej przez Comedy Central liście najlepszych stand-upów w historii telewizji.

Na przestrzeni kolejnych dziesięciu lat – aż dziw bierze, że o aktorze, o którym niedawno można było pisać właściwie bez końca, mówi się w tak dużych odcinkach czasu – Robin Williams nie ma szczęścia do ról. Gdyby się zastanowić, jego najlepszymi kreacjami powstałymi pomiędzy rokiem 2002 a 2012 są te, w których gra jedynie za pomocą głosu. Fender z Robotów (2005), a przede wszystkim Ramon oraz Lowelas z dwóch części Happy Feet: Tupot małych stóp to lekcja dubbingowej wirtuozerii dorównująca disnejowskiemu Dżinowi. Warty wspomnienia jest również Czlowiek roku (2006) Barry’ego Levinsona.

Advertisement

Williams, u boku Christophera Walkena, Jeffa Goldbluma i Laur Linney, wciela się w nim rolę telewizyjnej osobistości, która – przez żart i przypadek – zostaje prezydentem Stanów Zjednoczonych. Mimo tego, że film Levinsona jest w istocie komedią obyczajową, można dostrzec w nim wiele drobnych, acz celnych kuksańców uderzających w dumę zachodu – demokrację. Pozostałe filmy z tego okresu (pomijając może dwie części skierowanej do dzieciaków Nocy w muzeum) cierpią na bolesny brak charakteru (Nocny słuchacz, Wersja ostateczna, Najlepszy ojciec świata) lub tani sentymentalizm (Cudowne dziecko).

Ostatecznie, są raczej mało zabawnymi, bazującymi na nazwiskach aktorów komediami (Szalone wakacje na kółkach, Stare wygi). Trzeba jednak podkreślić, że Williams nigdy nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu i w każdy z wymienionych filmów potrafi tchnąć odrobinę życia, to jednak nie wystarczy.

Advertisement

williams-happy

W przerwie pomiędzy kolejnymi zdjęciami Williams okazjonalnie pojawiał się na różnego rodzaju wystąpieniach. Można było oglądać go na imprezach związanych z grami video (to on jako pierwszy, w humorystyczny sposób, przedstawił edytor potworów z gry Spore), jego stand-upowe popisy mogli podziwiać również amerykańscy żołnierze (aktor ze swoim show odwiedził nawet bazę w Iraku). Przez długi czas jego komiczna aktywność była jednak wysoce nieregularna. Sytuacja uległa zmianie, kiedy w roku 2008 Williams zapowiedział wielki powrót do stand-upu. Trasa zatytułowana Weapons of Self-Destruction ruszyła we wrześniu 2009 i zakończyła się grudniowym występem w Nowym Jorku.

Komik ponownie zapełnił sale w niemal trzydziestu amerykańskich miastach. Przygotowanie programu zbiegło się z rozwodem z Marshą, Williams mówił jednak na ten temat niechętnie. Trzy lata po rozstaniu z drugą małżonką aktor poślubił swoją ostatnią partnerkę, Susan Schneider.

Advertisement

Mimo tego, że media przestały poświęcać dużo miejsca Williamsowi, a w wielu wywiadach niczym mantra powracał temat uzależnień, o którym aktor mówił dość szczerze i otwarcie, druga dekada XXI zwiastowała nadejście pozytywnych zmian. W roku 2009 aktor przeszedł udaną operację serca i, po niezbędnej przerwie, powrócił w 2012 epizodycznymi rolami w serialach Wilfred oraz Louie. Może to właśnie te krótkie występy spowodowały, że właściciele CBS przypomnieli sobie o jego istneniu. W rezultacie, od roku 2013 do 2014 Williams pojawiał się w telewizji jako główny bohater serialu Przereklamowani.

Kreacja Simona Robertsa, ekscentrycznego mistrza reklamy, miała w sobie dużo z samego aktora – ciężki życiorys, uzależnienie, dwudziestoletni okres trzeźwości. Po części Williams grał dla CBS samego siebie. Mimo bardzo mocnego startu i dobrych ocen, Przereklamowani zaczęli tracić widzów, w związku z czym stacja zrezygnowała z realizacji drugiego sezonu serii. Williams zaczął przyjmować również ciekawsze role kinowe. The Angriest Man in Brooklyn, mimo fatalnych ocen krytyków, w końcu wyłamywało go z przyklejonej na przestrzeni ostatnich lat metki dobrego wujka, ciekawie zapowiadało się również Absolutely Anything (współpraca Williamsa i panów z Monty Pythona). O tym, czy kariera Williamsa powróciłaby w końcu na odpowiednie tory, niestety się już nie przekonamy.

Advertisement

angriest-man

Don’t Worry Be Happy

Jedenastego sierpnia świat obiegła informacja o tym, że w kalifornijskim apartamencie odnaleziono ciało aktora. Po wstępnym raporcie koronera wiadomo, że Williams popełnił samobójstwo. Każda śmierć jest bolesna, ale tak nagłe i gwałtowne odejście człowieka, który przez całe życie kojarzony był z uśmiechem oraz ekranową radością, dotyka jeszcze silniej. Wiele z osób czytających ten tekst z całą pewnością odnajduje Williamsa gdzieś tam, w dawnych czasach, kiedy to jego filmy były tematem podwórkowych rozmów i zakrapianych oranżadą spotkań przy odtwarzaczu wideo. Sam należę do tej grupy i przyznaję, że z informacją o śmierci aktora umarł we mnie kawałek dzieciństwa. Może i brzmi to nazbyt pompatycznie, może zalatuje tanim sentymentalizmem, ale nic na to nie poradzę – po prostu tak jest i nic tego nie zmieni.

Advertisement

Williams z całą pewnością nie chciałby jednak, abyśmy zamartwiali się w nieskończoność, dlatego na zakończenie tego tekstu powracam do roku 1988 i teledysku Bobby’ego McFerrina. Przekaz utworu i klipu, w którym swoje wygłupy prezentuje między innymi Robin Williams, jest prosty i zamyka się w tytule kompozycji – Don’t Worry, Be Happy, Nie martw się, bądź szczęśliwy. Żegnaj Kapitanie.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *