Publicystyka filmowa
NIEHORRORY, czyli filmy o PRAWDZIWYCH zbrodniach – część II
„NIEHORRORY, czyli filmy o PRAWDZIWYCH zbrodniach – część II” odkrywa mroczne oblicza ludzkiej natury, ukazując inspiracje zbrodniami w kinie.
Nie ma na świecie niczego straszniejszego niż ludzki umysł. Okropieństwa, jakie potrafią zrodzić się w jego zakamarkach, są bezprecedensowe w swej ohydzie. Z drugiej strony, prawdziwe zbrodnie nie od dziś inspirują kino. Oto trzy przerażające historie i trzy zainspirowane nimi filmy.
Część pierwsza zestawienia – TU.
Przepraszam, czy chce pan zostać zjedzony? – historia Armina Meiwesa i Bernda Brandesa
Kanibal z Rotenburga (reż. M. Weisz, 2006)

Armin Meiwes
Poszukuję młodego, dobrze zbudowanego mężczyzny w celu zabicia go i zjedzenia…
Nim umieścił na internetowym forum powyższe ogłoszenie, Armin Meiwes nie wzbudzał niczyjego zainteresowania.
Urodził się niedaleko Kassel, a zatem w okolicy, w której przyszli na świat bracia Grimm. Od małego czuł dziwną więź z ich baśniami; szczególne fascynowała go historia Jasia i Małgosi, a zwłaszcza fragment o tuczeniu chłopca przez czarownicę, przygotowującą go do zjedzenia. W szkole uważano go za dziwaka; wycofany i nieporadny towarzysko chłopiec codziennie był poniżany, a nawet bity przez innych uczniów – dlatego zaczął wymyślać sobie fikcyjnych towarzyszy zabaw. To normalne na pewnym etapie u dzieci, ale u małego Armina te fantazje szybko przybrały niepokojącą postać: Meiwes wyobrażał sobie ze szczegółami, jak pożera wyimaginowanych przyjaciół. W ten sposób mieli stać się jego częścią i pozostać z nim na zawsze.
Jak wielu morderców, był wychowywany przez samotną, toksyczną i nadopiekuńczą matkę. Ojciec zostawił rodzinę, kiedy Meiwes miał zaledwie kilka lat i nigdy później nie zainteresował się synem. Porzucona matka zaczęła obsesyjnie kontrolować jedynaka: utrudniała mu usamodzielnienie się, zawstydzała publicznie, uzależniała od siebie. Meiwes mieszkał z nią przez całe życie i nigdy nie wszedł z nikim w związek. Pracował jako technik komputerowy: zlecenia przyjmował i wykonywał najczęściej w domu, co jeszcze pogłębiało jego izolację. Dopiero po śmierci matki w 1999 r., jako 38-latek, zaczął realizować swoje skrywane wcześniej pragnienia.

Armin Meiwes i Bernd Brandes
Zaczął od przeglądania stron z ostrą pornografią. Podniecały go sceny tortur i zadawanie bólu; zarówno kobietom, jak i mężczyznom. To ze stron pornograficznych trafił na fora o tematyce kanibalistycznej. Jak sam powiedział w jednym z wywiadów (których udziela chętnie): był urzeczony i poruszony tym, że tylu ludzi ma podobne fantazje, co on. Wcześniej myślał, że nikt inny nie przejawia pociągu do ludzkiego mięsa. Rozmowy z innymi kanibalami oraz oglądanie przesyłanych przez nich materiałów zachęciły go do opublikowania na ogólnie dostępnym forum internetowym niesławnego ogłoszenia, w którym pisał o chęci poznania, a następnie zjedzenia atrakcyjnego mężczyzny. Potencjalnych chętnych prosił o kontakt. Większość internautów była przekonana, że to dziwaczny żart – dlatego też nikt nie zgłosił anonsu policji. Znalazła się jednak jedna osoba, która zainteresowała się ofertą na poważnie.
O mężczyźnie, który odpowiedział na to nietypowe ogłoszenie, wiemy bardzo niewiele. Kilka lat starszy od Meiwesa Bernd Brandes był niezwykle skrytą osobą. Pracował jako inżynier w Berlinie i bardzo dobrze zarabiał, nie sprawiał jednak wrażenia szczęśliwego. Wychowany w bardzo konserwatywnej, protestanckiej rodzinie – z którą w dorosłym życiu nie utrzymywał bliskich relacji – nie mógł pogodzić się z własnym homoseksualizmem, który był dla niego źródłem cierpienia i pogardy do własnej osoby. Najprawdopodobniej zmagał się z depresją, nie wiadomo jednak, czy korzystał z jakiejś formy pomocy. Można się domyślać, że te czynniki złożyły się na jego szokującą decyzję o zostaniu czyimś posiłkiem. Jego prawdziwych motywacji nigdy już jednak nie poznamy: na zawsze pozostaną tajemnicą.

Thomas Kretschmann i Thomas Huber w filmie Kanibal z Rotenburga
Mężczyźni spotkali się 9 marca 2001 r. w odziedziczonym po matce domu Meiwesa w Rotenburgu. Przebieg wydarzeń jest nam dokładnie znany, ponieważ całość spotkania nagrali na kasecie wideo. Meiwes, zgodnie z życzeniem Brandesa, zaczął od kastracji swojego gościa.
Następnie usmażył penisa mężczyzny na patelni i wspólnie z nim zjadł tę „potrawę” – chociaż Brandes, otumaniony lekami przeciwbólowymi i osłabiony upływem krwi, nie miał siły gryźć swojego narządu, określając go jako „zbyt gumowatego w smaku”. Zdaniem psychiatrów ta chęć bycia wykastrowanym tuż przed śmiercią świadczy o potrzebie upokorzenia swojej seksualności i ukarania się za homoerotyczne fantazje. W pewnym momencie nagranie urywa się – Meiwes zatrzymał je, by – według własnych słów – wynieść Brandesa do wanny, w której miał się wykrwawić na śmierć. Umierający mężczyzna miał do mordercy tylko jedną prośbę: chciał, by ten był przy nim w ostatnich godzinach życia.
Meiwesowi ta perspektywa wydała się jednak zbyt nudna. Zostawił Brandesa samego w łazience, a następnie poszedł do swojego pokoju poczytać komiksy. Po kilku godzinach, kiedy Brandes już nie żył, Meiwes porąbał jego ciało na kawałki, wsadził do zamrażarki i żywił się nim przez najbliższe tygodnie.
Brandes nie miał bliskich osób – zapewne dlatego nikt nie zainteresował się jego zniknięciem na tyle, by do skutku drążyć temat. Rozochociło to Meiwesa, który w rok po zbrodni ponownie umieścił w Internecie swoje makabryczne ogłoszenie. Tym razem jednak miał mniej szczęścia – na szczęście. Anonimowy internauta przypomniał sobie, że identyczne ogłoszenie widział kilka miesięcy wcześniej i zaczął podejrzewać, że za całą sprawą może kryć się coś znacznie bardziej złowieszczego niż czarny humor. Zadzwonił na policję. Funkcjonariusze bez żadnych problemów zlokalizowali komputer, z którego wysłano ogłoszenie.
Po przyjeździe do domu Meiwesa nie musieli nawet przeszukiwać pokoi zbyt starannie – w kuchni znaleźli ślady po ciele Brandesa, a w magnetowidzie czekała na funkcjonariuszy kaseta z zapisem jego kastracji.
Sąd miał dowody winy czarno na białym, a jednak sam proces okazał się skomplikowany ze względu na bezprecedensowy charakter sprawy: w końcu do morderstwa doszło za zgodą i porozumieniem obu mężczyzn. Obrona Meiwesa wykorzystała to, wnosząc o morderstwo typu uprzywilejowanego. Adwokaci Niemca podkreślali fakt, że Brandes chciał umrzeć, a oskarżony tylko mu w tym pomógł. Początkowo Meiwesa skazano więc na… osiem i pół roku pozbawienia wolności. Po apelacji prokuratury doszło jednak do ponownego procesu. Tym razem Meiwesa skazano na dożywocie. Sąd stwierdził, że zgoda ofiary nie usprawiedliwia makabryczności zbrodni, a sam udzielający jej Brandes był osobą w oczywisty sposób zaburzoną, dodatkowo znajdującą się pod wpływem leków i alkoholu.
Biegły psychiatra także zalecał niewypuszczanie Meiwesa z więzienia, określając stopień jego dewiacji jako bardzo głęboki, a samego skazanego – jako wciąż fantazjującego o ludzkim mięsie i nieprzejawiającego skruchy. Pięć lat po tej głośnej sprawie, którą interesował się cały świat, powstał film na jej temat: Kanibal z Roteburga.
Oryginalny – lepszy – tytuł filmu, Grimm Love, wskazuje na to, o czym tak naprawdę chciał opowiedzieć reżyser. A tematem, który eksploruje w swoim obrazie najmocniej, jest tytułowa „grimmowska miłość”, czyli spaczone i występne, ale jednak: uczucie. Największą zagadką tej makabrycznej zbrodni pozostaje przecież relacja, która połączyła obu mężczyzn: w interpretacji reżysera rozpaczliwie samotnych, pogubionych życiowo i niedostosowanych.
Niepokoi nas zarówno to, że ktoś chciałby zjeść drugiego człowieka, ale także to, że czyimś pragnieniem mogłoby być zostanie zjedzonym – tak naprawdę to motywacje ofiary, Bernda, są bardziej skomplikowane i tajemnicze.
W ten mroczny świat spaczeń i ciemnych pragnień wprowadza nas główna bohaterka Kanibala z Rotenburga – młoda studentka, która pisze pracę dyplomową o sprawie Olivera Hartwina i Simona Grombeka (pod którymi to pseudonimami występują w filmie Armin Meiwes i Bernd Brandes). W tym celu podróżuje do rodzinnej miejscowości kanibala – stara się poznać jego przeszłość i środowisko, a tym samym dowiedzieć się, dlaczego zrobił to, co zrobił. Podobnie jak widz, pragnie ocalić wiarę w logikę oraz przyczynowo-skutkowość ludzkich zachowań. Zło powinno mieć przyczynę, prawda? Otóż nie zawsze; nie zawsze też normalny, dobry człowiek jest w stanie je pojąć – tak jak bohaterka, która w końcowej scenie niszczy zdobytą na czarnym rynku kasetę z nagraniem zbrodni Meiwesa, wstrząśnięta i przerażona tym, co tak usilnie starała się zrozumieć.
Są na tym świecie pytania na które nie ma odpowiedzi i zbrodnie, dla których nie ma usprawiedliwienia czy choćby wytłumaczenia – z takim pesymistycznym wnioskiem pozostawia nas film. Zło w Kanibalu z Rotenburga jest odarte z całej atrakcyjności, jaką pudrują je hollywoodzkie produkcje. To pierwotna, irracjonalna, ale i prostacka siła. Kanibalizm to w gruncie rzeczy prymitywne zaburzenie o podłożu psychoseksualnym: nie kryje się za nim żadna większa filozofia.
A jednak Kanibal z Rotenburga jest filmem… pięknym. Wysmakowanym, wyrafinowanie sfilmowanym i subtelnym. Dużo kwestii pozostaje niedopowiedzianych – matka Meiwesa upada w piwnicy i umiera: w następnym ujęciu jej syn zaprasza znajomych na mięsny obiad i pyta się z uśmiechem, czy smakuje… Mocno zaniżona ocena na najpopularniejszym polskim portalu ratingowym to wyraz rozczarowania tych widzów, którzy oczekiwali krwi i flaków. Nie dostali ich, bo to kino autorskie i kameralne, niedosłowne – wręcz poetyckie. Tym, co najbardziej interesuje reżysera, są człowiek i przewrotna zagadkowość jego natury.
Kanibal i jego ofiara brzydzą nas i przerażają, ale jednocześnie im współczujemy w całej ich żałosności i samotności. Oprócz zadumy i refleksji dostajemy również gęstą atmosferę i przybrudzone kadry. No i sceny, od których coś zimnego przebiegnie nam po plecach. Zbliżenie na twarz Simona w czasie kastracji. Spokojne, mechaniczne rąbanie jego martwego ciała na kawałki. Mogłabym jeszcze długo o tym filmie pisać: uważam, że jest to wybitny obraz i zasługuje na znacznie większą popularność. Co ciekawe, Armin Meiwes usiłował powstrzymać dystrybucję filmu. W tym celu złożył pozew do sądu, oskarżając twórców o bezprawne wykorzystanie jego wizerunku i biografii, a także… o przedstawianie jego osoby w niekorzystnym świetle. Co jeszcze ciekawsze – sąd ów pozew zaakceptował i przez pewien czas wyświetlanie Kanibala z Rotenburga było zabronione na terenie Niemiec. Ostatecznie jednak sąd federalny zniósł ten zakaz, stwierdzając, że w tym konkretnym przypadku wolność artystyczna jest ważniejsza niż prawa osobiste.
Dylan Klebold i Eric Harris *cytat z dziennika Dylana Klebolda
Obaj byli ponadprzeciętnie zdolni, pochodzili z „normalnych” rodzin i mieli dobre oceny. Eric Harris chciał zostać wojskowym, tak jak jego ojciec. Dylan Klebold pochodził z inteligenckiej rodziny, był chorobliwie nieśmiałym i nadwrażliwym dzieckiem – ze względu na wyścig szczurów i nadmiar stresu zrezygnował z elitarnego programu szkolnego, którym w latach 90. obejmowano najinteligentniejszych uczniów Ameryki. Zaprzyjaźnili się jeszcze przed tym, jak wspólnie rozpoczęli naukę w Columbine High School. Poza sobą nawzajem mieli niewielu znajomych, w szkole uważano ich za dziwaków. Zainteresowani komputerami i informatyką, noszący się na czarno i zawsze ponurzy Dylan i Eric szybko stali się ulubionym obiektem prześladowań szkolnej elity – sportowców i mięśniaków. Obaj uciekali w wirtualny świat: gry komputerowe i tworzone przez siebie strony internetowe oraz blogi, których zawartość stawała się z roku na rok coraz bardziej niepokojąca. Zapiski chłopców (w większej mierze Erica) były pełne nihilizmu, depresyjnych przemyśleń, poczucia beznadziei, pogardy do samego siebie i całego świata, a z czasem: paranoidalnej wizji świata, nienawiści do ludzkości, fascynacji bronią i nazizmem, fantazji o masowym morderstwie oraz manii wielkości.
Nagranie z monitoringu U Erica po raz pierwszy stwierdzono problemy psychiczne na długo przed szkolną masakrą. Zaobserwowano u niego zachowania antyspołeczne i depresję, jednak psychotropy, jakie przepisano mu na te problemy, tylko wygenerowały nowe: lęki, schizy i paranoje. Także Dylan przyjmował antydepresanty.
Wspólnie odreagowywali, zadzierając z prawem, dokonując drobnych przestępstw i kradzieży. W efekcie jako siedemnastolatkowie – na rok przed tragedią – zostali objęci programem resocjalizacyjnym, w ramach którego sprawowali się ponoć dobrze. Nikt nie podejrzewał, że następne kilkanaście miesięcy zajmie im szczegółowe planowanie zamachu na ich liceum, Columbine High School: gromadzenie broni, montowanie bomb, pieczołowite notowanie każdego szczegółu. Cel? Zabić jak najwięcej osób. Do spełnienia tych makabrycznych planów doszło 20 kwietnia 1999 r. Biorąc pod uwagę zainteresowanie obu chłopców nazizmem, wielu interpretuje tę datę jako hołd dla Hitlera, złożony w rocznicę jego urodzin. Nie jest to jednak prawda: masakra pierwotnie była zaplanowana na 19 kwietnia. Zamachowcy musieli przesunąć datę o dzień ze względu na to, że kolega, który załatwiał im część broni, spóźnił się z dostawą.
Pierwszym punktem zamachu miał być wybuch kilku bomb domowej roboty. Następnie mieli czekać na zewnątrz szkoły i strzelać do uciekających z budynku osób jak do kaczek. Mimo ponad roku intensywnych przygotowań pierwsza część akcji okazała się – nomen omen – niewypałem. Bomby podstawione w stołówce miały zostać zdetonowane kwadrans po jedenastej: na szczęście nigdy do tego nie doszło. Wybuchowe ładunki nie wypaliły. Wobec tego Eric i Dylan byli zmuszeni przejść od razu do punktu drugiego – strzelania. Wkroczyli do szkoły uzbrojeni po zęby, przez nikogo niezatrzymani (nikomu nie przyszło do głowy, że broń może być prawdziwa), i najzwyczajniej w świecie zaczęli strzelać do ludzi. Rozpętały się panika i piekło. Alex Frost w filmie Słoń Biorąc pod uwagę arsenał zgromadzony przez zamachowców i spóźnioną reakcję policji, która dała Dylanowi i Ericowi naprawdę dużo czasu, to cud, że zginęło „zaledwie” 13 osób, a ranionych zostało 24. Gdyby akcja przebiegła tak, jak zaplanowali to nastolatkowie w swoich dziennikach, liczba ofiar byłaby o wiele wyższa. Również zachowanie chłopców jest nietypowe, kłóci się z deklarowaną chęcią zabicia jak największej liczby ludzi i dokonania „naturalnej selekcji”. Zamachowcy, co widać na taśmach z monitoringu, przez większość czasu przechadzali się po korytarzach i strzelali do pustych ścian.
Dobór ofiar również był przypadkowy, co wyklucza przypuszczenie, jakoby celem ataku mieliby być szkolni prześladowcy – tak naprawdę żaden z nich nie zginął 20 kwietnia. Dylan i Eric strzelali do tego, kto im się nawinął, według kaprysu. Po co więc rozpętali całą tę masakrę? Być może najbliższy mrocznej prawdy jest wpis z pamiętnika Erica, w którym wynurza się on na temat tego, że strzelanina będzie niepowtarzalną okazją, by poczuć się jak bohater gry komputerowej. Rzeczywiście, zabijanie sprawiało obu zamachowcom dziką radość. Taśmy ze stołówki i biblioteki – dwóch miejsc, w których zabili i ranili największą liczbę osób – są bardzo niepokojące: przedstawiają dwóch wyrostków uzbrojonych jak profesjonalni komandosi, śmiejących się przy strzelaniu tak, jakby właśnie znajdowali się na najlepszej imprezie w życiu.
Ostatnim punktem zaplanowanym przez morderców było samobójstwo. Zamachowcy od początku wiedzieli, że jest to ostatni dzień ich życia – zabicie samych siebie było koronnym punktem ich planu. Po otoczeniu szkoły przez policję i wymianie ognia z funkcjonariuszami, obaj strzelili sobie w skroń i zginęli na miejscu. Mieli 18 lat. Kontrowersje budzi jednak fakt, że Dylan został zastrzelony z broni Erica, co może sugerować, że tak naprawdę nie popełnił on samobójstwa, a zamordował go jego przyjaciel. Nic nie usprawiedliwia Erica i Dylana, nawet postępujące problemy psychiczne nie były na tyle poważne, by uczynić ich niepoczytalnymi i zaburzyć osąd rzeczywistości. Młody wiek, nieukształtowany charakter i nastoletnia głupota w żadnym wypadku nie tłumaczą wykalkulowanego i zaplanowanego na zimno mordu. A jednak Eric i Dylan budzą nie tylko obrzydzenie, ale i współczucie.
Jak bardzo trzeba być zgorzkniałym, wypalonym wewnętrznie i zeżartym nienawiścią do świata, by w tak łatwy sposób i bez wyraźnego motywu odebrać życie kilkunastu przypadkowym osobom, a następnie sobie? Cierpienie i samotność rodzi zło, a ciemna strona ludzkiej natury jest przepastna i tajemnicza. Jak zawsze w podobnych sytuacjach następstwem było polowanie na czarownice i rozpaczliwe szukanie winnych: często krzywdzące. Dostało się grom komputerowym i graczom, ponieważ obaj chłopcy byli fanami brutalnych strzelanek, z Doom i Kingpinem na czele. Dostało się także koncernom farmaceutycznym dystrybuującym psychotropy, które przyjmował Eric. Producentom zarzucano, że niedostatecznie zbadano wszystkie możliwe skutki uboczne, a psychiatrom – że zbyt lekko przepisują silne leki dzieciom i nastolatkom. Co najbardziej bolesne dla kinomanów, masakra w liceum Columbine po raz kolejny rozpętała dyskusję o zgubnym wpływie filmów na młodzież – Eric i Dylan, jak wielu zbrodniarzy, nie kryli się ze swoją fascynacją m.
in. Natural Born Killers. Co zaś najbardziej oburzające z ludzkiego punktu widzenia – winą za całe zajście obarczano rodziców chłopców. Eric Deulen i Alex Frost w filmie Słoń Pod ich adresem leciały kalumnie, sąsiedzi i znajomi przypuścili prawdziwą nagonkę na normalnych, nieidealnych, popełniających błędy wychowawcze (jak każdy), ale przecież chcących dla swoich dzieci jak najlepiej ludzi. Nikt nie pomyślał o tym, jak wielką traumą i tragedią musi być dla rodzica świadomość wychowania mordercy, a także przeżycie samobójstwa własnego dziecka: jakkolwiek złe to dziecko by nie było.
Abstrahując od ich nieskuteczności, ojciec Erica podejmował liczne starania mające na celu pomóc jego synowi, np. odnotowywał wszystkie jego niepokojące zachowania, wyciągał konsekwencje z niepożądanych zachowań. Kiedy na miesiąc przed strzelaniną otrzymał telefon z informacją, że jego zamówienie na broń jest już gotowe do wysyłki, odpowiedział, że to pomyłka i zapomniał o całej sprawie. Nie podejrzewał, że jego syn gromadzi w piwnicy prawdziwy arsenał.
Jednakże Gus Van Sant nie próbował forsować żadnej prostej, łopatologicznej tezy – i to właśnie świadczy o ogromnej klasie jego Słonia. Główną inspirację reżysera stanowiło oprócz strzelaniny impresyjne opowiadanie jego przyjaciela po fachu, Harmony’ego Korine’a. To, co zadziało się w głowach dwóch nieletnich zamachowców, pozostaje tajemnicą. Reżyser nie stara się jej rozwiać, a raczej postawić widza oko w oko z jej mrokiem i cieniem.
Zło jest u niego nieprzeniknioną zagadką. Przede wszystkim jednak, jest do bólu banalne. Odarte z blasku i pozbawione sensu czy celu. Istotą zła i tragedii – czy szerzej: życia – jest u Van Santa przypadkowość. Przypadkowe jest tutaj wszystko, począwszy od tytułu: w pokoju jednego z nieletnich zamachowców wisi obrazek słonia, na którym przez moment zatrzymuje się oko kamery – to jedyne nawiązanie do tego zwierzęcia w całym filmie. Inne interpretacje tytułu przywołują angielski idiom „elephant in the room” („słoń w pokoju”) – określenie czegoś rzucającego się w oczy, natarczywego, alarmującego. A jednak ktoś kiedyś przeoczył ewidentne problemy Erica i Dylana tak, jak my przeoczamy kolejne postacie nastolatków, zlewające się ze szkolnym tłem.
John Robinson w filmie Słoń Słoń przypomina miejscami paradokument – to portret kilku godzin z życia szkolnej społeczności, przed strzelaniną i w jej trakcie. Wrażenie realizmu potęguje obsadzenie w rolach uczniów aktorskich naturszczyków. Bardzo długie, kilkuminutowe ujęcia sprawiają, że czujemy się jak jedni z uczniów, chodzący za kolegami ze szkoły i podglądający ich codzienność.
Oglądamy chaotyczne i niepowiązane ze sobą sceny: bulimiczne nastolatki wymiotujące po nietkniętym obiedzie ze stołówki, syn alkoholika próbujący radzić sobie z problemami w domu i szkole, zakochana para planująca wspólne spędzanie wolnego czasu. Większe i mniejsze problemy, które przerywa niespodziewana strzelanina. O tym, które z tych osób stracą życie, zadecyduje wyłącznie przypadek. Reżyser z dystansu, chłodno i bez komentarza rejestruje cały absurd życia, którego to absurdu uosobieniem jest szkolna masakra. Śmierć wybiera swoje ofiary bez logiki, porządku i sprawiedliwości: tak w trakcie zamachu, jak i w życiu. Wydestylowane studium bezsensowności oraz łatwości przemocy jest dziełem zaskakująco przy tym melancholijnym, subtelnym, refleksyjnym. Dla wrażliwego widza Słoń będzie seansem, który z pewnością głęboko przeżyje. Złota Palma dla tego filmu była całkowicie zasłużona.
Masakra w Columbine High School do dziś pozostaje chyba najszerzej znaną szkolną strzelaniną. Akta w sprawie zostały całkowicie odtajnione. Tragedia inspirowała wielu filmowców poza Van Santem: na jej motywach powstały choćby Kwietniowe łzy. Co jednak przerażać może najbardziej, to że po dziś dzień Eric i Dylan inspirują… życie. W różnych dziwnych zaułkach Internetu nadal można znaleźć fanów masakry Columbine, otaczających zamachowców swoistym kultem. W kilku przypadkach fascynację poparły czyny, kiedy to dochodziło na terenie Ameryki – i nie tylko – do strzelanin bezpośrednio inspirowanych ostatnim dniem życia Erica Harrisa i Dylana Klebolda.
Fred i Rosemary West Kiedy pani Letts była w ciąży, regularnie przyjmowała elektrowstrząsy. Wpłynęło to na rozwój urodzonej przez nią córki, Rosemary.
Dziewczynka była bardzo nerwowa, miała też kłopoty z nauką – wiele lat później więzienne badania wykazały niepełnosprawność umysłową w stopniu lekkim. Mała Rose cierpiała też na specyficzny tik: niekontrolowane podrzuty głowy. Niedorozwój intelektualny nie szedł jednak w parze z fizycznym: dojrzewać zaczęła szybko i intensywnie, od wczesnego okresu pokwitania była nadpobudliwa seksualnie, m.in. molestowała swojego młodszego brata, co ten wspomina jako traumę z dzieciństwa. Sama Rosemary była z kolei wykorzystywana przez własnego, cierpiącego na schizofrenię ojca – z którym regularnie uprawiała seks nawet po tym, kiedy poznała „miłość” swojego życia: Freda Westa.
Był rok 1969, ona miała 15 lat, on – 27. Fred był już notowanym przestępcą. Miał na koncie kradzieże, torturowanie zwierząt i liczne przypadki molestowania młodych dziewcząt. Kiedy jako nastolatek po raz pierwszy został zatrzymany za próbę zgwałcenia koleżanki, zdziwił się bardzo: „Co w tym złego? Przecież wszyscy tak robią”. Wcześnie rzucił szkołę i do końca życia nie nauczył się płynnie czytać. Pochodził z wielodzietnej rolniczej rodziny i był typowym maminsynkiem, faworyzowanym na tle reszty rodzeństwa. Matka uwielbiała go do tego stopnia, że kiedy jej 13-letnia córka wyznała, że brat gwałci ją od roku, kobieta wzięła stronę syna. Upodobanie do przemocy i brutalnego seksu jeszcze bardziej nasiliło się u Freda po urazie głowy, jakiego doznał w wyniku wypadku samochodowego. To wtedy zaczął pociągać go nie tylko gwałt, ale i morderstwo. Szacuje się, że przed poznaniem Rosemary zdążył już zabić kilka kobiet.
Wśród kobiet, których zamordowanie już po wielu latach zdołano mu udowodnić, była matka jego nienarodzonego dziecka, która irytowała go naleganiem na ślub. Zniecierpliwiony Fred chwycił za tasak, wyciął płód z brzucha kobiety, a ją samą porąbał na kawałki i zakopał w ogródku… Ćwiartowanie zwłok – którego nauczył się, pracując w rzeźni – stało się odtąd częstym dla Freda Westa sposobem znakowania ofiar. Inną charakterystyczną manierą tego mordercy było wycinanie kości paliczkowych i zatrzymywanie ich w charakterze trofeum: zaobserwowano to u wszystkich zabitych przez niego dziewczyn, których ciała udało się znaleźć. Rosemary, która wyszła za Freda wkrótce po osiągnięciu pełnoletniości, szybko ujawniła równie mordercze skłonności. Pierwszego zabójstwa dokonała jeszcze przed ślubem, jako niepełnoletnia dziewczyna, kiedy to Fred przebywał w areszcie za drobną kradzież. Rose przez ten czas miała za zadanie opiekować się dwiema córeczkami jego poprzedniej żony (jedna z dziewczynek była córką Freda, druga: nieznanego mężczyzny). Była kobieta Freda uciekła od niego z kochankiem, ponieważ West często i mocno ją bił: niestety, nie przyszło jej do głowy, by zabrać ze sobą córeczki – dla obu okazało się to tragiczne w skutkach. Starsza z nich, ośmioletnia Charmaine, została zamordowana przez Rosemary w przypływie szału: zbrodniarkę zdenerwowało to, że dziewczynka nie płakała, kiedy była przez nią bita…
Dominic West jako Fred West w U boku oskarżonego Fred po wyjściu z więzienia najzwyczajniej w świecie pomógł żonie zakopać zwłoki, a kiedy matka dziewczynki wróciła, by upomnieć się o swoje dzieci – zabił i ją. Po tym zdarzeniu para przeprowadziła się na Cromwell Street nr 25 w Gloucester, gdzie mieszkała aż do aresztowania.
Rosemary urodziła w sumie ósemkę dzieci, ale założona przez nią i Freda rodzina była skrajnie dysfunkcyjna. On przez całe życie dorabiał kradzieżą i rabunkiem, natomiast ona pracowała jako prostytutka. Jej klientelę stanowili przede wszystkim biedni imigranci z Afryki i krajów arabskich: stąd trójka z ósemki urodzonych przez nią dzieci była Mulatami lub charakteryzowała się bardzo ciemną karnacją – Fredowi nie przeszkadzało jednak, że wychowuje ewidentnie cudze potomstwo. Sąsiedzi uważali, że Westowie są dziwni – nie mieli nawet pojęcia, jak bardzo. Parę łączyło zamiłowanie do agresywnego seksu: szybko przestali sobie wystarczać i zaczęli szukać ostrzejszych wrażeń. Ich największym marzeniem było posiadanie seksualnej niewolnicy. W tym celu zwabili do siebie 17-letnią Caroline Owens, oferując jej dorywczą pracę opiekunki do dzieci. Niczego niepodejrzewająca dziewczyna została związana, a następnie wielokrotnie zgwałcona i pobita w ramach sadystycznej zabawy. Na szczęście udało jej się uciec z domu Westów, a nawet zgłosić całą sprawę policji. Niestety, proces sądowy i konieczność opowiadania o traumatycznych wydarzeniach okazały się zbyt trudne dla dziewczyny; co gorsza, sędzia zdawał się brać stronę Westów, którzy bezczelnie utrzymywali, że Caroline uprawiała z nimi seks dobrowolnie (czemu przeczyły liczne i poważne obrażenia ofiary).
Ostatecznie Caroline przeżyła załamanie nerwowe i próbowała popełnić samobójstwo, natomiast jej kaci otrzymali karę… grzywny (!) w wysokości 100 funtów. Ta sprawa nauczyła Freda i Rose dwóch rzeczy. Po pierwsze: poczuli się praktycznie bezkarni. Po drugie: postarali się, by kolejne ofiary już nigdy nie opuściły ich domu. Małżeństwo z piekła rodem wypracowało sobie sprawdzone metody pozyskiwania osób do swoich chorych i makabrycznych zabaw. Celowali w bardzo młode dziewczyny, a wręcz dzieci: większość z nich nie ukończyła 18 roku życia. Rosemary zajmowała się zwabianiem do mieszkania kolejnych ofiar – pulchna i „matczyna” z wyglądu nie wzbudzała żadnych podejrzeń.
Oferowała dziewczynom nocleg albo pracę opiekunki do dzieci. Innym typem ofiar były młodociane prostytutki, którym Rosemary – również prostytutka – proponowała współpracę. Często też robiła z Fredem samochodowy objazd po okolicy, oferując podwózkę dziewczynom czekającym na przystankach autobusowych i autostopowiczkom – wyglądali na poczciwą małżeńską parę, więc wzbudzali zaufanie. Preferowali dziewczyny z domów dziecka, patologicznych rodzin albo takie, które uciekły z domu – szukali ofiar, którymi nikt się nie zainteresuje, gdy znikną. To między innymi przez to działali tak długo i bezkarnie. Parze zboczeńców walnie „pomogła” też epoka, w której działali. W latach 70. ruch hippisowski wciąż był jeszcze żywy, zaraz po nim nadeszła rewolucja punkowa, kontrkultura przeżywała swój złoty okres. Liczba nastolatek, które uciekły z domu, była tak duża, że policja nie nadążała z przyjmowaniem zgłoszeń, nie mówiąc o przeprowadzeniu dochodzenia. Dlatego Westowie tak długo pozostawali bezkarni, a ostateczna liczba ich ofiar jest tak trudna do ustalenia – nieoficjalnie uważa się, że wiele dziewczyn, które zaginęły bezpowrotnie w tamtym okresie, mogło skończyć w piwnicy Freda i Rosemary.
Udało się udowodnić im „tylko” dwanaście morderstw – ponieważ tylko tyle ciał była w stanie zidentyfikować policja. Szacuje się jednak, że w latach 1970–1994 zabili co najmniej trzydzieści osób. Monica Dolan jako Rosemary West w U boku oskarżonego Sama śmierć może się jednak wydawać łaską wobec ogromu bólu, jaki zadawali swym ofiarom Rosemary i Fred. Zwabione do ich domu dziewczyny prędzej czy później lądowały w piwnicy państwa West. To tam spędzały ostatnie kilka dni lub tygodni przed śmiercią, a wygłuszone ściany miały za zadanie pilnować, by nikt ich nigdy nie usłyszał.
Dziewczyny były krępowane i wiązane, gwałcone i penetrowane przy użyciu różnych przedmiotów, bite i duszone, okaleczane i cięte nożem… Kiedy para zwyrodnialców uznawała, że dziewczyna została już przez nich „zużyta”, a jej ciało jest zbyt zniszczone – zabijali ją, zakopywali w ogródku lub w lesie, a następnie wyruszali na poszukiwanie kolejnej ofiary. Sekcje zwłok wykazały, że zbrodnie Westów i obrażenia zadawane ofiarom z każdym rokiem stawały się coraz bardziej makabryczne.
Ofiarami chorych żądzy Westów padły nawet ich własne dzieci. Bite i izolowane od świata, wielokrotnie lądowały w szpitalu ze względu na obrażenia i zły stan zdrowia, co nigdy (!) nie zostało zgłoszone opiece społecznej. Największy horror przeżyły jednak dziewczynki. Jak powtarzał im Frank: spłodziłem was, więc mogę zrobić z wami, co zechcę Anne-Marie, córka Freda i jego byłej żony, w wieku zaledwie ośmiu lat została rozdziewiczona przez Rosemary przy użyciu wibratora, a następnie zanurzona w słonej wodzie, by bardziej ją szczypało. Po wszystkim usłyszała od swojej macochy, że powinna być jej wdzięczna, bo dzięki niej będzie w przyszłości wiedziała, jak zaspokoić mężczyzn. Dziewczynkę przez lata brutalnie gwałcił ojciec, była także zmuszana do prostytucji. Na szczęście udało jej się uciec, choć traumatyczne dzieciństwo okupiła ciężką depresją i kilkoma próbami samobójczymi.
Najstarszej córce Freda i Rosemary, Heather, zabrakło i tej odrobiny szczęścia – kiedy miała 16 lat, rodzice zamordowali ją za to, że ośmieliła się szukać ratunku przed gwałcącym ją ojcem. Ciało dziewczynki zakopano w ogrodzie i odtąd Fred i Rosemary mieli zwyczaj zastraszać swoje pozostałe dzieci tekstem: jak będziesz niegrzeczny, to skończysz pod ziemią jak Heather Oboje uznawali to za prześmieszny żart. Nagłe zniknięcie Heather nie przeszło jednak bez echa. W szkole już wcześniej podejrzewano, że w jej domu dzieje się źle: miała objawy nerwicy i często chodziła pobita. Westowie plątali się w zeznaniach: czasem mówili, że uciekła z domu z kochankiem, innym razem, że wyjechała do pracy w Niemczech. Także zachowanie młodszych dzieci budziło niepokój u nauczycieli i znajomych; kiedy zaś jedna z dziewczynek zwierzyła się mamie koleżanki z tego, że ojciec ją gwałci i nagrywa to na kasetach video, kobieta zgłosiła sprawę policji.
Dopiero wtedy, w 1992 r., po dwudziestu latach makabrycznej działalności Westów, odebrano im dzieci, a funkcjonariusze przeszukali ich dom. Znaleziska z ogrodu, zeznania dzieci oraz łatwość, z jaką Fred i Rosemary dawali się sprowokować policjantom do zdradzania szczegółów swych zbrodni – to wszystko stopniowo pozwoliło odkryć przerażającą prawdę. Fred powiesił się w celi, oczekując na wyrok, a Rosemary została skazana na dożywocie, które odsiaduje do dziś – choć usiłowała odwoływać się od wyroku, bezczelnie utrzymując, że nie miała pojęcia o zbrodniach męża. Emily Watson jako Janet Leach w U boku oskarżonego Wokół Westów narosło przez lata wiele teorii spiskowych. Niektórzy wierzą, że nie działali sami, a jedynie pozyskiwali ofiary dla sekty bogatych satanistów albo jakiegoś wpływowego zwyrodnialca. Zdaniem wielu para tak głupich i ograniczonych ludzi, jak Rosemary i Fred, nie byłaby w stanie przez tyle lat pozostawać niezauważona, zabijając na taką skalę – musiał pomagać im ktoś z zewnątrz. Podejrzane wydaje się też samobójstwo Freda w więziennej celi – być może ktoś chciał go uciszyć. Wydaje się nieprawdopodobne, by odebrał sobie życie mężczyzna, którego biegli psychiatrzy określili jako „niezdolnego do odczuwania wstydu i pozbawionego sumienia”, który nie bał się więzienia, bo wielokrotnie lądował za kratkami i który po złapaniu bezczelnie chwalił się, że „i tak nigdy nie znajdziecie wszystkich ciał, bo tych dziewczyn było zbyt dużo”.
Niestety, nigdy już chyba nie dowiemy się, czy skazano wszystkie osoby zamieszane w okropieństwa, do jakich dochodziło w piwnicy na Cromwell Street nr 25. Sam dom Westów zburzono – dziś pod tym adresem znajduje się wyłącznie goła ziemia.
Na pewno cała sprawa ma jednak trzeciego winowajcę – system prawny Wielkiej Brytanii z lat 60. i 70. XX wieku. To pobłażliwość ówczesnego prawodawstwa względem wykroczeń na tle seksualnym doprowadziła do eskalacji zwyrodnialstwa u Freda. Mówimy o człowieku, którego wielokrotnie zgłaszano policji nie tylko ze względu na molestowanie, ale i na gwałty – żadna z tych skarg nie została potraktowana poważnie, za żadną nie został skazany. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się po prostu chore, by karą przewidywaną za gwałt była grzywna (!), jak to miało miejsce w Anglii. O całej sprawie powstały trzy telewizyjne dokumenty – dwa wyprodukowane przez Channel 5 i jeden przez Discovery. Historia Rosemary i Freda West zainspirowała też scenarzystę Neila McKaya i reżysera Juliana Jarrolda do stworzenia świetnego, dwuodcinkowego miniserialu U boku oskarżonego (oryginalny tytuł: Appropriate Adult). Tytułowy „odpowiedni dorosły” to funkcja w prawodawstwie brytyjskim – nazywa się tak osobę, która współpracuje w czasie procesów sądowych z zamieszanymi w nie dziećmi lub dorosłymi, u których stwierdzono niepełnosprawność intelektualną czy niedostosowanie społeczne.
Zadanie appropriate adult polega na tym, by uczestniczyć we wszystkich przesłuchaniach i procesach klienta, a także służyć mu ewentualną pomocą w zrozumieniu własnej sytuacji prawnej. W trakcie procesu Freda Westa i jemu został przyznany appropriate adult ze względu na niemal całkowity analfabetyzm mężczyzny. Sędzia chciał mieć pewność, że West nie będzie się odwoływał od wyroku pod pretekstem, że czegoś nie zrozumiał w trakcie procesu. Pomocnica Freda nazywała się Janet Leach, była gospodynią domową i pracownicą socjalną. To z jej perspektywy opowiedziana została historia Westów w U boku oskarżonego i na jej wspomnieniach oparty został wierny faktom scenariusz. W Janet wcieliła się Emily Watson, tworząc jedną ze swych najwybitniejszych kreacji. Gwiazda Przełamując fale otrzymała za tę rolę nagrodę BAFTA dla najlepszej aktorki telewizyjnej. Równie świetny jest Dominic West w roli Freda Westa (niepokojąca zbieżność nazwisk, podobnie jak fizyczne podobieństwo, jest przypadkowa – choć kryje się w tym przypadku coś złowieszczego). Oddaje prymitywność, bezmyślność i bestialstwo kryjące się pod twarzą pozornie przeciętnego człowieka tak wiarygodnie, że włosy nieraz stają na karku.
Serial jest nie tylko opowieścią o zbrodniach tak okrutnych, że trudno w nie uwierzyć normalnemu człowiekowi. To także bezbłędne i przejmujące sportretowanie specyficznej relacji, jaka wywiązała się między Fredem i Janet. Morderca traktuje kobietę jako swoją powiernicę i przyjaciółkę, zwierza się jej, w końcu – roi sobie, że zostawi dla niej Rosemary. W centrum dramatu nie stoi jednak Fred, ale Janet. Zwykła kobieta w niezwykłej, wręcz ekstremalnej sytuacji. Zmuszona zachować spokój wobec miłosnych awansów seryjnego gwałciciela i śmiertelnie niebezpiecznego przestępcy.
Zobligowana do bezstronności i transparentności względem zwyrodnialca, niemogąca nawiązywać emocjonalnej relacji z osobą, z którą spędza wiele godzin dziennie. Ten raczej nieznany u nas miniserial to porcja naprawdę mocnego ekranowego dramatu i seans absolutnie godzien polecenia. Do tematu zbrodni, które zainspirowały kino, powrócę w części trzeciej zestawienia – już za jakiś czas. Część pierwsza – tutaj.
Samotny człowiek uderza z bezwzględną furią* – masakra w Columbine High School
Słoń (reż. G. Van Sant, 2003)





Małżeństwo z piekła rodem – upiorne zbrodnie Rosemary i Freda West
U boku oskarżonego (reż. J. Jarrold, 2011)




