Connect with us

Felietony - Cykle

Krew i posoka, jedzenie włosów oraz zombie z Kanady, czyli podsumowujemy Splat!FilmFest3

KREW I POSOKA to idealna mieszanka horroru, absurdalnych pomysłów i kanadyjskich zombie na trzeci Splat!FilmFest. Ciekawostki i zaskoczenia czekają!

Published

on

Splat!FilmFest3 odbył się w dniach 15-24 września 2017 roku, w Centrum Kultury w Lublinie. Dziękujemy organizatorom za zaproszenie oraz wszelką udzieloną pomoc podczas imprezy.

Advertisement

Tegoroczna, trzecia edycja Splat!FilmFest udowodniła kilka rzeczy. Po pierwsze, horror i pokrewne mu gatunki nie kończą się na straszeniu od Jamesa Wana i kolejnych ekranizacjach Stephena Kinga, czyli tych najbardziej kasowych przykładach współczesnej grozy. Horror, fantastyka i szeroko traktowana dziwność są wykorzystywane na różne sposoby przez twórców z całego świata i często jedyną przeszkodą, aby zaistniały w świadomości jak największej liczby widzów, jest brak jakiejkolwiek dystrybucji. Ale od tego są właśnie takie imprezy, jak ta lubelska. To jednak wiąże się bezpośrednio z punktem drugim – na festiwalach można zobaczyć rzeczy najróżniejsze, ale też o bardzo różnej jakości.

Obok dzieł bardzo udanych i oryginalnych trafiają się filmy nierówne, którym brakuje albo realizacyjnej biegłości, albo właściwego rozwinięcia. Są i obrazy po prostu złe, których droga do potencjalnego widza zakończy się wraz z końcem seansu na festiwalu. Po trzecie zaś, bez względu na ocenę danych tytułów, taką imprezę tworzą przede wszystkim widzowie, chętni zobaczyć nowe, kompletnie nieznane pozycje, ale i kultowe klasyki, jakich i tym razem na Splacie nie brakowało.

Advertisement

W tym roku pokazano prawie trzydzieści filmów pełnometrażowych, z których dwie trzecie to absolutne nowości, wcześniej nie prezentowane w naszym kraju. W podsumowaniu skupię się na tytułach konkursowych, gdyż podejrzewam, że z przyszłą dostępnością niektórych z nich może być problem. Jednocześnie pominę pisanie o prezentowanych w cyklu CULT CLASSIC dziełach szeroko znanych publiczności, choć nadmienię, że to kinowy seans Trzeciej części nocy, debiutu Andrzeja Żuławskiego, był – przynajmniej dla niżej podpisanego – najbardziej satysfakcjonującym pokazem na lubelskiej imprezie.

ZAGINIONE

Killing Ground

Festiwal otworzyły australijskie Ogary miłości, niełatwy dreszczowiec na faktach o małżeństwie gwałcicieli i morderców, wielokrotnie nagradzany już na innych międzynarodowych imprezach. Więcej możecie przeczytać w recenzji, lecz i tu nadmienię, że znakomity film Bena Younga psuje się dosłownie w ostatnich minutach, zostawiając po sobie niekorzystne wrażenie.

Jak na ironię, następujący po nim Killing Ground Damiena Powera również ukazał Antypody jako krainę zwyrodnialców, gdzie zamiast odpoczynku głównych bohaterów czeka walka o przetrwanie.

Advertisement

Około trzydziestoletni Ian i Samantha postanawiają spędzić sylwestra pod namiotem, jadąc w miejsce, gdzie nie spodziewają się zastać nikogo więcej. Jednocześnie oglądamy innych miłośników biwakowania, czteroosobową rodzinę, po której pozostało obozowisko i nic więcej. Wiemy, że stało się coś złego (choć nie wiemy dokładnie co), wiemy również, kto za to odpowiada i do momentu przecięcia się obu planów czasowych thriller Powera sprawnie buduje napięcie oraz poczucie nieuniknionej konfrontacji. Szkoda, że ostatnie pół godziny to prawdziwy fajerwerk głupoty i nielogicznych wyborów postaci, których decyzje mają służyć uatrakcyjnieniu widowiska oraz – co najbardziej zaskakujące – nadaniu całości pewnych ambicji.

