Connect with us

Publicystyka filmowa

LARS VON TRIER. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

LARS VON TRIER to reżyser, który budzi skrajne emocje. Przygotuj się na fascynujący przegląd jego filmów w dwóch głosach.

Published

on

LARS VON TRIER. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

Lars von Trier jak mało który reżyser dzieli publiczność – jedni go kochają, drudzy nienawidzą. Cokolwiek by nie powiedzieć o Duńczyku, nie sposób mu odmówić biegłości w filmowym języku i umiejętności prowokowania, wywoływania emocji. Premiera Domu, który zbudował Jack, pierwszego od pięciu lat filmu jednego ze współautorów manifestu Dogma 95, to idealna okazja by porozmawiać o jego filmografii.

Przez ponad trzy dekady twórczości von Trier stworzył zróżnicowany dorobek, który jednak niezmiennie oscyluje według pewnego zbioru autorskich obsesji.

Advertisement

Dlatego też jako miłośnicy filmów Larsa zdecydowaliśmy się na wspólny przegląd jego twórczości oraz wskazanie na dominujące w danym obrazie motywy typowe dla Duńczyka – tworząc tym samym subiektywny przewodnik po jego bogatym dorobku.

Oto przegląd filmografii Larsa von Triera na dwa głosy. Filmy oceniają fanboje Duńczyka:

Advertisement

Tomasz Raczkowski. Niezmiennie zaintrygowany przewrotnością i zafascynowany bezkompromisową konsekwencją filmów von Triera. Lars towarzyszy mu od początku fascynacji kinem i jest dla niego jednym z najważniejszych jego mistrzów.

Rafał Oświeciński. Świadomy manipulacji, jakich dokonuje Lars na mózgu widza, z czego jest bardzo zadowolony. Czasami nieświadomy – wtedy jeszcze lepsza zabawa. Gdy nie ogląda von Triera, to ogląda Władcę Pierścieni. 

Advertisement

Uwaga! Ankieta na końcu!

***

Advertisement

Element zbrodni

The Element of Crime (1984)

Obsesja von Triera: zło w ludziach

Advertisement

Tomasz Raczkowski: Debiut, który wyraziście manifestuje spektakularne zdolności Duńczyka w zakresie inscenizacji i jego skłonność do formalnej brawury. W Elemencie zbrodni kryminalna historia à la noir jest tylko pretekstem do zbudowania surrealistycznej mozaiki, za której pośrednictwem reżyser zabiera nas w niepokojącą podróż po mrocznych zakamarkach ludzkiej duszy. Przede wszystkim jednak uwodzi oryginalną warstwą wizualną, mroczną i brudną w symbolicznej analogii z ukazywaną kondycją etyczną ludzi zasiedlających ten świat.

Rafał Oświeciński: Lekko bełkotliwy, ale niezmiernie przy tym ciekawy debiut reżyserski. Niezrozumienie jest jednak jedną z ważnych cech Elementu zbrodni ze względu na intensywnie surrealistyczny klimat przywołujący na myśl nieznane dzieła Davida Lyncha – jest to więc bardziej film do czucia niż rozumienia, choć na pewno nie jest pozbawiony intelektualnego ładunku. Obraz skąpany w czerwieni, brązach i czerni jest wiwisekcją emocji człowieka będącego pod wpływem hipnozy, opętanego szaleństwem. Ciekawe, niebanalne, niełatwe.

Advertisement

 

Epidemia

Epidemic (1987)

Advertisement

Obsesja von Triera: artysta i jego dzieło

Rafał Oświeciński: Drugi film i bardzo wyraźny manifest twórczy, któremu Lars von Trier jest wierny od początku kariery. Film – każdy, nie tylko Epidemia – to efekt pracy twórczej: nastrojów chwili, emocji twórcy, suma pomyłek, przypadków, dobrej woli, nadziei i uprzedzeń. Tutaj mamy do czynienia z filmem o filmie pokazującym kontekst, w jakim pracuje artysta, który może wszystko: manipulować widzami, bawić się absurdem, gatunkami, symbolami i zacierać – jak tylko chce – granice między fikcją a rzeczywistością. Brzmi dziwnie? No pewnie, Epidemia to przecież paradokumentalny eksperyment.

Advertisement

Tomasz Raczkowski: Bardzo szybko von Trier rozpoczął autotematyczne wycieczki, już w swoim drugim filmie opowiadając o procesie twórczym swoim i współpracownika, Nielsa Vørsela. Na pierwszy rzut oka mało pomysłowy ciąg scenek z życia średnio kreatywnych autorów, w finale okazuje się przewrotną refleksją nad moralnością artysty i pamfletem na wiarę w kreatywną moc sztuki. Niesłusznie zapomniany film, w kilku momentach absolutnie błyskotliwy.

 

Advertisement

Medea (1988)

Obsesja von Triera: kobieta i kobiecość

Tomasz Raczkowski: Pierwszy film, w którym von Trier koncentruje się na postaci kobiecej. Co ciekawe, film powstał na podstawie niezrealizowanego scenariusza mistrza duńskiego kina metafizycznego, Carla Theodora Dreyera, z którym von Trier wchodzi w Medei w dialog. Po raz kolejny film cechuje wymyślna scenografia, podkreślająca kondycję bohaterów; najważniejsza jest tu jednak niespodziewanie przenikliwa refleksja nad sytuacją kobiety w tradycji europejskiej kultury, która dowodzi intelektualnego podejścia autora do kina.

Advertisement

Rafał Oświeciński: Von Trier przyznaje, że to dla niego ważny film z prostego powodu: to ekranizacja scenariusza własnego mistrza, Carla Theodora Dreyera, który miał (i wciąż ma) przemożny wpływ na Larsa. Trudno jednak powiedzieć, żeby to był hołd, bo Medea jest mocno przefiltrowana przez wrażliwość von Triera, jakby chciał uciec najdalej od stylu i wartości wiązanych z Dreyerem. Skutkuje to dość pretensjonalnym filmem, mocno skupionym na formie (zimne plaże w złowieszczej mgle), mniej na treści (nawiązującej do dramatu Eurypidesa).

 

Advertisement

Europa (1991)

Obsesja von Triera: nazizm i kultura europejska

Rafał Oświeciński: Oszałamiające wizualnie nawiązanie do debiutu, Elementu zbrodni. Znowu mamy monochromatyczny obraz, tym razem czarno-biały, tylko krótkimi momentami przełamany kolorem. Znowu też mocno odczuwalny jest surrealistyczny klimat, tym razem z domieszką niewidocznej grozy, która czai się za oknem pędzącego przez Europę pociągu. I do tego ta intryga obyczajowo-kryminalna, również poprowadzona w poetyce snu, w którym trudno niektóre rzeczy i postaci ze sobą powiązać. Niemniej – film skutecznie hipnotyzuje, jest pozbawiony charakterystycznego dla pierwszych filmów intelektualnego pustosłowia.

Advertisement

Tomasz Raczkowski: Niezwykle drażliwego tematu II wojny światowej i odpowiedzialności za nazizm von Trier postanowił dotknąć w wysoce niekonwencjonalnej formie. Europa to zapierający dech w piersiach formalny odjazd, w którym obok reżyserskiej brawury wybrzmiewa mocno miłość do historycznych nurtów kina, którym Duńczyk się inspiruje, tworząc jeden z najciekawszych (i najmroczniejszych) peanów na cześć filmowej kreacji.

Królestwo

Riget (1994-1997)

Advertisement

Obsesja von Triera: szpital grozy i absurdu

Tomasz Raczkowski: Chyba nigdy wcześniej ani później von Trier nie wyraził tak dobitnie swojego zainteresowania dualizmem ducha i materii jak w dwuczęściowym miniserialu Królestwo, którego osią jest spięcie pomiędzy cywilizacją a pierwotnym światem nadnaturalnych zjaw. Jest to dzieło genialne – wątki spirytystyczne w konwencji kina grozy rozsadzają niemal już „dogmatyczny” realizm i obyczajową konwencję, stając się pretekstem dla niezwykłego teatru groteski, absurdu i obsceniczności.

Advertisement

Rafał Oświeciński: Najbardziej przyswajalne dzieło Larsa von Triera, ale jednocześnie bardzo ekscentryczne, nieprzewidywalne i wypełnione masą czarnego humoru. Wyobraźcie sobie serial Scrubs, tyle że na kwasie, w stylu – jak byśmy dzisiaj określili – typowego von Triera, który romansuje z Davidem Lynchem. Szpitalne korytarze są zaludnione przedziwną galerią postaci, które nie postępują logicznie, a w tle duchy martwych dziewczynek i narratorzy z zespołem Downa.

A jednak wszystko to się sensownie zazębia i w tym szaleństwie naprawdę nie tak trudno dostrzec intrygującą fabułę, która z rozmysłem prowadzi widza na manowce. Kapitalny serial, jedyne w swoim rodzaju doświadczenie.

Advertisement

Przełamując fale

Breaking the Waves (1996)

Obsesja von Triera: religijne poświęcenie

Advertisement

Rafał Oświeciński: Od momentu obejrzenia gdzieś na początku XXI wieku – film, który najmocniej uderzył mnie w trzewia. Film, po którym siedziałem autentycznie oniemiały do zakończenia napisów i w stanie zachwytu i szoku pozostawałem przez kilka dni. I to samo przeżyłem po raz drugi, jakieś 2 lata po pierwszym seansie. To tylko film – powiecie. Oczywiście, Lars von Trier po prostu zrobił tak zwany film, ale mogę wszystkim życzyć, aby jakiś po prostu tak zwany film zrobił z ich emocjami to, co mi zrobił LvT – stan nie do przecenienia, #kinematograficznyorgazm.

I co ważne, dokonany z premedytacją przez reżysera świadomie nękającego uczucia widzów, wiedzącego, w jaką strunę uderzyć, aby zabolało. Ilość znaczeń religijnych, tło społeczne, melodramatyczna fabuła, sposób realizacji z rozdziałami (Leonard Cohen nigdy nie brzmiał piękniej) i najlepsza rola aktorska w historii (Emily Watson) – to i jeszcze więcej wciąż wyznacza linie podziału między Przełamując fale i całą resztą filmów.  to za mało. Tutaj moja analiza, gdzie zachwycam się bardziej.

Advertisement

Tomasz Raczkowski: Wybitne dzieło, bodaj najbardziej harmonijnie łączące Vontrierowską subwersję i głęboki namysł etyczny tego reżysera. Momentami piękne, niekiedy szokujące i nieustannie wymykające się jednoznacznemu ujęciu Przełamując fale stanowi wiwisekcję relacji jednostki ze społeczeństwem narzucającym jej normy i oczekiwania. Rozważania von Triera nad istotą, formą i źródłami moralności nie oferują łatwych i ostatecznych odpowiedzi – to raczej zaproszenie do wspólnej zadumy.

Idioci

Idioterne (1998)

Advertisement

Obsesje von Triera: społeczne maski

Tomasz Raczkowski: Jedyny film w dorobku Larsa von Triera nakręcony według zasad Dogmy 95, może w pierwszej chwili odrzucać ascetyczną, pozornie niechlujną formą, a także postaciami głównych bohaterów – udających niepełnosprawnych umysłowo – do których dołącza skryta Karen. Ten koncept jest punktem wyjścia dla niesłychanie głębokiej oraz poruszającej rozprawy humanistycznej o poszukiwaniu wolności oraz społecznych maskach, które nam ciążą. Dla mnie to najmocniejszy film von Triera, w nieprzyjemny sposób wbijający się w świadomość i wymuszający brutalnie reakcję.

Advertisement

Rafał Oświeciński: Brawurowe, odważne i prowokujące dzieło, zdaje się że – wraz z ówczesnym Festen Vinterberga – pierwsze w pełnej zgodzie z manifestem Dogma 95. Na pierwszy rzut oka nieśmieszna komedia o ludziach, którzy robią głupie rzeczy (i kończy się to niezrozumiałą orgią), a na drugie łypnięcie powieką – genialne spojrzenie na role społeczne, niejako socjologiczny eksperyment związany ze świadomym odrzuceniem norm, konwenansów, obyczajów i zasad. Z gorzką puentą. Rewelacja, choć wymaga zarówno cierpliwości, jak i otwartości na to, jak można być i co wypada robić, mówić.

 

Advertisement

Tańcząc w ciemnościach

Dancer in the Dark (2000)

Obsesja von Triera: wyobraźnia, moralność i zło

Advertisement

Rafał Oświeciński: To, co udało się w Przełamując fale – czyli manipulacja uczuciami widzów – von Trier powtórzył w tym niezwykłym musicalu. Emocje są doprowadzone do ekstremum: po pierwsze w roli głównej widzimy bezbronną, ślepą, biedną Selmę (doskonała Björk!), która jest ofiarą okrutnego świata; po drugie, jej muzyczne marzenia są uroczo naiwne, wprowadzają element radości do ponurej rzeczywistości; po trzecie, sprowadźmy na tę biedną bohaterkę i jej fantazje wszystko, co bezduszne, niesprawiedliwe. Efekt? Trauma, szok, wzruszenie i łzy. Słyszycie ten makiaweliczny śmiech Larsa von Triera trzymającego widza na widelcu? Perfidne i wspaniałe.  

Tomasz Raczkowski: Po okresie eksperymentów z kinowym minimalizmem i surowością w Tańcząc w ciemnościach von Trier powrócił do filmowej spektakularności, łącząc fakturę ascetycznego dramatu z pełnym rozmachu musicalem. Każda z tych warstw odpowiada o sferze życia tracącej wzrok Selmy – zmagającej się z okrutnym, pozbawionym poezji światem, przed którego troskami ucieka w świat fantazji. Z tego połączenia rodzi się niezapomniany spektakl, który jednak w typowo vontrierowskim tonie okazuje się nie melodramatem, ale dojmującą tragedią.

Advertisement

Pięć nieczystych zagrań

De Fem benspænd (2003)

Obsesja von Triera: film o filmie

Advertisement

Tomasz Raczkowski: Kiedy Lars von Trier składa komuś hołd, można być pewnym, że nie będzie to zwyczajna laurka. Tak było w przypadku Pięciu nieczystych zagrań, filmu nakręconego wspólnie z wybitnym dokumentalistą i nauczycielem Larsa, Jørgenem Lethem. Hołd to o tyle nietypowy, że polegający na odtworzeniu przez autora filmu Perfekcyjny człowiek według wymagań von Triera. Efektem jest film intrygujący i przewrotny, wpisujący kreatywność artystyczną w system rywalizacji mistrza z uczniem, gdzie dozwolone są wszelkie chwyty, włącznie z manipulacją, oszustwem i prowokacją.

 Rafał Oświeciński: Fajna zabawa w kino. Film w filmie, a właściwie pięć filmów w jednym filmie, bo chodzi o inne spojrzenie na ten sam temat (kolejne ekranizacje eksperymentalnego filmu poety i filmowca, Jørgena Letha). Lars von Trier z łatwością wchodzi w rolę reżysera innego reżysera, co skutkuje wysublimowaną grą z wieloma nieczystymi faulami, podstawianiem nogi i irytacją jednego i drugiego. Ciekawe spojrzenie na proces tworzenia filmu, jakiegokolwiek filmu.

Advertisement

Dogville (2003)

Obsesja von Triera: źródła przemocy

Rafał Oświeciński: Gdybyście szukali kiedyś najbardziej innowacyjnych filmów w historii kina, to z pewnością Dogville powinno zajmować miejsce gdzieś w czołówce. Bardzo filmowe czasy prohibicji, Wielkiego Kryzysu i gangsterów pokazane w bardzo afilmowej formie, bliższej teatrowi, pozbawionej scenografii, zamkniętej w umownej, ascetycznej przestrzeni, która należy do wyobraźni widzów. Z łatwością jednak można wejść w ten świat, w którym nietrudno dostrzec moralną zgniliznę, dwulicowość, zazdrość, które budują tożsamość bohaterów i… widzów.

Advertisement

Etyczny kopniak na koniec jest mocno odczuwalny. Przy okazji wielki szacunek dla Nicole Kidman, która nie bała się eksperymentu tego typu w szczytowym okresie swej kariery.

Tomasz Raczkowski: Najbardziej radykalne podejście von Triera do formy filmu – w przypadku autora Idiotów oraz Europy to stwierdzenie robi wrażenie. Dogville nie tylko jednak igra z umownością ekranowego przedstawienia i funkcją scenografii, ale także, a może przede wszystkim, oferuje kolejne głębokie studium relacji jednostki wobec grupy, wskazując na patologiczne formy zależności i źródła przemocy. To film trudny w odbiorze, ale wart owego trudu.

Advertisement

Manderlay (2005)

Obsesja von Triera: niewolnictwo w jankeskich duszach

Tomasz Raczkowski: W wypadku Manderlay mamy do czynienia z jedyną (jak dotąd) zamierzoną kontynuacją w filmografii Duńczyka. Niestety, sequel Dogville nie dorównuje mu poziomem. Intrygujący koncept inscenizacyjny wydaje się już wyeksploatowany, brakuje też Nicole Kidman w roli głównej. Szkoda, tym bardziej że problematyka zniewolenia i wyzwalania rozpisana na społeczność czarnych niewolników w USA miała duży potencjał. Niepozbawiony zalet, ale niespełniony film bez witalności, co uśmierciło prawdopodobnie planowaną część trzecią.

Advertisement

Rafał Oświeciński: Co szydera od von Triera. W formie podobny jak Dogville, a jednak świeży pod względem treści. Znowu mamy narysowane kredą krawędzie domów, znowu uderzająca jest umowność scenografii, dźwięków i znowu traktat o ludzkiej moralności w zetknięciu z niewolnictwem. Myślicie, że biali są zazwyczaj źli, a czarni zwykle dobrzy? Że wszystko jest dość proste, jednoznaczne jak w 12 Years a Slave, Narodzinach narodu lub w Roots? Że poczujecie się dobrze na widok zemsty za jawną niesprawiedliwość i brutalność wobec czarnych niewolników? Nic z tego, Manderlay idzie swoją drogą pełną etycznych wybojów i brutalnie zadawanych kuksańców w dobre samopoczucie.

Szef wszystkich szefów (2006)

Direktøren for det hele

Advertisement

Obsesja von Triera: okrutny artysta dnia codziennego

Rafał Oświeciński: Pierwsza komedia w dorobku reżysera, choć śmiać się będą głównie ci, którym czarny humor, absurd i żenujące momenty nie są obce. Powiedzmy, taka okrutniejsza i bardziej wymyślna wersja Biura (bardziej tego angielskiego), która jest wypełniona sucharami, humorem sytuacyjnym i prowokacyjnymi zagraniami. Nie śmieszy? Nie zaskoczy mnie to wcale. Popłakałeś się ze śmiechu? Też mnie to nie dziwi.

Advertisement

Tomasz Raczkowski: Jeśli ktoś kazałby mi wskazać najsłabszy film w filmografii von Triera, wybrałbym Szefa wszystkich szefów. Choć historia aktora wynajętego do odegrania nieistniejącego prezesa firmy sprawdza się nawet jako komediodramat, to równocześnie widać w tym obrazie zmęczenie reżysera, na siłę angażującego widza i bohaterów w wyrafinowane gierki dotyczące artyzmu i kreacji, co czyni z Szefa… seans dość męczący i ostatecznie mało ciekawy, a poczucie humoru reżysera sprawdza się lepiej z dala od komedii per se.

Antychryst

Antichrist (2009)

Advertisement

Obsesja von Triera: człowiek w metafizycznym rozpadzie

Tomasz Raczkowski: Po swoistym kryzysie twórczym w poprzednich dwóch filmach wraz z Antychrystem von Trier powrócił do wysokiej formy. Prowokacyjny, porywający wizualnie i niejednoznaczny film to brutalny mariaż humanistycznej metafizyki z szokującym horrorem. Nawet po kilku seansach trudno stwierdzić, ile w Antychryście jest realnych refleksji Duńczyka, ile ironii, a ile przewrotnego psychologizmu. To film, który uwodzi powierzchownością, ale równocześnie zachęca, by ją odrzucić i odkryć frapującą niejednoznaczność, która stanowi jego największą siłę.

Advertisement

Rafał Oświeciński: To ten najbardziej dzielący widzów film von Triera. Najbardziej szokujący (scena z łechtaczką), najczęściej obrzucany mało wybrednymi epitetami (że „bezsensowny” to najczęściej), też wyszydzany (gadający lis), okrutny wobec widza. Stawiam jednak tezę o częstym niezrozumieniu intencji von Triera – Antychryst jest bezpośrednio związany z głęboką depresją twórcy. Te absurdalne sceny są alegorią stanów lękowych, emanacją psychicznych zaburzeń, a na to wszystko nałożony jest konkretny pogląd autora na kwestie śmierci, poświęcenia, erotyzmu.

To jego wizja koszmaru depresji – ekranizacja tego, co gra w duszy człowieka niszczonego wewnętrznie, intelektualnie poniewieranego przez wyobraźnię. Świadomość tego faktu może niejako bronić Larsa von Triera, tym bardziej że nie jest to nadinterpretacja, a opis zgodny z tym, co mówi i pokazuje autor przyznający się do choroby, tworzący zgodnie z jej koszmarnym rytmem.

Advertisement

Melancholia (2011)

Obsesja von Triera: koniec bezsensu egzystencji

Rafał Oświeciński: Jeśli Antychryst był ekranizacją stanów depresyjnych ze wszystkimi przymiotami, jakimi został obdarzony reżyser, tak Melancholia jest symbolicznym obrazem wychodzenia z depresji. Skutkuje to bardzo dojrzałym, niekrzykliwym, niepopadającym w skrajność dramatem, w którym jest miejsce i na przejmujący rodzinny dramat, i na przepiękne „obrazy w ruchu” będące nośnikiem metafor i kolejnych pytań stawianych przez widzów. Melancholię można interpretować na wiele różnych sposobów, von Trier zostawił wiele tropów (co doskonale zbadał Filip Jalowski w swojej analizie – polecam!) i nic nie jest tu pozostawione przypadkowi. Dzieło kompletne, przez wiele osób uważane za szczytowe osiągnięcie Duńczyka.

Advertisement

Tomasz Raczkowski: Mój osobisty faworyt w filmografii Larsa von Triera to dzieło kompletne, łączące pełnokrwisty dramat psychologiczny z wystylizowaną metafizyką. Melancholia to zarówno wyrafinowane studium psychologiczne dwóch skrajnie odmiennych sióstr oraz brawurowa opowieść o rozpadzie ludzkiego świata. Tym razem von Trier wycisza zarówno formalną ekstrawagancję, jak i prowokacyjność swojego dzieła, tworząc wyciszone, kameralne ale równocześnie złożone arcydzieło, wyważające artystyczne impresje i narracyjny konkret.

Nimfomanka (część I i II)

Nymphomaniac Part 1 & 2 (2013)

Advertisement

Obsesja von Triera: seksualność pań i panów

Tomasz Raczkowski: Ponownie, po Antychryście, wraz z Charlotte Gainsbourg reżyser proponuje prowokacyjne, przewrotne studium kobiecości i seksualności w ogóle. Tym razem jednak idąc w stronę bardziej konwencjonalnej narracji dramatycznej, osiągnął mniejszy efekt. W swojej głównej warstwie Nimfomanka to ciekawy i udany dramat społeczno-psychologiczny, wydobywający z życia tytułowej bohaterki tragiczną ambiwalencję jej bycia kobietą, ale tracący na zbytnim rozciągnięciu narracji.

Advertisement

O sukcesie artystycznym całości decyduje wplecenie w całość drobnych smaczków i niewymuszonych epizodów-perełek, które dowodzą niesłabnącej zręczności twórcy.

Rafał Oświeciński: O seksie w sposób nie tak bardzo kontrowersyjny jak zapowiadała głośna i widoczna kampania reklamowa. Różne etapy odkrywania cielesności nie są artystycznym impulsem do analizy seksualności lub – co sugeruje tytuł – nimfomanii, a jedynie spojrzeniem na człowieka jako niewolnika mniej lub bardziej zdrowych popędów. I tyle. W sumie 4 godziny banałów skąpanych w ironii, jakby von Trier z premedytacją śmiał się z wygórowanych oczekiwań, jakby tylko czekał na psychoanalityczne wnioski, z którymi de facto Nimfomanka nie jest spowinowacona (chyba że nieintencjonalnie). Niby udane, ale w sumie bez większego znaczenia.

Advertisement

Dom, który zbudował Jack

The House That Jack Built (2018)

Obsesja von Triera: mord i piękno

Advertisement

Rafał Oświeciński: Odważne w formie, wypełnione czarnym jak smoła humorem i szalenie prowokujące intelektualnie spojrzenie na najciemniejszą stronę natury ludzkiej. Pod wieloma względami podobny do znakomitego filmu Człowiek pogryzł psa. Seryjny zabójca bez skrupułów, bez jakiegokolwiek żalu (tym bardziej za grzechy), bez usprawiedliwiania się z brutalnych czynów i bez misji zbawienia świata, usunięcia zła (złem). Zabija, bo lubi. Morduje, bo to przynosi estetyczne spełnienie.

Unicestwia – i jest to jego yin tkwiące tuż obok yang, czyli bycia nie-mordercą. Jest w tym fascynujący z kilku powodów. Po pierwsze, jest szczery i prostolinijny, inaczej niż zabójczo erudycyjny Hannibal Lecter. Po drugie, przejawia wiele różnych emocji, aż łatwo zobaczyć w nim – w jego reakcjach, w zachowaniu – siebie, podobny rodzaj wrażliwości, jakkolwiek dziwnie by to brzmiało. Po trzecie, Jacka gra Matt Dillon, który wznosząc się na wyżyny perfidii i wyrachowania, pozostaje przy tym bardzo ludzki – wybitna rola! I wybitnie dobry film. 

Advertisement

Tomasz Raczkowski: Autotematyczne arcydzieło, mogące służyć za podsumowanie całej filmografii von Triera – ze wszystkimi jego społecznymi obsesjami, prowokacyjnymi dygresjami, artystyczną erudycją i czarnym jak smoła poczuciem humoru. Dom, który zbudował Jack to wiele filmów w jednym – ironiczny dramat, czarna komedia, klasycystyczna tragedia i referencyjny kalejdoskop. Porywająca wizja Duńczyka wymierza mocny cios konwenansom, kabotyństwu świata sztuki i… własnemu egoizmowi. To nie tylko znakomity film, ale także brawurowa deklaracja niezależności oraz wierności swojej koncepcji kina, za którą możemy Larsa pokochać lub znienawidzić – i z obu wariantów prawdopodobnie będzie on zadowolony.



Advertisement

CO SĄDZISZ?

(function(d,s,id,u){ if (d.getElementById(id)) return; var js, sjs = d.getElementsByTagName(s)[0], t = Math.floor(new Date().getTime() / 1000000); js=d.createElement(s); js.id=id; js.async=1; js.src=u+’?’+t; sjs.

parentNode.insertBefore(js, sjs);
}(document, 'script’, 'os-widget-jssdk’, 'https://www.opinionstage.com/assets/loader.js’));

Advertisement

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *