search
REKLAMA
Recenzje

LISTY DO M. 4. Wszystko fajnie, gdyby nie ten Karolak…

Dawid Myśliwiec

2 lutego 2021

REKLAMA

Gdy w 2011 Mitja Okorn przeszczepił na polski grunt format świątecznej komedii romantycznej, zapewne w najśmielszych snach nie spodziewał się, jak wielkim sukcesem okaże się to przedsięwzięcie. Dziś Okorn kręci w Stanach z Carą Delevingne i Jadenem Smithem, a w Polsce wciąż oglądamy kontynuacje jego pierwszego polskiego filmu. Na Player.pl zadebiutowały właśnie Listy do M. 4.

Przyznam, że do pierwszej części świąteczno-romantycznej serii mam słabość. Jako że film Okorna zobaczyłem wówczas w kinie z przyszłą żoną, udzielił mi się ciepły i wzruszający klimat Listów do M., a przecież było też w nich sporo bardzo przystępnego i jednocześnie niegłupiego humoru. Sequel tej produkcji nie był już produkcją tak udaną, głównie dlatego, że nie zagrały nowe wątki i postacie. To nadal był przyjemny seans, ale miało się już wrażenie, że to film wymuszony. Mitję Okorna zmienił Maciej Dejczer, reżyser o raczej przyciężkim stylu, a nowi członkowie obsady – Maciej Zakościelny, Marta Żmuda Trzebiatowska czy Magdalena Lamparska – okazali się zupełnie niedopasowani. Listy do M. 2 rozczarowały mnie do tego stopnia, że do trzeciej części serii nie podszedłem w ogóle. Zrobiłem to dopiero w ramach nadrabiania zaległości przed premierą Listów do M. 4 i, cóż, nie było dużo lepiej. Co prawda aktorsko widać było pewną poprawę, ale można było odnieść wrażenie, że w tej serii filmowej chodzi już tylko o dopisywanie kolejnych znanych nazwisk do obsady i odgrzewanie sprawdzonej formuły.

Mimo to tysiące (miliony?) widzów w Polsce z niecierpliwością czekały na premierę czwartej części serii, która pierwotnie miała wejść do kin 4 listopada 2020 roku. Pandemiczne obostrzenia nie pozwoliły jednak na premierę kinową, dlatego dystrybutorzy zdecydowali się na udostępnienie filmu na platformie Player.pl. Od 1 lutego można więc serwować sobie prawdziwy maraton rom-komowego ciepła, a gdy już obejrzymy wszystkie dostępne na platformie poprzednie części, uruchomić Listy do M. 4. Co nas tam czeka? Na pewno powrót znanych i lubianych bohaterów, którzy są z nami od początku: szalonego nie-małżeństwa Kariny i Szczepana Lisieckich (Agnieszka Dygant i Piotr Adamczyk), nieco zbyt poważnego Wojciecha Kamińskiego (Wojciech Malajkat) czy wreszcie będącego „twarzą” serii Melchiora (Tomasz Karolak). Do tego kilka twarzy znanych z trzeciej odsłony (Magdalena Różczka, Borys Szyc, Izabela Kuna) i pojawiający się w nowych, epizodycznych rolach znani aktorzy, tacy jak Cezary Pazura czy Rafał Zawierucha.

Listy do M. 4, podobnie jak poprzednie części, to przez większość metrażu prawdziwy fabularny, choć kontrolowany chaos. Wątki niemal się nie zazębiają – chyba jedynie pierwsze Listy do M. potrafiły w miarę płynnie i lekko łączyć poszczególne epizody fabularne, w kolejnych częściach było z tym już dużo gorzej. Także tutaj każdy wątek rozwija się w zasadzie niezależnie, a o współistnieniu bohaterów w jednym „uniwersum” świadczą tylko pojedyncze ujęcia – a to gdzieś w kadrze przejedzie samochód znany z innego epizodu, a to bohaterowie z niezależnych wątków miną się na ulicy. Chciałoby się, by te postacie miały ze sobą trochę więcej wspólnego, by twórcy wykazali się pewnym wysiłkiem, aby jeśli nawet nie połączyć wszystkich wątków w całość, to przynajmniej jakoś je zazębić, stworzyć wrażenie jednego mechanizmu. Tak się jednak nie dzieje, a to sprawia, że Listy do M. 4 powinniśmy traktować raczej jako antologię epizodów filmowych niż jedną spójną historię. A jak to w przypadku antologii bywa, niektóre opowieści są lepsze od innych. I tak absolutnie najsłabszym ogniwem – i to nie tylko czwartej części serii – jest postać kreowana przez Tomasza Karolaka. Nie mam zupełnie nie przeciwko temu aktorowi, ale jego bohater to po prostu skończony buc, który ostatnio potrafił mnie rozbawić w 2011 roku. A gdy oglądamy go klepiącego po pupach koleżanki z pracy czy dyszącego im nad głowami, aż chciałoby się facetowi przyłożyć. Nie te czasy, panie Melchior.

Ponownie najjaśniejszym punktem obsady jest Piotr Adamczyk, który niejednokrotnie już udowadniał, że ma ogromny talent komediowy i także tym razem Szczepan potrafi bezbłędnie rozbawić. Jego misja, by w wigilijny wieczór szerzyć miłość i otwartość, napotyka na liczne przeszkody i najzabawniejsze jest właśnie to, w jaki sposób Szczepan radzi sobie z tymi przeciwnościami. To także bardzo celny komentarz na temat Polaków i ich nastawienia do bliźniego – celny i w gruncie rzeczy dość gorzki. W wątku państwa Lisieckich w świetnym epizodzie pojawia się jeszcze jak zawsze demoniczny Janusz Chabior, a brawa należą się też niemal wszystkim sąsiadom Szczepana i Kariny, z którymi nasz bohater usiłuje się wigilijnie bratać. Jak zawsze wzrusza wątek wdowca Wojtka i jego nowej (?) rodziny, ale pozostałe historie trudno już wyróżnić za coś pozytywnego. Postać Magdaleny Różczki jest niezwykle irytująca z całym swym roztrzepaniem i naiwnością – Maciej Stuhr był znacznie ciekawszym radiowcem – a cały wątek z Rafałem Zawieruchą oraz seniorami Barbarą Wrzesińską i Stanisławem Brudnym, choć może chwytać za serce, wygląda jak napisany na kolanie i dokręcony na siłę.

Listy do M. 4 bez wątpienia znajdą swą widownię. Wyreżyserowana przez Patricka Yokę czwarta część popularnej serii próbuje utrzymać świeżość, dorzucając do fabuły wątki o polit-popie i braku otwartości w społeczeństwie, a także dodając nowych bohaterów. Ale mimo że Listy do M. bawią i wzruszają już od blisko dekady, odświeżanie formatu chyba nigdy do końca się w ich przypadku nie udało, skoro do najmocniejszych punktów tego „uniwersum” wciąż zaliczamy tych, których oglądaliśmy na ekranie już w 2011 roku…

Avatar

Dawid Myśliwiec

Zawsze w trybie "oglądam", "zaraz będę oglądał" lub "właśnie obejrzałem". Gdy już położę córkę spać, zasiadam przed ekranem i znikam - czasem zatracam się w jakimś amerykańskim czarnym kryminale, a czasem po prostu pochłaniam najnowszy film Netfliksa. Od 12 lat z różną intensywnością prowadzę bloga MyśliwiecOgląda.pl.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA