Wywiad
ZAJRZYJ ZA KULISY PORNOBIZNESU. Wywiad z Tobym Heigh (część 1)
ZAJRZYJ ZA KULISY PORNOBIZNESU to fascynujący wywiad z Tobym Heigh, który odkrywa tajemnice produkcji filmów dla dorosłych w Wielkiej Brytanii.
W latach 2002-2009 Toby Heigh pracował dla jednego z największych producentów i dystrybutorów pornografii w Europie, który jako pierwszy dostał licencję na sprzedaż twardej pornografii w Wielkiej Brytanii. W trakcie swojej kariery zajmował się organizacją produkcji i dystrybucji zarówno pornografii głównego nurtu, jak i filmów dla fetyszystów. Dla film.org.pl opowiada o kulisach swojej pracy.
Przeczytaj również drugą część wywiadu.
Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tekście zostały wykonane przez Jo Broughton, która fotografowała puste scenografie zbudowane na potrzeby filmów pornograficznych po kolejnych dniach swojej pracy.
Grzegorz Fortuna: Na czym dokładnie polegała Twoja praca?
Toby Heigh: Na początku nadzorowałem produkcję filmów pornograficznych. Nie chodziło jednak o ich treść, ale o sam proces produkcyjny, czyli pilnowanie terminów i wszystkich innych kwestii, o które trzeba było zadbać po skończeniu postprodukcji. Moje zadanie polegało na tym, żeby wypuścić w ciągu miesiąca określoną liczbę tytułów, które mieliśmy założone w harmonogramie. Później – jako szef filii – zajmowałem się właściwie tylko pokazywaniem palcem, co ludzie mają robić, i zarządzaniem sklepem internetowym. Był to jeden z pierwszych sklepów internetowych, które oferowały filmy porno – jeszcze wtedy na VHS i DVD.
Czyli zamawiało się po prostu kasetę lub płytę, tylko że przez Internet?
Dokładnie. Musieliśmy się przenieść do Holandii, bo prawo w Wielkiej Brytanii się zmieniło i okazało się, że nie można sprzedawać filmów na terenie kraju za pośrednictwem Internetu. Wyjścia były dwa: przenosiny do Francji albo do Holandii. Z wiadomych powodów Calais było znacznie gorszą opcją niż Amsterdam, więc przenieśliśmy się do Holandii i tam kontynuowaliśmy naszą sprzedaż na rynek brytyjski. Nadal byliśmy tą samą firmą, tylko że działaliśmy na innym terytorium, to było podyktowane stricte wymogami prawnymi. Chcieliśmy uniknąć grubych kar, które nam wówczas groziły.
W jaki sposób zaczyna się pracę w pornobiznesie? Wysyłasz CV na normalne ogłoszenie o pracę?
Zależy. Jeśli chodzi o aktorów, to duże firmy zwykle biorą ich z bazy. Kiedy powstaje zamysł na film – w sensie: czy to będą nastolatki, mamuśki itd. – to dobieramy aktorki, które uważamy za odpowiednie. Bardzo często robiliśmy też składanki i dlatego te filmy mają takie idiotyczne cyfry przy tytułach, typu Anal Invaders 18. Polegało to na tym, że z czterech materiałów filmowych wycinało się cztery sceny i dzięki temu mieliśmy bardzo różnorodne filmy – nie była to na przykład jedna dziewczyna i jeden chłopak, mieliśmy różne aktorki na jednej płycie. Wcale nie oznaczało to jednak, że mieliśmy cztery dziewczyny na planie, bardzo często kręciliśmy po prostu jakąś tam scenę i potem z tych materiałów składaliśmy film.
Mieliśmy taką poboczną firmę, która zajmowała się produkcją filmów od początku. Wymyśliliśmy sobie patent na bardzo undergroundową wytwórnię, która odwróciłaby tradycyjne role z filmów porno. W jej ramach powstawały pornosy, w których to dziewczyny decydowały, z kim uprawiają seks.
Aktorki naprawdę decydowały, czy było to od początku do końca zagrane?
Zagrane. Zmienił się scenariusz, nie tok produkcji. Napisaliśmy historię kilku dziewczyn, które wychodzą na miasto, poznają gości w knajpie i to one decydują, z którym idą do łazienki, z kim uprawiają seks w autobusie czy z kim demolują samochody na starym złomowcu, łupiąc się z kolesiami na maskach wraków. Dawaliśmy wrażenie, że to jest taki trochę girl power.