Reżyser i scenarzysta wystawia miłość bohaterów na próbę, ale robi to w sposób mechaniczny i nieprzekonujący – zamiast analizy ludzkich zachowań w sytuacji ekstremalnej otrzymujemy nieprzekonujący dramat tych, którzy próbę wezwania pomocy utożsamiają z tchórzostwem.

Advertisement

W lesie rozgrywa się również akcja bodaj najbardziej ambitnego i poruszającego filmu festiwalu, hiszpańskiego Maus. Niemiec Alex oraz Bośniaczka Selma jadą przez lasy Bośni i Hercegowiny, kiedy psuje im się samochód. On proponuje wyprawę pieszą, lecz ona ostrzega go przez minami. Wkrótce kobieta natyka się na dwóch Serbów – uciekając przed nimi, natrafia na niewypał, który ogłusza ją i rani. Od tego momentu realizm zaczyna się mieszać z jej koszmarami, a wspomnienie wojny sprzed lat prowadzi do konfliktu między czwórką bohaterów.

Reżyser Yayo Herrero ukazuje współczesność jako punkt, w którym spotyka się wciąż żywa i tragiczne przeszłość z „cywilizowaną” teraźniejszością, nieposkromiona potworność wojny z wymuszonym, a przez to fałszywym dialogiem. Podoba mi się w Maus cisza budująca napięcie i tworząca zaskakujący poetyzm dla tego dreszczowca, niepozbawionego elementów horroru. Gorzej, że Herrero celuje również w metaforę, co prowadzi do – nie mam przekonania, czy przemyślanej – ostatniej sceny.

Advertisement

Show Yourself

I tak jak w Maus cisza była bardzo efektywnym środkiem wyrazu, kontrastującym z pełną emocji historią, tak w następnym filmie zaprezentowanym na festiwalu, Show Yourself, którego akcja również rozgrywa się w lesie, dźwięki natury były zaskakująco głośne. Mogło to wybić nieco z rytmu, zwłaszcza że prezentowana w spokojnym filmie Billy’ego Raya Bretona opowieść koncentruje się wokół jednego bohatera, który samotnie przyjeżdża do domku w lesie, aby rozrzucić w okolicy prochy swojego zmarłego przyjaciela.

Kosztująca grosze amerykańska produkcja udanie prowadzi dramat Travisa, chcącego przemyśleć relacje ze zmarłym, nie spieszącego się z powrotem do swojego życia, choć nieustannie komunikującego się ze znajomymi przez Skype’a bądź zwykły telefon. Dużo jest tu dialogów, dużo również soulowych piosenek – pod tym względem film przypomina nieco słynny Wielki chłód, tyle że dziś zamiast zjazdu przyjaciół, aby pożegnać zmarłego, wystarczy jedna osoba, podczas gdy reszta obecna jest niejako wirtualnie. Gorzej Show Yourself sprawdza się jako film grozy, budując całkiem udanie klimat bezpośredniej styczności z duchem (a może tylko wspomnieniem bliskiego), ale nie radząc sobie w scenach faktycznie mających widza wystraszyć.

Irlandzki A Dark Song przez dosyć długi czas fascynuje precyzją, z jaką główni bohaterowie podchodzą do odprawianych obrzędów, nawet gdy nie do końca wiadomo, dokąd zmierzają. Cierpliwość ma jednak swoje granice, dlatego ta opowieść o kobiecie, która wynajmuje specjalistę od okultyzmu, aby porozumieć się ze swoim Aniołem Stróżem (!), nie jest w stanie utrzymać zainteresowania widza pomimo ciekawego konceptu i konsekwentnej, acz od pewnego momentu monotonnej, narracji. Za dużo jest tutaj niedopowiedzeń, nawet gdy znawca sztuk tajemnych nazywa rzeczy po imieniu – zamiast wtajemniczenia jednak przychodzi niezrozumienie, a później zwyczajna rezygnacja ze śledzenia kolejnych etapów rytuału, bo wciąż wydaje się, jakbyśmy tkwili w punkcie wyjścia.

Advertisement

Debiutancki horror Liama Gavina jest najciekawszy w momentach starć między zamkniętymi w domu bohaterami, zdanymi na samych siebie, najsłabszy zaś, gdy próbuje przekonać nas (kilkakrotnie), że za chwilę coś się wydarzy. Niestety przez większość seansu niewiele się dzieje.

Na festiwalu pojawił się również inny tytuł, w którym zawodowy łowca duchów zamyka się wraz ze swoim zleceniodawcą w domu, aby oczyścić go z nieproszonych gości. Niskobudżetowy i oparty w dużej mierze na dialogu Another Evil został wyreżyserowany przez Carsona D. Mella i początkowo stwarza wrażenie komediowej wariacji na tematy nawiedzonego domu i postaci duchołapa, lecz w pewnym momencie zalicza tonacyjny zwrot o 180 stopni. Bo choć od samego początku Os jawi się jako mocno ekscentryczny i trochę niewiarygodny (pomimo wcześniejszej rekomendacji) typ, jednocześnie sprawia niegroźne wrażenie.

Advertisement

Śmiejemy się zatem z głupstw, jakie wygaduje, z tego, że lubi medytować na golasa, w końcu ze wspomnienia diabła, którego kiedyś rzekomo widział. A później przychodzi moment, gdy ów pogromca duchów ujawnia swojego prawdziwe oblicze, i robi się smutno. I nieswojo. W końcówce nie wiadomo już, czy mamy się go bać, czy się z niego śmiać.

Who’s Watching Oliver

O ile jednak w A Dark Song oraz Another Evil dostrzegłem elementy godne polecenia, o tyle Who’s Watching Oliver trudno nie uznać za najgorszy film festiwalu. Tytułowy bohater jest nieśmiałym i trochę oderwanym od rzeczywistości młodym człowiekiem, którego ohydna mamusia lubi oglądać przez komputer, jak ten się masturbuje, a jeszcze bardziej woli widok gwałconych i mordowanych przez syna dziewczyn. Oboje dzieli wiele tysięcy kilometrów, gdyż mama siedzi sobie w domku w USA, zaś synek przeprowadził się właśnie do Tajlandii.

A tam udaje mu się poznać i zakochać w uroczej Sophii, która również ma swoje problemy. Oliver ukrywa przed swoją rodzicielką istnienie dziewczyny, bo wie, że matka nie pozwoli mu na żaden związek. Oczywiście prawda w końcu wychodzi na jaw.

Advertisement

Zazwyczaj nie mam problemów z kinem pełnym okrucieństwa, ale jeśli do tego dochodzi tak poroniona wręcz wizja więzi matczyno-synowskich, chce mi się wyć. Film debiutanta Richiego Moore’a składa się z dwóch części – za dnia wszystko jest kolorowe, jasne i pogodne, aż chce się wierzyć, że romans głównych bohaterów może się udać; w nocy, kiedy włącza się matka, obraz tonie w sosie nihilizmu, który jest nie tylko odpychający, ale i pełen nieskrywanej nienawiści wobec kobiet. Walory pocztówkowo sfotografowanej Tajlandii oraz grającej Sophię pięknej Sary Malakul Lane to za mało, aby nie poczuć się źle po seansie. Czarę goryczy przelewa ostatnia scena, umieszczona po napisach końcowych, z której dowiadujemy się, kogo Oliver kocha bardziej.

Na szczęście inne filmy pokazywane na Splacie potrafiły znaleźć usprawiedliwienie dla swojej brutalności. Mayhem Joego Lyncha każe nam przyglądać się, jak pracownicy wielkiej firmy prawniczej tracą wszelkie hamulce na skutek działania niebezpiecznego wirusa (groźnego nie dla samych zarażonych, lecz tych, którzy staną im na drodze, słyszymy na początku filmu). A jako że ta sama firma ustanowiła wcześniej precedens, dzięki któremu osoba zainfekowana nie może być sądzona za morderstwo, jeśli kogoś zabije, nie mija dużo czasu, nim ludzie zaczynają padać jak muchy, ubici przez swoich dotychczasowych kolegów.

Advertisement

Ta krwawa satyra na korporacyjne stosunki z jednej strony przypomina Noc oczyszczenia (usprawiedliwiona zbrodnia, dodatkowo z nałożonym ograniczeniem czasowym), z drugiej zaś Dredda (dwójka głównych bohaterów stara się dojść na samą górę biurowca, piętro po piętrze, po drodze eliminując każdą przeszkodę), ale wtórność jest w tym przypadku drugorzędna. Grany przez Steve’a Yeuna (The Walking Dead, Okja) Derek jest porządnym facetem, któremu nie tyle zemsta i nieopanowana furia w głowie, ile sprawiedliwa ocena jego pracy.

Czy jednak może na to liczyć w miejscu opanowanym przez barbarzyńców w garniturach, na co dzień zachowujących się wcale nie lepiej niż w obliczu epidemii? Po słabej i siermiężnej Everly Lynchowi udało się nakręcić film krwawy, ale jednocześnie bawiący widza przerysowaną wizją korporacyjnej polityki.

Advertisement
LISEK W KURNIKU? Netflix przegoniony z czerwonego dywanu

Mayhem

W innym wieżowcu, w innym filmie grupa niezbyt poważnych nocnych strażników walczy z ugryzionym przez rumuńskiego wampira klaunem oraz jego ofiarami zamienionymi w bestie. Powagi w The Night Watchmen za grosz, taniość wylewa się z ekranu w każdej scenie, ale nakręcony przez Mitchella Altieriego film jest niewymuszoną komedią, która, choć nie trafi na listę najlepszych filmów festiwalu, zapewni 80 minut udanej, acz jednorazowej zabawy. Dużo lepiej radzi sobie kąśliwy slasher komediowy Tragedy Girls o dwóch licealistkach, mordujących swoich kolegów i nakręcających małomiasteczkowy lęk przed psychopatą dzięki swojemu blogowi. Jest i krwawo, i zabawnie, ale przede wszystkim ku przestrodze przed naiwnym zawierzaniem „rzetelności” mediów społecznościowych.

Prawdziwą rewelacją stał się natomiast inny horror komediowy, Dead Shack, w którym kolejna wyprawa do domku w lesie kończy się walką o przeżycie. Trójka nastolatków odkrywa, że mieszkająca po sąsiedzku kobieta (przypominająca o sobie Lauren Holly) lubi usypiać w swoich domu obcych mężczyzn, a następnie karmić nimi swoją zombie rodzinę. Nie ma co jednak liczyć na pomoc dorosłych – ojciec dwójki głównych bohaterów przyjechał ze swoją kapryśną partnerką, aby schlać się i grać w rozbieranego pokera. Usłyszawszy o makabrycznej przygodzie swoich pociech, bierze do ręki siekierę i idzie spity w środku nocy sprawdzić ich historię, głównie po to, aby przekonać się, czy sąsiadka jest atrakcyjna.

Kanadyjska produkcja praktycznie przez cały czas znajduje bohaterów żartujących, najpierw z samych siebie, później z sytuacji, w jakiej się znaleźli, i – nawet gdy padają pierwsze trupy – nie rezygnując z ironicznych i bardzo ożywionych dialogów. Postaci są nie tyle dobrze napisane, ile świetnie zagrane przez aktorów, którzy nawet podczas krwawych scen potrafią odnaleźć miejsce na dowcip słowny i sytuacyjny. Może trochę razić pewna monotonność fabuły, każąca im chodzić na przemian od jednego domu do drugiego (co oczywiście nie uchodzi ich uwadze), oraz finał, gdzie humor wyraźnie ustępuje dramatowi – na szczęście trwa to zaledwie parę minut. Ostatecznie debiut Petera Ricqa ma w sobie podobny ładunek absurdalnej, nieodpowiedzialnej zabawy, co 30 lat wcześniej kultowy Powrót żywych trupów.

Advertisement

Dead Shack

Ze swoim pełnometrażowym debiutem przyjechali do Lublina twórcy thrillera Midnighters, bracia Julius (reżyser) i Alston (scenarzysta) Ramsayowie. Jak sami wyjaśnili podczas spotkania z widzami, inspiracją do nakręcenia filmu była autentyczna historia dziwacznego wypadku samochodowego oraz Płytki grób Danny’ego Boyle’a, choć osobiście uważam, że ich dzieło największe powinowactwo ma ze Śmiertelnie proste braci Coen.

Po sylwestrowej zabawie małżeństwo Jeff i Lindsey wraca samochodem do domu, lecz chwila nieuwagi prowadzi do potrącenia nieznajomego mężczyzny. Początkowo oboje chcą zawieźć ofiarę do szpitala. Ten jednak szybko umiera, co skłania męża, aby wpierw pojechać do siebie, wytrzeźwieć, a dopiero potem zgłosić wypadek. Oczywiście nie mija dużo czasu, nim plan trzeba zmodyfikować – mężczyzna okazuje się żywszy, niż się początkowo wydawało, w całą sprawę zostaje wciągnięta młodociana siostra żony, a dociekliwa policja zaczyna zadawać niewygodne pytania. Niespodzianek jest tu więcej, choć wszystkie wydają się służyć rozwiązaniu, które można przewidzieć stosunkowo szybko.

Jeff i Lindsey od dawna nie są szczęśliwą parą, bo podczas gdy żona jest ambitna i odnosi sukcesy w pracy, mąż pozostaje w jej cieniu, zwłaszcza finansowym. Kiedy zatem na horyzoncie pojawia się możliwość pozyskania dużej gotówki, między bohaterami wyrasta mur nieufności, wzajemnych pretensji i kłamstw. Atmosfera jest tu odpowiednio mroczna, przypominająca właśnie debiut Coenów, choć pozbawiona charakterystycznej dla nich dozy czarnego humoru. Ostatecznie Midnighters sprowadza się do morału rodem z Alfred Hitchcock przedstawia, gdzie rozwiązanie jest przewrotne, krwawe i na swój sposób sprawiedliwe. Niby nic nowego, ale pod względem realizacyjnym bardzo przyzwoita rzecz.

Advertisement

Dużo gorzej wypadł inny amerykański reprezentant na festiwalu, survivalowy Happy Hunting, nakręcony przez Louiego Gibsona (syn Mela) i Joego Dietscha. Jeszcze sam początek niesie ze sobą nadzieję na ciekawą wizję świata, nie tak łatwego do określenia. Główny bohater, Warren, jest alkoholikiem, który otrzymuje informację o śmierci swojej dawnej dziewczyny i, o czym wcześniej nie wiedział, istnieniu ich dziecka. Zanim pojedzie do Meksyku, aby poznać latorośl, oszukuje i zabija znajomych ćpunów, aby mieć pieniądze i towar na podróż. Po drodze zatrzymuje się w miasteczku położonym na pustyni, które przygotowuje się do corocznego polowania… na ludzi. Wkrótce Warren staje się zwierzyną łowną.

Midnighters

Niby teraźniejszość, lecz z zasadami, które bardziej pasują do świata postapokaliptycznego oraz reliktem przeszłości, czyli kasetami video. Umowność świata działa dobrze, ale tylko do czasu rozpoczęcia zawodów – oglądane później polowanie nie zaskakuje ani przebiegiem, ani pomysłami inscenizacyjnymi.

Ciekawe jest uczynienie ze śmiertelnej gry szansy dla głównego bohatera na przymusowy detoks, nie tylko ciała, ale i duszy. Cała reszta jest męcząca i zwyczajnie martwa, niczym miasteczko, do którego zawitał Warren. Gdzieś kryje się też krytyka polityki względem takich małych i zapomnianych miejsc w Stanach Zjednoczonych, lecz jeśli ktoś liczy na drugie Aż do piekła, ten się rozczaruje. Ostatnia scena nadaje całości ironicznego wydźwięku, ale nie ratuje tej kolejnej wariacji The Most Dangerous Game.

Advertisement

Program festiwalu podzielony został na konkretne sekcje, gdzie obok typowego kina grozy i mocnych thrillerów oraz lżejszych w tonacji horrorów komediowych znalazły się filmy pod szyldem GIRL POWER. W 68 Kill dochodzi do niejakiego odwrócenia schematów genderowych – główny bohater, Chip, jest gamoniowatym, choć sympatycznym wymoczkiem, którego dziewczyna lubi bić podczas seksu, mieszać z błotem i zachęcać do zbrodni. Władczych kobiet jest tu więcej i wszystkie wydają się wiedzieć lepiej, co Chip powinien zrobić i gdzie jest jego miejsce. Ten próbuje się wyrwać spod ich wpływu, ale po tym, jak zostaje wmieszany w podwójne morderstwo, porwanie oraz kradzież 68 tysięcy dolarów, kłopoty nie opuszczają go do samego końca.

Film Trenta Haagi jest rodzajem wygłupu charakterystycznym dla powstałych w latach 90. klonów twórczości Quentina Tarantino – nadmierna, kiczowata wręcz przemoc, ironiczne poczucie humoru i przerysowani, drażniący bohaterowie. Ale jest tu również zaskakująca refleksyjność, która przejawia się w postaci głównego bohatera, jego rodzącej się świadomości bycia panem własnego losu. Aby do tego doszło, wycierpi niemało, straci więcej, niż miał na początku, a swoją podróż zakończy w damskich ciuchach. Grający Chipa Matthew Gray Gubler dźwiga na swoich barkach film, który bez niego mógłby się zamienić w irytujący i wymuszony żart.

Advertisement

M.F.A.

Zupełnie innym obrazem z tej samej sekcji jest M.F.A, w którym Francesca Eastwood (córka Clinta) gra studiującą sztukę Noelle, już na początku filmu zgwałconą przez swojego kolegę z grupy. Dziewczyna zgłasza to szkolnej pani psycholog, ale po bezowocnej rozmowie spotyka się z oprawcą, każąc mu okazać skruchę i przeprosić ją.

Nic z tego – chłopak nie poczuwa się do winy, nazywa Noelle wariatką, a podczas szamotaniny spada z piętra i ginie na miejscu. Nikt nie podejrzewa głównej bohaterki, że miała z tym coś wspólnego, zaś jakiś czas później uzmysławia ona sobie, że warto zająć się innymi uczelnianymi gwałcicielami, którzy uniknęli odpowiedzialności.

Film z rodzaju rape and revenge, ale nie nastawiony na szokowanie widza, raczej naświetlenie problemu gwałtów na kampusach, skutecznie zamiatanych pod dywan przez władze uczelni bądź skorumpowanych urzędników. W krwawej krucjacie Noelle więcej jest walki z systemem niż pragnienia zemsty, co czyni z M.F.A. film z tezą, ale na szczęście potrafiący dostrzec i złe strony jej działań. Dobra rola Eastwood oraz realizm podjętego tematu czynią z dzieła Natalii Leite pozycję godną odnotowania, lecz niekoniecznie dla fanów kina zemsty.

Advertisement

Inna sekcja, pod znamiennym hasłem WTF, prezentowała filmy nie do końca powiązane z kinem grozy, acz jak wytłumaczyła ich obecność w programie organizatorka i pomysłodawczyni imprezy Monika Stolat, nietrudno zauważyć, że ich dziwność oraz oryginalność pasują do założeń całego festiwalu. Wyprodukowany przez Álexa de la Iglesię Skins wprowadza widza w świat rodem z filmów jego rodaka, Pedro Almodóvara, ale też Johna Watersa. Jest różowo, słodko-gorzko, nie zawsze poważnie, lecz ani przez moment nie sprowadzając fabuły do poziomu żartu. Być może dlatego przez pewien czas miałem problem z wsiąknięciem w klimat działa Eduarda Casanovy, bo czy można traktować na serio historię, w której głównymi bohaterami są m.

in. młoda kobieta bez oczu, od najmłodszych lat zmuszana do prostytucji, chłopak kaleczący swoje nogi w nadziei na pozbycie się ich i zastąpienie syrenim ogonem oraz najbardziej charakterystyczna postać – dziewczyna z otworem odbytniczym w miejscu ust? Każde z nich inne, każde marzące o normalności rozumianej przez swobodne czucie się we własnej skórze. Niezrozumiani, wyśmiewani oraz wykorzystywani mogą jednak liczyć na szczęście, nierzadko w wyniku nieszczęścia tych, którzy są przeciwko ich marzeniom. Skins to bajka, miejscami zabawna, czasem makabryczna, ale nigdy nie pozostawiająca swoich bohaterów na pastwę złego losu. Pomimo początkowej trudności w odbiorze film Casanovy podobał mi się.

