Publicystyka filmowa
GWIAZDY, których mamy już DOŚĆ
O większości z tych gwiazd wciąż pamiętamy, bo nie dają o sobie zapomnieć – jeśli nie poprzez swoje najnowsze role, to dzięki „pudełkowym” skandalom, które służą za substytut dokonań filmowych.
Szkoda, że Donald Trump nie jest aktorem, bo wtedy można by go uznać za najbardziej przereklamowanego artystę w świecie filmowych mediów, który na dodatek jest politykiem i którego wszelkie serwisy społecznościowe mają już dość. Jak wiemy z historii, takie połączenia zawodów się zdarzały, chociaż nie tak barwne ideologicznie. W świecie stricte aktorskim mamy jednak sporo takich Trumpów, czyli ludzi, którzy mentalnie nie unieśli swojej profesji. Poniżej zaledwie kilka przykładów mniej lub bardziej kontrowersyjnych, niegdyś czasem nawet kultowych. O większości z tych gwiazd wciąż pamiętamy, bo nie dają o sobie zapomnieć – jeśli nie poprzez swoje najnowsze role, to dzięki „pudelkowym” skandalom, które służą za substytut dokonań filmowych.
O niektórych z kolei przypominamy sobie zaledwie od czasu do czasu, kiedy np. w telewizji puszczą jakiś niegdyś kultowy film z ich udziałem. Uświadamiamy sobie wówczas, że wcale nie chcielibyśmy zobaczyć ich w czymś nowym.
Komedia romantyczna bez Karolaka jest jak zupa pomidorowa bez pomidorów, taka zrobiona na najpodlejszym koncentracie wygrzebanym gdzieś z zakurzonych odmętów najwyżej położonej szafki w kuchni. Nie dość, że aktor podtrzymuje swoją obecność w wiadomym gatunku filmów, to jeszcze widzimy go w reklamach, a nawet serialach (Rodzinka.pl, Kuchnia), i wszystko to jednocześnie. Tomasz Karolak niewątpliwie ma swoje pięć minut i za wszelką cenę chce je wykorzystać. Z drugiej strony nigdy nie uważałem go za złego aktora.
Ma niewątpliwy talent komediowy z taką rzadką w polskim świat aktorskim surrealistyczną nutą. Problem polega na ilości i jednorodności. Otóż gwiazda Listów do M. gra tak dużo, że chyba zapomniała o wyłączeniu aktorskiego autopilota. W reklamie Plusa Karolak jest taki sam jak w Kuchni. Coś wypadałoby z tym zrobić, bo niewątpliwy talent tego aktora pójdzie na zmarnowanie.
Jakość jego gry aktorskiej spada już od lat. Pamiętam, że nie tak dawno pisałem o tym, że wolałbym jednak, żeby Depp nie odchodził z serii Piraci z Karaibów. Nawet za cenę skandali z Amber Heard i całościowo mniejszego zaangażowania w podejmowane role. Dzisiaj wciąż podtrzymuję tę opinię, niemniej widzę, że publiczność nie jest już tak wyrozumiała.
Informacje, które dochodzą na temat wojny z Heard, są niekiedy zbyt dwuznaczne, żeby stwierdzić, kto z nich był faktycznie katem, a kto ofiarą. A może wymieniali się tymi rolami? Depp nie stronił ani od alkoholu, ani od radykalnych zachowań. Jakość jego warsztatu dramatycznego spadła, a to wszystko razem przeważyło szalę i renoma, którą wyrobił sobie u Jarmusha i Burtona, nie wytrzymała próby czasu. Nie tęsknię za nim.
Piotr Stramowski i inni od Vegi
A więc Katarzyna Warnke, Andrzej Grabowski, Tomasz Oświeciński, Janusz Chabior i Agnieszka Dygant. Wszyscy oni, decydując się na tak masową grę w produkcjach Patryka Vegi, zniszczyli lub z sukcesem niszczą swoje umiejętności – o ile je mają. W przypadku Piotra Stramowskiego mam największe wątpliwości. Wybronić się z tego ambarasu może tylko Andrzej Grabowski, którego doświadczenie jest tak duże, że chyba nic nie zachwieje jego karierą. Z premedytacją nie wymieniłem Antoniego Królikowskiego, ponieważ wciąż mam nadzieję, że nie zostanie nadwornym aktorem Vegi. Poza tym role Daniela Śnieżka w Pętli i Pawła Zawrotnego w Bad Boyu są wyraziste, mocne i dobre. Warto, żeby Antoni Królikowski wyciągnął z nich wnioski i poszedł dalej. Co do reszty zaś, Vega już ich zaszufladkował. Janusz Chabior na dodatek co chwilę wyskakuje mi z telewizora w reklamie OLX, wymieniając się z Tomaszem Kotem, który nie wiedzieć czemu zgodził się na tak żenującą reklamę Blika.
Woody Allen i inni oskarżeni o molestowanie seksualne
Przez całą historię kina zebrało się tych nazwisk już całkiem sporo. Niektórzy jednak molestowali w czasach, gdy było na to jakieś nieformalne przyzwolenie. Oświata seksualna raczkowała, a jej przełożenie na godność płciową tym bardziej. Dzisiaj na szczęście pewne zachowania w branży nie są dopuszczalne i na tej fali dowiadujemy się o wielu niegdysiejszych wybrykach aktorów, reżyserów czy producentów. M.in. Cosby, Polański, Allen, Weinstein, Gibson, Kinski, Spacey – to przecież artyści ikoniczni, ale również kaci dla innych, niewinnych, głównie kobiet i dzieci, a to jest godne najwyższego potępienia.
Publiczność ma jednak problem ze skrytykowaniem takich ikon, bo sława wpływa na krytyczną świadomość, co szczególnie widać w ocenie dzieł współtworzonych przez np. tu wymienionych twórców. Stwierdzenie, że powinniśmy mieć ich dość jako gwiazd, jest pewnego rodzaju metaforą. Powinniśmy umieć ocenić ich dzieła jako coś, co nie istnieje w powietrzu, w zawieszeniu, poza nimi jako ludźmi. Aktorstwo, bycie celebrytą, ikoną to zobowiązanie, a nie tylko zawód. Rodzaj misji, polegającej na wpływaniu wychowawczym na świadomość publiczności połączoną z dawaniem mniej zobowiązującej rozrywki.
Dlatego dzieła tworzone przez takich ludzi, które mają za zadanie przekazać nam pewne uniwersalne wartości, mogą co najwyżej osiągać doskonałość formalną, natomiast w warstwie emocjonalnej, metafizycznej i tejże aksjologicznej są li tylko wydmuszkami. Stąd z chwilą nabycia odpowiedniej wiedzy na temat wyczynów ich twórców powinny zapłacić odpowiednią cenę za ową nieautentyczność. Dla mnie to na starcie jedna gwiazdka mniej w ocenie. A dla was? Na szczęście z publicznością nie jest aż tak źle. Przynajmniej część z niej potrafi ukarać artystów za ich przewiny, bo twórczość, którą się oddaje innym, jest prócz zawodu wzięciem na siebie odpowiedzialności za to, co się stworzyło. Konstytutywną częścią tej wiarygodności jest przykład płynący z życia osobistego.
Ten doskonały aktor z biegiem lat padł ofiarą własnej powagi. Wyrobił w całych pokoleniach widzów tak daleko posunięte wrażenie niepodważalnie podniosłego artyzmu, że gdy na stare lata zaczął grać w filmach lekkich i mniej poważnych, okazało się, że znacząca część publiczności nie jest w stanie tego zaakceptować. Zwłaszcza że De Niro wyraźnie nie czuje się dobrze na komediowych planach, nawet jeśli sam wmawia sobie, że to nowe otwarcie w jego karierze. Oczywiście całkowicie nie zerwał z poważnymi rolami, lecz czas zrobił swoje. Dawny Jake La Motta i Travis Bickle już nie powrócą, ale nie można mieć pewności, czy znów nie zobaczymy kogoś podobnego do Dicka Kelly’ego z Co ty wiesz o swoim dziadku.
Niewątpliwie miał szansę stać się kimś wielkim, ikoną kina akcji. Na chwilę mu się ta sztuka nawet udała. W latach 80. Nico Toscani był gwiazdą. Skupiał w sobie takie cechy jak szlachetność, nieustępliwość, bohaterstwo itp., czyli wszystko to, co w kinie akcji ma kluczowe znaczenie. Z biegiem czasu jednak kariera Seagala skupiła się na filmach coraz marniejszej jakości, aż w końcu przerodziła się w karykaturę aktorstwa, idąc w parze z wizualną karykaturą mistrza sztuk walki. Jego zachowanie dopełniło upadku gwiazdy. Oskarżenia o gwałt okazały się przypieczętowaniem jego buraczanej kariery. Teraz co najwyżej możemy go zobaczyć w towarzystwie szemranego towarzystwa Putina i jego oligarchicznych przyjaciół. Co jakiś czas pojawia się za to w plotkarskich wiadomościach. Tyle wystarczy, żeby już mieć go dość, a mógłby wciąż być ikoną w panteonie bohaterów kina akcji obok np. Sylvestra Stallone.
Ileż razy jeszcze będziemy słyszeć, że Tom Cruise jest wiecznie młody albo że pilotował helikopter, albo skoczył z wieżowca, mniejsza o to już, czy zrobił to ze spadochronem, czy podrzucili mu go gdzieś w locie, gdy był na wysokości, powiedzmy, setnego piętra. Gwiazdorstwo Cruise’a jest gwiazdorzeniem męczącym. Nawet kolejne części Mission: Impossible, jedna doskonalsza od drugiej – tak szczerze uważam – nie są w stanie tego zmienić. Mało tego, rysą na tym diamencie wciąż pozostaje relacja z Nicole Kidman i sekta scjentologów. Naszemu idealnemu gwiazdorowi do doskonałości wiele brakuje. Tym bardziej więc być może na takiego diamencika pozuje w wymiarze kaskaderstwa?
To, że Paltrow jest częścią MCU, może wydawać się nieco egzotyczne, ale nie da się temu zaprzeczyć. Z pewnością wielu fanów, a nawet kolegów aktorów i reżyserów ma jej dość, lecz to wcale nie oznacza, że jej postępowanie jest bezsensowne. Efekty marketingowe pokazują, że życie w stylu goop ma sens nie tylko wizerunkowy (aktorka ma wiele fanek i fanów), ale i finansowy – świece o zapachu waginy sprzedają się znakomicie, podobnie jak tabletki na popęd seksualny dla kobiet (DTF – Down to Fuck). Możemy mieć dość pomysłów Gwyneth ze względu na ich radykalizm i inność, ale czy nie jest to reakcja bardzo niska, nieprzemyślana, wręcz atawistyczna? Aktorka ma prawo do własnej drogi.
Mało tego, jej działalność aktywizuje i uświadamia kobiety na temat ich ciała oraz seksualności. Czy do tej pory ten męski, zakłamany świat coś takiego dla nich zrobił? O to chodzi, że nie, więc zastanówmy się dwa razy, nim wyśmiejemy nonkonformistyczny stosunek do świata aktorki, no chyba że poszłaby w stronę niebezpiecznych dla społeczeństwa antyszczepionkowców.
Podobnie agresywnych aktorów znalazłoby się jeszcze kilku. Crowe jest jednak przykładem emblematycznym. Z wierzchu wydaje się miły, całkiem nieszkodliwy, aż coś mu się nie spodoba. Nie tak dawno mój kolega spotkał go na Malcie i poprosił o zdjęcie. Crowe zgodził się bez problemu, chociaż zażartował, że weźmie za fotkę 100 dolarów. Gdyby na planach filmowych był taki miły i trzymał nerwy na wodzy, współpraca z nim zapewne byłaby przyjemniejsza. Mają go dość więc bardziej twórcy i ekipy filmowe niż sami widzowie. Niemniej warto przyjrzeć się samej karierze Crowe’a. Niegdyś kultowe role, a teraz szybko postępujące zmęczenie, wręcz aktorska starość w połączeniu z wizualnym zniszczeniem ciała. Czyżby emocje wykańczały naszego gladiatora od wewnątrz?
