Publicystyka filmowa
Aktorskie MUZY słynnych REŻYSERÓW
Odkryj fascynujący świat relacji między reżyserami a ich muzą, w tym Tippi Hedren i Alfredem HITCHCOCKIEM. Jak wpływają na sztukę?
Od niepamiętnych czasów wielcy myśliciele, a także artyści, tacy jak malarze czy poeci, mieli swoje muzy, które inspirowały ich do tworzenia kolejnych dzieł. Nie inaczej jest z reżyserami filmowymi. Bardzo wielu z nich tworzyło pod wpływem i z myślą o konkretnej osobie. Tak, osobie, bo nie zawsze, wbrew pozorom, muzą jest kobieta. Czasem reżysera z jego muzą łączyła miłość, czasem była to relacja czysto zawodowa. W poniższym rankingu wybrałam dla was osiem przykładów takiej relacji, pokazując przy okazji, jak często okazywała się ona bardzo trudna, by nie powiedzieć krzywdząca dla jednej ze stron. (Jak zwykle w przypadkach podobnych zestawień lista nie wyczerpuje tematu!)
Tippi Hedren i Alfred Hitchcock
Moją listę chciałabym rozpocząć od Alfreda Hitchcocka. Reżyser, poza byciem mistrzem suspensu, znany był ze swojego karygodnego traktowania kobiet. Jego największą ofiarą, ale także muzą stała się poznana w 1961 roku Tippi Hedren, grająca główną role w znakomitym horrorze Ptaki. Spotkali się na planie reklamowym dietetycznego napoju Sego. Hitchcock nie lubił profesjonalnych aktorów, gdyż nie mógł nad nimi dominować. Dlatego też młoda, niedoświadczona aktorka stała się doskonałą marionetką w jego rękach. Chciał decydować o niej nie tylko na planie filmowym, ale i w prywatnym życiu.
Choć nie łączyła ich relacja miłosna, traktował ją jak swoją własność, niemal jak niewolnicę. Miał na jej punkcie obsesję. To on decydował, w co ma się ubrać czy z kim spotkać (zakazał jej kontaktów z innymi mężczyznami). Zgotował jej również piekło na planie filmowym. Nie miała tam taryfy ulgowej, choć początkowo praca na planie przebiegała w miłej atmosferze, a ptaki budziły sympatię aktorki. Ale Hitchcock, nie bacząc na nic, chciał realizować swoje wizje. Dlatego też zmuszał aktorkę między innymi do tego, aby przebywała w pomieszczeniach pełnych ptaków, które po czasie nie były już tak przyjazne.
Dodatkowo zwierzęta, by nie odlecieć za daleko, były przywiązywane do jej ciała żyłkami. Jeden z ptaków prawie uszkodził aktorce oko. Kobieta wspomina, jak płakała na planie filmowym, a ostatecznie wyczerpana zemdlała. Z pewnością musiało być to dla młodej i niedoświadczonej Hedren wydarzenie dość traumatyczne.
Nie jest tajemnicą, że reżyser był w Hedren zakochany. Nie znaczy to jednak, że był przez to dla niej czuły i opiekuńczy – wręcz przeciwnie. Znany był z wulgarnych zachowań i wypowiedzi w jej kierunku. Ale nie tylko na planie Ptaków traktował aktorkę przedmiotowo. Problem pojawił się także podczas kręcenia filmu Marnie, w którym to ma miejsce scena dokonywanego na Hedren gwałtu. Scena owa nie wnosiła do fabuły zupełnie nic i jak łatwo się domyślić, była efektem frustracji zakompleksionego reżysera, który po raz kolejny chciał udowodnić Hedren, że to on nią rządzi.
