Wywiad
„Nie wszystko, co złe, rodzi się ze zła”. Żaneta Homa o Kanaan – polskim filmie w Cannes
Żaneta Homa jedzie do Cannes z filmem Kanaan – thrillerem w reżyserii Dominika Mireckiego, który został zakwalifikowany do sekcji Short Film Corner.
Jeszcze niedawno widzowie mogli oglądać ją w Znachorze. Dziś Żaneta Homa jedzie do Cannes z filmem Kanaan – moralnym thrillerem w reżyserii Dominika Mireckiego, który został zakwalifikowany do sekcji Short Film Corner. W filmie, do którego współtworzyła scenariusz, wciela się w Linę – młodą kobietę z Bliskiego Wschodu. Do roli uczyła się arabskiego u native speakera z Gazy. W rozmowie z Martyną Janasik dla film.org.pl opowiada o ciszy w kinie, inspiracjach twórczością Asghara Farhadiego, moralności, która zmienia się pod wpływem okoliczności, i o tym, dlaczego dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy rozmowy zamiast ocen.
Martyna Janasik, film.org.pl: Czy pamiętasz moment, w którym poczułaś, że ta historia musi być opowiedziana właśnie teraz?
Żaneta Homa: Nie spodziewałam się takiego pytania na początek. To ciekawe, że akurat o to pytasz, ponieważ doskonale pamiętam ten moment. To był czas, kiedy uczyliśmy się — ja języka arabskiego, Omar dialektu palestyńskiego. Nasz native speaker pochodzi z Gazy. Spotykaliśmy się regularnie i pamiętam, że podczas jednej z prób stał na balkonie u mnie w domu i powiedział, że właśnie próbuje ściągnąć swoich rodziców z Gazy do Polski. Byliśmy na Pradze, w Warszawie, wszystko było takie zwyczajne, spokojne, a jednocześnie był to moment, kiedy media zalewały najgorsze zdjęcia z Gazy. I nagle okazało się, że temat, którego dotykamy, jest dosłownie obok nas. Tu uczę się jego języka, a on mówi mi, że próbuje ratować rodziców.

Pamiętam, że kiedy wyszedł, powiedziałam Dominikowi, że nie mogę uwierzyć, jak blisko tego wszystkiego jesteśmy. A przecież naszym założeniem wcale nie było robienie politycznego filmu. Dlatego też nie określamy konkretnie, skąd pochodzą nasi bohaterowie — mówimy tylko, że są z Bliskiego Wschodu. Chcieliśmy po prostu opowiedzieć o bohaterach z tamtego rejonu, bo czuliśmy, jak bardzo ten świat zaczął być obecny także u nas — choćby przez ludzi dowożących jedzenie, jeżdżących Uberami.
Czy nauka języka arabskiego sprawiła, że bardziej zrozumiałaś swoją bohaterkę i jej mentalność?
Tak. Najpierw uczyłam się liter, fonetyki, rytmu języka. Największa zmiana przyszła wtedy, kiedy zaczęłam oglądać kino Farhadiego. Zobaczyłam, że te kobiety są bardzo ciche, wycofane, ale jednocześnie w środku noszą ogrom emocji. One nie reagują od razu. Obserwują świat. Dopiero kiedy coś się przelewa, mówią: Nie, nie zrobię tego. Właśnie taka miała być Lina. Nie chciałam robić z niej przerysowanej postaci. Chciałam, żeby była spokojna, subtelna. Nie chciałam iść w stereotyp temperamentnej kobiety z Bliskiego Wschodu. Dlatego w filmie jest tylko jeden moment, kiedy ona wybucha.

W materiałach promujących Kanaan wielokrotnie wspominasz kino Farhadiego, mówiąc o swoich inspiracjach podczas przygotowań do roli. Co dostrzegasz w jego kinie, czego brakuje ci w filmie europejskim?
Kiedy zobaczyłam Rozstanie czy Bohatera, pomyślałam sobie: Boże, można jeszcze robić takie kino? W dobie Netfliksa można jeszcze robić historie, które są tak prawdziwe, tak naturalne, a nie dopieszczone do granic możliwości?. Światło, pomieszczenia, bohaterowie, scenariusz – wszystko sprawiało, że miałam wrażenie, jakby te filmy powstały dawno temu. Najbardziej poruszyło mnie to, że tam nie zagląda się bohaterom nachalnie w oczy. Nie ma ozdobników. Bardzo podobało mi się też to, że kamera często obserwuje wydarzenia z dystansu, jakby przez drzwi. Dzięki temu miałam poczucie, że jestem świadkiem wydarzeń. I jeszcze jedna rzecz: bezstronność. Reżyser nie ocenia bohaterów. Oni są równi i to widz wybiera, po której stronie stoi. Dzisiaj bardzo często kino próbuje nam powiedzieć, kto ma rację. A my chcieliśmy zrobić coś odwrotnego.
Czyli mogę zaryzykować stwierdzenie, że zgadzasz się ze mną w tym, że dziś najbardziej boimy się w kinie ciszy i niedopowiedzeń?
Tak, zdecydowanie. Jest coś takiego jak to słynne szybciej. Ale nie każdy gatunek tego potrzebuje. Dużo łatwiej jest tworzyć tempo montażem niż utrzymać uwagę widza, kiedy bohater po prostu siedzi i patrzy. A my właśnie tego chcieliśmy — żeby widz wszedł w tę obserwację razem z nami. I okazało się, że ludzie naprawdę tego chcą. Kiedy pokazywaliśmy film rodzinie albo studentom, oni sami dopowiadali sobie historie. Jedni mówili, że bohaterka była katowana, inni, że została poparzona, jeszcze inni, że uciekła po bombardowaniu. I wtedy miałam takie: wow. Ludzie nie potrzebują wszystkiego wiedzieć. Oni chcą myśleć.

Dużo tu o tożsamości. Czy moralność i tożsamość to coś, co można człowiekowi odebrać?
Myślę, że życie potrafi sprowadzić nas w takie rejony, których dzisiaj nawet sobie nie wyobrażamy. Łatwo powiedzieć: Ja bym zadzwoniła na policję. Ale obrazy, które nosisz w głowie, to co przeżyłaś albo czego się boisz, mogą sprawić, że jesteś w stanie zatracić własną tożsamość. I nie sądzę, żeby powodował to drugi człowiek. Myślę, że powodują to wydarzenia. To, co już się wydarzyło albo co może się wydarzyć. My jesteśmy młodymi ludźmi. Nie mamy dziesięciu domów i pięciu samochodów. Mamy poczucie, że za chwilę sami możemy znaleźć się w obcym kraju bez dokumentów. Moja mama mieszka na Podkarpaciu, blisko granicy, i opowiada mi czasami, że ciągle coś tutaj lata. W takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć, jak to wszystko jest blisko. My jesteśmy młodym pokoleniem. Nie mamy wielkich zabezpieczeń. I nagle pojawia się myśl, że za chwilę sami możemy znaleźć się w obcym kraju bez dokumentów lub w stanie konfliktu.

I dlatego chcieliśmy opowiedzieć uniwersalną historię o ludziach, którzy w niepewnym świecie mogą znaleźć się w sytuacji, w której będą musieli zatracić siebie, żeby przetrwać. I chyba najtrudniejsze nie jest to, co się wydarzyło. Najtrudniejsze jest to, z czym trzeba potem żyć. I muszę tu powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Oglądałam kiedyś wywiad z serii Sto pytań do… z Krzysztofem Kieślowskim, w którym został zapytany, czy jego filmy coś zmieniają. Odpowiedział, że filmem nie da się nic zmienić, że on po prostu chciał rozmawiać o ważnych sprawach. Dokładnie to nam przyświecało przy Kanaan. Nie możemy nic nim zmienić. Nie chcemy mówić ludziom, co mają myśleć. Chcemy porozmawiać.

Nie mogę się do końca zgodzić z Kieślowskim ani z tobą. Uważam, że film zmienia. Kino może leczyć, może pobudzać do refleksji, ale też nawet — niestety — wpływać destrukcyjnie. Są badania pokazujące, że kino oddziałuje nawet podprogowo. Samo pokazanie czegoś i rozpoczęcie rozmowy jest już zmianą. To, że ktoś po obejrzeniu filmu zada sobie choć jedno pytanie, już jest zmianą, według mnie.
Zgadzam się z tobą, tylko wydaje mi się, że Kieślowskiemu chodziło bardziej o intencję. Nie o to, że film nic nie robi, ale że jego celem nie było powiedzenie ludziom: Macie teraz myśleć tak i tak, macie zmienić to czy tamto w taki czy inny sposób. Chciał skłonić do dialogu, pozostawiając ludziom decyzję o tym, w którą stronę pójdzie ta rozmowa. Ja też nie chciałam zrobić filmu, który będzie próbował kogokolwiek przekonywać. Chciałam rozmawiać. Jeśli ta rozmowa wywoła zmianę — to cudownie.
To z jakim jednym zdaniem chciałabyś zostawić widzów po seansie Kanaan?
Nie wszystko, co złe, rodzi się ze zła. To jest dla mnie bardzo ważne zdanie. Chcieliśmy zostawić widza z refleksją, a nie z wielkim finałowym boom. Pragniemy, by widz po prostu wrócił do tej historii po seansie, czy to oglądając jeszcze raz film, czy to w rozmowie z kimś, a nawet i z samym sobą.

Wasza historia została dostrzeżona przez legendarny festiwal filmowy w Cannes. Teraz, gdy rozmawiamy, jesteście już w Cannes. Czy takie wyróżnienie sprawia, że czujesz bardziej ekscytację czy odpowiedzialność?
Odpowiedzialność. I to ogromną. Nie spodziewaliśmy się, że ten wielki świat zobaczy nasz film i nas wybierze, ani że będzie przy nas Polski Instytut Sztuki Filmowej, czy że zostaniemy wyróżnieni. Chyba najbardziej czuję odpowiedzialność za to, by dobrze wykorzystać daną szansę. Nie jesteśmy w Cannes tylko po zdjęcia i zachwyty. Chcemy spróbować porozmawiać z ludźmi i pokazać im naszą wrażliwość. Mam wrażenie, że dziś bardzo brakuje nam rozmowy. Jestem też aktorką. Współtworzymy z Dominikiem projekty i bardzo boli mnie to, że dzisiaj nie ma rozmów, nie ma castingów na żywo, a przecież my się zmieniamy, dojrzewamy. Pamiętam, jak Aleksandra Konieczna odbierała nagrodę za rolę w Ostatniej rodzinie i mówiła, że dostała swoją szansę bardzo późno. Ktoś zapytał ją: Gdzie pani była wcześniej?, a ona odpowiedziała: Cały czas byłam w tym samym miejscu.

Trzeba być uważnym na drugiego człowieka. Czasem ludziom wydaje się, że ktoś nagle się pojawił. Tymczasem ta osoba pracowała od trzydziestu lat. Dlatego razem z Dominikiem przy obu naszych projektach spotykaliśmy się ze wszystkimi osobiście. Dlatego tak ważne jest dla mnie, żeby jechać do Cannes nie po to, żeby się ekscytować czerwonym dywanem, ale żeby spotkać ludzi, którzy nie tylko będą chcieli słuchać, ale też usłyszeć. Słuchać a słyszeć, to dwie różne rzeczy, które nie zawsze idą w parze.
Co w takim razie powiedziedziałabyś młodym twórcom, którzy mają poczucie, że polski rynek jest dziś bardzo hermetyczny i ich szanse może nigdy nie nadejść?
Bądźcie cierpliwi i nie bójcie się mieć drugiej pracy. Ja maluję. Posiadanie czegoś dodatkowego daje wolność i bezpieczeństwo. Pozwala robić kino, które naprawdę chcesz robić, a nie takie, które powinno się robić. Niech każdy broni swojej wizji. Nawet jeśli dziś nikt nie chce jej słuchać. W końcu ktoś usłyszy. Z Dominikiem pracujemy teraz nad debiutem fabularnym i mieliśmy mnóstwo rozmów typu: To trzeba zrobić bardziej tak, to powinno być bardziej filmowe. A potem stwierdziliśmy: nie. Chcemy zrobić to po swojemu. Tylko wtedy będzie to prawdziwe.

To ciekawe, że mówisz to wszystko siedząc obok autobiografii Anthony’ego Hopkinsa. Człowieka, który bardzo długo czekał na swoje pięć minut.
Prawda?! (śmiech). Właśnie dlatego go czytam. Jego historia jest niesamowita. Bardzo poruszyło mnie to, jak długo czekał na te swoje pięć minut sławy. Byłam kiedyś na festiwalu filmowym w Stanach Zjednoczonych i chciałam przeczytać historię jakiegoś aktora z tamtego środowiska, żeby trochę zbliżyć się do tego świata. Wybrałam Hopkinsa, ponieważ uwielbiam Milczenie owiec. I nagle okazuje się, że czytasz książkę o człowieku, który dostał Oscara za rolę, w której był na ekranie zaledwie siedemnaście minut, jednocześnie całe życie zmagając się z poczuciem niedopasowania, lękiem i przytłoczeniem tym światem. Wtedy myślisz sobie: Boże, ile można przejść, ile może się zmienić, trzeba trwać.
Czego ci życzyć?
Spotkania dobrych ludzi. Takich, którzy będą chcieli nie tylko słuchać, ale naprawdę usłyszeć.
A gdyby powstał o tobie film — kto by cię zagrał?
Helena Bonham Carter. Zawsze miałam wrażenie, że jesteśmy trochę podobne.

