Publicystyka filmowa
STAR WARS – TRYLOGIA SEQUELI. Co się UDAŁO, a co NIE WYSZŁO
STAR WARS – TRYLOGIA SEQUELI to emocjonująca podróż przez galaktykę, w której spełniają się marzenia i pojawiają się rozczarowania. Co się udało, a co nie?
Stało się. Na ekranach kin zagościł ostatni epizod gwiezdnej sagi – domknięcie zapoczątkowanej cztery lata temu trylogii i zwieńczenie ponad 40-letniej serii. Trudno przecenić kulturowe znaczenie fenomenu podarowanego światu przez George’a Lucasa, który w najśmielszych snach nie mógł spodziewać się, jak wielki będzie sukces jego dziwnego i wyśmiewanego przez wielu przedsięwzięcia. Gwiezdne wojny od początku swojego istnienia wywoływały intensywne i nierzadko skrajne emocje, co widać szczególnie w ostatnich latach (rozwój internetu i mediów społecznościowych zrobiły swoje).
Disney podjął się niezwykle ambitnego zadania, a kontynuowanie hołubionej przez fanów oryginalnej trylogii było skazane na niezadowolenie przynajmniej części fanów – nie sposób dogodzić wszystkim, nie w przypadku Gwiezdnych wojen, na które każdy ma swoją własną wizję.
Tak zwana trylogia sequeli dla niektórych okazała się wspaniałą przygodą, a dla innych koszmarnym rozczarowaniem. Nie ulega wątpliwości, że kreatywne przepychanki i brak wyraźnie zarysowanego planu na przebieg wydarzeń wszystkich trzech filmów zaszkodziły spójności całej trylogii i wprowadziły do niej niepożądany chaos. Z jednej strony mamy świetne występy aktorskie, fascynujące pomysły inscenizacyjne i udaną rozbudowę konceptu Mocy, z drugiej niezgrabnie poucinane wątki, ścierające się wizje różnych twórców i wpływ koncertu życzeń fanów. Zbierzmy więc to wszystko w jedną całość i przedyskutujmy – co wyszło jak należy, a co nie? I czy ta trylogia w ogóle była potrzebna?
Zacznijmy od podstaw: o czym tak naprawdę są te filmy? Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, opowiadają one historię ważną dla uniwersum, a pojawiające się w nich motywy w interesujący sposób rozwijają wątki poprzednich części. Sam miałem duże wątpliwości co do tego, co właściwie chcieli przekazać twórcy tych filmów, ale pomimo braku przemyślanego planu i pewnych sprzeczności fabuła całej trylogii dość umiejętnie kontynuuje wątek walki dobra ze złem zapoczątkowany przez Lucasa w Nowej nadziei/Mrocznym widmie. Przebudzenie Mocy pokazuje nam, że zło nie musi umrzeć razem z jego liderem – Imperator Palpatine został pokonany, a symbole jego siły (druga Gwiazda Śmierci, Darth Vader jako prawa ręka, trzon floty) uległy zniszczeniu, ale Imperium przetrwało.
Resztki reżimu znalazły natomiast schronienie gdzieś na marginesie i powoli rosły w siłę, czekając na odpowiedni moment, by uderzyć w słaby, ledwo formujący się rząd Nowej Republiki, tym samym rozpoczynając próbę odzyskania kontroli nad galaktyką. Na czele formacji stoi tajemniczy Snoke, którego uczniem jest nie kto inny, jak Kylo Ren – dawny Ben Solo, czyli syn Hana i Lei, najmłodszy członek rodu Skywalkerów. Ben został zwiedziony przez Snoke’a oraz zawiedziony zarówno przez ojca, jak i swojego dawnego mistrza, Luke’a. Luke zapoczątkował nową generację rycerzy Jedi, ale wszystko to zostało zniweczone, kiedy w momencie słabości dopełnił przemiany Bena w Kylo. Kosztowało to życie adeptów Jedi i doprowadziło do tego, że pożerany przez wyrzuty sumienia i gorycz porażki Skywalker zaszył się na odległej planecie, na której postanowił umrzeć. Nie potrafiąc całkowicie odciąć się od swoich bliskich i losów galaktyki, zostawił ślad, dzięki któremu można było go odnaleźć. Na ten ślad trafia Rey, młoda dziewczyna porzucona na pustynnej planecie Jakku. Wędrówka Rey prowadzi ją do poznania szturmowca-dezertera o imieniu Finn (nadanym mu przez narwanego pilota, Poe Damerona), a także Hana Solo i Chewiego. Utrata syna na rzecz ciemnej strony poróżniła rodziców Bena, w efekcie czego Han zajmuje się przemytem, podczas gdy księżniczka/generał Leia przewodzi Ruchem Oporu – jedyną siłą, która stoi na drodze resztek Imperium, czyli Najwyższego Porządku.
Dzięki wysiłkom bohaterów największa broń nowego reżimu – baza Starkiller/Gwiazda Śmierci 3 – zostaje zniszczona, co daje buntownikom jakąkolwiek szansę na przetrwanie wojny. Trudno jednak o optymizm, kiedy Kylo, próbujący udowodnić swoje oddanie ciemnej stronie, morduje swojego ojca, a Najwyższy Porządek niszczy bazę Ruchu Oporu i rusza w pościg za niedobitkami. Życie ostatnich walczących buntowników wisi na włosku, Kylo jest jeszcze bardziej rozdarty niż wcześniej (zabicie Hana wytrąca go z równowagi i jeszcze bardziej podkopuje jego pewność siebie), a tajemnicza i potężna Mocą Rey próbuje odkryć, kim jest, pobierając nauki u Luke’a.
Skywalker jest nastawiony pesymistycznie do roli, jaką Jedi odgrywali w galaktycznych wydarzeniach, podczas gdy idealistyczna Rey postanawia nawrócić Kylo, z którym nawiązała specyficzną więź. Ten zabija swojego mistrza i decyduje się zająć jego miejsce jako lider resztek Imperium. Nie udaje mu się jednak zniszczyć ostatnich rebeliantów, a to dzięki poświęceniu rozumiejącego swój błąd Luke’a i wysiłkom Rey. Ruch Oporu inspiruje kolejnych bojowników i poszerza swoje szeregi, a niedługo potem na jaw wychodzi straszna prawda: Imperator Palpatine nie jest martwy, a w rzeczywistości odzyskuje siły i kryjąc się w cieniu, pociąga za sznurki całego konfliktu.
Snoke był jego marionetką, bezpiecznym pośrednikiem, który pomógł mu przeciągnąć Bena na swoją stronę, a na koniec okazał się ostatecznym sprawdzianem dla młodego Solo/Skywalkera (zamordowanie mistrza jest najważniejszym momentem w życiu adepta ciemnej strony, obowiązkowym rytuałem przejścia). Najwyższy Porządek to zaledwie przetarcie szlaków i zrobienie miejsca dla budowanej w tajemnicy nowej armii Palpatine’a, która zmiażdży resztki jakiegokolwiek oporu. Do osiągnięcia własnych celów Darth Sidious potrzebuje jednak pełni swojej siły i nowego ciała. Tu pojawia się Kylo i Rey – Palpatine rozkazuje Renowi zabicie dziewczyny, ale tak naprawdę wystarczy mu śmierć któregokolwiek z tej dwójki.
Ren i Rey są bowiem obiema stronami tej samej monety, to potomkowie największych rodów utożsamianych z potęgą Mocy; ucieleśnienia Światła i Ciemności. Co ciekawe jednak, zdeprawowany Kylo wywodzi się z bohaterskiego rodu Skywalkerów, podczas gdy dobroduszna Rey w rzeczywistości jest wnuczką samego Palpatine’a. Imperator wie, że oboje stanowią dla niego zagrożenie, dlatego zależy mu na śmierci jednego i zmanipulowaniu drugiego. Wszystko po to, aby odzyskać część siebie, którą utracił w wyniku ataku Dartha Vadera/Anakina Skywalkera, odbudować i na zawsze umocnić swoją władzę nad galaktyką.
Nie można udawać, że Palpatine od początku miał być głównym antagonistą całej trylogii, a jego brak w dwóch poprzednich filmach jest trudny do zignorowania. Z drugiej strony – jak najbardziej kupuję Snoke’a jako wykonawcę jego woli i swoistą przykrywkę (od początku miałem takie teorie, głównie dlatego, że motyw muzyczny Snoke’a przypomina muzykę towarzyszącą scenie, w której Palpatine mówił o ciemnej stronie pozwalającej oszukać śmierć) w okresie, w którym pokonany Imperator był zbyt słaby i podatny na ataki, by ryzykować pokazanie się komukolwiek. Nie zaszkodziłoby kilka słów wyjaśnienia w filmie, z drugiej strony naprawdę nie wszystko trzeba łopatologicznie tłumaczyć jak w prequelach, niektórych rzeczy łatwo można się domyślić.
I jak już wcześniej pisałem – o ile chętnie zobaczę nowych antagonistów w innych filmach/serialach mających miejsce w uniwersum, tak główna saga Gwiezdnych wojen powinna skupiać się na walce ze złem skupionym w osobie Dartha Sidiousa, mistrza spiskowania, manipulacji i oszustwa. Szkoda więc, że niezdecydowanie Lucasfilmu i skrajnie odmienne wizje reżyserów nie pozwoliły przedstawić tego w lepszy i bardziej spójny sposób. Nie są to też jedyne problemy ostatnich trzech epizodów. Jak więc wygląda ciemna strona trylogii sequeli?
Ciemna strona
Dużym błędem był brak wspólnej wizji, którą stworzyłaby trójka reżyserów odpowiedzialnych za kolejne filmy. J.J. Abrams, Rian Johnson i Colin Trevorrow (pierwotny reżyser dziewiątego epizodu) powinni byli usiąść przy jednym stole i ustalić wszystko, od początku do końca. Warto byłoby zasięgnąć języka u George’a Lucasa (z zaznaczeniem, że nikt nie jest zainteresowany rozwijaniem mikroskopijnego wymiaru uniwersum, a Midichloriany to pod innym adresem), wybrać główne postaci, rozpisać ich wewnętrzne wędrówki i przemiany oraz – przede wszystkim – antagonistów.
Bo o ile udało się zrealizować motyw dawania lekcji i przekazywania pałeczki nowym bohaterom przez starych (Han w Przebudzeniu, Luke w Ostatnim Jedi i Leia w Odrodzeniu), a Rey, Kylo/Ben, Poe i Finn faktycznie rozwijają się na przestrzeni trzech filmów, tak złoczyńcy stali się polem prawdziwej szarpaniny między Abramsem a Johnsonem. Przebudzenie Mocy wprowadziło bowiem czwórkę postaci: Kylo Rena, Snoke’a, Kapitan Phasmę i Huxa. Każdy z nich pozostawiał mniej lub więcej do życzenia, ale we wszystkich był potencjał, a świetny Adam Driver intrygował już od pierwszych scen. Nie można jednak powiedzieć, żeby wspomniany potencjał został należycie wykorzystany, co jest efektem wspomnianej twórczej szarpaniny (i po części początkowych błędów Abramsa).
Zacznijmy od Huxa, bo temu oberwało się najbardziej. Poznajemy go jako fanatycznego sługusa quasi-nazistowskiego reżimu. Trudno go określić charyzmatycznym, ale z pewnością nie brakuje mu arogancji i sadyzmu. Rian Johnson postanawia go jednak obśmiać i zamienić w pomiataną karykaturę. Rozumiem zamysł, gdyż Hux jest ucieleśnieniem najbardziej żałosnych ludzkich cech – to karierowicz i przepełniony nienawiścią dzieciak, dysponujący władzą nad życiem i śmiercią miliardów istot. Jego postawa zasługuje na wyśmianie, odbywa się to jednak kosztem wzbudzającego grozę antagonisty.
Abrams, ewidentnie rozgoryczony poprowadzeniem postaci przez Johnsona, robi z Huxa szpiega działającego na niekorzyść Najwyższego Porządku (co wynika z sensownie budowanej małostkowej nienawiści do Rena), co zostaje momentalnie odkryte i sprowadza na niego śmierć. Huxa zastępuje doświadczony imperialny dowódca, który niegdyś służył Palpatine’owi, a o zamordowanym nikt nie wspomina ani jednym słowem. Hux to ciekawa (w swojej niekompetencji) postać i świetny komentarz do postaw, które reprezentuje, ale kompletnie nieistotny złoczyńca. Tak samo można określić Phasmę, która, podobnie jak Boba Fett, wyglądała czadowo, ale nie zrobiła wiele, by uzasadnić swoje istnienie.
Za to winiłbym Abramsa, który po interesującym wprowadzeniu (stanie na czele rzezi cywilów na Jakku) nie dał jej nic ciekawego do roboty, a w finale filmu upokorzył ją dla nostalgicznego nawiązania i gagu. Johnson dał jej pewne odkupienie, pokazując jej kompetencje w efektownie nakręconej walce (którą w zasadzie wygrała) z Finnem, ale po tym ją zabił. Dla niego Phasma była wyzwaniem na drodze Finna oraz elementem jego przemiany i jest to kolejny dobry pomysł, który mógł być znacznie lepiej zrealizowany, gdyby Phasma nie była tak zmarnowana w Przebudzeniu Mocy.
Jeśli chodzi o Kylo, to uważam, że powinien mieć jeszcze większą rolę i więcej czasu ekranowego – na tym kończą się moje zarzuty i obecność jego postaci w tej części tekstu. Snoke też nie do końca zasługuje na znalezienie się w sekcji wad, bo w moich oczach to jeden z aspektów tej trylogii, którym na dobre wyszły starcia twórców. Nie dziwię się temu, co zrobił Johnson, bo Snoke był przeraźliwie nudny w Przebudzeniu Mocy. Poza ciekawą inscenizacją (ogromny hologram), jedyne, co przykuwało uwagę widza, to jego tajemnicza tożsamość i przeszłość.
Sama postać nie budziła szczególnej grozy ani nie robiła nic ciekawego. Nieszczególnie oryginalny wygląd (Palpatine w wersji CGI) też nie wywołał we mnie żadnej reakcji poza lekkim zawodem. Rozumiem więc, dlaczego Johnson uznał, że najlepsze, co może zrobić, to zaskoczyć widza zabiciem tej postaci. Co zabawne, zanim to zrobił, nadał Snoke’owi odrażający charakter i uczynił z niego znacznie ciekawszego niż wcześniej złoczyńcę. Nie żałowałem jednak jego śmierci i spodobało mi się to przełamanie konwencji – trudno też o lepszą próbę dla rozwijającego się jako antagonista Kylo Rena. Uczeń przerósł swojego mistrza, a nieporywająca postać ustąpiła miejsca jedynemu słusznemu złu w sadze Skywalkerów.
Choć cieszę się z powrotu Palpatine’a, to drażni mnie, że ta właściwa decyzja została podjęta w biegu i desperacji. Gdyby wszystko było zaplanowane jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do Przebudzenia Mocy, a tu i ówdzie pojawiłyby się jakieś niejasne przesłanki dotyczące tego obrotu zdarzeń, całość trylogii byłaby dużo lepiej zgrana. Disney poszedł jednak drogą Warnera zmieniającego kierunek DCEU z filmu na film. Niektórzy zdążyli o tym zapomnieć, ale prequele Gwiezdnych wojen były niemal powszechnie znienawidzone przez dorosłych fanów, a uwielbiały je dzieci i nastolatki.
Przez 15 lat ludzie narzekali na tamte filmy, nudnawe (w wykonaniu) polityczne wątki i tony suchej ekspozycji prezentowanej przez bohaterów. Przebudzenie Mocy było więc zwrotem o 180 stopni i filmem utrzymanym w duchu starej trylogii, z płynnym tempem akcji, przygodowym klimatem oraz ekspozycją i budowaniem świata ograniczonymi do minimum. Twórcy poszli jednak za daleko: fabuła pożyczała zbyt wiele z Nowej nadziei, a rezygnacja z zasypywania widza toną informacji niekoniecznie musiała oznaczać całkowite porzucenie zarysowania kontekstu wydarzeń. Ucierpiał na tym wątek Nowej Republiki (o której wiemy niewiele i większość sobie dopowiadamy), nie udało się też należycie wprowadzić nas w rzeczywistość mającą miejsce 30 lat po Powrocie Jedi. Wypełnienie tej długiej luki powinno było odegrać większą rolę w całej trylogii; pomogłoby to w nadaniu kontekstu jej wydarzeniom oraz nakreśleniu lepszego połączenia z poprzednimi epizodami. Dostajemy wprawdzie strzępy informacji, kilka wyjaśnień i sugestii, ale to trochę za mało.
Rian Johnson przyjął do siebie przynajmniej część tych zarzutów, a jego film nie serwuje fanom tylu powtórek z przeszłości i momentów, które są wyliczone na powszechny zachwyt. Przebudzenie Mocy było pozbawioną oryginalności kalką Nowej nadziei? W porządku, Ostatni Jedi da wam coś zupełnie innego i zarazem świeżego, wchodzącego w dyskurs z mitologią Gwiezdnych wojen. I choć zawsze będę bronił tego filmu i wielu decyzji Johnsona, to nie potrafię kłócić się z zarzutem, że interesowało go nakręcenie autonomicznego filmu, ale nie drugiego aktu trylogii (i ósmego epizodu całej sagi).
Podoba mi się, jak potraktował wiele wątków i postaci wprowadzonych w Przebudzeniu Mocy, tyle że ta polemika powinna była mieć miejsce już przy planowaniu trylogii, nie na planie jej drugiego filmu. Gdyby te zwroty akcji były zaplanowane zawczasu, widzowie mogliby je odebrać jako zaskakujące, ale spójne z poprzednim filmem i jego wydarzeniami. Zamiast tego można było odnieść wrażenie, że pod nieobecność gospodarza imprezy jego partner poprzestawiał meble oraz zmienił oświetlenie i muzykę, ku dezorientacji i niezadowoleniu wielu gości. Kontynuując tę dziwną metaforę – przy okazji Skywalker.
Odrodzenie
Odrodzenie cierpi też z powodu czasu akcji dwóch poprzednich epizodów. Epizod siódmy i ósmy to tak naprawdę dwie połowy jednego filmu (z perspektywy historii, nie stylu narracji i stylistyki) – jeden zaczyna się, tam gdzie kończy się drugi. Więcej w tym winy Abramsa niż Johnsona ponieważ cliffhanger, którym kończy się Przebudzenie Mocy, nie pozwalał na jakikolwiek przeskok czasowy, który nie pominąłby ważnych i interesujących wydarzeń. Jednocześnie oba te filmy odwalają kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o wprowadzenie bohaterów i poddanie ich istotnym próbom.
Nie rezygnowałbym z tego, za to potraktowałbym obie produkcje jako wielki początek trylogii i dwuczęściowy epizod. Gdyby Odrodzenie poprzedzał jeszcze jeden film mający miejsce przynajmniej rok po Ostatnim Jedi, można by było lepiej rozwinąć relacje między rozdzielonymi do tej pory bohaterami, uzupełnić luki związane z obecnym obrazem galaktyki i dawnymi wydarzeniami, no i wprowadzić przynajmniej widmo powrotu Palpatine’a. Ostatnia część mogłaby zaś skupić się na satysfakcjonującym zwieńczeniu całej sagi i byciu kulminacją czerpiącą z tego, co zostało zbudowane wcześniej. Podziwiam Odrodzenie za to, ile udało mu się zrobić, ale wypadłoby to dużo bardziej skutecznie, gdyby to nie były dwa filmy w jednym. Niezależnie od tych wszystkich błędów i kiepskich decyzji, sequele mają do zaoferowania dużo dobrego. Co jest ich jasną stroną?
Jasna strona
Ten akapit będzie nieco krótszy, jako że nawet podczas moich narzekań przebijają się pozytywy, jakie widzę w tej trylogii. Największym z nich z pewnością jest postać Kylo Rena i występ Adama Drivera, jednego z najbardziej utalentowanych aktorów swojego pokolenia. To fascynujący antagonista, który przechodzi prawdziwą przemianę podczas tych trzech filmów. Pod tym względem jest on znacznie ciekawszy niż Darth Vader w oryginalnej trylogii – on pozostaje praktycznie taką samą postacią do momentu nawrócenia.
Kiedy poznajemy Vadera, jest on już budzącym grozę i potężnym złoczyńcą, podczas gdy Kylo początkowo sprawia wrażenie rozchwianego pozera. Młody Solo ukrywa się pod maską i próbuje zbudować swój autorytet przemocą, ale jego rozdarcie wewnętrzne i napady niekontrolowanej furii przywodzą na myśl raczej histeryczne zachowania Anakina. Wydawałoby się, że próba w postaci zamordowania ojca przypieczętuje jego powiązanie z ciemną stroną, ale tak się nie staje. Ren traci resztki równowagi, daje się pokonać Rey (na jego usprawiedliwienie, poza rozerwaną duszą cierpiał także na ciężką ranę postrzałową brzucha) i nawet jego połączenie z Mocą wydaje się słabsze niż wcześniej.
