Publicystyka filmowa
Filmy, które są ZA KRÓTKIE
Odkryj FILMY, KTÓRE SĄ ZA KRÓTKIE – produkcje, które mogłyby zyskać na długości i dostarczyć nam jeszcze więcej emocji i radości.
Szybka piątka #126
Pisaliśmy już o filmach, które są za długie, zatem tym razem dla równowagi wymieniamy produkcje, które chętnie byśmy wydłużyli – czasem przysłużyłoby się to filmowi, a czasem nam samym, czerpiącym wielką radość z seansu. Koniecznie przedstawcie swoje propozycje!
Jacek Lubiński
- Ida – Z Idą mam wiele problemów, które są często sprzeczne ze sobą. Przykładowo samo zakończenie uważam za zbędne wydłużanie chwili w nieskończoność. Niemniej cały film chętnie bym wydłużył, przy założeniu, że reżyser skupiłby się bardziej na scenariuszu oraz intrydze, a nie tylko ładnych obrazkach.
- Zimna wojna – Najwyraźniej Paweł Pawlikowski ma upodobanie do przerostu formy nad treścią. Nie on jeden. Sęk w tym, że jakby nagminnie boi się głębiej wejść w zobrazowane światy. Zimna wojna jest zaledwie o parę minut dłuższa od Idy, choć historia w niej przedstawiona dalece bardziej skomplikowana i pełna rozmachu. Wielka miłość na przestrzeni wielu lat, dosłownie przekraczająca granice państwowe, zasługiwała na dobicie przynajmniej do dwóch godzin czasu ekranowego.
- Najlepsze lata (Mid90s) – Debiut reżyserski Jonah Hilla to przyjemne patrzydło, ale bez większej fabuły. Bardziej przypomina szkic niż pełnoprawny film, co po części jest winą zbyt krótkiej formy. Dodatkowe 20 minut spokojnie mogłoby uczynić całość ciekawszą, a przede wszystkim przydać jej wagi i dramaturgii.
- Oficer i szpieg – Choć film Polańskiego wydaje się być stosunkowo długi, to zdecydowanie brakuje mu odpowiedniego zakończenia.
Polańskiego interesują pomniejsze wątki oraz śledztwo, ale oszczędza widzowi to, co wydaje się być najciekawsze, czyli kulminację sprawy Dreyfusa. Merde!
- Pianista – Ponownie Polański, tym razem w bardziej epickiej formie, przez co film swoje trwa. Temat, po którym reżyser co parę scen wydaje się dosłownie prześlizgiwać bez większego skupienia na wydarzeniach, wręcz nakazuje tu jednak rozszerzenie ram czasowych. I bynajmniej nie odbiłoby się to na historii, gdyż ta jest sama w sobie odpowiednio fascynująca, żeby przed ekranem spędzić dodatkowe pół godziny.
Albo i więcej.
Odys Korczyński
- Mroczna wieża (2017) – Zabrakło czasu na zawiązanie relacji między bohaterami, rozwinięcie historii, a nawet sensowne doprowadzenie do konfrontacji z Walterem. Zachodzę w głowę, jak można było zmarnować taki potencjał literacki, pominąć tak wiele pobocznych wątków.
Toż King napisał historię na co najmniej trylogię filmową po bite trzy godziny każdego seansu.
- 9 – Chociaż opowieść ma niesamowity klimat, charakterystycznych bohaterów i niezłą animację, brak jej czasu na zawiązanie suspensu. Akcja pojawia się tak szybko, że widz nie ma szansy zrozumieć nawet sposobu zasilania laleczek.
- Ambulans (1990) – Niegdysiejszy hit VHS w pewnych wąskich kręgach miłośników również cierpi na brak czasu. Akcja zaczyna się niemal natychmiast, przez co cierpi główny antagonista – tajemniczy doktor o bardzo wysublimowanym guście erotycznym.
Scen jest sporo, chociaż nic nie wnoszą do fabuły. Widać, że scenariusz nie obfituje w treść, a szkoda, bo potencjał na horror medyczny był.
- Anihilacja – Zaletą filmu jest mozolnie rozwijający się suspens, przez co napięcie tylko rośnie aż do… finału. Tam uprzednio budowany czas nieco pryska. A może wystarczyłoby jeszcze z 30 minut poczekać, dać widzowi jakieś wskazówki, więcej opisów, zdarzeń, żeby na końcu nie czuć było zapaści fabularnej u scenarzystów.
- Król wyjęty spod prawa – Obiektywnie dwie godziny to przecież nie tak mało, ale na opowiedzenie historii króla Szkotów, o dziwo, nie tak dużo, jak by się oczekiwało, zwłaszcza że produkcja wciąga i nagle się kończy.
Podczas seansu miałem nieodparte wrażenie, że dowiem się, co było dalej, a zobaczyłem napisy. Czułem się, jakby ktoś zapomniał opowiedzieć mi znacznie ciekawsze i bardziej mięsiste kawałki z życia Roberta Bruce’a.
Tomasz Raczkowski
- Kobieta, która odeszła – Ten film trwa prawie 230 minut, ale naprawdę jest pierwszym, o którym myślę, gdy pada hasło „za krótki”. A to dlatego, że autorem tej czarno-białej opowieści o zemście i odkupieniu kobiety zwolnionej z filipińskiego więzienia jest Lav Diaz, mistrz filmów naprawdę bardzo, bardzo długich.
Kobieta, która odeszła to – jak na standardy reżysera tworzącego regularnie pięcio-, siedmiogodzinne dzieła – film krótki i bardzo skondensowany. I mam przy tym wrażenie, że zamknięcie się w takim „niewielkim” metrażu trochę podcięło Diazowi skrzydła, bo dynamizując historię, nie mógł w pełni rozwinąć hipnotycznej impresji, którą zazwyczaj są jego filmy. Dlatego w czasie seansu Kobiety… miałem wrażenie, że momentami jest to obraz zmontowany pospiesznie, przez co zgubił się urok Diazowskiej poetyki.
- Szklana pułapka 5 – Jak na film, na który scenarzyści nie mieli żadnego pomysłu, 97 minut to całkiem sporo.
Cóż z tego, skoro fabuła piątej części przygód Johna McClane’a pędzi na łeb, na szyję i zostawia z pytaniem „to już?”. Zapewne kolejne kwadranse tego wstydliwie słabego filmu nie uratowałyby jego jakości, ale może przynajmniej pozwoliłyby na zapamiętanie, o co w nim chodziło?
- Co robimy w ukryciu – Niespełna półtoragodzinna komedia Taiki Waititiego i Jemaine’a Clementa to świetny przykład pomysłowej groteski, w której humor idzie w parze z sensem. Potencjał paradokumentalnej opowieści o wampirach był na tyle duży, że po zakończeniu seansu można czuć niedosyt – chciałoby się zobaczyć jeszcze mocniejsze rozwinięcie wątków i jeszcze kilka absurdalnych gagów.
Półtorej godziny tego dobra to za mało.
- Deerskin – O ile kultowa (?) Mordercza opona Quentina Dupieux zdawała się przesadnie rozciągnięta względem szkicowej fabuły, o tyle jego nowy film o jegomościu owładniętym obsesją na punkcie skórzanej kurtki może zostawiać niedosyt po nagłym zakończeniu w 77. minucie. Trochę szkoda, że francuski filmowiec nie zdecydował się na dalsze rozwinięcie frapujących wątków, zamiast tego stawiając na montypythonowskie urwanie akcji.
- Warszawa – Niespełna 30-minutowy segment nowelowej Miłości dwudziestolatków Andrzeja Wajdy to wybitna miniatura, w której obyczajowy dramat przenika się z poruszającym obrazem egzystencjalnego niepokoju powojennej Polski.
Zawierający jedną z najlepszych scen w filmografii Wajdy (prywatka) film z doborową obsadą pozostawia pewien niedosyt – chciałoby się, żeby to było kolejne pełnometrażowe arcydzieło Wajdy, a nie jedynie intrygujący segment w międzynarodowej składance.
Łukasz Budnik
- Trylogia Przed.
..
– Już wielokrotnie pisałem na łamach tego portalu o uwielbieniu do trylogii Richarda Linklatera. Wszystkie trzy filmy są wspaniałe w takiej formie, w jakiej je dostaliśmy, jednak na tyle dużą przyjemność sprawia mi słuchanie rozmów Céline i Jesse’ego, że każdorazowo mógłbym spędzić z nimi jeszcze kolejną godzinę. Tej parze nigdy nie wyczerpują się tematy – jestem pewny, że mieliby dla nas mnóstwo innych złotych myśli. - Projekt: Monster – Odkąd obejrzałem film Matta Reevesa, czuję pewien niedosyt.
Sporą część fabuły zajmuje sekwencja imprezy pożegnalnej głównego bohatera, przerwanej atakiem potwora – od tej pory akcja gna na złamanie karku, rzucając bohaterów od jednej lokacji do drugiej, zaś całość kończy się przed upływem 90 minut. Zawsze chciałem zobaczyć więcej materiału z części, w której monstrum pustoszy miasto – pokazanie takiego wydarzenia z poziomu ulicy jest niezwykle klimatyczne i wzbudza emocje. Szkoda, że nie było nam dane doświadczyć tego więcej.
- Pewnego razu.
.. w
Hollywood – Tak, to nie pomyłka. Choć ostatnie dzieło Tarantino trwa niemal trzy godziny, nie chciałem, aby się kończyło. Podróż do Los Angeles końcówki lat 60. była piękna, a ja z czystą przyjemnością oglądałem kolejne sceny podróży wspaniałymi samochodami, ilustrowane kapitalną muzyką. Mam nadzieję, że pojawi się rozszerzona wersja serialowa. - Heima – Podobna sytuacja jak powyżej. Heima to zapis trasy koncertowej grupy Sigur Rós, która zagrała swoje utwory w różnych miejscach na Islandii.
Kolejne występy przeplatane są wywiadami z członkami zespołu. Piękno muzyki i krajobrazów sprawia, że żal rozstawać się z tym filmem – można patrzeć i słuchać bez końca.
- Podły, okrutny, zły – Przykład dość świeży, czyli historia Teda Bundy’ego w wersji fabularnej. Ogromny niedosyt. Twórcy postanowili nie skupiać się na zbrodniach Bundy’ego, lecz pokazać jego losy z perspektywy wieloletniej partnerki, ale nawet biorąc pod uwagę takie podejście, wciąż brakuje mi pełniejszego zobrazowania tych wstrząsających wydarzeń.
Zawodzi zarówno strona obyczajowa, jak i kryminalna – gdyby poświęcić więcej uwagi świetnie zagranym postaciom i ukazać, dlaczego Bundy tak naprawdę był podły, okrutny i zły, mógłby to być dużo lepszy film. Tymczasem stawiam na dokumenty Netfliksa i Amazona.