Film był wielkim sukcesem, zrobiliśmy cztery części. Potem na kanwie tego pomysłu powstało trochę więcej materiału, zrobiliśmy kolejne cztery filmy – po dwie części z każdego tytułu. Niestety, reżyser, z którym współpracowaliśmy, zwariował. Dziewczyna, która występowała u niego w filmach i z którą on był związany, zaszła w ciążę i poroniła. On nas oskarżał, że ona tej ciąży nie doniosła. Zrobiła się bardzo nieprzyjemna sytuacja, bo reżyser wyciągał od nas pieniądze i chciał nas naciągnąć na jakieś grube odszkodowanie za uszczerbek moralny. Jeżeli pracujesz w pornografii od tylu lat i w pewnym momencie się dowiadujesz, że masz uszczerbek moralny, i chcesz odszkodowania, to musisz być najzwyczajniej w świecie debilem. Nasza współpraca się zakończyła, do teraz nie słyszałem, żeby on cokolwiek nakręcił. O tej dziewczynie też zresztą nie słyszałem.
Rzadko spotykam osoby, które w tych filmach występowały, zresztą przebieg… Jezu, jak to źle brzmi… no ale przebieg aktorów porno jest ograniczony i większość z tych dziewczyn jest już raczej na pornoemeryturze. Nie wiem, co robią, nie interesuje mnie to kompletnie.
Jak wyglądał przeciętny dzień twojej pracy?
Jak w każdym biurze, z tą różnicą, że na sali, na której siedziałem, mój kolega przez dziesięć godzin dziennie obrabiał materiał wideo, więc odgłosy były śmieszne. On przewijał te sceny, więc na przykład przez cały dzień mogliśmy słyszeć te same odgłosy, co było trochę torturą. Koleś pracuje na przykład nad sceną z gangbangiem, a ty tego cały czas słuchasz. Niektóre teksty wchodziły do naszego żargonu. Mieliśmy na przykład współpracę z niemiecką wytwórnią, więc przez cały dzień słyszałem teksty z filmu z niemieckimi gospodyniami domowymi: „du ju wont sam kok, bejbe?” takim chamskim pseudoangielskim.
Nie dało się tego słuchać i to był wyraźnie problem tej pracy. Niewielu pracowników biurowych musi słuchać przez cały dzień, jak ktoś się rąbie. Bo trudno to było nazwać seksem. Ale nie licząc tego, to mieliśmy taki sam harmonogram jak przy wypuszczaniu każdego innego produktu. Były terminy końca produkcji, terminy wysyłania do postprodukcji, terminy zakończenia montażu, nadzór nad projektami okładek. Biuro jak każde inne: HR, dyrekcja, dział produkcyjny. Nie było tam niczego, czego nie miałbym w korporacji, w której później pracowałem.
W sumie to była jeszcze jedna osobliwa rzecz, poza odgłosami – wysyłanie do cenzury. W Wielkiej Brytanii każdy film, który trafia do dystrybucji, musi przejść przez cenzurę. Jest taka organizacja, która się nazywa BBFC. Musieliśmy każdy film im wysyłać do oceny, co mnie zawsze niezmiernie bawiło, bo nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak wygląda osoba, która ogląda te filmy i próbuje merytorycznie podejść do tematu. Zdarzały się kuriozalne sytuacje. Przy niemieckim filmie Magma Brutal, do którego robiliśmy angielską wersję językową, dostaliśmy prośbę o usunięcie sceny, w której mężczyzna wkłada podczas seksu głowę kobiety do pisuaru i spuszcza wodę.
Reżyser miał taki pomysł, a BBFC stwierdziło, że to jest coś, co może sugerować przemoc wobec kobiet. Nie potrafiliśmy znaleźć argumentu, że to jest po prostu ostry, wulgarny seks z gatunku gonzo – bez żadnych czułych słówek, z rzucaniem partnerką o ściany. BBFC była bardzo przeczulona na tym punkcie, zresztą jak cały brytyjski wymiar prawny.
Wielka Brytania jest chyba ostatnim krajem zachodnioeuropejskim, w którym filmy porno przechodzą przez cenzurę, prawda?
Tak.
Zdarzyło się, że całkowicie zakazali wam dystrybuować jakiś film?
Nie, ale pocięto nam film tak absurdalnie, że wyszła z tego opowieść o kobiecie, która szuka miłości. I na końcu jej nie znajduje, więc jest jej przykro.
Jak się sprzedał?
Nie sprzedał się, podeszliśmy do sprawy bardzo honorowo i stwierdziliśmy, że jeśli nie możemy wypuścić naszej wizji filmu, to nie róbmy tego w ogóle, bo to nie ma sensu. Ale to była jedna sytuacja. Generalnie poruszaliśmy się w bardzo mainstreamowej pornografii, nie robiliśmy jakichś filmów dla fetyszystów, bo wychodziliśmy z założenia, że jeśli już złapaliśmy jakąś niszę, w której się dobrze czujemy, to trzeba przy niej zostać. Żeby robić filmy dla fetyszystów, trzeba mieć odpowiednią wiedzę. Ja się na tym bardzo przejechałem, robiąc film dla miłośników stóp.
To była produkcja, na którą wyłożyliśmy spore pieniądze. Moje pojęcie na temat fetyszystów stóp wyglądało tak, że kogoś podniecają stopy, ale potem musi być przecież seks. Więc wydaliśmy trochę kasy na pedicure dla dziewczyn, film poszedł do dystrybucji i pojawił się w sexshopach. Robiliśmy coś takiego, że do każdej płyty lub kasety była dołączana pocztówka z pytaniami do klienta. Jeśli ją wypełniłeś i odesłałeś, to dostawałeś w zamian darmowe DVD, taką składankę najlepszych scen i zwiastunów. Na kartce prosiliśmy jednak o ocenę filmu, informację o tym, skąd klient dowiedział się o naszym filmie, co chciałby w nim zmienić itd.
Czyli robiliście badania rynku?
Jak najbardziej, to były darmowe badania rynku. Odpowiedzi były kuriozalne, do teraz żałuję, że nie mam pudła, w którym trzymaliśmy te pocztówki, bo były takie sytuacje, że na pytanie „jak dowiedziałeś się o naszym filmie?” ktoś odpowiadał „od chłopaka mojego ojca”. Albo że ktoś w ramach odpowiedzi na pytanie „co chciałbyś zobaczyć w naszych filmach?” nabazgrał pismem psychopaty – trochę jak z Siedem – „WIĘCEJ KARŁÓW”.
Ludzie wysyłali nam bardzo konkretne listy. Ktoś pytał na przykład, dlaczego w filmach pornograficznych nie ma momentu rozbierania, dlaczego kobieta najpierw się pręży w bieliźnie, a w następnej scenie już nie ma bielizny i dochodzi do seksu oralnego. Gość sugerował, żeby zamiast bielizny na zamki błyskawiczne używać takiej na rzepy, żeby dziewczyny się rozbierały z gracją, a nie były – tu cytat – „nagie jak kurczaki na wystawie w mięsnym”.
Ludzie mieli masę typowo życiowych pytań – na przykład o to, czy w scenach, w których jest obfity wytrysk na twarz kobiety, występują panowie z wyjątkowo dużym zasobem spermy, czy to może praca kolektywna? Jedna pani wysłała bardzo dramatyczny list, w którym pytała, czy moglibyśmy zaprzestać produkcji filmów gejowskich, ponieważ ona przeczytała, że homoseksualiści niezdrowo podniecają się podczas oglądania tych filmów. Jako przykład podała historię z Soho, gdzie ponoć dwóch pijanych homoseksualistów próbowało namówić do seksu młodego chłopaka. Co ciekawe, podpisała się jako Suzanne Jakaśtam „wraz z rodziną”.
Okazało się, że te badania rynku to była taka trochę przynęta na czubków. Jeden z listów zaczynał się od zdania „Masturbuję się od dwunastego roku życia. Teraz mam 78 lat. W moim życiu widziałem już wszystko – od obskurnych niemieckich produkcji po wystawne filmy amerykańskie. Mam kilka uwag”. Lista jego pomysłów liczyła sześć stron. Opisywał nawet to, jak jego zdaniem powinny wyglądać zbliżenia na usta.
A co stało się z filmem dla fetyszystów stóp?
Był totalną klapą, bo okazało się, że w filmach dla fetyszystów stóp w ogóle nie powinno być seksu. Ludzie pisali: „Było super, a potem zaczęli się ruchać”. Dopiero później zacząłem się zagłębiać w temat i dowiedziałem się, że dla fetyszystów stóp sam seks to nawet nie jest wisienka na torcie, ale coś męczącego i niepotrzebnego. Chodziło im o sam widok stopy jako przedmiotu, który ich podnieca. Reszta nie miała znaczenia.
Dowiedziałem się o tym dopiero później, jak poznałem ludzi, którzy robili filmy pornograficzne na zamówienie, oparte o scenariusze przesyłane przez klientów. Mogłeś opisać wszystko i wysłać im swoje fantazje, chociaż akurat ta firma działała w niszy związanej z uprzedmiotowieniem i parafiliami, które nam nie kojarzyłyby się prawdopodobnie w ogóle z seksem. W niektórych ich filmach w ogóle nie było seksu, tylko dziwaczne sceny, których do dziś właściwie nie mogę zrozumieć.
Podaj jakiś przykład.
Masz szklaną podłogę, pod którą jest zamontowana kamera. Na szkle leżą gotowane pomidory, a kamera filmuje od dołu kobiecą stopę, która ugniata te warzywa. Ponoć zleceniodawcy chodziło o same zbliżenia na warzywa rozgniatane między palcami.
Zaraz… to była firma, do której mogłeś wysłać dowolny scenariusz?
Tak, a oni ci go wyceniali. Jeśli zgodziłeś się na proponowaną kwotę, dostawałeś pornola na zamówienie. Gdybyś chciał na przykład, żeby w filmie pornograficznym grał koleś, który wygląda podobnie do ciebie i nosi takie same ubrania, to oni by takiego znaleźli i nakręciliby dla ciebie dowolny film.
Czyli gdybym chciał, żeby dziewczyna jadła rozgotowany makaron i śpiewała piosenki Leonarda Cohena, podczas gdy facet bierze ją od tyłu, to mogłem to zamówić?
Tak, problemem mogłoby być jedynie to branie od tyłu, bo oni skupiali się na tych parafiliach, w których nie ma seksu. Podam ci inny przykład: w jednym z filmów źródłem podniety było to, że kobieta pompowała nożną pompką koło samochodowe, a kamera robiła zbliżenia na mięśnie jej łydki. Kogoś podniecał sam fakt napinania mięśni. Ta sama kobieta chodziła potem w szpilkach po schodach, a kamera szła za nią i pokazywała napięcie nogi przy stawianiu kolejnych kroków.
I na tym polegał cały film?
Tak, to była cała sekwencja. Ona chodziła po tych schodach w górę i w dół, pokazywała łydkę do kamery i tyle.
Bez seksu?
Bez seksu. Bardzo często w tych filmach nie było seksu. To jest coś, co ja zrozumiałem dopiero, kiedy mój przyjaciel – reżyser filmów gejowskich – zrobił serię filmów o parafiliach. Dowiedziałem się wtedy, że są ludzie, którzy mają orgazm tylko wtedy, jak na przykład pocierają się o baloniki. Był jeden gość, który miał gigantofilię. Podniecały go kobiety wielkości Wonder Woman. Ale nie chodziło o to, że kręciła go Małgorzata Dydek, tylko o kobiety, które mają dziesięć pięter wysokości. Problemem było oczywiście to, że takie kobiety nie istnieją. Więc co zrobił, żeby zaspokoić to pragnienie? Zbudował w garażu makietę miasta – całkiem niezłą – a jego żona raz na jakiś czas zakładała buty i robiła przemarsz Godzilli przez miasto, podczas gdy on to filmował od dołu.
Tego się nie spodziewałem.
Ja się wielu rzeczy nie spodziewałem i dopóki pracowałem w przemyśle pornograficznym głównego nurtu, znałem dość prosty schemat: jest seks oralny, potem – w zależności od umowy – jest seks w różnych pozycjach, czasami analny albo z wieloma partnerami. Reżyser planuje kolejność pozycji według własnych fanaberii, ale model pozostaje ten sam – początek, rozwinięcie, kulminacja i papierosek. A w przypadku tych pornoli na zamówienie nie wiadomo właściwie, co jest tą kulminacją. W którym momencie widzowie się podniecają? Nigdy nie dowiedziałem się, jak się stopniuje takie podniecenie. Wiele lat później, gdy pracowałem już w zupełnie innej branży – ale też zajmującej się po części pornografią i erotyką – nadal nie mogłem tego zrozumieć. Miałem raczej klasyczne pojęcie o pornografii: że ma to być film, w którym ludzie uprawiają seks.
W Wielkiej Brytanii, gdzieś w okolicach 2004-2005 roku, zrobiliśmy badanie rynku, żeby sprawdzić, jaka nisza jest najbardziej popularna. Okazało się, że sikanie i kobiety w ciąży.
Bardziej popularne niż na przykład MILF-y?
Bardziej. Mieliśmy zagwozdkę, nie wiedzieliśmy, co robić. Przebranżowić się na „sporty wodne” i zatrudnić kobiety w ciąży? Uznaliśmy, że nie będziemy się tym zajmować, że skoro idzie nam dobrze w głównym nurcie, to nie będziemy się zajmować niszami. Od tego były mniejsze firmy, które sobie zresztą świetnie z tym radziły. Chyba nadal tak to działa, że jeśli potrzebujesz czegoś bardzo konkretnego, to nie szukasz w mainstreamie, bo znajdziesz w nim głównie napompowane laleczki i kolesi z kaloryferami.
No właśnie, wróćmy do głównego nurtu. Firma, w której pracowałeś, słynie z drogich, wystawnych filmów porno z budżetami sięgającymi dwóch milionów funtów. Czym różni się tok produkcji takiego filmu od normalnego filmu aktorskiego? Poza seksem oczywiście.
Właściwie to niczym. W firmie panowało przekonanie, że trzeba dotrzeć do młodych klientów, bo przecież osoby przed trzydziestką też się interesują seksem – wtedy jesteś najbardziej napalony, testosteron robi z ciebie małpę. Wyszliśmy z – jak się okazało – mylnego założenia, że jeśli nakręcimy filmy w sposób młodzieżowy, to młodzi ludzie się na to złapią. Powstała seria Triple X Sports – ekipa jedzie w Alpy, dziewczyny uprawiają seks ze snowboardzistami. Ale to nie zadziałało. Teraz już wiem, że w mainstreamowej pornografii działa to w sposób o wiele prostszy: jeśli spodoba ci się dziewczyna na okładce, to będziesz miał w dupie, czy to kręcili w Alpach czy w Radomiu. Ta dziewczyna ma zrobić to, o czym ty fantazjujesz, a cała reszta jest nieważna.
Nasze filmy różniły się od siebie pod względem budżetu i scenografii, w których były kręcone. Dziewczyny, które miały u nas kontrakty, stały się gwiazdami, wiele z nich zyskało sławę, nie tylko Jenna Jameson czy Briana Banks. Ciekawym przypadkiem była Michelle Wild, która po przejściu na pornoemeryturę zaczęła grać w węgierskim odpowiedniku Na dobre i na złe. Zresztą to bardzo fajna, sympatyczna dziewczyna.
Jeśli wykładaliśmy pieniądze na film, wykładaliśmy też zazwyczaj kasę na kampanię reklamową – na rozkładówki w czasopismach pornograficznych itd. Nakręciliśmy pornograficzną wersję Braveheart, horror w wersji dla dorosłych, wreszcie Cleopatrę z modelowanym w 3D starożytnym Rzymem. Zazwyczaj te pornoparodie miały też super okładki, a na targach filmowych mieliśmy wielkie stoiska, między którymi przechadzały się aktorki. To wszystko robiło wrażenie, ale klucz do sukcesu leży moim zdaniem gdzie indziej – mieliśmy tego farta, że kiedy nasze filmy pojawiły się w Europie, to wszyscy chcieli je oglądać, bo to było coś niezwykłego w porównaniu do półamatorskich scenek kręconych gdzieś na obszczanej kanapie w piwnicy. Dziewczyny były fajne i opalone, kolesie nie wyglądali źle, a plaża na Seszelach to dużo lepsze tło niż plaża w Brighton.
Ale mówisz, że w mainstreamie wszystko sprowadza się do tego, czy spodoba ci się dziewczyna na okładce.
Tak mi się wydaje, nie załapałem nigdy klucza, według którego ludzie wybierają filmy.
W takim razie po co pakować pieniądze w Cleopatrę czy Porno wojny, skoro to wszystko jest dodatkiem do seksu?
Po to, żeby się pochwalić. Ta firma była tak wielka i obracała takimi pieniędzmi, że nigdy podczas mojej pracy nie usłyszałem „nie stać nas na to”. Jeśli któryś z pracowników wymyślił coś ciekawego, kręciliśmy to – klapa jednego filmu nie była dużym problemem. Nie wiem, jaka jest sytuacja firmy teraz i mnie to nie interesuje, ale wtedy mieliśmy nieprzyzwoite zyski. To, co robiliśmy w mojej pierwszej pracy, z pierwszym dystrybutorem, to były kwoty kilkanaście razy mniejsze, no i też zyski mniejsze, bo ten moment, w którym Private osiągnęło sukces, to było tak, że każdy chciał to oglądać; to były ten moment, że wystarczyły cycki, żeby sprzedać film.
Teraz jesteśmy wybredni i zblazowani, bo wchodzimy na tysiące stron pornograficznych i możemy sobie wybierać dowolne fetysze czy parafilie. Wszystko jest o jeden klik od ciebie. Wtedy to było jeszcze nowe, sprzedawaliśmy kosmiczne ilości VHS-ów, w jednym miejscu trzymaliśmy trzysta tysięcy kaset.
Czyli to była złota era?
Tak, początek XXI wieku to była złota era. Nagle zrobiliśmy się bardzo bogaci. Okazało się, że wnosimy jakość, bo to nie są obskurne filmy – to właściwie była jedyna różnica, że czułeś się trochę lepiej, oglądając pornosa, bo to było ładne. Ale nie było tam żadnego złotego środka. Podpisaliśmy na przykład umowę z niemiecką firmą Magma. Wiesz, niemieckie filmy pornograficzne – aktorzy nie wyglądali najlepiej. Pierwsze filmy, które wzięliśmy, były z niemieckimi gospodyniami domowymi. Pukałem się w czoło, byłem przekonany, że to nie przejdzie, że te kobiety są nieatrakcyjne i to w ogóle nie ma sensu.
Sprzedaliśmy ogromną liczbę tych filmów. Ktoś mi wtedy powiedział: „stary, jak fantazjujesz o Jennie Jameson, to wiesz, że do tego nigdy nie dojdzie. Ale jak fantazjujesz o swojej sąsiadce, która wygląda jak ta babka na filmie, to może Ci się to udać”.
Pamiętam, że wszyscy w Polsce podniecali się filmem Dreamquest z Jenną Jameson. To było fantasy, które uważałem za wsiowe i cukierkowe, bo nienawidzę fantasy. Ale wszystkich to kręciło. Nigdy nie wiesz. Ile ludzi, tyle gustów, ile ludzi, tyle fetyszy. Znałem firmy, które specjalizowały się tylko w filmach o koprofilii. Poszliśmy do ich siedziby, na żadną okładkę nie mogłem spojrzeć normalnie, ale ci kolesie robili ogromną kasę. Mało tego, robili też mega przebitki cenowe, bo im bardziej porąbana parafilia, tym film jest droższy. Obskurne tytuły kosztowały trzy razy więcej niż zwykłe DVD. Ludzie się na tym dorabiali kosmicznych pieniędzy.
To było w początkach legalnej dystrybucji pornografii?
To był moment przełomu między VHS-em a DVD. Kasety szły super, a DVD stało się tanim nośnikiem. Rynek eksplodował. Ale wtedy nie istniała jeszcze dystrybucja internetowa – w Wielkiej Brytanii była tylko jedna firma, która zaczęła się tym zajmować. Pamiętam, że byliśmy na konferencji, na której koleś mówił, że przyszłością pornografii będzie Internet i urządzenia mobilne, a wszyscy go wyśmiali. Ja zresztą też, bo dwa dni wcześniej sprzedałem na targach kilka kontenerów kaset i płyt. Tymczasem dwa lata później my musimy zwijać interes, a ci, którzy weszli w dystrybucję internetową, mieli kasy jak lodu.
W drugiej części wywiadu sporo informacji o castingach do filmów porno, stawkach w branży, sposobach kręcenia scen seksu, przeobrażeniach pornografii związanych z powstaniem Internetu i o tym… kto jako pierwszy nakręcił wytrysk w stanie nieważkości. Zapraszamy!