Kompleksy reżysera, chociażby te spowodowane sporą nadwagą, nie były żadną tajemnicą. Dodatkowo miał problemy z życiem seksualnym, o czym sam otwarcie mówił. Animuszu dodawał mu wypity alkohol, dzięki któremu zaczynał obmacywać aktorki i wkładać im język do ust. Takie zachowanie spotkały nie tylko Tippi Hedren, ale również pozostałe aktorki Hitchcocka. Należy w tym miejscu przypomnieć, że reżyser był żonaty, ale widocznie Alma Reville była w nim tak szaleńczo zakochana, że z przymrużeniem oka patrzyła na skandaliczne zachowania swojego męża oraz wybaczała mu liczne zdrady.
Hedren, chociaż nie wspomina ich współpracy dobrze, o Hitchcocku mówiła: „Oczywiście, był geniuszem. Wspaniale opowiadał, z pamięci recytował sprośne limeryki, miał mnóstwo książek, był uprzejmy, zawsze brylował w towarzystwie. Nie brał udziału w żadnym wydarzeniu, w czasie którego nie mógł być w centrum uwagi”.
Jak udowodnię wam w dalszej części tego rankingu, nie tylko Hitchcock był mistrzem kina, który zgotował swojej muzie piekło na ziemi.
Liv Ullmann i Ingmar Bergman
Pisząc o filmowych muzach, nie sposób nie przybliżyć historii urodzonej w 1938 roku norweskiej aktorki Liv Ullmann i szwedzkiego reżysera Ingmara Bergmana. Kobieta nazwana została przez reżysera „jego Stradivariusem” i zagrała w dwunastu filmach tego wybitnego twórcy filmowego (były to między innymi: Twarzą w twarz, Jesienna sonata, Godzina wilka czy też Persona). Ich relacja była jednak niezwykle burzliwa i krzywdząca dla kobiety. Kiedy się poznali, a wydarzyło się to w Sztokholmie w 1964 roku, gdy Bergman reżyserował w Teatrze Dramatycznym sztukę Harry’ego Martinsona, ona była 25-letnią zamężną aktorką, a on 46-letnim reżyserem znanym z licznych romansów.
Podobno zachwyciła go od pierwszego wejrzenia i od razu wiedział, że musi mieć ją w swoich filmach. Razem udali się na wyspę Faro, gdzie została na najbliższe 40 lat nie tylko jego aktorką, ale również kochanką, mimo iż wszyscy ją przed nim ostrzegali. Ona jednak jeszcze wtedy kojarzyła go ze wspaniałymi chwilami i długimi wspólnymi dyskusjami. Ich drogi rozeszły się na pewien czas, ale kiedy na jaw wyszedł fakt, że aktorka jest w ciąży, ostatecznie zostawiła męża i wróciła do Bergmana.
Na początku wszystko wydawało się idealne. Zbudowali dom, czekali na upragnione dziecko. Ona mówiła: „Kiedy rozmawialiśmy, patrzył mi w oczy tak intensywnie, jakby zaglądał do środka, w głąb. Czułam, że dostrzegł, kim jestem. A skoro dostrzegł, kim jestem, i się we mnie zakochał, to znaczy, że byłam warta jego miłości”. Z czasem jednak okazało się, że kobiety nazywające go potworem i tyranem miały rację. Zaczęło się niewinnie od zasypywania jej drogimi prezentami. Miały one odwrócić uwagę od problemu, jakim była jego chora zazdrość. Zazdrość, która przerodziła się w obsesję i doprowadziła do całkowitego zniewolenia młodej aktorki.
Ullmann nie mogła ani sama wychodzić, ani przyjmować gości. Na planie jednego z filmów Bergman wynajął mężczyznę, który miał śledzić każdy jej krok. Plan zdjęciowy mogła opuszczać tylko raz w tygodniu. „To był najszczęśliwszy dzień tygodnia. Tańczyłam, śmiałam się, robiłam to wszystko, co 26-letnie dziewczyny lubią robić. Ale musiałam wrócić o wyznaczonej godzinie. Moje życie stało się więzieniem”. Bergman miał jednak swoje metody. Kiedy wiedział, że przesadził, stawał się czuły i potulny, a ona wybaczała mu i przyjmowała jego przeprosiny. Ale z roku na rok było coraz gorzej. I mimo że podobno nigdy jej nie uderzył, to zdarzały mu się wybuchy gniewu.
Dodatkowym problemem zaczęła być też dwudziestoletnia różnica wieku. „Ingmar był świadkiem mojego cierpienia, a ja byłam świadkiem jego cierpienia. Dzwoniliśmy do siebie codziennie. Któregoś dnia strasznie się upiłam. Piłam i piłam, i myślałam o tym, jak bardzo go nienawidzę. Następnego dnia rozmawialiśmy przez telefon: »Masz szczęście, że nie zadzwoniłam do ciebie wczoraj«. »Owszem, zadzwoniłaś…«”
W końcu musiało dojść do rozstania. Jednak mimo że zamieszkała w Los Angeles, wciąż wracała na zaproszenia Bergmana do Szwecji, gdzie grała w jego filmach. Była z nim nawet, kiedy umierał. Pytana w wywiadach po raz kolejny i kolejny o Bergmana, ze spokojem odpowiada, że nie przeszkadza jej mówić o nim znowu oraz że poznała go nie tylko jako wybitnego reżysera, ale też jako przyjaciela i kochanka. Najwidoczniej jej wspomnienia są dość wybiórcze, ale nie mi to oceniać.
Giulietta Masina i Federico Fellini
A skoro pojawił się Bergman, warto wspomnieć kolejne wielkie nazwisko: Fellini – on również miał swoją muzę. Wszystko rozpoczęło się w roku 1943, kiedy to młody, 23-letni Fellini usłyszał w radiu głos młodszej o rok Giullietty Masiny. Kobieta wtedy jeszcze studiowała literaturę i nie myślała o zostaniu aktorką. Już po pierwszych spotkaniach okazała się, że oboje są wobec siebie bardzo czuli i opiekuńczy. Szybko, bo rok później, wzięli ślub. Wtedy to doszło w ich prywatnym życiu do tragedii. Masina w wyniku upadku ze schodów poroniła. Kolejne dziecko natomiast zmarło niedługo po porodzie z powodu zapalenia mózgu.
Te traumatyczne wydarzenia, co łatwo zrozumieć, zmieniły kobietę, przelała ona wtedy jeszcze więcej miłości na swojego męża. Aby zapomnieć, zaczęli też pracować bardziej intensywnie nad wspólnymi filmami. Fellini tworzył swe dzieła z myślą o żonie. Była jego muzą i inspiracją. I tak w 1954 roku zaczęli pracować nad wybitnym filmem La strada, w którym Masina zagrała główną rolę kobiecą. I choć być może do tej pory wydawali się związkiem idealnym, reżyser na planie nie traktował jej zbyt dobrze. Fellini cierpiał wtedy też na silną depresję. Mimo wszystko film okazał się sukcesem. La strada zdobyła Srebrne Lwy w Wenecji oraz Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego.
Doceniona została też sama Masina, która od tej pory nazywana była Chaplinem w spódnicy. Kilka lat później doceniono również kolejny ich wspólny film, Noce Cabirii, który przyniósł Felliniemu kolejnego już Oscara. Masina natomiast została nagrodzona Złotą Palmą w Cannes. I choć została doceniona, tak naprawdę zawsze jednak pozostawała w cieniu swojego męża, wybitnego reżysera. Ona po tym wszystkim podjęła decyzję o wycofaniu się z życia zawodowego (zagrała u Felliniego jeszcze dwukrotnie w filmach Giulietta od duchów oraz Ginger i Fred).
Ale związek tych dwojga nie był tak wspaniały, jak mogłoby się wydawać, a Fellini daleki był od ideału. Miał dość nietypowe myślenie na temat małżeństwa. „Współczesny mężczyzna potrzebuje bogatszych związków. Pozamałżeńskich i przedmałżeńskich – twierdził. – Małżeństwo jest tyranią, pogwałceniem i uśmierceniem jego naturalnych instynktów. Kobieta, z drugiej strony, ma skłonność do tworzenia swojego świata wokół jednego mężczyzny”. I w przypadku Masiny niestety miał rację. Kiedy on cieszył się towarzystwem kolejnych kochanek, ona wiernie trwała u jego boku, usprawiedliwiając go tym, że przecież i tak ostatecznie wraca do niej.
Rzecz jasna, była o niego zazdrosna, do czego sama się przyznawała, nie zmienia to jednak faktu że kochała go na tyle mocno, iż wybaczała mu wszystkie zdrady. Przetrwali w tym niezdrowym związku 50 lat i być może mimo wszystko była między nimi jakaś miłość.
Helena Bonham-Carter i Tim Burton
Kolejna para, której nie mogło zabraknąć na tej liście – ekstrawagancka i charakterystyczna, urodzona w 1966 roku, brytyjska aktorka Helena Bonham-Carter i jej były już mąż, reżyser Tim Burton.
Tim Burton i Helena Bonham-Carter poznali się w 2000 roku na planie filmu Planeta małp. Para doczekała się dwójki dzieci. Pierwsze z nich to syn urodzony w 2003 roku, drugie natomiast to córka urodzona w roku 2007. Jeśli zaś chodzi o karierę filmową, to chociaż wcześniej Bohnam-Carter znana była głównie z ról w filmach kostiumowych, to wspólnie z Timem Burtonem nakręcili kilka filmów, w tym między innymi Charliego i fabrykę czekolady, Sweeney Todda: Demonicznego golibrodę z Fleet Street czy też Alicję w Krainie Czarów. Reżyser znany jest ze swojego mrocznego, gotyckiego, a zarazem baśniowego, oryginalnego stylu, a utalentowana aktorka wypadła w tych filmach znakomicie.
Ze względu na charakterystyczny wygląd (gotyckie stroje, nietypowe fryzury, dające wrażenie, że oboje jak ognia unikają grzebienia) sprawiły, że zostali okrzyknięci „parą dziwaków”. Aktorka znana ze swojego dystansu do świata i poczucia humoru niezbyt jednak przejęła się tym określeniem czy też legendami, jakie narosły wokół ich związku chociażby z tego powodu, że nie mieszkali razem.
I chociaż ich związek przez lata należał do udanych nie tylko w życiu prywatnym, ale także w sferze zawodowej, to niestety najwidoczniej nie wszystko było tak idealne, jak mogło się wydawać i para w 2014 roku podjęła decyzję o rozstaniu. Zdecydowali o tym jednak wspólnie, a mająca takt aktorka nie robiła dramatów w brukowcach i związek z Burtonem wspomina całkiem dobrze, doceniając przy tym owocną współpracę, która przyniosła zarówno jej, jak i jemu duże doświadczenie.
„Mogłabym napisać pracę magisterską o tym, co się stało. Kiedy związek się rozpada, sytuacja ta całkowicie cię absorbuje, ale myślę, że poradziliśmy sobie z tym i zawsze będziemy mieć coś cennego. Nasz związek zawsze był w pewien sposób wyjątkowy i myślę, że na zawsze taki pozostanie. Znaleźliśmy siebie. Cechą udanego związku nie powinno być to, czy jesteście razem na zawsze. Czasami nie jest to parze pisane. Po prostu musisz pogodzić się z faktem, że to już koniec” – powiedziała w wywiadzie dla magazynu „Red”.
Carmen Maura i Pedro Almodóvar
Relacja mistrz–muza łączyła też niewątpliwie wybitnego reżysera Pedra Almodóvara i uznaną za ikonę gejów, dzięki roli transseksualisty w filmie Prawo pożądania, Carmen Maurę. Maura początkowo widziała siebie tylko jako aktorkę teatralną, ale to właśnie współpraca między innymi z Almodóvarem sprawiła, że stała się słynną aktorką filmową. Poznali się na deskach teatru podczas wystawiania spektaklu Sartre’a Las manos sucias. Szybko zostali przyjaciółmi. Od 1978 roku nakręcili razem osiem filmów, między innymi Rżnij mnie, rżnij mnie, rżnij, Tim!, Uroczą rozwiązłość, Matadora, Prawo pożądania i Kobiety na skraju załamania nerwowego.
Jak wspomina w jednym z wywiadów Maura: „Pedro powiedział szczerze: »Ona mnie odkryła«. […] Miał trochę racji! Dzisiaj nikt o tym nie pamięta, ale kiedy się spotkaliśmy, ja byłam już aktorką Teatru Narodowego i miałam sporo doświadczeń serialowo-filmowych, a on dopiero zaczynał”. Jednak prawda jest taka, że Maura znana była głównie z desek teatru. Jako aktorka filmowa odniosła sukces w latach 80., bo wtedy filmy Almodóvara zostały docenione nie tylko w Hiszpanii, ale i na świecie.
Aktorka wspomina również, że oboje czuli się odrzuceni i to ich ze sobą łączyło: „Poza tym oboje wtedy czuliśmy się w jakiś sposób odrzuceni. Ja przeżyłam swój wielki dramat rodzinny, on był gejem, który zaludniał ekran outsiderami, dziwakami, prostytutkami. I oni wszyscy mieli w sobie Pedra, ale też cząstkę mnie. Silnej kobiety, która może znaleźć się na zakręcie, ale przecież ma w sobie siłę, by pozostać sobą”. Ich drogi rozeszły się po dziesięciu latach po nakręceniu filmu Kobiety na skraju załamania nerwowego. Podczas tamtejszej współpracy zaczęło dochodzić między tych dwojgiem do licznych kłótni, nie mogli dojść do porozumienia, co spowodowało totalny rozłam między nimi.
Po latach aktorka mówi na ten temat tylko tyle, że zaczęło być między nimi zbyt wiele różnic. Nie były one z drugiej strony na tyle silne, by rozstać się na dobre, po 20latach przerwy bowiem, w 2006 roku, reżyser obsadził aktorkę w filmie Volver i chociaż współpraca przebiegała poprawnie, jak mówi Maura, nie zostało nic z dawnej przyjaźni.
Almodóvar mówi o Maurze, że była jedną z niewielu kobiet, które darzyły go zaufaniem.
W 1989 ich konflikt zostaje potwierdzony na kilka dni przed ceremonią rozdania Oscarów. Tego samego roku w marcu jadą do Los Angeles z okazji nominacji za najlepszy film zagraniczny, na uroczystość wchodzą osobno, aktorka odmawia też wzięcia udziału w przyjęciu organizowanym przez reżysera. Do kolejnego spotkana dochodzi w 1990 roku, kiedy Maura jest gospodarzem gali Goya, na której Almodóvar ma wręczyć jedną z nagród. Doszło tam do przełamania lodów. Kolejny raz spotykają się prawie 10 lat później na pogrzebie matki Almodóvara. Rok później dochodzi między nimi do kolejnego miłego gestu pojednania.
Ma to miejsce na gali Goya, gdzie reżyser zdobywa nagrodę za film Wszystko o mojej matce. Kiedy szedł po nagrodę, zatrzymał się obok fotela, na którym siedziała Maura, i pocałował ją w pojednawczym geście, a ona, odwzajemniając to, szczerze mu pogratulowała. Kolejne już spotkanie ma miejsce w roku 2012. W wywiadzie dla „El Pais” Carmen zapala lont po raz kolejny: „Nie wydaje mi się, że będę współpracować z Almodóvarem kiedykolwiek więcej – jego sposób kręcenia jest bardzo napięty, nie lubię tego. Alex de la Iglesia jest młodszy i o wiele bardziej przyjazny”.
Jak widać, przez te wszystkie lata bywało między nimi różnie. Nigdy nie dowiemy się szczegółów kłótni, bo każde z nich zostawiło je dla siebie. Nie zmienia to jednak faktu, że Carmen Maura przez lata pozostawała dla Almodóvara muzą i inspiracją, ona zaś widziała w nim geniusza, a dzięki ich owocnej współpracy my jako widzowie możemy cieszyć się wieloma wspaniałymi filmami.
Klaus Kinski i Werner Herzog
W końcu pojawia się relacja w, której muzą nie jest kobieta, ale mężczyzna. Stało się tak w zawodowej relacji łączącej Herzoga z genialnym aktorem Klausem Kinskim. Ich współpraca owocująca takimi dziełami jak chociażby Fitzcarraldo czy Aguirre, gniew boży pełna była konfliktów i emocji. I chociaż niewątpliwie łączyła ich przyjaźń, to ekscentryczny, wybuchowy, egoistyczny, znający swą wartość i nieszanujący nikogo Kinski z pewnością niejeden raz dał się Herzogowi we znaki. A przypomnę, że oprócz tego, że razem współpracowali (co przez charakter Kinskiego było wyjątkowo trudne nie tylko dla Herzoga, ale i całej ekipy filmowej), to również mieszkali razem, co zapadło Herzogowi w pamięci na długo.
Kinski był bowiem z jednej strony geniuszem, a z drugiej szaleńcem. Jednego dnia godzinami ćwiczył dykcję, przygotowując się do roli, kolejnego natomiast zdemolował mieszkanie w ataku furii, po to tylko, aby dzień później znowu być potulnym jak baranek. Kinski na planie zachowywał się niczym diva. Podczas kręcenia jednego z filmów miał wszystkim za złe, że w dżungli pada deszcz, a on nie dostał hotelu. Kolejnym problemem we współpracy Herzoga z Kinskim był fakt, że aktor po pierwsze zawsze chciał być w centrum uwagi, po drugie nie liczył się ze zdaniem innych, nawet z uwagami samego reżysera, zarzucając mu manię wielkości.
Ale Herzog znał Kinskiego już na tyle dobrze, że wiedział, jakie sztuczki manipulacyjne stosuje i jak się im nie dać. I chociaż ekipa filmowa miała go za szaleńca, a pracujący przy filmie Indianie nawet zaproponowali Herzogowi, że mogą go zabić, to Herzog mimo wszelkich trudności i konfliktów uważał Kinskiego za swojego bliskiego przyjaciela i wybitnego aktora, z którym niejednokrotnie nawiązał współpracę – a ich wynikiem za każdym razem był wybitny film. Oglądając filmy Herzoga z udziałem Kinskiego, dziś możemy podziękować reżyserowi za jego anielską cierpliwość.
Grażyna Błęcka-Kolska i Jan Jakub Kolski
Przenieśmy się teraz do Polski i skupmy uwagę na doskonałym twórcy filmowym, jakim bez wątpienia jest Jan Jakub Kolski. Kino tego utalentowanego reżysera znane jest chyba każdemu. Stworzył on niemal baśniowe i poetyckie filmy, takie jak chociażby Grający z talerza, Pogrzeb kartofla, Jańcio Wodnik czy Jasminum, skupiające się wokół polskiej malowniczej wsi i przepełnione realizmem magicznym. Bohaterami są często ludzie dotknięci różnymi schorzeniami czy wyrzutki społeczne. Chociaż zarzucano mu długo, że wciąż kręci jeden i ten sam film, to widzowie i tak pokochali produkcje Kolskiego i pokochali jego magiczny świat.
Docenili go zresztą nie tylko widzowie, ale i krytycy, a Kolski doczekał się licznych nagród, między innymi Złotych Lwów na festiwalu w Gdyni czy też Nagrody Kulturalnej Śląska oraz Nagrody Wielkiego FeFe. Ale Jańcioland, bo tak zaczęto nazywać świat wykreowany w filmach Kolskiego, nie byłby pełen, gdyby nie obsadzona w większości filmów aktorka, prywatnie żona reżysera – Grażyna Błęcka-Kolska. Wystąpiła ona w większości filmów Jana, kreując w jego świecie tak niezapomniane role, jak Weronka z Jańcia Wodnika, Lena z Magneto czy Maria z Pornografii.
Ale i tutaj, niestety, nie mamy do czynienia z relacją idealną. Liczne zdrady Kolskiego doprowadziły jego żonę i muzę do załamania nerwowego. Konflikt przypieczętował nowy związek reżysera z o wiele młodszą kobietą, a finalnie – rozwód pary. I to zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Śmierć ich ukochanej córki (w wyniku wypadku samochodowego, który spowodowała kierująca pojazdem Grażyna, niestety) tylko pogłębiła tę przepaść na kilka kolejnych lat. Ich drogi zeszły się ponownie dopiero przy okazji dzieła reżysera o wiele mówiącym tytule Pojednanie. Obecnie również razem pracują, tym razem na planie filmu Republika Dzieci.
Toshiro Mifune i Akira Kurosawa
Mifune i Kurosawa zrealizowali wspólnie szesnaście (!) filmów – z czego większość to absolutne klasyki kina światowego, począwszy od doskonałego kryminału noir Pijany Anioł, aż po Rudobrodego. Panowie świetnie się uzupełniali, a sam Kurosawa pisał role specjalnie skrojone pod swojego ulubionego aktora – którym był zresztą niesłychanie zafascynowany.
Słusznie zauważył, że Mifune ma w sobie coś z chuligana i zawadiaki, co w połączeniu ze specyfiką, szorstkością gry i niebywałym talentem czyniło z niego doskonały materiał dla genialnego reżysera i scenarzysty.
Oczywiście (jak zwykle w takich przypadkach bywa) na planie dochodziło nieraz do poważnych scysji – z jednej strony przez perfekcjonizm i szalone pomysły Akiry Kurosawy (przykład poniżej tekstu, SPOILER*), a z drugiej przez krnąbrność i trudny charakter jego gwiazdy. Toshiro nie wylewał przy tym za kołnierz – a dokładniej uwielbiał tęgo sobie popić – kontemplując przy okazji w tym samym czasie dwie inne swoje pasje, czyli miłość do samochodów i rozrób). Niestety dokładniej, czy wręcz bardziej pikantnie, o samej relacji Cesarza z Wilkiem trudno pisać. Artyści bardzo pilnowali swojej prywatności, zresztą w ówczesnej Japonii prasa filmowa daleka była od współczesnych standardów portali plotkarskich. Niemniej wieloletnia przyjaźń i współpraca obu panów nie zakończyła się (początkowo) w sympatycznych warunkach. Dlaczego?
Toshiro (nie bez racji zresztą) oskarżał mentora o problemy finansowe swojej własnej firmy Mifune Productions. Przedłużająca się realizacja Rudobrodego, kolejne dokrętki (trwające zresztą dwa lata) i zmiany scenariusza, jakich nieustannie dokonywał reżyser, sprawiły, że aktor – którego stała obecność na planie była niezbędna – zaniedbał swoje obowiązki wobec własnego biznesu, narażając go tym samym na pokaźne straty finansowe, z którymi nigdy do końca się nie uporał. Prawdą jest w istocie, iż zakończenie ich wieloletniej i owocnej współpracy przy okazji ostatniego klapsu do Rudobrodego w roku 1966 stało się również rozpoczęciem trudnych i dość mrocznych czasów w życiu obu panów – de facto była również zakończeniem kariery samego Toshiro (zagrał później stosunkowo niewiele). Sam Kurosawa zresztą popadł wkrótce potem w ogromną depresję, zakończoną nawet próbą samobójczą.
* SPOILER: Słynna scena z Tronu We Krwi, gdy Washizu zabity zostaje przez własnych żołnierzy setkami strzał w jednej z końcowych scen, była kręcona… dość nieostrożnie. Kurosawa zażyczył sobie, by w Mifune strzelano z prawdziwych łuków (a strzały wystrzelone były przez nieprofesjonalnych łuczników) i celowano tuż obok aktora. Toshiro musiał więc FAKTYCZNIE unikać strzał w trakcie kręcenia. Stres odbijał sobie upijaniem się co wieczór po skończonych zdjęciach.

