Connect with us

Publicystyka filmowa

Czy warto drugi raz ukraść Księżyc? POLSKIE FILMY, KTÓRE ZASŁUGUJĄ NA REMAKE

Czy warto drugi raz ukraść Księżyc? POLSKIE FILMY, KTÓRE ZASŁUGUJĄ NA REMAKE to refleksja nad niedocenionymi dziełami, które zasługują na nową szansę.

Published

on

Czy warto drugi raz ukraść Księżyc? POLSKIE FILMY, KTÓRE ZASŁUGUJĄ NA REMAKE

Nazbyt często (jak dla mnie) zdarzają się w polskim kinie sytuacje, gdy rewelacyjna historia zostaje skopana przez kulejącą realizację. Składa się na to wiele przyczyn. Niekiedy winne są czasy wraz z oferowanymi przez nie możliwościami technicznymi, które nie nadążają za pędzącą sprintem wyobraźnią człowieka. Zdarza się też, że po prostu nie było wystarczającej ilości pieniędzy, żeby coś lepiej pokazać. Winne są też geopolityczne warunki – kino w Polsce rozwijało się w pewnym specyficznym kierunku, w reakcji na ustrój państwa oraz w osobliwej relacji z nim.

Advertisement

Może dlatego np. kino science fiction, fantastyka, tematy katastroficzne, przygodowe i surrealistyczne mają u nas tak znikomą liczbę kinematograficznych przedstawicieli. Kiedy więc patrzy się z perspektywy mijających lat na wiele niedoinwestowanych dzieł filmowych, ma się ochotę zrobić je od nowa, uwzględniając zmieniającą się percepcję współczesnego widza, a także współczesne możliwości techniczne. Wiem, że to ryzykowne, bo gdyby tak Patryk Vega zabrał się za remake Zapomnianej melodii, mogłaby wyjść z tego pornokonserwatywna rock opera.

Zawsze jednak można pomarzyć, a przynajmniej wybrać kilka przykładów polskich filmowych dzieł, których nie oszczędził ukierunkowany na tworzenie wirtualnych światów umysł człowieka z XXI wieku.

Advertisement

1. O dwóch takich, co ukradli księżyc (1962), Jan Batory

Kornel Makuszyński miał naprawdę fantastyczny pomysł na książkę. Obiektywnie też trzeba przyznać, że role braci Kaczyńskich należą do udanych. Bardzo często jednak krytykuje się je z powodu dzisiejszych politycznych dokonań PIS-u i Prezesa. Krytycy niefortunnie w dzieciach widzą parę spragnionych władzy, już dorosłych, bliźniaków. Robi się z tego zwykła pyskówka, a sam film niestety traci. W dzisiejszej sytuacji politycznej wydaje się niemożliwe, by było inaczej. Warto zatem opowiedzieć historię pióra Makuszyńskiego jeszcze raz, żeby uwolnić ten film od ideologicznej otoczki oraz od Kaczyńskich.

Advertisement

Nieważne, czy są źli, czy dobrzy – u Makuszyńskiego na początku to małe diabły bez krzty wyższych uczuć, ale później się „nawracają”. Ich dzisiejsza obecność psuje jednak moje wspomnienia z dzieciństwa, a film Jana Batorego staje się powodem do rzucania mięsem w tych, którzy na to nie zasługiwali wtedy bądź nie zasługują na pamięć o nich teraz.

Tak przedstawiony argument za remakiem produkcji jest nie tylko ideologiczny, ale i pragmatyczny. Dla spragnionych bardziej technicznych motywów takie oczywiście również się znajdą. Jednym z nich jest czas, który upłynął od pojawienia się filmu, a co się z tym łączy – jakość jego produkcji. Niech emblematycznym przykładem koszmarnych efektów specjalnych będzie lalka pelikana, na której Jacek i Placek podróżują. Zapada w pamięć szczególnie moment lądowania. Nie dość, że kamera jest niemiłosiernie statyczna, to jeszcze zaraz po zniknięciu ptaków pojawia się koza w plenerze o zupełnie innej perspektywie, nie mówiąc już o bardzo widocznym momencie cięcia między klatką jeszcze bez zwierzęcia a tą, na którym już ono jest.

Advertisement

I tak można by wymieniać poszczególne technikalia – styropianowe albo tekturowe skały, sztuczne niebo, oszczędne dekoracje udające monumentalne budowle, mało sugestywną oprawę muzyczną. Historia zaś znacznie przewyższa swoją treścią wiele współczesnych bajek z tzw. morałem. Czy więc nasze dzieci muszą być skazane na tak ułomną formę wizualnej prezentacji prozy Makuszyńskiego, skoro nawykły już do przepakowanych CGI Avengersów?

Może np. Mariusz Palej (Za niebieskimi drzwiami) skusiłby się na remake?

Advertisement

2. Seksmisja (1983), Juliusz Machulski

Dzieło Machulskiego to prawdziwy wyjątek w tym zestawieniu. Widziałem go dziesiątki razy i mimo tego każdy kolejny seans wciąż mnie cieszy. Skąd więc pomysł na remake filmu, który stał się częścią naszej polskiej popkultury? Jak to bywa ze znakomitą większością polskich obrazów o tematyce postapo, science fiction i fantasy, w Seksmisji widać istotne braki w odzwierciedleniu świata po totalnej katastrofie w sposób przemawiający do wyobraźni współczesnego odbiorcy. Jak na rok i geopolityczne miejsce powstania i tak jest nieźle, co nie znaczy, że współcześnie nie udałoby się np.

wnętrz i kostiumów zrobić lepiej. Machulski wraz z całą ekipą musieli przekuć te wszystkie braki w komediowy atut nadający niepowtarzalny charakter postapokaliptycznej rzeczywistości. W pewnej mierze się udało, bo słaba wizualnie strona filmu została mocno wsparta przez znakomite role Stuhra i Łukaszewicza oraz rewelacyjny pomysł. To wszystko jednak nie oznacza, że Seksmisja jest dziełem kanonicznym, zresztą czy takie w ogóle istnieje? Potrzeba tworzenia u człowieka oraz intelektualna ciekawość mają to do siebie, że nieprzerwanie chcą konstruować rzeczy nowe, często na bazie czegoś, co powstało i zostało już sprawdzone, a co najważniejsze, niezależnie od jakichkolwiek dogmatycznych zakazów.

Advertisement

Nie istnieją dla mnie żadne filmowe „dzieła święte”, które mogłyby zatrzymać moją chęć i ciekawość zwizualizowania ich po latach w zupełnie innych warunkach, o których decydują historyczne czasy, chociażby na zasadzie eksperymentu, co wyjdzie. Chcę przez to powiedzieć, że akurat w przypadku Seksmisji nie tylko jej forma realizacyjna zdecydowała o potrzebie remake’u. Gdyby udało się współcześnie nakręcić film o podobnej sile oddziaływania, byłby to nareszcie niepodważalny dowód na to, że Polacy umieją tworzyć kino powtarzalnie i przemysłowo – jak Amerykanie.

Mało tego, wyobrażam sobie, że to właśnie Juliusz Machulski mógłby zrobić nową wersję oraz dodatkowo jej kontynuację. Za każdym razem, gdy oglądam ten film, a zwłaszcza finalną stopklatkę z penisem zajmującym cały ekran, zastanawiam się, co byłoby dalej. Jak świat schowanych pod ziemią kobiet wytrzymałby powrót mężczyzn? Jak zasłaniająca się dwulicową prawilnością dzisiejsza rzeczywistość zniosłaby tak seksistowski film? No i co znalazło się w tym tajemniczym scenariuszu Seksmisji 2, który leży gdzieś w szufladzie?

Advertisement

3. Klątwa doliny węży (1987), Marek Piestrak

Gorszej muzyki do filmu przygodowego nigdy nie słyszałem. Wydaje się, że jej twórca, Sven Grünberg, dostał w swoje ręce, w swoich czasach, najnowszego Korga i bawił się nim niczym dziecko klockami Lego z PEWEX-u. Efekty dźwiękowe również są na podobnym, amatorskim poziomie co dźwiękonaśladowcza muzyka. A to tylko początek piramidy obciachu wyłaniającej się z każdej sceny filmu Piestraka niczym horda szczurów z piwnic na krakowskim Kazimierzu.

Ewa Sałacka na przykład błysnęła niczym supernowa aktorstwem na poziomie szkolnego teatrzyku, tyle że z biustem na wierzchu. Kolberger wypadł nieco lepiej, jednak na skali wciąż są to dwa z dziesięciu punktów. Roman Wilhelmi okazał się za to geniuszem tej produkcji, osiągając zabójczo wysokie trzecie oczko od dołu. Generalnie więc dobrze nie jest. Aktorskiej tragedii dopełnia dubbingowany Wietnamczyk. Zarówno montaż, jak i zdjęcia to kolejne ciosy dla filmu. Da się zauważyć, że operator nie miał pomysłu na kadry, a co gorsza, na oświetlenie. Montażysta łatał całość, jak mógł. Wyraźnie brakowało mu nakręconego materiału, żeby coś z tej filmowej kupy złożyć.

Advertisement

Na koniec pozostawiam do skomentowania efekty specjalne jako klamrę dla beznadziei i filmowej degrengolady. Posągi strzelają laserami, które wcale z ich oczu nie wylatują, bo zostały flejtuchowato nałożone na klatki filmu. Kobry wydają dźwięki jak pistolety-zabawki. Pojawia się nawet wężopodobny stwór z gumy ze świecącymi żarówkami w ślepiach, mutant w laboratorium i znikający samolot w dziurawym niebie. Nie brak również błędów logicznych – gaz paraliżujący węże, natomiast cudownie oszczędzający ludzi. Dialogi są złe, sztuczne, krótkie, na siłę wyjaśniające to, co i tak wystarczająco klarownie wydarza się na ekranie.

Czy zatem podałem już odpowiednią liczbę przykładów na umotywowanie remake’u? Żal mi tego filmu, gdyż pomysł niewątpliwie był, i to ciekawy. Nie tłumaczyłbym też marnej jakości „dzieła” Piestraka czasami PRL-u, cenzurą, kartkami na mięso albo deficytem wódki na planie. Film współprodukowało przecież ZSRR, a to kraj z ambicjami i pieniędzmi, gdy chce pokazać, że potrafi zrobić dobre kino. Poza tym już wtedy reżyser miał tak świetny przykład kina przygodowego w postaci Indiany Jonesa.

Advertisement

Skoro ani on, ani ekipa nie umieli zrobić dobrego kina przygodowego, po jaką cholerę nakręcili takiego kinematograficznego gniota? I jeszcze te tajne pokazy w Wietnamie, bo podobno film był za bardzo amerykański. Wprost nie do uwierzenia.

Myślę, że remake Klątwy doliny węży z powodzeniem mogłaby nakręcić Kasia Adamik.

Advertisement

4. Głos pustyni (1932), Michał Waszyński

Mocno się zdziwiłem, gdy zrozumiałem, że polscy filmowcy na początku lat 30. naprawdę wybrali się do Afryki (Algieria), żeby nakręcić przygodowy melodramat. Do scen batalistycznych zatrudnili nawet arabską konnicę oraz regularne francuskie wojsko. Kosztowało ich to sporo, bo koszty produkcji Głosu pustyni oraz Bezimiennych bohaterów spowodowały upadek firmy producenckiej BWB (Bodo, Waszyński, Brodzisz). Filmy nie uzyskały takiej popularności, jak twórcy zakładali. Udowodnili jednak, że da się zrobić film na prawdziwej pustyni, a rzeczywisty plener ma swoją nieocenioną wartość, również w czarno-białej wersji.

Gdyby tylko rozumieli to dzisiejsi filmowcy, np. z ekipy Korony królów, którym nie chciało się nawet przejechać z Bobolic na Wawel. No trudno. Wracając do Głosu pustyni, nie można odmówić filmowi Waszyńskiego klimatu, a brodaty Eugeniusz Bodo sugestywnie zagrał krwawego szejka Abdullaha. Zrobił to wręcz tak manierycznie, jakby grał w filmie niemym.