Kiedy go poznajemy, Kylo potrafi zatrzymać pocisk blastera w powietrzu, natomiast po zamordowaniu ojca polega głównie na chaotycznej walce mieczem świetlnym. Dopiero zabicie Snoke’a i przejęcie władzy nad Najwyższym Porządkiem pozwalają mu odzyskać część dawnej siły. Jego słabym punktem jest jednak więź z Rey – to dzięki jej współczuciu (ratuje mu ona życie po ich walce w ruinach drugiej Gwiazdy Śmierci) oraz wpływowi rodziców wreszcie postanawia on zawrócić ze ścieżki zła i zniszczenia.
W przewrotny sposób to dzięki jego przemianie Rey nie ulega kuszeniu Palpatine’a, który obiecuje jej nieograniczoną potęgę i możliwość ocalenia swoich bliskich. Rey wcale nie jest też tak nieskazitelnie czysta i niepopełniająca błędów, jak utrzymują niektórzy malkontenci. Mogę się założyć, że powtarzane jak mantra brednie o Mary Sue byłyby znacznie mniej popularne, gdybyśmy mieli do czynienia z męską postacią. Zgadzam się, że rozwój Rey nie jest tak interesujący jak przemiana Anakina, a twórcy zdawali się obawiać umieszczenia jej w tak kiepskim położeniu, w jakim był Luke w finale Imperium Kontratakuje.
Jednak dlaczego mielibyśmy drugi raz oglądać identyczną wędrówkę protagonisty? Rey zaczyna trylogię jako kompetentna wojowniczka i pilotka (samotne życie na pogrążonej w bezprawiu planecie złomowisku nauczyło ją dbania o siebie), a jej problemy nie dotyczą nauki walki. Rey chce odkryć, kim jest – zarówno jeśli chodzi o pochodzenie i identyfikację, jak i swój kontakt z Mocą i rolę w galaktyce. Ta wędrówka jest fascynująca i niepozbawiona porażek – jej naiwność w Ostatnim Jedi zostawia ją na łasce Kylo i Snoke’a, nieomal kosztując ją życie. W Przebudzeniu Mocy również początkowo przegrywa z Kylo (kiedy zostaje porwana) i pokonuje go dopiero w momencie jego największej słabości.
Odrodzenie pokazuje nam aż trzy porażki – jej chwilowe ulegnięcie ciemnej stronie Mocy kosztowałoby życie Chewiego (gdyby leciał innym statkiem), od śmierci w przegranej walce z Kylo ratuje ją interwencja Lei, a wspomniana już konfrontacja z Imperatorem nie kończy się tragicznie tylko dzięki pojawieniu się Bena Solo (który na samym końcu oddaje jej swoją energię życiową).
Fakt, żadna z tych porażek nie wybrzmiewa należycie, ponieważ za każdym razem Rey sprzyja szczęście albo czyjaś pomoc, ale to nie zmienia faktu, że bohaterka zawdzięcza bardzo wiele innym, zwłaszcza Kylo, który kilkakrotnie mógł ją zabić, gdyby tylko chciał. Jej potęga nie jest niczym przesadzonym, bo Moc w filmach nie działa jak w grach komputerowych. Strasznie wkurza mnie podejście na zasadzie „ona nie powinna tego nie potrafić, bo nie spędziła x godzin na treningu” – Moc to nie ćwiczenie mięśni na siłowni, Moc to nie skille w grach RPG, które kupuje się żmudnie zbieranymi punktami doświadczenia. Yoda i Luke tłumaczą to najlepiej – ważny jest potencjał jednostki, jej skupienie i umiejętność wsłuchania się w głos Mocy. Jedna osoba będzie pracować nad koncentracją całymi dniami, zanim podniesie kamień, inna instynktownie zrobi to praktycznie od razu. Moc ma też nieograniczone możliwości i nie można jej ograniczyć do głupiego drzewka umiejętności, z którym wiele osób zdaje się ją kojarzyć. Jeśli chodzi zaś o potencjał, to czego jak czego, ale tego Rey nie brakuje – w końcu to wnuczka najpotężniejszej istoty w całej galaktyce.
To objawienie często jest określane jako zabieg rodem z telenoweli, ja jednak nie uważam, żeby znacząco odbiegało to od natury i sposobu ujawnienia pokrewieństwa w Imperium i Powrocie Jedi. Nie można też powiedzieć, że coś w tym stylu nie było sugerowane wcześniej, bo przebłyski gniewnej natury i ciemnej strony Rey pojawiły się w obu poprzednich częściach. Z pewnością wypadłoby to bardziej przekonująco, gdyby sam Palpatine został zasugerowany wcześniej, ale ten problem już przerobiliśmy. Podoba mi się fakt, że cała ta trylogia zadaje pytanie (i udziela satysfakcjonującej odpowiedzi) na temat dziedzictwa i znaczenia więzów krwi, pokazując, że w ostatecznym rozrachunku nie mają one znaczenia.
Kylo przynosi ujmę swojemu rodowi, ale znajduje odkupienie dzięki osobie, która nie przestała w niego wierzyć, podczas gdy Rey wyrzeka się swojego pochodzenia i przyjmuje nazwisko rodziny, która ją przygarnęła i nauczyła ścieżek Mocy. Palpatine ponosi więc podwójną klęskę – jego ciało, jego duch, plan i cała potęga przestają istnieć, a ostatnia część pozostawionego przez niego dziedzictwa odrzuca je na rzecz Skywalkerów – rodu, który raz za razem stawał na jego drodze do wiecznej dominacji.
To poświęcenie Anakina pokrzyżowało mu plany, zmusiło go do spędzenia dekad w cieniu i pozwoliło przeżyć Luke’owi, czyli temu, dzięki któremu rebelia i Leia mogły przetrwać – Lei swoje życie zawdzięcza zaś Rey, która ratuje Bena po to, by ten później mógł się jej dwukrotnie odwdzięczyć tym samym, pozwalając pokonać Imperatora i żyć dalej. Może sobie coś tu dopowiadam, ale ja widzę łańcuch wydarzeń, które nie miałyby miejsca, gdyby nie nawrócenie Anakina i późniejsze ostateczne wybory kolejnych Skywalkerów. Odrodzenie wcale nie neguje statusu Anakina jako Wybrańca, a sequele nie czynią zakończenia Powrotu Jedi bezwartościowym.
Jasne, zło nie zostaje tam ostatecznie pokonane, ale przegrywa ono kluczową bitwę. Dzięki temu w galaktyce przez pewien czas panuje pokój, a bohaterowie (Luke, Leia i Han) mają możliwość poniesienia dotkliwych porażek, dzięki którym później wpłyną na nowych bohaterów i pomogą im raz na zawsze pokonać zło ostateczne. Wątek Lei oczywiście nie wygląda, jak należy, ale przecież nikt nie mógł przewiedzieć tragedii w postaci śmierci Carrie Fisher. Pomimo swojego pokracznego charakteru Odrodzenie dostarcza dobrej odpowiedzi na pytanie, o czym opowiada saga Skywalkerów. To trzypokoleniowa historia zdobycia władzy, a następnie jej utracenia i ostatecznej próby odzyskania.
To opowieść o walce potykającego się dobra (Skywalkerowie) z nieograniczonym i niemal niezwyciężonym złem (Imperator i jego Imperium), którego jedyną słabością jest arogancja. Realizacja tej dziewięcioczęściowej epopei jest najeżona problemami i błędami (zwłaszcza na początku i na końcu), ale jako całość funkcjonuje i wzbudza masę silnych emocji.
Równowaga Mocy
Tak naprawdę mógłbym napisać jeszcze drugie tyle tekstu. Mógłbym rozpisywać się o zaskakującym sprowadzeniu popkulturowych legend (Luke, Leia i Han) do poziomu popełniających błędy ludzi z krwi i kości, a także o świetnych aktorskich występach, zwłaszcza Marka Hamila. Mógłbym chwalić przygodowo-awanturniczy charakter pierwszej połowy Odrodzenia, ale irytować się na przesadne poleganie na pogoni za McGuffinami. To chaotyczna część filmu, ale zarazem okazja do pokazania interakcji bohaterów, którzy spędzili wcześniej za mało czasu razem. Ich chemia jest przekonująca, choć to trochę za mało i za późno.
Cierpią na tym Poe i Finn, bo choć obaj przeszli ciekawe przemiany, to zdecydowanie nie wykorzystano ich potencjału. Finn zaczął jako szturmowiec-dezerter, zdobył się na bohaterstwo dla Rey, ale dopiero porażka, jaką poniósł z Rose (co powinno mieć miejsce na krążowniku Snoke’a, z pominięciem Canto Bight), pozwoliła mu odnaleźć się po stronie zdesperowanej rebelii. Poe przeszedł zaś wędrówkę od lekkomyślnego pilota skupionego na tu i teraz do wyważonego przywódcy, który wie kiedy nakazać odwrót. Odrodzenie nie ma jednak zbyt dużo czasu dla nich, a to dlatego, że musi zrobić dziesięć innych rzeczy, między innymi zbudować odpowiednio imponujący spektakl.
Niestety, końcowe starcie jest krótsze i mniej rozbudowane, niż by się chciało, choć inscenizacyjnie robi ogromne wrażenie. Całość trylogii to niezwykłe widowisko, które nie polega na CGI w takim stopniu jak prequele i chętnie korzysta z praktycznych efektów specjalnych. Udźwiękowienie jest lepsze niż kiedykolwiek wcześniej (brzmienie miecza Kylo Rena to czysta poezja, zwłaszcza w Przebudzeniu Mocy), a pomysły wizualne Riana Johnsona to ścisła czołówka całej sagi. Montaż towarzyszący pierwszej lekcji Rey, walka w sali tronowej, nadprzestrzenna szarża i czerwony pył na Crait to piękne i niezapomniane obrazki.
Kończący karierę John Williams nie uraczył nas wieloma nowymi ikonicznymi motywami muzycznymi, ale tematy przewodnie Kylo Rena, Rey i Ruchu Oporu są godne klasycznych kompozycji. Okazjonalny drętwy żart czy Marvelowe naleciałości i tak nie wzbudzają nawet namiastki zażenowania towarzyszącego dużej części humoru prequeli, a dialogi przez większość czasu faktycznie brzmią jak coś, co wypowiadają prawdziwi ludzie. Wreszcie, żaden niezgrabny moment czy kiepska decyzja twórców nie odbiorą emocjonalnego wydźwięku wielu momentów, które na zawsze wryły mi się w świadomość. Śmierć Hana Solo, pierwsze przywołanie miecza przez Rey, zamordowanie Snoke’a i Kylo walczący ramię w ramię z Rey, poświęcenie Luke’a, wystrzelenie błyskawic we flotę przez Imperatora – to tylko niektóre z chwil, które sprawiły, że w kinie opadła mi szczęka. I za to zawsze będę wdzięczny wszystkim za nie odpowiedzialnym.
Trylogia sequeli mogła i powinna być lepsza. Dziś jest to dobrze widoczne, a szereg problemów, które posiada, wynika głównie z kiepskiego rozplanowania całości. W efekcie nie stanowi ona dobrze przemyślanej całości, co dla wielu może być przeszkodą w cieszeniu się wszystkim, co dobre w tych filmach. Niektórzy powiedzą nawet, że nie powinna ona w ogóle istnieć. Sam długo nad tym myślałem i zastanawiałem się, na ile potrzebna była filmowa kontynuacja Powrotu Jedi, a także czy powinna była wyglądać inaczej. Ostatecznie skłaniam się jednak ku bardziej pozytywnej opinii – cieszę się, że ta trylogia istnieje.
Cieszę się, że pożegnano starych bohaterów, rozwiązano ostateczny konflikt i stworzono grunt pod mniejsze przyszłe historie. Jasne, niektórzy woleliby, żeby te filmy koncentrowały się na starych bohaterach. Ten pociąg odjechał jednak, kiedy Lucas postanowił zabrać się za prequele, a ewentualny ciąg dalszy był melodią niepewnej przyszłości. Żałuję, że pewne błędy zostały popełnione, ale cieszę się z tego, co dostałem, i mam nadzieję na ciekawy i bardziej nieszablonowy rozwój uniwersum w przyszłości. Z lepszym planem.
