search
REKLAMA
Szybka piątka

NAJLEPSZE filmy z serii JAMES BOND

James Bond pojawił się już w 25 oficjalnych filmach – które z nich uważamy za najlepsze?

REDAKCJA

13 października 2021

REKLAMA

Szybka piątka #175

W kinach wciąż można oglądać Nie czas umierać, tymczasem my zapraszamy do zapoznania się z naszymi typami najlepszych filmów z serii opowiadającej o perypetiach Jamesa Bonda. Które tytuły pojawiają się najczęściej? Przekonajcie się!

Oczywiście zachęcamy do podawania własnych typów.

Filip Pęziński

1. Casino Royale – nie mam cienia wątpliwości, że w niemal już sześćdziesięcioletniej historii marki to jej pierwszy reboot jest filmem zdecydowanie najbardziej udanym. Casino Royale Martina Campbella jednocześnie wraca do esencji postaci, aby też przenieść ją do ram współczesnego kina rozrywkowego. To kino akcji najwyższej próby, które 15 lat po premierze wciąż zachwyca i trzyma w napięciu.

2. Skyfall – tak bardzo niedoskonały na poziomie scenariusza, co satysfakcjonujący na każdym innym, że bez cienia wątpliwości jestem w stanie przymknąć oko na wszelkie głupoty fabularne. Skyfall Sama Mendesa to emocjonujące i przede wszystkim niezwykle stylowe kino akcji, które stanowi prawdziwy list miłosny do serii przygód Jamesa Bonda. DOSKONAŁE zdjęcia mistrza Rogera Deakinsa.

3. GoldenEye – pytany o najlepszego odtwórcę roli agenta 007, bez wahania odpowiadam, że był to Roger Moore. Pytany o najlepszy film o Bondzie, nie mniej automatycznie wskazuję GoldenEye Martina Campbella. To pierwszy odcinek serii epoki postmodernistycznej i doskonale łączący w ramach tejże najważniejsze elementy marki. Jest zabawnie i klimatycznie, widowiskowo i emocjonująco. A w centrum Pierce Brosnan jako synteza poprzednich odtwórców tej roli.

4. Licencja na zabijanie – pożegnalny film o Bondzie autorstwa Johna Glena, który nakręcił wszystkie (!) odcinki serii w latach 80. Licencja na zabijanie jest świetnym zwieńczeniem tej ery, bo zapowiada dużo mroczniejsze i pesymistyczne w kinie rozrywkowym lata 90. To mocne i mroczne kino zemsty najwyższej próby.

5. Doktor No  chwilę biłem się z myślami, czy nie zamknąć swojej piątki tegorocznym Nie czas umierać, ale ostatecznie postawiłem na klasyczną, pierwszą odsłonę serii. To film, do którego wciąż chętnie i regularnie wracam, a który zachwyca mnie swoją bezpretensjonalnością, retro klimatem i tempem.

Jakub Piwoński

1. Goldfinger – Sean Connery, czyli najlepsze wcielenie Bonda w najlepszym odcinku serii. Pierwszy Bond, jaki przychodzi mi na myśl w dyskusji o serii, w siłowaniu się na argumenty, kto był lepszy, kto lepiej zagrał, gdzie lepiej opowiedziano tę historię. Klasyka i wzór.

2. GoldenEye – do Bondów z Brosnanem mam duży sentyment, bo to za ich sprawą poznałem tę postać i zdołałem się nią zafascynować. GoldenEye to nie tylko najlepszy Bond Bronsnana, ale także jeden z lepszych w ogólnym rozrachunku serii. Bond w ramach dynamicznego kina akcji lat 90. wyszedł tu wzorcowo. Na korzyść tego odcinka przemawia też bodaj najsłynniejsza bondowska piosenka i Iza Scorupco, piękna Polka w roli dziewczyny Bonda.

3. Casino Royale – gdy ogłoszono odtwórcę nowego Bonda po Brosnanie, trudno mi było od razu zapisać się do klubu fanów Daniela Craiga. Wydawało mi się że przystojny blondyn o niebieskich oczach to zbyt wielka zmiana dla serii. Dziś wiem, że ta zmiana, swoista rewizja, była tej serii bardzo potrzebna.

4. Doktor No – mam taką prywatną teorię, że nawet jeśli otwarcia danych cykli nie wypadają tak, jak publika by sobie wymarzyła, to i tak dlatego, że przecierają szlak, są przez widownię najlepiej rozpoznawane. Wiele się w tej długiej serii przygód Bonda działo, ale jeśli czujemy się fanami, szacunek do otwarcia tego cyklu mieć trzeba i basta. To dobry kawał bondowskiego mięsa, wzór, początek utrwalanych później schematów.

5. Skyfall rewizji ciąg dalszy. Musiałem dodać ten odcinek do zestawienia, ponieważ to właśnie podczas seansu Skyfall po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że Bond to nie tylko ikona, ale przede wszystkim człowiek. Ze swoją przeszłością i emocjami.

Mariusz Czernic

1.Tylko dla twoich oczu – po dwóch efekciarskich filmach serii ten obraz (po raz pierwszy reżyserowany przez Johna Glena) wydawał się bardziej stonowany i w większym stopniu oparty na budowaniu napięcia i interesującej fabuły, mniejszą wagę przywiązywał do wizualnych atrakcji. Zaletą jest to, że nie od początku wiadomo, kto jest głównym czarnym charakterem. Wadą jest prolog – chyba jeden ze słabszych bondowskich wstępów. Akcja toczy się w malowniczych miejscach – w Grecji, Hiszpanii, we Włoszech i na wyspie Korfu. Bond uprawia narciarstwo, nurkowanie i górską wspinaczkę. W pamięć zapada pościg samochodowy prowadzony żółtym citroenem po wąskich uliczkach Hiszpanii.

2. Licencja na zabijanie – John Glen przeszedł w latach 80. ciekawą ewolucję jako reżyser przygód Jamesa Bonda. Piąty wyreżyserowany przez niego film serii jest najbrutalniejszy i zapowiada mroczniejszą stronę agenta 007. Ta mroczniejsza strona nie powróciła jednak w kolejnej dekadzie, ale dopiero wraz z pojawieniem się Daniela Craiga. Zamiast komiksowego złoczyńcy mamy tutaj potentata narkotykowego, z którym spotkanie kończy się tragicznie dla Felixa Leitera, agenta CIA i przyjaciela Bonda. W związku z tym walka ze Złem to już nie tylko klasyczna szpiegowska robota, lecz także sprawa osobista, a co za tym idzie – wywołująca większe emocje.

3. Operacja Piorun – trochę nietypowy spośród wczesnych filmów serii, wyjątkowo oparty na pomyśle Kevina McClory’ego, a nie Iana Fleminga. Niedoceniany, ale na mnie zrobił ogromne wrażenie. Wyróżnia się tym, że spora część akcji rozgrywa się pod wodą – te sceny realizowała ekipa wyspecjalizowana w kręceniu sekwencji podwodnych pod kierunkiem Ricou Browninga. Pływanie z rekinami nie jest tak straszne jak spotkanie z perfidnym złoczyńcą w ludzkiej skórze – Walther PPK może nie wystarczyć, przyda się jeszcze harpun.

4. Jutro nie umiera nigdy – chociaż GoldenEye to kapitalny odcinek serii, mam ogromny sentyment do innego filmu z Pierce’em Brosnanem, bo pamiętam doskonale, jak wielkie wrażenie wywarł na mnie ten film, gdy oglądałem go w kinie zimą w sezonie 1997/98. Brawurowe sceny kaskaderskie, takie jak ta z motocyklem, pomysłowe nowinki techniczne, jak telefon do sterowania BMW, a także wykorzystujące ówczesną modę na kino kung-fu sceny walk z udziałem Michelle Yeoh.

5. Casino Royale – nigdy nie mogłem się przekonać do Daniela Craiga w roli Bonda i według mnie wciąż pozostaje najsłabszym odtwórcą. Na szczęście Casino Royale jest na tyle dobrym i emocjonującym filmem, że ogląda się go z ogromnym zainteresowaniem. Tym bardziej, że partnerką agenta została charyzmatyczna Eva Green i ten związek bardzo ciekawie rozwija się na gruncie emocjonalnym. To już nie jest tylko kolejna dziewczyna do zaliczenia, ale pełnokrwista i wiarygodna postać. Reżyser Martin Campbell udowodnił, że nie tylko sceny pełne efektów i kaskaderskich popisów mogą budzić emocje – oprócz pełnej napięcia relacji między parą głównych bohaterów są jeszcze pasjonujące rozgrywki hazardowe w tytułowym kasynie.

Jacek Lubiński

Alfabetycznie, po jednym na Bonda.

Casino Royale wciąż najlepszy Craig, który z przytupem zadebiutował jako 007, zmieniając mocno stylistykę oraz oczekiwania. Wciąż jedna z ciekawszych intryg, świetnie przy tym poprowadzona. Na plus także Bond uczący się fachu, nieopierzony, popełniający błędy, nieukształtowany w pełni. Dobre kino po prostu.

GoldenEye „mój” Bond, „mój” Brosnan. Nostalgia, wspomnień czar, pierwszy 007 „wolnego świata”. Martin Campbell znowu, a raczej: po raz pierwszy dostarczył świetnej rozrywki, pełnej znakomitych elementów składowych, wliczając w to wciąż najlepszą piosenkę, która towarzyszy nie mniej pamiętnej czołówce. Nie potrafię nie kochać.

Goldfinger – Bond w pigułce, Connery na topie. Moja ulubiona klasyczna część, która charakteryzuje oraz ustawia cały ten świat, ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Wciąż przednia zabawa, po brzegi wypełniona ikonicznymi rzeczami, za które tak Bonda kochamy. Klasyka.

Licencja na zabijanie – Dalton na poważnie, Bond w sosie sensacyjnym, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Jak w każdym filmie, tak i tu nie uniknięto głupawych momentów i przesadzonych pomysłów, ale całościowo to wciąż znakomite, pełnokrwiste kino akcji, z Bondem w samym jej środku. Duży kciuk w górę.

Szpieg, który mnie kochał – pierwsza część, która staje mi przed oczami, gdy mowa o Moorze. Jego cudowny duet z Barbarą Bach to typowy, niezwykle przyjemny, bondowski odmóżdżacz, w którym ponownie doszło do perfekcyjnego mariażu wielu znaków rozpoznawczych serii. Najlepszy 007 lat 70.

Tomasz Raczkowski

1. Casino Royale – nowe rozdanie w Bondowskiej serii w XXI wieku to bodaj najbardziej surowy i brutalny James Bond. Młody, nieokrzesany, który dopiero będzie stawał się agentem 007, jakiego znamy. Casino Royale to rasowy film sensacyjny, który ogląda się z zapartym tchem, a fakt, że Martin Campbell pokazuje nam korzenie legendarnego agenta dodaje tylko dodatkowego smaczku. Choć odarty ze swoich atrybutów i nieopierzony, Bond jest tu jak nigdy pełnokrwisty, a historia jak nigdy dramatyczna i angażująca na ogólnoludzkim poziomie.

2. GoldenEye  zanim Campbell restaurował kreskówkowego Jamesa Bonda jako bohatera współczesnego kina akcji, przeprowadził oldschoolowy relikt zimnej wojny w nowe czasy. Pierwszy Bond z Pierce’em Brosnanem to do dziś kwintesencja balansu między ironią i szczeniacką zabawą a pełnoprawnym kinem akcji. Świetnie skrojony scenariusz i genialny antagonista-alter ego (ginący aż dwa razy Sean Bean) zapewniają GoldenEye miejsce w czołówce każdego rankingu filmów serii.

3. Skyfall po nowym otwarciu z 2006 roku i trochę niedogotowanym łączniku powstałym dwa lata później Skyfall to opus magnum Bonda w wydaniu Daniela Craiga. Nakręcony z rozmachem, pełny suspensu i zwrotów akcji, klimatyczny film Sama Mendesa równocześnie pokazuje, jak cementuje się persona Bonda, który na naszych oczach przeradza się z nieokrzesanego nowicjusza w Casino Royale w dystyngowanego asa wywiadu, jakiego znamy. Skyfall to więc równocześnie świetny film i ciekawe studium popkulturowej postaci.

4. Żyj i pozwól umrzeć – mam wielką słabość do Bondów z Rogerem Moore’em. Najbardziej odjechane i ironiczne epizody mają w sobie jakiś unikalny urok, który pewnie ma coś wspólnego z postkontrkulturowym etosem lat 70. i 80. Żyj i pozwól umrzeć, pierwszy Bond z aktorem, który wcielał się w agenta 007 najwięcej jak dotąd razy, to bodaj najfajniejszy przykład tego podejścia. Wielowątkowa i wielolokacyjna intryga zostaje tu okraszona charakterystyczną bondowską zgrywą, która w wersji Moore’a ma w sobie o wiele więcej nonszalancji niż u Connery’ego. A do tego kultowa piosenka Paula i Lindy McCarthneyów – i mamy prawdziwego klasyka

5. Licencja na zabijanie  jeden z najmroczniejszych Bondów, choć nie kontestuje kanonu serii jak Casino Royale i Quantum of Solace, to wnosi do Bondowskiej serii naprawdę posępne tony, które przebija jednakowoż urok osobisty agenta 007, tym razem pozbawionego magicznych uprawnień i przez to bliższego standardowym bohaterom kina akcji. Mam słabość do Timothy’ego Daltona w roli Bonda. Ten aktor potrafił dodać do postaci coś niejednoznacznego, dramatycznego i w Licencji na zabijanie widać to bardzo wyraźnie. Dzięki temu to jeden z najbardziej zapadających w pamięci epizodów.

REKLAMA