Artykuł

CZOŁÓWKI wszystkich FILMÓW o JAMESIE BONDZIE

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Biały okrąg przesuwa się po ekranie z lewej strony na prawą, zostawiając po sobie znikające ślady. Strzelec szuka celu. Wreszcie znajduje kandydata do odstrzału. Punkt widzenia okazuje się malowniczo gwintowanym wnętrzem lufy karabinu. Człowiek na muszce nagle odwraca się w stronę zamachowca i oddaje strzał. Ekran zalewa się czerwienią, lufa zaczyna się kołysać, biały okrąg na końcu rozszerza się na cały ekran, odsłaniając pierwsze ujęcie prologu kolejnego filmu z Jamesem Bondem.

Po efektownej przedakcji następuje coś, co odróżnia bondy od wszystkich filmowych serii świata i każdego ekranowego produktu kinematograficznego. Narracyjnie to nic takiego, bowiem daleko bondowskim czołówkom do integracji z akcją filmu, jak na przykład w fenomenalnym prologu Pana życia i śmierci, gdzie widz obserwuje drogę pocisku od fabryki do głowy afrykańskiego dzieciaka. Efektowne czołówki filmów z Bondem to raczej zmysłowe uwertury, stylowe błyskotki pełne sylwetek nagich kobiet bawiących się bronią palną wśród charakterystycznych dla tematyki dzieła leitmotivów wizualnych, przelewających się przez ekran w rytm piosenek skrojonych pod aktualne trendy muzyczne.

Filmy o agencie 007 to już kawał historii kina. Od czasu Dr No z 1962 roku poważni krytycy już dawno zdążyli przegonić serię z panteonu tzw. wielkiego kina, ale widzowie i twórcy wiedzieli swoje. Pomimo wyzutych z prawdopodobieństwa fabuł, bajkowej wersji współczesnego agenta wyrywającego panienki na całym świecie, pomimo sukcesywnych zmian aktorów na młodszych, komiksowo skrojonych superłotrów, fantazyjnych gadżetów, wreszcie pomimo radośnie łamanej chronologii i progresji wydarzeń (w Casino Royale Bond jest młodszy niż kiedykolwiek wcześniej, ale „M” wciąż ta sama), licząca ponad 20 filmów seria wciąż ma się dobrze, a reżyserzy i producenci co kilka lat z powodzeniem odświeżają formułę, dopasowując ją do aktualnych trendów kina sensacyjnego.

Lecz kilka elementów bondów pozostaje niezmiennych (choć Casino Royale paradoksalnie udowodniło, że bond zrobiony na przekór wielu składnikom konwencji pozostaje bondem, i to być może najlepszym z całej serii). Egzotyczne plenery, piękne kobiety, błyskotliwe dialogi, malowniczy przeciwnicy, flirtowanie z Moneypenny, gadżety Q, rozkazy M, sekwencje akcji, tajna baza głównego łajdaka i łóżkowe zakończenia w stylu „Oh, James…” – oglądając kilka bondów pod rząd, można zwariować. I to wcale nie z nadmiaru atrakcji, tylko z kompletnego pomieszania; każdy bond jest skrojony właściwie wg tego samego żelaznego schematu, a nieszczęsny widz-twardziel, po założeniu się z kolegami, że obejrzy wszystkie bondy w kilka dni, pod koniec maratonu zacznie się zastanawiać, czy 007 wrzucił do komina Blofelda, czy może generała Gogola, z którym przegrał w karty w kasynie na Islandii, broniąc Ursulę Andress przed zakusami Christophera Walkena, wyglądającego jak Grace Jones po kuracji genowej.

Żarty na bok. Szacowna seria, zrealizowana z brytyjską elegancją, posiada jeszcze swe czołówki, jedyne w swoim rodzaju miniaturowe dzieła, nad którymi warto się pochylić w oczekiwaniu na właściwą akcję. To już unikat na skalę światową, a tradycja zobowiązuje. W jej bowiem ramach czołówki bondowskie przez niemal 50 lat pozostały czymś stałym, niezmiennym i pielęgnowanym niezależnie od tego, który aktor ma swoje pięć minut jako agent Jej Królewskiej Mości. Co w nich jest takiego zadziwiającego? Właśnie tradycja, objawiająca się na przykład w doborze funkcji w napisach. W latach 60. i 70. sytuacja była prosta i naturalna – do czołówek ładowało się nazwiska i funkcje także tych mniej reprezentatywnych członków ekipy, lista płac była wyświetlana na początku filmu, zaś po ostatniej scenie przeważnie ukazywał się tylko napis „The End”. Nieliczne wyjątki, np. Obywatel Kane, 2001: Odyseja kosmiczna czy Egzorcysta, prezentowały listę płac na końcu, zostawiając prolog tylko dla nazwy wytwórni i tytułu. Przełomem były dopiero Gwiezdne wojny (1977). Odtąd twórcy rezerwowali czołówki tylko dla najważniejszych nazwisk (aktorzy, zdjęcia, montaż, scenografia, kostiumy, efekty, produkcja, scenariusz, reżyseria), albo umieszczali wszystko na napisach końcowych, które po latach rozrosły się do nawet kilkunastominutowych prezentacji, podczas których widzowie gremialnie opuszczali sale kinowe. Nieliczni twórcy (Jackie Chan, Pixar) znajdowali patenty na prezentację napisów na dodatkowych scenach czy na montażu nieudanych ujęć.

Ostatnio dodane