Advertisement

Are We Not Cats

Innym uroczym dziwadłem okazał się amerykański Are We Not Cats Xandera Robina, opowieść o Elim, który jednego wieczoru traci pracę, dach nad głową i dziewczynę, która najwyraźniej i tak nie chciała się z nim wiązać. Bohater dostaje pracę jako kierowca, którego zadaniem jest przewiezienie silnika dla klienta. Na miejscu trafia na przyjaznych mu Kyle’a i Anyę, a że dziewczyna mu się podoba, postanawia zostać tam na dłużej. Wkrótce odkrywa, że lubi ona jeść włosy.

Reżyser i scenarzysta nie tłumaczy, skąd wzięła się u niej ta przypadłość – z jednej strony może to być podyktowane osobistymi preferencjami, z drugiej beznadziejnością sytuacji i otoczenia, która wyziera z ekranu. Wnętrza oraz plenery, w których rozgrywa się akcja filmu, uderzają depresyjnością i biedą, główny bohater niemal przez cały czas chodzi brudny, głodny i chory, z ogromną wysypką na plecach. Sama Anya zaś już prawie nie ma żadnych własnych włosów i ratuje się peruką. A mimo to film Robina, im bliżej końca, traktuje spotkanie tej dwójki w sposób dający nadzieję na poprawę w ich życiu. Wpierw tylko trzeba posunąć się do bardzo ekstremalnych, obrzydliwych wręcz środków.

Jednym z ostatnich pokazów konkursowych był seans Kuso, na tegorocznym festiwalu w Sundance obwołanego najobrzydliwszym filmem wszech czasów po tym, jak kilka osób opuściło salę, nie mogąc znieść tego, co wyprawia się na ekranie. Tytuł, jak zwykle w takich przypadkach, na wyrost, choć widok wyłaniającego się z odbytu wielkiego karalucha, który swoimi sokami karmi chcącego wyleczyć się ze strachu przed piersiami pacjenta, może co poniektórych zaboleć. Innych rozśmieszy.

Advertisement

Kuso

Nakręcony przez amerykańskiego rapera ukrywającego się pod pseudonimem Flying Lotus film jest zlepkiem epizodów, które nie łączą się we wspólną całość, a ukazują zdeformowanych fizycznie oraz skrzywionych psychicznie ludzi w świecie przyszłości. Mówi się o trzęsieniu ziemi, które najwyraźniej doprowadziło do stanu rodem z najgorszego koszmaru sennego – ludziom rosną na ciałach krosty i narośle (niektóre żyją własnym życiem), bohaterowie lubią się od czasu do czasu maznąć spermą lub ekskrementami, a wszyscy wydają się uzależnieni od telewizji, nawet para kosmicznych najeźdźców.

W obrazach tych tkwi ostrzeżenie, poetycko wyrażone przez konferansjera na początku i końcu filmu, i można się zastanowić, czy Kuso to wizja przyszłości, czy też przerysowane dziś i teraz. Nie wszystko jest tu jasne, podejrzewam, że drugi seans mógłby nieco rozjaśnić ogólną ideę tego dzieła, lecz niespecjalnie mam ochotę na powtórkę. I nie chodzi nawet o serwowane przez reżysera obrzydliwości; te jestem w stanie zaakceptować. Gorzej znieść nudę.

Jak można podsumować tegoroczną edycję Splata? Na samym początku miał to być festiwal celujący w szokowanie widza i prezentację krwawych dokonań gatunkowych, często zaledwie ocierających się o horror. Pod tym względem pierwotne założenia imprezy zostały spełnione – mieliśmy australijskich degeneratów i psychopatycznych morderców, dwa najlepsze filmy ze Stanów Zjednoczonych były makabrycznymi satyrami, obrzydliwościom nie było końca, zarówno gdy mowa o uroczym romansie o jedzeniu włosów, jak i zniszczonym świecie postapo, zaś największymi killerami były w tym roku głównie kobiety.

Advertisement

Ale jak głosi nazwa jednej z sekcji – STRACH I TERROR – mieliśmy również wystraszyć się, poczuć lęk, a nawet przerażenie. Na tym polu było już niestety gorzej. Były dzieła odznaczające się wspaniałym klimatem, lecz nie umiejące wyzyskać grozy sytuacji, aby dać widzom (co najmniej) tak pożądany przecież dreszczyk. Najbliższy tego był Maus, lecz zamiast zainwestować w prawdziwy horror, poszedł w stronę metafory. Szkoda. Być może w przyszłym roku będzie pod tym względem lepiej.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *