Publicystyka filmowa
Najbardziej SZOKUJĄCE sceny z filmów WOJCIECHA SMARZOWSKIEGO
WOJCIECH SMARZOWSKI zaskakuje odważnymi scenami, które szokują i otwierają oczy. Odkryj, co kryje jego filmografia pełna skandali!
Wojciech Smarzowski szykuje nowy film, a jego producenci zapowiadają, że przebije wszystko, co reżyser dotychczas zrealizował. Nadchodząca produkcja ma dotyczyć pogromu w Jedwabnem i znając dorobek twórcy Wołynia czy Kleru, z pewnością nie ma co liczyć na zbytnią dyplomację i owijanie w bawełnę. Smarzowski zbudował niezaprzeczalną markę na trudnych tematach i mocnym przekazie i póki co nie zamierza schodzić z tego szlaku. Połączył artystyczne ambicje z komercyjnym rozmachem swoich filmów, które zawsze są dużym wydarzeniem na obu polach, pomimo że daleko im do rozrywki.
W dziełach „Smarzola” alkohol, krew i mocz płyną jednym nurtem. Reżyser nie waha się pokazywać bez ogródek przemocy, brudu, patologii i degrengolady w czasach historycznych i współczesnych. Jego obrazy rozgrzebują traumy, mają szokować i otwierać oczy. Często tak się dzieje, chociaż trzeba przyznać, że niekiedy zabiegi te mogą być postrzegane jako powtarzalne i powielające schematy z poprzednich tytułów. Poniżej przegląd najbardziej szokujących fragmentów z filmografii Smarzowskiego. Subiektywny i nie zawsze oczywisty.
Uwaga na spoilery!
Wesele – pęknięcie rury kanalizacyjnej
Błyskotliwy debiut Smarzowskiego był początkiem jego kariery i pozycji jednego z najważniejszych reżyserów polskiego kina. Parafraza Wesela Wyspiańskiego i Wajdy, w której przyszły laureat wielu Orłów i innych nagród filmowych ukazał mitologiczne przywary i wady narodowe, ostro celuje w prowincjonalną mentalność. Smarzowski łagodzi dosadność filmu łyżkami cierpkiego, lecz skutecznego humoru – w gruncie rzeczy jego Wesele jest tragifarsą. Jak coś się wali, to wszystko na raz. O prawdziwości tych słów przekonuje się na własnej skórze Wiesław Wojnar, główny bohater dzieła.
Uroczystość weselna, którą zorganizował z każdą godziną coraz bardziej rozpada się jak domek z kart, a pazerność i działanie na pokaz obraca się przeciwko niemu z pełną konsekwencją. Niezbyt smacznym, aczkolwiek wyraźnym znakiem jego położenia staje się motyw awarii kanalizacyjnej w toalecie remizy, gdzie odbywa się zabawa młodej pary i zgromadzonych gości. Pęknięcie rury i gejzer nieczystości z klozetu jest niejako metaforą zdarzeń i zapowiedzią dalszej katastrofy wynikającej z zachłanności i skąpstwa gospodarza w myśl przysłowia: „chytry dwa razy stratny”.
Dom zły – pogarda dla żony Dziabasa i zabójstwo syna
Koncept drugiego filmu Smarzowskiego powstał jeszcze przed Weselem, ale autor sam przyznał, że Dom zły nie zachęci producentów jako pierwsze podejście. Faktycznie, drugi pełny metraż jest trudniejszy dla widza, zupełnie pozbawiony dystansu poprzednika, a przyszły twórca Róży i Drogówki bardziej tapla się w naturalistycznym brudzie. Brudny kryminał osadzony w czasach PRL opowiada o wizji lokalnej morderstwa, demaskując ciemne interesy milicyjnej służby.
Rozbita na dwa okresy czasowe narracja mieści się w tym samym lokum: starej chacie gdzieś na odludziu w Bieszczadach, dokąd przybywa Edward Środoń przyjęty w gościnę przez małżeństwo Dziabasów. Wspólna libacja oraz plany nawiązania współpracy w zakresie pędzenia bimbru kończą się krwawą zbrodnią. Podobna zbrodnia wisi w powietrzu po latach, z udziałem Środonia jako głównego podejrzanego podczas oględzin zabójstwa. W oparach alkoholu, dymu, błota i stęchlizny, a później również śniegu rozgrywa się konflikt interesów ludzi zdolnych posunąć się do ostateczności dla własnych korzyści. Gest Środonia wobec żony Dziabasa po stosunku i sposób, w jaki ją potraktował, jest nie mniej mocny niż ta gorączkowa, rozpędzona karuzela morderstw.
Kobieta zwierza się przybyszowi, że nie jest szczęśliwą małżonką, jej syn to bandzior i cwaniak, a ojciec jest niewiele lepszy. Reakcja Edwarda jest całkowicie odmienna od oczekiwań Bożeny, która spodziewała przynajmniej zrozumienia. Tymczasem Środoń grubiańsko daje jej do zrozumienia, że nie ma ochoty wysłuchiwać jej wynurzeń, puszczając głośnego bąka. Druga scena to zabójstwo przez pomyłkę. Środoń idzie za potrzebą, a jego łóżko niepostrzeżenie zajmuje syn Dziabasa. Ojciec, chcąc uśmiercić i okraść niedoszłego wspólnika, podcina gardło własnemu synowi. Po nieudanym pościgu za Edwardem załamany Zdzisław siada na łóżku obok zwłok syna i spędza tam całą noc. Dopiero o świcie bierze siekierę w dłoń, żeby zakończyć wszystko na swój własny sposób, nie wiedząc, że Środoń ukrywa się pod łóżkiem.
Róża: poronienie i zbiorowy gwałt
Trzecia propozycja Smarzowskiego jest brutalnym, ale i lirycznym dramatem o powojennych wysiedleniach na mazurskich ziemiach. Tytułowa Róża, udręczona wdowa po żołnierzu Wehrmachtu, jest obiektem napaści rosyjskich grup NKWD. Może liczyć jedynie na pomoc byłego AK-owca, przeżywającego niedawną śmierć żony zabitej przez Niemców na jego oczach. Między Tadeuszem a Różą rodzi się uczucie, które nie ma szans na przetrwanie. Miłość poranionych i pokrzywdzonych przez historię ludzi jest nie do uratowania. Sam prolog filmu jest w stanie zmierzić nieprzygotowanego na niego widza.
Lecz sekwencję poronienia Róży – kiedy z jej łona wypada martwy płód będący owocem jednego z gwałtów – można przyrównać do kopnięcia prądem. Dochodzi do tego retrospekcja zbiorowego gwałtu na mazurskich kobietach. Róża jest jedną z kobiet gwałconych przez Rosjan na ulicy. Całe zajście obserwuje jej córka ukrywająca się w pobliskim budynku.
Drogówka: utrata przyrodzenia i zamach na życie Króla
Smarzowski w kolejnym filmie po raz pierwszy przeniósł akcję do dużego miasta. Mając już doświadczenie po realizacji dokumentu o policji drogowej, postanowił zrobić fabułę na ten temat. Przedstawił charakterystykę siedmiu gliniarzy na podstawie ich grzeszków i występków, by następnie przekierować historię na tor sensacyjnej intrygi. Zwarty i dość gwałtowny obraz demoralizacji środowiska policyjnego zawiera elementy dosłownego humoru – zwłaszcza w początkowej fazie – lecz im bliżej końca, tym większa staje się stawka. Siedmiu mundurowych ponosi karę za swoje uczynki.
Finalnie najbardziej efektowna z nich dosięga Petryckiego i Króla. Grany przez Arkadiusza Jakubika sierżant, notoryczny dziwkarz, podczas zabawy z prostytutką na tylnym siedzeniu auta, którym kieruje Król, traci przyrodzenie podczas gwałtownego hamowania. Gdy na przejście wkraczają zakonnice, Król w ostatnim momencie zatrzymuje pojazd, co powoduje mimowolne odgryzienie członka policjanta przez panienkę lekkich obyczajów. Warto wspomnieć, że pierwotnie w scenariuszu znajdowała się scena z Petryckim w szpitalu po operacji, która ostatecznie nie pojawiła się w filmie. Równie dobitna jest kulminacja losów Króla.
Kiedy wydaje się, że sierżant rozwiązał swoje problemy i oczyścił się z zarzutów, przychodzi uderzenie znienacka. Król ginie w zamachu. Rozpędzona ciężarówka wpada na policjanta, śmiertelnie go miażdżąc. Także i jemu przychodzi zapłacić najwyższą cenę za swoje decyzje. Można było się spodziewać braku happy endu u Smarzowskiego. Mimo to po takim kuble zimnej wody poczucie dyskomfortu w porównaniu z luźną ekspozycją postaci na wstępie jest niczym kac po imprezie.
Pod Mocnym Aniołem: sprzedaż konia i powrót taksówkarza do mieszkania Jerzego
Smarzowski bierze na warsztat autobiograficzną powieść Jerzego Pilcha, próbując zajrzeć w zapętlony umysł alkoholika, by nakreślić nie tyle filozofię czy fizjonomię, tylko bardziej fizjologię picia. Jerzy, literat, alter ego autora książki, boryka się nałogiem alkoholowym. W imię miłości podejmuje nierówną walkę z uzależnieniem. W ośrodku poznaje innych pacjentów odbywających kurację odwykową. Zerwanie z piciem okazuje się jednak trudniejsze, niż przypuszczał.
Droga do trzeźwości wiedzie przez wymiociny i fekalia, urojenia i omamy aż po upadek na dno. Świat literackiej prozy miesza się z pijacką rzeczywistością. Jerzy w pewnym momencie wspomina dziadka Kubicę, który z powodu długów musiał sprzedać swojego ukochanego konia i oddać go kupcowi następnego dnia. Kubica wyładowuje złość na swojej rodzinie, w nocy się upija, podpala dom i odrąbuje głowę rumakowi. Druga scena koncentruje się na alkoholowym ciągu Jerzego. Pisarz cyklicznie pije, wraca do ośrodka, wychodzi i dalej pogrąża się w piciu. Nie odróżnia dnia od nocy, nie panuje nad swoim życiem. Pewnego razu taksówkarz zastaje go w mieszkaniu w głową w sedesie.
Nagi, nieprzytomny artysta nie zdołał załatwić potrzeb fizjologicznych jak należy. Pośród delirycznych kolaży to właśnie ten wycinek, oprócz wątku dziadka i jego konia, najbardziej utkwił mi w głowie.
Wołyń: głowa w wiadrze i odwet Polaków
Kolejna niełatwa lekcja historii w wydaniu Smarzowskiego, który ponownie wziął się za bary z drażliwą, niewygodną treścią, tym razem podejmując temat ludobójstwa na Kresach, którego nikt wcześniej nie adaptował na fabułę filmową. W trakcie początkowych prac nie obyło się bez przeszkód.
Sponsorzy odmówili wsparcia finansowego, jeszcze inni postanowili się wycofać, więc reżyser, poszukując funduszy na dokończenie projektu, zaapelował o pomoc nawet do widzów. W końcu budżet udało się dopiąć i film został nakręcony przy zgromadzonych środkach. Reżyser nie oparł filmu wyłącznie na scenach rzezi wołyńskiej, lecz przedstawił genezę ukraińskiego nacjonalizmu. Smarzowski wyważył proporcje, pominął epatowanie okrucieństwem, choć oczywiście zaznaczył swój autorski rys. Eskalacja banderowskiej agresji następuje przy pierwszych, pojedynczych zbrodniach na Polakach.
Mąż Zosi, Maciej, pomimo napiętej sytuacji i ostrzeżeń młodej żony wyjeżdża do miasta i wraca bez… głowy. Nie widzimy samej sceny dekapitacji, tylko moment, kiedy sąsiedzi Zosi przychodzą pod jej dom z wiadrem, w którym znajduje się odcięta głowa Macieja. Zszokowana dziewczyna mdleje na ten widok. Rzeczywiście, ten fragment ma w sobie grozę, bardziej zbliżoną do konwencji horroru niż historycznego eposu – nie powinno to specjalnie dziwić, zważywszy na to, że scenariusz oparty został na opowiadaniach Stanisława Srokowskiego z pietyzmem opisującego te straszne wydarzenia. Filmowe sceny samej rzezi wołyńskiej podczas najazdu UPA nie są w stanie odzwierciedlić koszmaru prawdziwych mordów z tamtego okresu, Smarzowski starał się jednak sprawiedliwie rozłożyć dwie strony medalu i przedstawić chociaż jeden motyw akcji odwetowej Polaków, którzy zabijają swoją rodaczkę i jej niemowlę na oczach ukraińskiego męża. Tym razem odcięcie głowy siekierą zostaje ukazane i nawiązuje do rytuałów weselnych z początku obrazu.
Kler: molestowanie młodego Kukuły i żywa pochodnia
Zanim na ekrany wszedł Kler, który pobił wszelkie rekordy frekwencji wśród polskich widzów, Smarzowski wypuścił krótki metraż pt. Ksiądz, który miał być niewinnym wstępem do rozliczenia się z instytucją Kościoła. Reżyser trafił w odpowiedni czas moralną i socjologiczną problematyką, która już od dawna dzieliła społeczeństwo. To, co w zwiastunach wydawało się drugim Botoksem Vegi – tyle że w sutannach – w rzeczywistości okazało się poważnym moralitetem.
Kler to opis grzechów, nadużyć i wykroczeń ludzi Kościoła ułożonych w hierarchicznym porządku. Reżyser nie rezygnuje z przedstawienia najbardziej kontrowersyjnego elementu fabuły, czyli pedofilii. Ksiądz Kukuła zostaje posądzony o seksualne wykorzystywanie swojego ministranta. Odrzucony i potępiony przez parafian musi się zmierzyć z oskarżeniem i własną przeszłością. Sam był w dzieciństwie ofiarą księdza pedofila. Zostaje to zobrazowane podczas mszy, którą odprawia już jako oczyszczony z zarzutów duchowny, obnażając się przed wiernymi ze swojej traumy. Wyznaje, że w latach 80. był ministrantem u swojego krzywdziciela, który regularnie nachodził go w domu i napastował w tajemnicy przed rodzicami.
Wymowną sceną w tym kontekście staje się msza z czasów komuny, odprawiana wśród polskich flag i sztandarów Solidarności. Prowadzi ją krzywdziciel uciekający wzrokiem od nastoletniego Kukuły. Natomiast końcowa scena samospalenia podczas ważnej uroczystości mszalnej została już przeze mnie opisana w zestawieniu najbardziej poruszających samobójstw na ekranie. Akt samospalenia ma charakter wręcz manifestacyjny. Moim zdaniem w polskim kinie nie ma drugiej tak dramatycznej sceny odebrania sobie życia – zarówno pod względem inscenizacji, jak i samych okoliczności.

