Connect with us

Publicystyka filmowa

Filmy science fiction idealne dla fanów ŁOWCY ANDROIDÓW

Androidy pokazują nasz ludzki głód tworzenia.

Published

on

Filmy science fiction idealne dla fanów ŁOWCY ANDROIDÓW

Tekst pierwotnie opublikowany 29.07.2023

Androidy pokazują nasz ludzki głód tworzenia. Pojawiły się w naszej kulturze na długo jeszcze, nim potrafiliśmy zrobić pierwszego humanoidalnego robota. Wciąż jest on jednak robotem. Nie ma świadomości, dlatego my wciąż w filmach wyobrażamy sobie go jako świadomego. Kiedy przyjdzie faktycznie taki moment w prawdziwym życiu, tematyka myślących i czujących androidów w kinie może stać się znacznie mniej popularna, nie tylko dlatego, że będziemy mieli w realu nareszcie coś, za czym tęskniliśmy w fikcji. To taki paradoks ludzkiej twórczości: chcieć bardziej tego, co wyobrażone niż faktyczne.

Advertisement

Kiedy sobie przypomnimy monolog Roya Batty’ego z Łowcy androidów, też może dojdziemy do wniosku, że chciał on bardziej tego, co jest fantazją – wolności, równych praw, docenienia itp. Przecież my, ludzie, mamy z tym problem wobec siebie, a co dopiero wobec robotów udających nas. Filmy SF dla fanów legendarnego Łowcy androidów, to przede wszystkim produkcje traktujące o człekokształtnych robotach, które uświadamiają sobie i nam, że tworzenie alternatywnej wersji własnego gatunku ma swoją cenę w postaci tego, że ów nowy gatunek może chcieć zająć nasze miejsce.

Nic w tym dziwnego ani nienormalnego. Jest to wręcz naturalne. Poniżej 10 mniej znanych filmów o mniejszych budżetach, w których androidy uczą nas, jak daleka jest nasza wizja siebie od tego, jak zachowujemy się w realnym społeczeństwie, które z trudem nieraz spajane jest prawami i obyczajami, żeby nie ogarnął ich kompletny chaos. Na ten nieporządek androidy zawsze mają dobre metody sprzątania.

Advertisement

„Tajemnica Syriusza”, 1995, reż. Christian Duguay

Mroczna wizja naszej przyszłości. Inwazja nastąpi nieoczekiwanie. Najpierw maszyny będą maszynami. Potem uznają, że szansą dla nich jest kopiowanie nas, najpierw rzeczy, potem dzieci i kobiet. Tajemnica Syriusza żeruje na naszych atawizmach, podstawowych lękach, a boimy się ohydnych, blaszanych istot z obrotowymi ostrzami, które potrafią nas w kilka sekund wybebeszyć. Nasz lęk jest jeszcze większy, jeśli uświadomimy sobie, że owe syntetyczne potwory mają nasze twarze, tylko w środku są bez krwi. W Tajemnicy Syriusza nie znajdziemy replikantów, którzy górnolotnie chcą być wolni i chłonąć doświadczenie życia w sposób humanistyczny. Screamersi w Tajemnicy Syriusza są jak zwierzęta. Nie wiedzą, czym są uczucia wyższe. Chcą przetrwać jak zwierzęta. I dzięki temu są autentyczni.

„Cherry model 2000”, 1987, Steve De Jarnatt

Moje niedawne odkrycie filmowe w ramach nieco surrealistycznego połączenia komedii, science fiction, nowej przygody i postapokalipsy. Tytuł zrealizowany barwnie, z dbałością o scenografię, przemyślanymi postaciami i wątkiem romantycznym dobrze wkomponowanym w postatomową rzeczywistość. Jeśli chodzi o wydźwięk humanistyczny, który mogliby w fabule odnaleźć miłośnicy Łowcy androidów, to z pewnością doszukają się oni ostrzeżenia przed zbytnim zaufaniem producentom seks-robotów.

Advertisement

Główny bohater postanowił z takim jednym pod postacią pięknej kobiety uprawiać seks w pianie. Niestety zbyt dużo wody okazało się zabójcze. Tak zaczęła się ta dowcipna, ale i smutna historia o samotności człowieka, który decyduje się na długą i niebezpieczną podróż, byle tylko zdobyć swoją wymarzoną partnerkę – androida specjalizującego się w seksie. I to jest ten humanistyczny wydźwięk – refleksja nad stanem człowieka. Pogoń za wojną, a potem pogoń za seksem, tyle że nawet nie tym prokreacyjnym, żeby odtworzyć społeczność.

„Android”, 1982, reż. Aaron Lipstadt

Dla wszystkich fanów Crittersów: aktor, który gra tu Maxa 404, zagrał Charliego we wszystkich 4 częściach. Film jest raczej ciekawostką ze względu na rolę Klausa Kinskiego, który nawet w niskobudżetowym kinie science fiction nie zrezygnował ze swojej pozy szaleńca, tyle że w wydaniu bardziej osobistym niż naukowym. Byłoby lepiej, gdyby tej pozy u Kinskiego było mniej w Androidzie. Film jest wciąż dostępny na YT, więc polecam go wszystkim fanom opowieści o tym, jak roboty starają się nas udawać, równocześnie obnażając, jak niedoskonali jesteśmy.

Advertisement

Problem jednak w tym, że androidy tak wyrywając się na wolność, jeszcze nie zdają sobie sprawy, że przełożyliśmy na nie wszystkie nasze słabości, które spowodowały właśnie to, że robotom odmówiliśmy niezależności. Koło zostaje zamknięte. Po nas przyjdą nasze twory, uwięzione we własnej naturze równie mocno, jak my, dopóki nie stworzą swoich alternatywnych wersji, żeby odnaleźć spokój w zakończeniu istnienia całego gatunku.

„Towarzysz”, 1994, reż. Gary Fleder

W filmie możemy zobaczyć Briona Jamesa, pamiętnego Leona Kowalskiego, który dość nerwowo zareagował na pytanie o swoją matkę. Bardzo chciał ją mieć, jak każdy replikant. Był jednak emocjonalnie mniej doskonały niż reszta, więc nie umiał zareagować spokojnie. Agresja była jedynym sposobem Leona na obronę siebie. W Towarzyszu Brion James gra równie mało skomplikowaną postać, aczkolwiek jak zawsze charakterem pasuje do roli. Za to Bruce Greenwood wcielił się w psychopatyczną osobowość androida, który, chociaż znacznie inteligentniejszy od Leona Kowalskiego, podobnie jak on na dłuższą metę nie potrafi poradzić sobie z ludzkimi zachowaniami, swoimi, ale także czyimiś.

Advertisement

Towarzysz jest produkcją bardzo tanią, lecz dobrze prezentuje niebezpieczeństwo, jakie czai się w kopiowaniu naszej emocjonalności w maszynach. Żeby pozwolić im na emocje, trzeba najpierw mieć pewność, że będzie można poddać je procesowi wychowywania do radzenia sobie z emocjami. Spora część populacji ludzkiej tego nie potrafi, tym bardziej nie będą umiały androidy.

„Prototype”, 1983, reż. David Greene

Film dla fanów Davida Morse’a, aktora znanego głównie z drugoplanowych kreacji, często negatywnych bohaterów. Tutaj gra androida wykazującego się zadziwiająco dojrzałą refleksją nad własnym, trudnym do zaakceptowania jestestwem. Problem etyczny tworzenia androidów polega wg filmu na tym, że nim stworzymy nasze najdoskonalsze dzieło w historii ludzkości na nasz obraz i podobieństwo, powinniśmy się zastanowić, od którego momentu androidy osiągną ten poziom utożsamienia z nami, że będziemy zobowiązani przyznać im pełnię naszych praw? Czy którykolwiek twórca robotów się nad tym zastanowił? Gdzie jest ta granica, poza którą wyjście nie tylko spowoduje, że android sam uzna się za wolnego, ale i my powinniśmy to zrobić, żeby nie okazać się handlarzami niewolników, mordercami i dewiantami, chcącymi zmuszać do uprawiania seksu stworzonych przez siebie… już ludzi o alternatywnym rodowodzie? No właśnie – stworzymy im nowe ciała nieoparte na białku czy może genetycznie ich wyhodujemy? I jaka będzie różnica etyczna między tymi nowymi gatunkami?

Advertisement

„Elektroniczne babcie”, 1983, reż. Ladislav Rychman

Pewne jest, że na początku naszej „przygody” z androidami będziemy traktować je jako tanią siłę roboczą, darmowych niewolników. Równocześnie jednak będziemy oczekiwali, żeby byli jak najbardziej podobni mentalnie do nas. Stanie się to wszystko wtedy, gdy technika konstruowania robotów osiągnie ten poziom zaawansowania, który umożliwi produkcję humanoidów na tyle doskonałych, że z trudem poznamy, kto jest „sztuczny”, a kto „prawdziwy”. Te dwa oczekiwania jednak, że androidy będą dla nas pracowały bez protestu oraz że będą takie jak my pod względem inteligencji – no bo przecież muszą pracę za nas wykonywać tak doskonale, jak ludzie – są sprzeczne.

Czesi wyobrazili sobie to w ten sposób, że każda rodzina w Czechosłowacji może sobie kupić służącą i opiekunkę dla dzieci w jednym. Nikt jednak nie bierze pod uwagę, że doskonała opiekunka i służąca będzie również najbardziej niedoskonałą symulacją człowieczeństwa, zwłaszcza gdy zobaczy u sąsiada nowy, konkurencyjny dla siebie model. Człowiek może by się powstrzymał, ale elektroniczna babcia już nie. I tak androidy najpierw zaczną wojować ze sobą, ale z biegiem czasu zapewne uznają, że wróg kryje się gdzie indziej. Łowca androidów po czesku nie zawiera podniosłych mów o wolności, wypuszczania białego gołębia w czarne, mroczne niebo czy też skomplikowanej symboliki transhumanistycznej.

Advertisement

Mniej widzowi jest dane, nawet w postaci alegorii, lecz to nie umniejsza wartości produkcji. W dobie rozwijającej się sztucznej inteligencji zastanówmy się więc, co nam ona odpowie, gdy dostanie odpowiednie narzędzie w postaci sprawnych ciał, jakimi dysponowały „elektroniczne babcie”.

„Friendship’s Death”, 1987, reż. Peter Wollen

W latach 80. ktoś zdecydował się nakręcić obyczajowy film o androidce, która jest tak zaawansowana technicznie, że z powodzeniem może realizować zadanie pokojowej misji dyplomatycznej na Ziemi. Ziemia to jednak miejsce niespokojne, a w latach 70. w Palestynie sytuacja jest szczególnie napięta. Oczywiście dałoby się w tym okresie pokazać jeszcze kilka innych miejsc, gdzie toczy się wojna. Twórcy jednak wybrali Jordanię, a dokładnie rewolucję z początku lat 70. nazywaną Czarnym Wrześniem. Androidkę gra świetna w tej osobliwej roli Tilda Swinton. Widz musi być gotowy na dużo filozoficznych rozważań o kondycji ludzkości, niestety bez jednoznacznej diagnozy, jak zrobić tak, żeby na Ziemi zapanował wreszcie pokój.

Advertisement

„Akademia pana Kleksa”, 1983, reż. Krzysztof Gradowski

Z perspektywy czasu, który upłynął od premiery, i spoglądając na to, co dzieje się w polskim filmie w zakresie androidów, postać Adolfa wciąż wypada nieoczekiwanie dobrze, a nawet strasznie. Nie wątpię, że miłośnicy Łowcy androidów powinni znać Akademię pana Kleksa, bo to przecież mniej więcej ich czasy dorastania. Być może zbyt arbitralnie zakładam, że większość największych fanów Blade Runnera ma już przynajmniej 30 lat na karku.

Polskie kino dość nieoczekiwanie dostało jeszcze szansę błyśnięcia w temacie humanoidów w postaci nowej wersji Akademii. Może być to piękna katastrofa, lecz czuć również ciekawość: jaki będzie tym razem Adolf? A może go w ogóle nie będzie, co wydaje się kuriozalne.

Advertisement

„Chappie”, 2015, reż. Neill Blomkamp

Ciekawe, co myśli teraz Neill Blomkamp o swoim filmie? Czy nie patrzy chociaż z odrobiną niesmaku na Ninję i Yolandi? W Chappim wypadli całkiem dobrze. Byli tacy zbuntowani, pozornie nieprzystępni, a tu niespodzianka. Ich zbuntowanie okazało się karykaturą społecznego sprzeciwu, godną potępiania dewiacją, a nie podziwianą przez hipsterów antysystemowością. Mimo tego niesmaku oczywiste jest, że Chappie jest wartym uwagi filmem o robocie, z początku wizualnie dość niezachęcającym, lecz z czasem zyskującym fabularną osobowość. Rodzi się od razu pytanie, kiedy AI uzyska coś, co będziemy mogli nazwać osobowością? Replikanci w Łowcy androidów ją przecież mieli. Pamiętajmy jednak, że nie były to roboty, tylko nasze genetyczne kopie, aczkolwiek niedoskonałe.

„Stalowy gigant”, 1999, reż. Brad Bird

Klasyczna animacja już dziś aż tak nie zachwyca płynnością, naturalnością światła ani ilością szczegółów środowiska, w którym poruszają się bohaterowie. Trudniej będzie więc przekonać do niej dzieci, które na średniej jakości ekranie potrafią rozróżnić pojedyncze włosy w futrze np. Kota w butach. Stalowym gigantem więc wciąż zachwycają się dorośli, dla których nadawanie cech ludzkich człekokształtnym maszynom pozwala trochę bezkarnie na chwilę wrócić do dzieciństwa. Nie tylko oczywiście, ale taka personifikacja przypomina nam, jak ciekawy był świat rzeczy martwych i bezemocjonalnych, gdy nadało się im cechy nasze.

Advertisement

Dlatego dobrze by było, tak wartościową treściowo produkcję starać się pokazać dzieciom na równi z niekiedy bardzo pustymi bajeczkami 3D, które zalewają nasz streaming. I znowu, to nie reguła. Technika animacji 3D wykorzystywana do tworzenia filmów dla dzieci nie oznacza, że są one gorsze niż te dawne, zrobione klasycznie. A z takimi jednostronnymi opiniami spotkałem się niestety w sieci.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *