Connect with us

Publicystyka filmowa

Świetne filmy SCIENCE FICTION, których akcja dzieje się wyłącznie NA ZIEMI

Poniższe filmy niosą ze sobą mądrą refleksję nad naszym gatunkiem.

Published

on

Świetne filmy SCIENCE FICTION, których akcja dzieje się wyłącznie NA ZIEMI

Tekst pierwotnie opublikowany 2.06.2023 roku.

O Seksmisji, Łowcy androidów i Anihilacji pisałem już wielokrotnie, więc tylko wspomnę ich tytuły, bo idealnie pasują do tematu. Podobnie jest z Coś, Matrixem, Powrotem do przyszłości, E.T., Parkiem Jurajskim, 12 małpami, Planetą małp, Mechaniczną pomarańczą i Terminatorem 2.

Advertisement

W tym zestawieniu skupię się jednak w większości na tytułach nie mniej interesujących, lecz wciąż czekających na odkrycie przez większe grono widzów. Pewnie nigdy to nie nastąpi, a te fantastyczne tytuły na zawsze pozostaną ciekawostkami, które odkrywa się na bardziej zaawansowanych etapach poznawania SF. A może się mylę. Chciałbym, bo poniższe filmy niosą ze sobą mądrą refleksję nad naszym gatunkiem, a nie są tylko efekciarskim pokazem, co mogą wymyślić ekipy od efektów specjalnych.

„Archiwum”, 2020, reż. Gavin Rothery

Nie jest to drogie SF. Nie jest to SF nakręcone z rozmachem. Nie jest to wreszcie SF, które ma szansę na zapoczątkowanie szerszego uniwersum. Jest to SF kameralne, egzystencjalne z rozwalającym umysł zakończeniem. Stwierdzam to z przykrością, ale w fantastyce rzadko się zdarza taka kulminacja, jak w Archiwum. Nawet w Ex Machinie, o której zaraz wspomnę. W stosunku do Archiwum spotkałem się z osobliwymi zarzutami, że film jest zbyt wolny, skupiony na opisywaniu emocji, zamiast technologii, a zakończenie w ogóle nie jest fantastyczno-naukowe.

Advertisement

To jednak nie kino akcji, nie kosmiczny film sensacyjny o walce z robotami i kontrolującą je AI. To produkcja naukowo ujmująca opis ludzkich emocji i desperackie próby odtworzenia ich w maszynie, co paradoksalnie jest możliwe.

„Ex Machina”, 2015, reż. Alex Garland

Pamiętam, że idąc do kina na ten film, zbyt wiele się po nim nie spodziewałem. To miał być kolejny obraz o relacji człowieka z robotem. Już jednak na początku zaskoczyła mnie kameralność przedstawienia problemu transhumanizmu oraz równoczesne skondensowanie emocji na bardzo małym, prostym planie zdjęciowym z zaledwie 4 aktorami. To wystarczyło, żebym zaczął przeżywać tę opowieść tak intensywnie, jak tylko się da. Jeden seans to o wiele za mało. Dopiero za drugim i trzecim razem można odkryć całą tę mnogość uczuć, które pokazują aktorzy, zwłaszcza Alicia Vikander i Oscar Isaac. Co zaś do Avy, jej obecność faktycznie wywołuje jakiś taki niepokój na najgłębszym poziomie naszego gatunkowego jestestwa.

Advertisement

„How It Ends”, 2018, reż. David M. Rosenthal

Niektórzy widzowie musieli się naprawdę zdenerwować, kiedy dotarli do końca, ale o to właśnie chodzi, żeby się zdenerwować, bo w końcu koniec nie sprawia nikomu przyjemności, o ile jest on zdrowy psychicznie. Tu nie chodzi o żaden artyzm otwartego zakończenia ani o brak pomysłu na doprowadzenie fabuły do końca. Chodzi o koniec. Nasza cywilizacja może się po prostu skończyć i żaden spektakularny powód tego końca nie spowoduje. Zbieramy tych czynników kończących przez lata wiele, aż nadto, żeby wszystko się skończyło. Jak się więc to stanie? Problem w tym, że nie będzie konkretnego powodu. Czy to jednak nie wystarczy, żebyśmy panicznie się takiego zakończenia obawiali?

„Otchłań”, 1989, reż. James Cameron

Filmy science fiction rzadko schodzą pod wodę. Trzeba mieć na taką fabułę i dobry pomysł, i doświadczenie nie tylko w zakresie filmu. James Cameron ma je bardzo rozległe – reżyser, fizyk, zapalony oceanolog, który nie bał się zejść na dno Rowu Mariańskiego. Dlaczego by więc jeszcze przed tą niebezpieczną wyprawą nie zrealizować filmu o niezgłębionej, podmorskiej otchłani. Tak zrobił, a był to czas w jego twórczości chyba najbardziej kreatywny fabularnie. Otchłań wygląda naprawdę jak produkcja rozgrywająca się na nieznanej, złowrogiej w stosunku do człowieka planecie, ale to Ziemia, tylko wodny świat. I to jest właśnie ten nieliczny przypadek, który należy obejrzeć w wersji kinowej, a nie reżyserskiej, bardzo przez to naiwnej. Czasem wycinanie scen ma jednak sens.

Advertisement

„Akira”, 1988, reż. Katsuhiro Ôtomo

Jedyny przykład anime w tym zestawieniu, który jednak wypada znać każdemu, kto interesuje się gatunkiem. Specjalnie napisałem, że wypada, bo jest to specyficzny kawałek kina, nawet w zakresie japońskich animacji. Właśnie z takich anime reżyserzy filmów aktorskich czerpią inspiracje, nadając jednak bohaterom o wiele więcej emocji. Akira dzieje się w przyszłości, w Tokio. Jest to świat zmechanizowany, w którym emocji jest wiele, lecz dziwnym trafem aż tak mocno w kierunku widza się nie przebijają.

To właśnie problem Akiry – oschłość, papierowość, lecz z drugiej strony efektowność, piękno wizji, co się w anime z tych czasów nie zdarza. Są miłośnicy tej opowieści, tak więc jest ona w tym zestawieniu, bo niewątpliwie nie da się jej w historii gatunku ominąć i uznać za złą.

Advertisement

„Incepcja”, 2010, reż. Christopher Nolan

Zaraz będzie o Tenecie, ale teraz o wcześniejszym filmie Nolana bardzo do niego podobnym. Z powodzeniem filmy te mogłyby tworzyć jakąś luźną trylogię, jeśli reżyser zdecyduje się nakręcić kolejną produkcję o manipulacji czasem i wszczepianiu ludziom pewnych modeli reakcji, żeby w końcu uświadomili sobie, że te wszczepki zaaplikowali sami sobie. Pokręcone, ale logiczne. Incepcję jednak różni od Teneta poziom skomplikowania narracji.

Nolan jednak znalazł taki sposób prezentacji wydarzeń, że widz jest w stanie zrozumieć sen we śnie śniony w kolejnym śnie. To zwykła dialektyka, w Tenecie zaś sprawa już taka prosta nie jest. Niemniej oba te filmy powinny być traktowane jako klasyki kina SF.

Advertisement

„Tenet”, 2020, reż. Christopher Nolan

Nie daje mi spokoju ten film, a im dalej czasowo od seansu jestem, tym większe mam poczucie, że Christopher Nolan nakręcił jednak dobre kino. Modelowo niejasne, przegadane, z denerwującą muzyką, ale mimo to wciągające, tyle że z opóźnieniem. Oczywiście to nie znaczy, że nadal nie myślę o tej dziurawej koncepcji entropii, która dotyczy wybranych zjawisk fizycznych. Z Tenetem jest trochę tak jak z serem pleśniowym. On nie smakuje za pierwszym razem, kiedy język jeszcze nie dorósł do smaku marynowanych śledzi, ale gdy wreszcie dorośnie, to już nie można się obyć bez tego charakterystycznego aromatu. Bez Teneta podobnie, nie można się obyć już w kinie science fiction.

„Ucieczka z Nowego Jorku”, 1981, reż. John Carpenter

Na szczęście rok 1997 mamy już dawno za sobą i nic z przewidywań Johna Carpentera w Ucieczce z Nowego Jorku się nie sprawdziło. Przyszłość jednak ma jeszcze szansę, a dystopijna fantazja w filmie jest już lokalnie realizowana w najbiedniejszych krajach świata. Nie wiemy o tym jednak na szerszą skalę i w sumie nas to nawet nie interesuje. Na tym zasadza się w sumie nasz ludzki interes, żeby się nie mieszać, tylko dbać o swoją społeczność. W tym sensie Ucieczka Nowego Jorku jest produkcją z zakresu social fiction bardziej niż science fiction. Warto ją w tej perspektywie intepretować i dzięki temu być bardziej wyczulonym na ewolucję większych ludzkich społeczności, które również są dotknięte czymś takim jak entropia.

Advertisement

„Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, 1977, reż. Steven Spielberg

Nie za bardzo potrafię domyślić się, co miał na myśli Andrzej Pągowski, kiedy malował tego zielonego stwora. Film Stevena Spielberga przecież aż tak bajkowy nie jest, ba, jest on miejscami nawet straszny, a ten kosmita z plakatu bardziej nadaje się do komiksu o przygodach pana Kleksa niż do poważnego filmu fantastycznonaukowego. O wiele lepszy jest plakat oryginalny, chociaż piszę to z bólem, gdyż twórczość Andrzeja Pągowskiego jest znakomita. W tym przypadku jednak coś nie zagrało stylistycznie i nie pasuje do snutej przez Spielberga opowieści. Bliskie spotkania trzeciego stopnia jednym z lepszych filmów SF w kinie, właśnie przez swój charakterystyczny układ scenariusza. Nie pokazują skomplikowanej historii z udziałem kosmitów, ale w dojrzały sposób prezentują wpływ tej nadchodzącej obecności na ludzi. To swego rodzaju odmiana dla kina SF, rzadziej stosowana dzisiaj. Niestety, film ten, podobnie jak Skanerzy popada w coraz większe zapomnienie.

„Skanerzy”, 1981, reż. David Cronenberg

I faktycznie nastał ten czas, kiedy z gorzką radością mogę stwierdzić, że moje przewidywania sprzed już prawie 30 lat się sprawdziły. Skanerów dorwałem w wypożyczalni VHS-ów między spożywczakiem i osiedlowym mięsnym. Tak na marginesie dzisiaj brakuje w Krakowie dobrych mięsnych. Była to kaseta wydana strasznie podle w porównaniu z innymi. Mniejsze pudełko, gruba folia, a nie taka cieniutka, kalandrowana, no i brak kolorowej, pełnowymiarowej i dobrze zaprojektowanej typograficznie naklejki na kasecie. Od razu się wiedziało, że ten film będzie kosztował mniej za wypożyczenie, a często będzie i gorszy, bo osadzony w kategorii B.

Advertisement

Stało się jednak inaczej. Odstawał rzecz jasna od ówczesnych hitów, ale wciągał. A co do moich przewidywań, to nawet jako tytuł w ramach portfolio Davida Cronenberga stał się filmem i kultowym, i jednocześnie coraz mniej znanym młodszym pokoleniom. Wszyscy pamiętają tylko tę wybuchającą głowę, a co z resztą fabuły? Właśnie wtedy tak pomyślałem, lata temu, najpierw wybierając tę kasetę z dolnej półki, gdzie było taniej i gorzej, a potem wkładając ją do magnetowidu sharp i przewijając, bo z początku taśma była nieco pomarszczona.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *