Felietony - Cykle
Dlaczego PIRACI Z KARAIBÓW nie mają racji bytu bez JOHNNY’EGO DEPPA
Piraci z Karaibów nie mają racji bytu bez JOHNNY’EGO DEPPA, którego postać Jacka Sparrowa jest niezastąpiona i legendarna w tej filmowej serii.
Postać Jacka Sparrowa jest kompletna, idealnie scalona z osobowością Johnny’ego Deppa, mało tego – niejednoznaczna moralnie, co w świecie Disneya zdarza się nadzwyczaj rzadko. Uznaję więc domniemania o zastąpieniu Deppa jakimś innym aktorem za kiepski żart, a moje lubienie lub nielubienie Johnny’ego nie ma tu najmniejszego znaczenia. W historii współczesnego kina – a może nawet kina w ogóle – nie było lepszej relacji między fikcyjnym bohaterem a grającym go aktorem.
Wprowadzenie na tym etapie serii innej twarzy równa się zniszczeniu legendy kapitana Czarnej Perły oraz w ogóle Piratów z Karaibów. Już lepiej dać Deppowi zagrać w kolejnym epizodzie i go zgrabnie uśmiercić. Czy jednak Hollywood umie w takich przypadkach działać zgrabnie? Pamiętam uśmiercanie
Carrie Fisher w najnowszej części Gwiezdnych wojen (poniekąd konieczne ze względów biologicznych).
Ten filmowy koszmarek może śnić się po nocach.
Spadek aktorskiej formy u Deppa można obserwować od lat. Piraci z Karaibów wciąż jednak pozostają jego ostatnim bastionem aktorskiego rzemiosła, które przynosi i zysk, i marketingową sławę. Co ciekawe, nawet gdyby niesławny wybranek Amber Heard ćpał i pił na potęgę, roli Jacka Sparrowa by to nie zaszkodziło, bo kapitan Jack cały czas zachowuje się, jakby był pod wpływem środków pobudzających.
Kto więc lepiej by odegrał jego rolę, jak nie skonfliktowany z rzeczywistością, używkolubny Depp? Aktorów grających takie postaci jak Gellert Grindelwald w trzeciej części cyklu Fantastyczne zwierzęta można sobie jeszcze dowolnie wymieniać, gdyż nie zostały one OŻYWIONE na ekranie w tak unikalny sposób jak Jack Sparrow. Można więc stosować taką karę wobec Deppa za domniemane żonobijstwo, ale podmienienie go w Piratach z Karaibów byłoby karą wyłącznie dla widzów i dla marki, chyba że bezsprzecznie udowodniono by, że Depp lał Amber bez litości, a tak się przecież nie stało. Obydwoje stworzyli nieszczęśliwy związek, w którym trudno wytyczyć granicę, kto z nich stał się ofiarą, a kto prześladowcą.
Całkiem prawdopodobne, że Depp wpadał w szał po alkoholu, a potem nic nie pamiętał. Nałogowcy nie kontrolują swoich czynów w stanie spożycia. Córka Deppa i jego pierwsza żona Vanessa Paradis kategorycznie jednak zaprzeczały, że Depp byłby w stanie stosować wobec kogokolwiek przemoc. Jeśli więc tak się stało, coś musiało go do tego zmusić, coś, z czym do tej pory w życiu się nie spotkał – wymyślnie zastosowana przez Heard przemoc psychiczna? A może jedynie się bronił? Pytań jest zbyt dużo, a kolejne newsy w mediach nie ułatwiają odpowiedzi. Być może również nikomu nieznana Heard wpadła na pomysł, że wespnie się po plecach Deppa na szczyt, wykorzysta bolesną historię swojej asystentki na temat gwałtu i przemocy oraz akcję #MeToo, żeby zrobić z siebie ofiarę i na fali obecnej poprawności politycznej panoszącej się w Hollywood zyska to, czego nie byłaby w stanie osiągnąć za pomocą talentu (lub jego braku). Zbyt dużo w tej sprawie jest niewiadomych, żeby z taką łatwością zastępować Deppa Mikkelsenem, a co dopiero Jacka Sparrowa kimś innym. Jeśli tak, to uczciwie byłoby usunąć również Amber Heard z uniwersum DC i Aquamana.
Specjalnie użyłem słowa OŻYWIONY w kontekście Sparrowa, gdyż rzadko spotyka się w kinie taką łączność między aktorem a graną przez niego postacią. Tembr głosu, frywolne ruchy, wieczne balansowanie na krawędzi, wymykające się jednoznacznej ocenie moralnej czyny, dowcip zmieszany z gorzką refleksją nad życiem, no i ta wszechobecna, nieco karykaturalna, lecz nie obraźliwa inspiracja Keithem Richardsem – postacią, wokół której narosło tyleż kontrowersji.
Jakoś nikt się nie czepia Richardsa za narkotyki, alkohol czy wielokrotne aresztowania. Który aktor w tej chwili byłby w stanie wejść w buty Deppa i podtrzymać unikalny charakter kreacji kapitana Czarnej Perły? Przyciężkawy jak czołg IS2 na tle Shermana Mads Mikkelsen, jakkolwiek go uwielbiam? Oczywiście jestem w stanie sobie wyobrazić, że przy dzisiejszych możliwościach technicznych można po prostu Deppa zrobić w komputerze bez udziału Deppa, ale chyba nie o to chodzi. Hollywood działa pod tym względem radykalnie.
Aktora trzeba usunąć, zapomnieć o nim, zastosować pełny ostracyzm, na którym widzowie ucierpią chyba bardziej niż sam zainteresowany. Nikt z decydentów jednak tego nie rozumie, bo obchodzi ich wyłącznie ich własny wizerunek. Trzęsą portkami na pokaz, podczas gdy za kulisami dogadują się finansowo lub zamiatają pod dywan poważniejsze afery. Stają w jednym rzędzie z ofiarami dopiero wtedy, gdy nie mają już wyjścia.
W tym jednak przypadku Depp dał z siebie Sparrowowi tyle, że nawet gdy zostanie wymieniony, ktoś nowy będzie wciąż kopiował stworzoną przez byłego męża Heard postać. Depp zatem wciąż pozostanie w kapitanie Jacku, a wręcz stanie się legendą i punktem odniesienia dla „nowego”.
Warto także zwrócić uwagę na sytuację, która nie była jeszcze aż tak widoczna po premierze Klątwy Czarnej Perły Gore’a Verbinskiego, natomiast dzisiaj, gdy zaczęto prace nad szóstą częścią serii, z łatwością można ją zauważyć. Jack Sparrow zawsze był jedną z wielu postaci w Piratach. Niekiedy wręcz zdawało się, że schodzi na drugi plan. Musiał konkurować z Orlando Bloomem czy Keirą Knightley, nie wspominając o gronie starszych tuzów aktorstwa w postaci Jonathana Pryce’a czy Geoffreya Rusha. Gdzieś od drugiej części, na której świetnie bawiłem się w kinie (Skrzynia umarlaka), stało się jednak jasne, że nikt mu nie dorówna, że to wokół niego kręcić się będzie cały świat kilku – bądź co bądź całkiem niezłych – głównych bohaterów. Za każdym razem, gdy Jack pojawiał się na ekranie, wprowadzał do opowieści charakterystyczny humor. Niekiedy miało się wrażenie, że nie jest rzeczywisty, a pełnią funkcję dygresyjną i weryfikującą prawdziwe motywacje każdej postaci w filmie. Bo Jack nigdy nie był czarno-biały. Od skrajnego egoizmu nieoczekiwanie przechodził do odgrywania parenetycznego ideału, jaki powinni naśladować młodzi chłopcy z dobrych arystokratycznych rodzin, nieważne, co robią pokątnie w śródmiejskich lupanarach.
Raz walczył po tej stronie, a raz po tamtej.
Wszystko, co robił Sparrow, było może i śmieszne, ale zarazem refleksyjne i przepełnione goryczą. Pośród tych niezliczonych ucieczek przed prześladującym go fatum Jack potrafił mimo wszystko zachować piracką dumę. Niech dowodem będzie jego wjazd na maszcie tonącej łódki do Port Royal, oczywiście w niezbyt szlachetnych celach. Sparrow okazał się poprzez swoje porażki bohaterem bliskim widzowi, a sam Depp w swoim wielobarwnym życiu nie ustąpił pola kapitanowi Czarnej Perły. Dziś, w czasach drapieżnie czającej się w Fabryce Snów politycznej poprawności, pojawiają się niezliczone wykrętne pomysły na przedłużenie Piratów z Karaibów bez Deppa, jak miękki reboot serii czy wprowadzenie postaci kobiecej i oparcie na niej fabuły. Brzmi to jak malowanie świni na czarno w Nie ma mocnych i bezczelne wmawianie myśliwemu, że to dzik. Nie bez kozery sprawiedliwość ma przepaskę na oczach. Jest ślepa, lecz wszyscy ci, którzy mienią się jej sprzymierzeńcami, kontynuatorami i wykonawcami, nie są w stanie wyjrzeć poza swój margines etyczny. Stąd mamy to, co mamy, czyli Depp wylatuje z Fantastycznych zwierząt, a jego przyszłość w Piratach z Karaibów okazuje się niepewna. A taki na przykład Roman Polański wciąż kręci filmy i jest zapraszany na salony, choć na szczęście już coraz rzadziej.