Advertisement

W tym cały jest ambaras, że te pierwsze filmy dźwiękowe stylistycznie nadal były nieme. Musiało upłynąć trochę czasu, nim aktorzy, scenarzyści i reżyserzy nauczyli się, że w filmie ze ścieżką dźwiękową bazującą na dialogach nie trzeba już tyle energii wkładać w ruch ciała, wyraz twarzy i gest, by nadrobić dialogiczną ciszę. Aktorzy w Głosie pustyni jeszcze tego nie rozumieli, czemu trudno się dziwić. Dialogów w produkcji jest niewiele, ujęcia są długie, spojrzenia powłóczyste, a ruchy postaci zwolnione – zupełnie jak kilka lat wcześniej w niemym kinie.

Natomiast sam pomysł na historię wydaje się niezły, pod warunkiem, że do melodramatycznej intrygi wprowadzi się więcej akcji. Do dzisiaj brak w polskim kinie dobrego przedstawiciela gatunku przygodowego. Nie mamy tradycji w produkowaniu naszej polskiej wersji eksportowej Indiany Jonesa, chociaż zdarza się, że próbujemy (W pustyni i w puszczy Władysława Ślesickiego z 1974 roku, bo o wersji z 2001 Gavina Hooda nie ma sensu pisać). Żeby zachować w remake’u klimat pierwszej wersji Głosu pustyni, przygodowe realia powinno się złączyć z jakimiś skomplikowanymi losami osobistymi głównych bohaterów, bazującymi na kulturowych sprzecznościach.

Advertisement

Do zrobienia takiego kolażu gatunkowego przychodzi mi na myśl tylko jeden kandydat – Roman Polański. Nie dość, że nie boi się rozmachu (Oliver Twist), tematyki przygodowej (Piraci) oraz skomplikowanych psychologicznie bohaterów (Śmierć i dziewczyna), to jest Polakiem i zna historię polskiego kina. Zrobiłby remake z poszanowaniem oryginału, a jednocześnie zgodnie z zasadami współczesnej kinematografii. Może wtedy Polska zyskałaby nareszcie godny polecenia na świecie film przygodowy.

5. Wilczyca (1982), Powrót wilczycy (1990), Marek Piestrak

Filmy tego reżysera charakteryzują się pewnym specyficznym klimatem. To takie polskie kino klasy Z, a jak wiemy, takie również ma wielu bezkrytycznych miłośników.

Advertisement

Z drugiej strony mało jest postaci w naszym kinie, które odważyły się podjąć tematy kina przygodowego i horroru na taką skalę co Marek Piestrak. Szkoda tylko, że te jego eksperymentalne i niedoinwestowane obrazy nie odblokowały w polskiej kinematografii tej tajemniczej dla mnie niechęci do kina przygodowego, fantastycznego i science fiction. Pierwsza część Wilczycy w swoich czasach była zadziwiająco popularna. W latach 80. horror na naszym ograniczonym do wschodniej Europy rynku i przy naszych możliwościach wydawał się kuriozum, zwłaszcza połączenie go z romantycznymi wątkami. Na fali tej popularności Marek Piestrak nakręcił luźną kontynuację swojego „hitu”, znów na zasadzie horroru z wątkami erotycznymi. Powrót wilczycy okazał się jeszcze gorszy niż część pierwsza, chociaż trudno to sobie wyobrazić, patrząc na efekty specjalne w jedynce.

Tak że nie ma znaczenia, której części remake można by zrobić. Dreszczowca o wilkołakach w naszym filmowym portfolio brakuje. A gdyby tak tematykę rozszerzyć o mocniejsze wątki erotyczne oraz genderowe, może odkrylibyśmy na rodzimym poletku gatunek jeszcze nieeksplorowany. Zanim jednak jakiś twórca zabierze się za remake którejś części Wilczycy, warto, by uświadomił sobie, że do poprawki są nie tylko efekty specjalne. Prowadzenie aktorów przez reżysera ma kolosalne znaczenie w horrorze. Poza tym u Piestraka muzyka w filmach jest paradoksalna i absurdalna zarazem.

Advertisement

Nie tworzy klimatu, nie współistnieje z dramatyzmem scen, jest sama dla siebie. Seria Wilczyca jest tego znakomitym przykładem. Zafascynowany elektroniką Matuszkiewicz plumka na swoich syntetycznych harfach i smyczkach, a na ekranie grasuje wilkołak podobny do goryla.

Kto mógłby zatem odkurzyć zachłanną seksualnie postać wilczycy? Może Wojciech Smarzowski? Jechał już po klerze, milicjantach, policjantach i Ukraińcach. Mógłby przy okazji znów wykorzystać jakąś większą grupę zawodową i trochę podręczyć co bardziej „moralnych” widzów.

Advertisement

6. Wiedźmin (2001), Marek Brodzki

To naprawdę wstyd, że nie potrafiliśmy opowiedzieć należycie tej historii. Zamiast kręcić niezliczone ilości tandetnych komedii romantycznych, można by zrobić jedną mięsistą opowieść o najsławniejszym polskim siepaczu potworów, strzyg i utopców. Marek Brodzki na początku XXI wieku podjął to wyzwanie, bo może jeszcze nie zauważył na kinowym rynku wysypu owych melonów. Faktycznie, wtedy dopiero zaczynał się urodzaj na miłosne komedie. Wciąż pozostawała niezagospodarowana przestrzeń na dobre kino fantasy. W tym jednak przypadku zawiodły i realizacja, i niestety scenariusz.

Do legendy polskich wyczynów filmowych należy już wiedźmiński smok. Istota bardzo dziwna, bo z jednej strony przypominająca dmuchaną lalkę, a z drugiej podobno niesamowicie groźna. Tak przynajmniej sugerowała fabuła naszej rodzimej produkcji fantasy. Kto nie widział tego osobliwego potwora, a zna np. grę komputerową, niech czym prędzej nadrobi braki.

Advertisement

Zobaczyć Wiedźmina wraz z całym tym historiopodobnym entourage bez wątpienia warto, żeby pamiętać, jak bardzo nonszalancko niektórzy twórcy podchodzą do tematów-samograjów, na których można zrobić ogromne pieniądze oraz osiągnąć międzynarodową sławę. Nie w tym przypadku, dlatego po tych kilkunastu latach, gdy wydaje się, że znacznie lepiej jest w naszym polskim filmie, jeśli chodzi o wizualną jakość, warto znów ruszyć ten temat. Tym bardziej, że powstały już trzy części gry i materiału do referencyjnych koncepcji jest mnóstwo. Fani również pod tym względem nie próżnowali.

W sieci można znaleźć wiele grafik ze znanymi aktorami wystylizowanymi na Wiedźmina. Tym bardziej dobór polskiego artysty mógłby być łatwiejszy. Żebrowski swoją drewnianą twarzą przetarł najgorszy szlak. Dzięki niemu wiemy, jaki Wiedźmin nie powinien być. Z tego, co pamiętam, twórcy Wiedźmina próbowali się tłumaczyć po fali krytyki, że zrobili wszystko, co mogli, że na lepsze efekty nie starczyło środków. Ale o dziwo nie starczyło ich również na muzykę, celniejszy dobór aktorów, montaż i zdjęcia. Mam rozumieć, że piersi Grażyny Wolszczak (Yennefer) pochłonęły całą gotówkę? Trzeba jednak przyznać, że oprócz smoka to jedyna rzecz z filmu, którą się pamięta.

Advertisement

Z reżyserią remake’u z powodzeniem poradziłby sobie np. Jan Komasa.

7. Golem (1979), Piotr Szulkin

Advertisement

Walczewski Marek

Rozumiem potrzebę wypowiedzi artystycznej Piotra Szulkina w czasach cenzury. Celnie wybrał formę science fiction ze względu na trudniejszy proces podważenia fantastycznych metafor. Tym samym ulokował Golema niemal jak pisklę w gnieździe w rzeczywistości PRL-u, zapewniając mu wartość historyczną, a zupełnie pozbawiając rozrywkowej.

Należy więc zadać pytanie, czy fanom prozy Gustava Meyrinka, służącej jako jedna z wielu inspiracji dla Szulkina, to wystarczy? Czy tego oczekiwali? Fascynacja powieściami egzystencjalistycznymi już dawno za mną, ale pamiętam, że te wyrozumowane analizy relacji między homo sovieticus a homo sapiens stały, jak dla mnie, w sprzeczności z bardzo intymnym doświadczeniem życia opisanym w książce Golem. A na dodatek gdzieś zniknął ezoteryczny klimat świata Meyrinka, wisząca w powietrzu metafizyczna tajemnica niczym cień mitycznego Golema. Ów klimat został zastąpiony przez postapokaliptyczną wizję zrujnowanych kamienic, pomieszczeń, ulic oraz smutnych ludzi.

I tu zrodził się dla mnie kolejny problem. Po postapokaliptycznym kinie science fiction spodziewałbym się jednak czegoś więcej niż scenerii, którą widziałem na własne oczy podczas tegorocznych wakacji w okolicach Wałbrzycha, Mieroszowa i Unisławia Śląskiego.

Advertisement

Piszę z punktu widzenia zwykłego człowieka oczekującego od tego typu kina zrównoważonej dawki akcji i umysłowej gry. Pod tym względem nie interesuje mnie metaznaczeniowe analizowanie, co artysta miał na myśli w swoim dziele. Treść dopiero później uzupełnia formę, bo ona pierwsza narzuca się widzowi. Jeśli twórca decyduje się na film science fiction, to niech scenerię wykona z należytą starannością oraz taką dawką fantastyki, żeby nie można było (akurat w moim przypadku) wsiąść do samochodu, przejechać około 300 kilometrów i zobaczyć czegoś podobnego. Od kina science fiction oczekuję aktywizacji mojej wyobraźni na najgłębszym, a jednocześnie praktycznym poziomie – chcę zobaczyć to, czego jeszcze nie widziałem.

Dlatego też Golem Szulkina pod względem formalnym należy do zamierzchłych czasów. Gdyby pozbawić dialogi odniesień do totalitaryzmu, krytyki epistemologii komunistycznej i relacji pan-niewolnik, niewiele by zostało z legendy samego golema. Trzeba więc znów sięgnąć do bardzo ciekawego tekstu Meyrinka oraz żydowskiej legendy i zrobić na tej kanwie coś na miarę obecnych możliwości pojmowania i refleksji u inteligentnego widza. Zatem nie komunizm, ale demokracja?

Advertisement

Szkoda, że na krześle reżysera nie widzę Polaka, lecz Jeana Pierre’a Jeuneta.

8. Krzyżacy (1960), Aleksander Ford

Advertisement

Mam nieodparte wrażenie, że ekipa filmowa Krzyżaków aż do przesady dbała, żeby aktorzy nie pobrudzili się czymś na planie. Dążenie to przełożyło się na sam film – nie przypominam sobie „czystszego”. Odkąd go po raz pierwszy widziałem, a były to czasy szkoły podstawowej za poprzedniego ustroju, dziwię się, że średniowieczni wieśniacy i w ogóle cała rzeczywistość tego czasu mogły tak laboratoryjnie i kolorowo wyglądać. Wrażenie to stoi w sprzeczności z licznymi książkami historycznymi, w których opisywano codzienne życie tej epoki. Najwidoczniej w latach 60.

zdecydowano, że w walce z niemieckim najeźdźcą Polacy nie mogą być brudni, bo jakże to. A i koszty scenografii przy okazji się zmniejszą oraz mniej prania kostiumów będzie. Jagiełło też nie był wzorem cnót, a w filmie jest niemalże święty. Krzyżacy Forda to dzieło nie tyle historyczne, ile wybitnie propagandowe, naiwnie i jednowymiarowo zestawiające dwa światy – ten dobry (barwny), czyli polski, oraz ten na wskroś zły (monochromatyczny), krzyżacki. Postaci są psychologicznie płaskie, a na dodatek bardzo słabo zagrane. Mam tu na myśli zwłaszcza Mieczysława Kalenika w roli Zbyszka z Bogdańca.

Advertisement

Film idealnie spełnia swoje gomułkowskie zadanie – jest narzędziem do tworzenia mitologii narodowej, a budowanie jej, niezależnie od systemu politycznego, zasadza się na eliminacji krytycznego myślenia w odbiorcach, wprowadzając zamiast niego gotowe interpretacje w formie kanonicznej. Poczucie wolności zastępowane jest wiarą w niezłomność narodowych mitów, a otwartość na to, co inne, agresywną ksenofobią.

Niezależnie od umotywowanej ideologicznie historycznej naiwności, warto jednak docenić produkcję Forda za panoramiczny format obrazu oraz kolorowy negatyw Kodaka. Jak na tamte czasy był to film pod tymi względami pionierski. Co jeszcze może w nim dzisiaj wizualnie zachwycać? Tandetnie wykonane zbroje, niemrawe walki na miecze albo jak na rozkaz upadające rzędami konie? Historia ta zasługuje na bardziej naturalistyczną, wielowątkową i krwawą wizualizację na ekranie bez jawnego wskazywania widzowi, kto jest dobry, a kto jednostronnie zły. Film powinien wgnieść widza w kinowy fotel jak np.

Advertisement

robi to wciąż Potop. Niestety, nie widzę nikogo, kto w obecnej Polsce mógłby go na nowo zrealizować. Złapałem się za głowę, gdy Jarosław Żamojda zdradził, że ma takie plany. Patrząc na jego filmografię, zdziwiłbym się, gdyby wyszło z nich arcydzieło, a nawet poprawnie zrealizowane widowisko bez obciachu. Spodziewałbym się raczej jakości porównywalnej z Bitwą pod Wiedniem lub 1920. Bitwą Warszawską.

Historię opisaną przez Sienkiewicza należałoby odciąć od naszego rodzimego mitologizowania, jacy to jesteśmy wielcy, dlatego też międzynarodowa ekipa pod wodzą np. Ridleya Scotta mogłaby podołać. Tylko czy sprostałaby naszej narodowej, irracjonalnej potrzebie mesjanistycznej wyjątkowości?

Advertisement

9. Czy Lucyna to dziewczyna? (1934), Juliusz Gardan

Kto wie, ile jeszcze znakomitych filmów nakręciłby Juliusz Gardan, gdyby przedwcześnie nie zmarł na gruźlicę? Pozostały po nim dzieła będące nieocenionymi perełkami w historii naszego kina. Wciąż ogląda się je przyjemnie, mimo technicznych błędów, maniery aktorów, osobliwej artykulacji języka polskiego i wszechobowiązującego braku dosadnych żartów.

Jeśli nawet pojawiają się jakieś bardziej rubaszne wypominki, to ich owłosione znaczenie przykryte jest woalką dobrego wychowania. Z jednej strony to cieszy i śmieszy, a z drugiej granice naszej współczesnej wrażliwości są niebotycznie szersze. Ale to nie techniczne argumenty zadecydowały o wyborze tego filmu do remake’u, lecz scenariusz, a dokładnie jego feministyczne wątki. Tytułowa Lucyna to kobieta za wszelką cenę próbująca się wyemancypować. Studiowała w Paryżu. Uzyskała tytuł inżyniera, który wybitnie kojarzy się z mężczyznami, nawet dzisiaj. Na drodze do wymarzonej pracy staje jej nieoczekiwanie własny ojciec.

Advertisement

Co robi Lucyna? Przebiera się za faceta i zdobywa zatrudnienie w fabryce swojego papy, udowadniając, że jako kobieta jest tak samo użyteczna jak jej koledzy z pracy, wielcy inżynierowie. Niestety w jednym z nich się zakochuje. Ot i cała intryga, humorystycznie zrealizowana koszmarnie zmontowana, z wielkim potencjałem na współczesną komedię z drugim, społecznym dnem.

Oczywiście współczesna wersja filmu Gardana wcale nie musiałaby być przeniesiona w XXI wiek ani pozostawiona w latach 30. Można by osadzić ją np. w latach 60. i humorystycznie skonfrontować robotniczy ideał kobiety z realnymi obowiązkami mężczyzn w tamtym okresie. Sytuacyjne żarty też pewnie musiałyby być dosadniejsze, wręcz czarne, jednak z pewnym wyczuciem smaku, które miał np. Bareja. Kto więc, jeśli nie on, podołałby remake’owi? Obecne polskie kino ma ogromny dorobek komediowo-romantyczny. Wystarczy podnająć kilka mieszkań w loftach, jakiś hotel, kawałek ulicy z wieżowcami w Warszawie, kupić zagraniczne hity, które będą robiły za autorską muzykę, napisać trochę dialogów z dupą w tle, wsadzić je w usta kilku równolegle występujących par i już mamy romantyczną komedię w stylu To właśnie miłość z Hugh Grantem. A właśnie. Pozostaje jeszcze wymyślić tytuł, którego nikt nie będzie mógł zapamiętać, bo będzie tak niekonkretny, najlepiej ze słowem „miłość”.

Advertisement

Okazuje się, że tak stary film jak Czy Lucyna to dziewczyna? okazać się może ogromnym wyzwaniem. Ja jednak wierzę w siłę polskiego filmu i na reżysera wybieram Borysa Lankosza.

10. Sanatorium pod klepsydrą (1973), Wojciech Has

Film to nie teatr. Umowność świata przedstawionego w teatrze oraz aktorska emfaza nie przejdą już w ocenie współczesnego widza, którego percepcja nawykła do „rzeczywistej dosłowności”. 46 lat w rozwoju techniki filmowej od nakręcenia dzieła Wojciecha Hasa to również niemało, a przy tym Bruno Schulz staje się coraz bardziej zapomnianą postacią dla młodych konsumentów popularnej kultury. Nie musiałoby tak być. Dla mnie, miłośnika prozy Brunona i wszelkiej innej maści przejawów realizmu magicznego w literaturze, jasne jest, że film Sanatorium pod klepsydrą, pomimo całej jego doskonałości jak na tamte lata polskiej kinematografii, nie obroni się dzisiaj ani formą, ani tym bardziej jako nośnik ducha prozy Schulza.

Advertisement

No właśnie, prozy, a nie poezji. Założenia reżyserskie Hasa były iście poetyckie, artystycznie ekspresyjne i introwertyczne, sam pisarz z Drohobycza uprawiał zaś prozę, oczywiście dość skomplikowaną w składni, czasem wręcz słowotwórczą, ale jednak prozę.

Dzisiaj przeciętny czytelnik Internetu połamałby sobie na niej zwoje mózgowe albo musiałby zostać specem od elektronicznych słowników, a może i tak by nie zrozumiał. Hasa ostrzegano przed próbą przeniesienia kontekstów interpretacyjnych Sanatorium… na wielki ekran. Dobrze, że nie uległ i zrobił rzecz po swojemu, bo w tamtych reakcyjnych czasach dużo większa była potrzeba ekspresji swojej osobistej wolności niż obecnie, kiedy człowiek jest wręcz do niej zmuszany. Chętnie więc zobaczyłbym taką reżyserską wersję Sanatorium pod klepsydrą, która mniej poetycko interpretuje prozę Schulza, uwzględniając zmianę dążącej do konkretu percepcji współczesnego widza, a jednocześnie zachęca go do sięgnięcia po książkę dzięki fantastycznej wizualnie formie.

Advertisement

Co do niej, trudno mieć zastrzeżenia do zdjęć Witolda Sobocińskiego. Wyzyskał z analogowego obrazu wszystko, co mógł. Na wyższej jakości materiały do dekoracji i kostiumy zabrakło niestety środków. Na bardziej wymyślne, nieoczywiste prowadzenie kamery, CGI, efekty specjalne, szybszy montaż i bardziej naturalną grę aktorską zabrakło z kolei odpowiednich czasów.

Za reżyserskimi sterami remake’u widzę dzisiaj Bodo Koxa.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *