Szybka piątka
Filmy, które nam się ZNUDZIŁY
Są filmy, które zachwycają, by potem stać się nudą. Odkryj z nami ZNUDZIŁY i sprawdź, które produkcje straciły swój blask!
Szybka piątka #136
Są takie filmy, które zachwyciły nas przy pierwszym, a może w równym stopniu i przy kolejnych seansach. W końcu jednak odkryliśmy, że przestały sprawiać nam radość i – tak – po prostu zaczęły nudzić. Dziś piszemy o takich właśnie produkcjach. Zapraszamy do podawania własnych propozycji!
Łukasz Budnik
- King Kong (2005) – po pierwszym seansie dziwiłem się głosom mówiącym o przesadzonym metrażu, bo seans minął mi błyskawicznie, a sam film dostarczył mnóstwo radości i satysfakcji. Nie narzekałem też przy seansie powtórkowym. W zeszłym roku wróciłem do King Konga po kilku latach przerwy i tym razem musiałem się już zgodzić z tymi, którzy zarzucają Peterowi Jacksonowi zbytnie rozwleczenie filmu.
Po raz pierwszy i ja czułem się zmęczony – choć wiele scen wciąż robi wielkie wrażenie.
- 300 – film Snydera oczarował mnie po premierze. Całkowicie kupiłem stylistykę żywego komiksu i z wielką frajdą obserwowałem nadludzkie poczynania Spartan. Niestety, entuzjazm opadł przy kolejnym seansie. Strona audiowizualna nie sprawia już takiej radości, a nie jest też wsparta szczególnie ciekawą scenariuszowo historią.
- Projekt: Monster – kiedyś drugi i trzeci akt, w którym główni bohaterowie przemierzają Nowy Jork atakowany przez monstrum, skutecznie wynagradzał mi niemrawy pierwszy.
Dziś już się tak nie dzieje. Co więcej, nawet sekwencje ucieczki przed potworem nieco mi się przejadły. Po latach mam wrażenie, że dużo lepiej zrobiłoby temu filmowi, gdyby został zrealizowany tradycyjnie, nie jako found footage.
- Forrest Gump – proszę mnie źle nie zrozumieć, Forrest Gump to wciąż świetny film, jednak po kilku seansach nie potrafię się nim tak samo cieszyć, a przez większość czasu odczuwam pewne znużenie. Do ekranu przykuwa głównie wybitny Tom Hanks.
- Kevin sam w domu oraz Kevin sam w Nowym Jorku – nigdy nie praktykowałem oglądania tych filmów co rok.
Widziałem je sporo razy, będąc młodszym, i całkiem dobrze bawiłem się, obserwując slapstickowe wyczyny Marva i Harry’ego, jednak dziś nie widzę powodów, dla których miałbym je odtwarzać w każde święta.
Odys Korczyński
- Pulp Fiction – Tarantino nie powinien poddawać się próbie czasu, a jednak.
Co ciekawe, mam takie wrażenie wyłącznie jeśli chodzi o ten tytuł z portfolio reżysera. Może to kwestia samego głównego aktora. John Travolta wyraźnie znudził mnie jako widza. Jego ekranowa maniera nie pasuje mi do dzisiejszych tworów Tarantino, więc i automatycznie do kultowej „Pulpy”.
- Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja – najzwyczajniej w świecie współczesna franczyza Disneya zaprzepaściła tę legendę, a stare Gwiezdne wojny już nigdy nie będą w stanie odrobić tej degrengolady, jaką zafundowali nam spece od zarabiania pieniędzy zza oceanu.
Saga Lucasa się skończyła, gdy zginął Han Solo.
- Władca Pierścieni – akurat w tym przypadku nie całkiem jest to znudzenie, co znużenie. To tylko dowód na to, że przy tylu powtórkach w telewizji na różnych kanałach film wciąż się trzyma, zatem jest naprawdę dobry. Ma swoje bolączki, jak na przykład regularny spadek jakości wraz z kolejnymi częściami, lecz jeszcze nie nadszedł czas, żebym wyłączał telewizor, kiedy akurat leci. Po prostu już go z takim zainteresowaniem nie oglądam, chociaż wciąż doceniam.
- Gladiator – pamiętam, gdy ręka Maximusa głaszcząca zboże naprawdę robiła wrażenie. Teraz jest kolejnym motywem filmowym, który warto pamiętać, lecz emocje już nie wywołują dreszczy. Może jeszcze całowanie stóp powieszonego dziecka działa, ale finał na arenie spowszedniał jak większość superbohaterskich czynów gladiatora.
- Znachor – podobnie jak kolega niżej, bo ileż można!
Filip Pęziński
- Mroczny rycerz – w roku premiery widziałem go prawdopodobnie z dziesięć razy, każdorazowo się przy tym bezgranicznie ekscytując. Po krótkiej przerwie wróciłem do filmu Christophera Nolana i już dwanaście lat staram się zrozumieć, co w nim początkowo widziałem i co wciąż widzą w nim fani na całym świecie.
Zupełnie nie potrafię wykrzesać z siebie pierwotnego entuzjazmu, za to bez problemu sporządzić długą listę wad i błędów.
- Avatar – to, co w kinie robiło ogromne wrażenie, w domowym zaciszu już nie porywało. To jeden z tych filmów, które najlepiej działają na świeżo, gdy jak dziecko poznajemy i chłoniemy stworzony na ekranie świat. Dzisiaj już o Avatarze niemal nie pamiętam.
- Kick-Ass – zwariowane pomysły i tona gagów zaczynają nudzić, kiedy zna się je na pamięć.
- Niesamowity Spider-Man – zanim Spider-Man zyskał twarz Toma Hollanda, to właśnie pierwszy film z Andrew Garfieldem traktowałem jako najlepszą ekranizację przygód bohatera. Po Spider-Man: Homecoming i Spider-Man: Daleko od domu nie mam na niego najmniejszej ochoty.
- Kevin sam w domu – no ile można?
Jan Dąbrowski
- Znachor – wcale nie dlatego, że to film nudny lub źle zagrany. Nic z tych rzeczy, po prostu Znachor został mi skutecznie obrzydzony przez telewizję. Swego czasu zrobiłem nawet badania, z których wynikało, że film Jerzego Hoffmana trafiał do ramówek różnych stacji na tyle często, by stać się polskim odpowiednikiem Kevina samego w domu. Znachor na długi weekend, Znachor na święta, Znachor na wakacje. W ten sposób można znudzić się wszystkim. Do dziś szanuję i polecam ten film, ale już go nie oglądam, bo ile można? Zwłaszcza że historia lekarza z amnezją nie jest aż tak uniwersalna, by miało sens wpasowanie jej w każdą okazję w kalendarzu.
- Incepcja – byłem w kinie, potem ze dwa razy zobaczyłem w domu i wystarczy. Christopher Nolan ma rękę do widowisk, ale nie zawsze potrafi wciągnąć w nie odbiorcę. Mam wrażenie, że skoro film jest o ekipie, która włamuje się do czyichś snów, to zamiast silić się na wiarygodne tłumaczenie zasad tego procesu, lepiej byłoby pozostać przy umowności. Incepcja wygląda znakomicie, ale podczas drugiego seansu zabawę psuł ciężki, na siłę poważny klimat filmu, który w gruncie rzeczy przecież nie jest poważny.
A jeśli do tego trwa dwie i pół godziny, to ucieczka w sen zaczyna być kuszącą alternatywą.
- Kevin sam w domu – niedorzeczna tradycja puszczania tego filmu rok w rok na święta to żart znacznie zabawniejszy od przygód małego chłopca, który został sam w domu.
- Wszystkie odloty Cheyenne’a – bardzo ciekawy pomysł, żeby spleść historię gwiazdy rocka na emeryturze z tematyką obozową. Niestety Paolo Sorrentino za mocno poszedł w wysublimowane kadry i przeciąganie scen, a Sean Penn, choć wystylizowany na podstarzałe zwierzę sceniczne, jest przeraźliwie bezbarwny.
W efekcie całość staje się naprawdę nieznośnie rozwleczona, a zmęczony życiem bohater z każdą kolejną sceną zaczyna być coraz bardziej nudny.
- Twardziele – geriatryczne kino akcji, gdzie Al Pacino, Alan Arkin i Christopher Walken decydują się na ostatni w życiu zryw z bronią w ręku i wyrywanie chwastów. Historia oparta na nieśmiesznych dowcipach i zacni aktorzy nieudolnie parodiujący samych siebie sprzed lat. Aż szkoda patrzeć, a do tego ciągnie się niemiłosiernie.
