Plebiscyt
NAJLEPSZE FILMY KATASTROFICZNE. Ranking czytelników
W świecie NAJLEPSZE FILMY KATASTROFICZNE emocje sięgają zenitu! Odkryj tytuły, które porwą cię na sam szczyt adrenaliny i zaskoczą swoją fabułą.
Powodzie, huragany, meteoryty, trzęsienia ziemi – nic tak nie wzmaga kinofilskiego apetytu jak dobrze zainscenizowana katastrofa. Choć czas największej popularności kina katastroficznego przypadł na lata 70., gatunek ten wciąż prężnie się rozwija, co udowadniają wyniku naszego ostatniego plebiscytu.
Oto lista dwudziestu zwycięskich tytułów, które uzyskały największą liczbą głosów naszych czytelników. Przekonajcie się sami, czy wyniki was zaskoczą.
20. Tunel
1996, reż. Rob Cohen
Reżyserowi doskonale udaje się wykreować klaustrofobiczną atmosferę miejsca, w którym w każdym momencie kolejne nieszczęście może spaść na głowę (dosłownie). Otrzymujemy oczywiście, podobnie jak bohaterowie, chwile wytchnienia, ale są one krótkie, bo i w tunelu nie ma czasu na przesadnie długi odpoczynek. Poziom adrenaliny nie spada, ale nie przekracza też odpowiedniego poziomu — Cohen wiele scen największego napięcia buduje bowiem za pomocą starego dobrego suspensu podsycanego muzyką Randy’ego Edelmana. Czy Laturze uda się zatrzymać wlewającą się do tunelu wodę? Czy ranny towarzysz przeżyje? I czy pies zginie? Na te pytania reżyser udziela odpowiedzi, ale po uprzednim wstrzymywaniu akcji i kilku woltach.
Twórca Tunelu zdaje sobie sprawę, że tworzy thriller katastroficzny i, trzymając się sprawdzonego szkieletu fabularnego, nie tylko nieustannie ściska widza za gardło, lecz także unika drażniących schematów. [Dawid Konieczka, fragment recenzji]
19. Góra Dantego
1997, reż. Roger Donaldson
Jak mawiał trener Piechniczek: „Wiara wierzy w cuda.” Wierzy zatem Pierce i Linda, wierzą mieszkańcy miasteczka, wierzy nawet pies. Takiej ilości wiary nie jest w stanie się przeciwstawić żaden kataklizm, zatem wszystko kończy się zwyczajowym pierdnięciem happy endu. Choć banał pogania banał, a wszystko na banale stoi, choć naciągane to wszystko jak obietnicę naszych polityków to ogląda się to z zapartym tchem. Więc jeśli złapię cię czasami nagła i wymykająca się spod kontroli potrzeba spędzenia wieczoru przy akompaniamencie wybuchów i rozpierduchy związanej z tym, że pewien niepozorny wzgórek się z lekka zdenerwował, to Góra Dantego zwraca ku Tobie nieznoszące sprzeciwu spojrzenie. [Burial, fragment zestawienia]
18. Żywioł. Deepwater Horizon
2016, reż. Peter Berg
Reżyserowi Peterowi Bergowi w rewelacyjny sposób udaje się zbudować napięcie. Wykreować wręcz namacalną atmosferę zagrożenia i oddać gigantyczną skalę tego przedsięwzięcia. Człowiek wydaje się naprawdę mały i niezdarny w obliczu siły, którą stara się poskromić. Berg stopniowo i konsekwentnie przygotowuje widza do dania głównego swojego filmu, czyli spektakularnego wybuchu szybu. Jednak już dużo wcześniej można mieć przyspieszony puls. Reżyser w mistrzowski sposób buduje napięcie.
Kumuluje ze sobą kolejne niedociągnięcia, złe decyzje i lekkomyślność kierownictwa czy zawodność i nieprzygotowanie maszyn. Do zbudowania klimatu korzysta również z detali, które chyba w najbardziej przekonujący sposób niepokoją. […] Peter Berg wykorzystuje spektrum różnych metod, by wywołać na widzu odpowiednie wrażenie. Odwleka moment kulminacyjny, jakby wiedząc, że samo oczekiwanie niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. [Maciej Niedźwiedzki, fragment recenzji]
17. Rój
1978, reż. Irwin Allen
Stephen King w swoim opracowaniu na temat horroru – Danse Macabre (1981) – napisał, że Rój przy budżecie dwunastu milionów dolarów wygląda jakby powstał za dolara osiemdziesiąt pięć centów. Taka opinia, choć co nieco mówi o poziomie samego widowiska, nie jest do końca celna. Bo w obsadzie jest tyle znakomitych nazwisk, że nawet dwadzieścia milionów nie wydaje się realną kwotą do zamknięcia budżetu (ponoć Michael Caine za gażę z tego filmu kupił dom).
Jednakże sukcesu kasowego nie było, także krytycy nie zostawili na filmie suchej nitki. Irwin Allen, którego nazywano „Master of Disaster”, bo przyczynił się do popularności kina katastroficznego (jako producent Tragedii „Posejdona” i Płonącego wieżowca), sam niestety doprowadził do katastrofy. Zresztą Rój i tak wydaje się znacznie lepszy niż dwa kolejne filmy Allena: Po tragedii Posejdona i Gdy czas ucieka… Wtedy właśnie, pod koniec dekady, można było wysnuć wniosek, że już niczego ciekawego w tym gatunku nie da się stworzyć. A przynajmniej nie w epoce Kina Nowej Przygody, gdzie widowiskowość w stylu L.
B. Abbotta była już przestarzała i nieprzekonująca. Także scenariusze kolejnych katastrof wydawały się coraz bardziej absurdalne i nieangażujące, a postacie z każdym kolejnym filmem traciły charakter, mimo udziału gwiazd. Zaskakujące, że Rój pojawia się w rankingu dwudziestu najlepszych filmów katastroficznych, pokonując m.in. Trzęsienie ziemi (1974) Marka Robsona. Tego rankingu nie układała jedna osoba, głosowali nie tylko redaktorzy niniejszego serwisu, ale też czytelnicy. Ja nie głosowałem na tę produkcję, ale nie odczuwam rozczarowania, że o tym filmie jeszcze się pamięta i wciąż uważa się go za udane kino rozrywkowe. [Mariusz Czernic]
16. Dzień zagłady
1998, reż. Mimi Leder
Lęk przed kosmiczną katastrofą drzemie w nas od chwili wypłynięcia na jaw jednej z teorii zagłady dinozaurów, głoszącej, że ich koniec był skutkiem uderzenia komety, meteorytu czy innego ciała niebieskiego. Innymi słowy, jest to lęk przed końcem znanego nam świata, ale końcem będącym zarazem częścią naturalnej przypadkowości, na którą my, ludzie, nie mamy najmniejszego wpływu. Przerażają wówczas zarówno perspektywa śmierci, jak i nasza bezradność. Kometa symbolizuje w tym wypadku ślepe fatum, które za sprawą zesłanej apokalipsy kończy dotychczasowy porządek. Dzień zagłady realizuje założenia uniwersalizmu.
Mam tu na myśli opowiadanie historii przy użyciu tak różnorodnych wątków i perspektyw, by każdy mógł znaleźć w niej przynajmniej jedną postać, z którą może się identyfikować na drodze do łączącego wszystkich celu. Innymi słowy – by każdy mógł odnaleźć w tej tragicznej historii samego siebie. [Jakub Piwoński, fragment recenzji]
15. Tragedia „Posejdona”
1972, reż. Ronald Neame
Świętowanie nadejścia Nowego Roku na pokładzie liniowca „Posejdon” zostaje gwałtownie przerwane, gdy wywołana trzęsieniem ziemi gigantyczna fala wywraca statek do góry dnem. Większość z uwięzionych w sali balowej pasażerów żywi nadzieję na rychłe nadejście pomocy. Jednak zdecydowana postawa jednego z nich sprawia, że kilka osób postanawia wydostać się z okrętu na własną rękę. […] Oparty na motywach powieści Paula Gallico film trafił na ekrany kin w roku 1972. Wartka akcja, ciekawy scenariusz, świetna obsada i zdumiewające jak na ten czas efekty specjalne sprawiły, że Tragedia „Posejdona” była najbardziej kasową produkcją tamtego roku.
Wywodząc się z nurtu kina katastroficznego, które stało się bardzo popularne w latach ’70, Posejdon zdobył serca widzów na całym świecie, a jego historia, choć fikcyjna, zaraz po tragedii Titanica jest drugą najczęściej przywoływaną katastrofą morską w historii. Nagrodzony specjalnym Oscarem za efekty specjalne film niemal w ogóle się nie zestarzał. [Michał Fedorowicz, fragment analizy]
14. Projekt: Monster
2008, reż. Matt Reeves
Na tle pozostałych filmów znajdujących się w tym rankingu, Projekt: Monster (ależ ten polski tytuł jest niefortunny!) wyróżnia się oczywiście formą. Wszystkie dramatyczne wydarzenia śledzimy z perspektywy grupy młodych osób, która na bieżąco – i nieraz z wielkim poświęceniem – rejestruje je kamerą. Pierwsze kilkanaście minut jest stosunkowo niemrawe, ale od kiedy w Nowym Jorku pojawia się potwór, widz wręcz staje się kolejnym uczestnikiem katastrofy, jaka ma miejsce na Manhattanie. Nie ma czasu na oddech – panuje chaos, panika, jest niesamowicie głośno, wszystko dzieje się bardzo szybko, a olbrzymi stwór może czaić się za kolejnym drapaczem chmur.
Całkowicie zanika poczucie bezpieczeństwa, a nadzieje na przetrwanie upadają w gruzach tak, jak nowojorskie budynki. Śledzenie tych feralnych wydarzeń i epileptyczna metoda realizacji bywają męczące w odbiorze, ale z drugiej strony to i tak małe piwo przy tym, co przechodzą bohaterowie na ekranie. [Łukasz Budnik]
13. Epidemia
1995, reż. Wolfgang Petersen
Petersen w swoim filmie przedstawia jeden z największych lęków człowieka – nagłą i śmiertelną chorobę. Wirus Motaba to wyjątkowo złośliwe paskudztwo, które zdziesiątkowało ludność jednego z afrykańskich regionów w latach 60. Teraz powraca w zmutowanej formie i błyskawicznie roznosi się po Stanach Zjednoczonych. Sam Daniels i jego była partnerka (Dustin Hoffman i Renee Russo) muszą odłożyć na bok problemy osobiste, które położyły kres ich związkowi, i ruszyć razem do nierównej walki z epidemią.
Petersen świetnie tworzy w Epidemii efekt zagrożenia i histerii, która ogarnia ludność – wszechobecne jednostki wojskowe, służby medyczne w szczelnych kombinezonach, obowiązek zgłaszania się do punktów kontroli, wywieszania znaków w domach zarażonych, próby ucieczki z obszaru objętego chorobą – to wszystko są elementy, które sprawiają, że napięcie u widza nie odpuszcza przez większość seansu. I choć wszystko zmierza do pozytywnego końca, oglądając Epidemię, nie można do końca pozbyć się dreszczyku niepokoju. [Agnieszka Stasiowska]
12. Płonący wieżowiec
1974, reż. Irwin Allen, John Guillermin
1 lutego 1974 w brazylijskim São Paulo wybuchł pożar w 25-piętrowym budynku Joelma (powstał o tym film Joelma 23º Andar, 1980). Rok wcześniej otwarto kompleks budynków World Trade Center w Nowym Jorku, który czekał marny koniec. Przeczuwał to pisarz Richard Martin Stern, który w 1973 ukończył powieść The Tower. Utwór został szybko, ale rzetelnie przerobiony na jeden z największych kinowych hitów dekady. Producent Irwin Allen („Master of Disaster”) idąc za ciosem po sukcesie Tragedii „Posejdona” podjął się kolejnej ryzykownej inwestycji, która bardzo mu się opłaciła i uczyniła z niego mistrza kina katastroficznego.
W produkcji udział wzięli między innymi Steve McQueen i Paul Newman znani z tego, że wszystko czego dotkną zamieniają w złoto. Na krześle reżyserskim chciał siedzieć wspomniany producent, ale włodarze wytwórni Foxa woleli solidniejszego fachowca. Wybór padł na Johna Guillermina, który zrealizował między innymi znakomity film wojenny Błękitny Max (1966). Jednak Irwin Allen nie oddał mu całego filmu do wyreżyserowania, sekwencje akcji zostawił dla siebie, a pomogli mu świetni operatorzy od zdjęć trikowych (L.B. Abbott, Joseph Biroc, Fred Koenekamp). Zadbano nie tylko o doskonałą obsadę i kapitalną oprawę wizualną, ale też o nastrojową muzykę.
Główną ilustrację napisał John Williams, ale największym przebojem okazała się piosenka „We May Never Love Like This Again” w wykonaniu Maureen McGovern. Płonący wieżowiec wyróżniono ośmioma nominacjami do Oscara i trzema statuetkami i z perspektywy czasu nie dziwi ogromny sukces tego projektu. Nadal dobrze się to ogląda i wiele współczesnych, napakowanych efektami, blockbusterów nie może się z nim równać. Nie jest to katastrofa na wielką skalę, tylko jeden wieżowiec, którego destrukcja nie powinna robić wrażenia, bo widzieliśmy na żywo gorsze rzeczy (np. atak na World Trade Center w 2001). Jednak sam pomysł, by spalić tak potężną i solidną konstrukcję, jest przerażający, a mistrzowska realizacja uwiarygadnia ten pomysł i sprawia, że trudno nie odczuwać emocji. [Mariusz Czernic]
11. Gniew oceanu
2000, reż. Wolfgang Petersen
Oparta na faktach opowieść o feralnym rejsie kutra rybackiego Andrea Gail to film, który potrafi na długo odwieść od jakiejkolwiek styczności ze słoną wodą. Niemniej jest to istna jazda bez trzymanki z wieloma atutami. Już od strony technicznej robi duże wrażenie (ponownie Amerykańska Akademia doceniła nominacjami dźwięk i efekty specjalne), a do tego dochodzi jeszcze świetna obsada, znakomita muzyka Jamesa Hornera i siedzący za sterami Wolfgang Petersen, który zagłębiał się w morskie odmęty już przy okazji swojego wojennego arcydzieła Okręt. Tutaj reżyser pozostaje niemal cały czas na powierzchni, ale bynajmniej nie równa się to rezygnacji z dusznego, iście klaustrofobicznego klimatu, raz za razem smaganego przez olbrzymie fale. Pozycja obowiązkowa. [Jacek Lubiński, fragment zestawienia]
10. Ptaki
1963, reż. Alfred Hitchcock
Dzięki Alfredowi Hitchcockowi niepozorne zwierzęta takie jak ptaki wywoływały – zresztą do dzisiaj wywołują – nieprzyjemny dreszczyk na plecach u sporej części osób. Trudno bowiem nie odczuć niepokoju na myśl o tym, jak przebiegło zderzenie cywilizacji z naturą. To uniwersalna opowieść o nietypowych prześladowcach ludzkości, która nie była przygotowana na taką walkę. Przed ptakami nie dało się uciec; atakowały domy i szkoły. I właśnie dlatego, mimo upływu lat, rozwoju efektów specjalnych i zmian środowiskowych, Ptaki wciąż są filmem budzącym grozę i niepokój. [Kornelia Farynowska, fragment recenzji]
9. Twister
1996, reż. Jan De Bont
Pamiętam, że kasetę z Twisterem zajechałem na amen – do tego stopnia uwielbiałem ten film. Wciąż mam do niego sentyment, tym bardziej, że dwóch świetnych aktorów – Bill Paxton z pierwszego i Philip Seymour Hoffman z drugiego planu – odeszło już z tego świata. A film Jana De Bonta – reżysera dziś, po kilku boxofisowych porażkach, pogardzanego – był doprawdy świetnym widowiskiem z wyrazistą kreacją Helen Hunt i zapierającymi dech (dosłownie!) scenami zniszczeń powodowanych przez tytułowy huragan. Daję głowę, że nawet obejrzany dziś, po 22 latach od premiery, Twister wciąż robi wrażenie. [Dawid Myśliwiec]
8. 2012
2009, reż. Roland Emmerich
Pamiętam, że film Rolanda Emmericha obejrzałem już podczas przedpremierowego seansu o północy – a było to w środku tygodnia i nazajutrz czekała mnie praca. To chyba najlepiej pokazuje jak duże były moje oczekiwania wobec tej produkcji – ale nie tylko moje, bo intensywna kampania promocyjna skutecznie zaostrzyła apetyty tysięcy fanów kina katastroficznego. I 2012 spełniło te oczekiwania – podobnie jak 8 lat wcześniej Pojutrze, widowisko Emmericha zawierało wszystkie elementy filmowego pandemonium: potężne efekty specjalne, morze wzruszeń i całe mnóstwo patosu wymieszanego z odwagą. Mieszanka, którą znamy doskonale, sprawdziła się i tym razem, o czym świadczy wynik w światowym box office (blisko 770 milionów dolarów). [Dawid Myśliwiec]
7. Wojna światów
2005, reż. Steven Spielberg
Przykład filmu, który nie wyróżniał się niczym oryginalnym, nie kruszył lodu, miał nawet kilka fabularnych niedorzeczności, ale broni się całkowicie dzięki dwóm czynnikom: pierwszym z nich jest fachowa ręka Spielberga, który idealnie potrafi dawkować napięcie i manipulować emocjami widza, a drugim – persona Toma Cruise’a. Tego drugiego można lubić bądź nie, ale trzeba przyznać, że jego zaangażowanie w rolę i warsztatowe umiejętności są na najwyższym poziomie. Dzięki temu duetowi, Wojna Światów jest wiarygodnym, bardzo osobistym filmem, który największy nacisk kładzie na wątek rozbitej rodziny, a katastrofalna (czy też: katastroficzna) w skutkach inwazja obcych na ziemię jest tłem dla opowieści.
Jednak i to tło potraktowano z należytą uwagą. Sugestywne ujęcia przedstawiające obcych i wyrządzone przez nich szkody wyglądają bardzo realnie, wiarygodnie. Film ten stanowić może też swoiste domknięcie spielbergowskiej nieformalnej trylogii. W jej pierwszej odsłonie – Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia, widzimy ojca, który opuszcza rodzinę. W E.T. widzimy rodzinę bez ojca. W Wojnie Światów widzimy ojca wracającego do rodziny. Mały, wielki film, któremu warto dać drugą szansę. [Szymon Skowroński]
6. Niemożliwe
2012, reż. J.A. Bayona
„Niemożliwe” Juana Antonio Bayony stanowi przykład historii opartej na faktach (pamiętne trzęsienie ziemi na Oceanie Indyjskim w 2004r., i w konsekwencji powstanie potężnych fal tsunami, które pochłonęły setki tysięcy ludzkich istnień), podpartej świetnym aktorstwem i doskonałą robotą techniczną. […] W postępowaniu Bayony nie dopatruję się jednak cynizmu. To prawda, że w kilku miejscach nie potrafił zapanować nad materiałem, który w rękach innego twórcy mógłby posłużyć za klasyczny wyciskacz łez okraszony kilkoma efektownymi scenami. Hiszpan natomiast przez większą część filmu odkłada sentymenty na bok, relacjonując wędrówkę matki i syna przez zalane tereny, a potem szpitalne korytarze, jakby kręcił dokument. Właśnie wtedy „Niemożliwe” jest mistrzowskie. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]
5. Ludzkie dzieci
2006, reż. Alfonso Cuarón
Pomijając kilka futurystycznych gadżetów […] oraz sam motyw bezpłodności rasy ludzkiej, nie ma tu nic, o czym nie słyszelibyśmy na co dzień – konflikty zbrojne, terroryzm, migracja ludności – krew, śmierć, nienawiść. Rzeczy te stały się dla nas tak oczywiste, tak normalne, że na większości ludzi nie robią już żadnego wrażenia. Ogarnia nas chłód i przerażająca obojętność. I to właśnie czuć z ekranu – surowe zdjęcia w ciemnej tonacji dystansują. Podobną rolę odgrywa też Theo – obojętny i zrezygnowany, nie wyróżnia się niczym w tym smutnym świecie. Ale z czasem, pod wpływem natłoku dramatycznych wydarzeń to się zmienia, tak samo jak nasz stosunek do tego, co dzieje się na ekranie.
Ujęcia stają się dłuższe, kamera z ręki podąża za bohaterem krok w krok, co daje niezwykłe wrażenie, jakbyśmy uczestniczyli w podróży Theo i Kee. W historię powoli wkradają się emocje, jakich na samym początku nawet się nie spodziewaliśmy. [Karol Baluta, fragment recenzji]
4. Pojutrze
2004, reż. Roland Emmerich
Fabuła filmu Roland Emmericha jest prosta. Klimatolog Jack Hall (w tej roli Dennis Quaid) na międzynarodowej konferencji z właściwym tego typu postaciom wyczuciem czasu ostrzega przedstawicieli różnych państw przed nadciągającą katastrofą klimatyczną. Niedługo potem okazuje się, że jego przewidywania są zbyt optymistyczne, a na ostrzeżenia nie ma już czasu – temperatura na półkuli północnej naszego globu gwałtownie się obniża, i jedyne, co w tej sytuacji można zrobić, to zarządzić ewakuację w południowe rejony. Bezpośrednio zagrożony jest także, oczywiście, syn Jacka (Jake Gyllenhaal), który bohatersko zmaga się z załamaniem pogody, zamknięty z grupą ludzi w nowojorskiej bibliotece. Zdesperowany ojciec rusza z wyprawą ratunkową. Pojutrze to proste, lecz sprawnie zrealizowane kino gatunkowe, które zadowoli sympatyków katastrof przewidywalną akcją i bardzo dobrymi efektami specjalnymi. [Agnieszka Stasiowska]
3. Titanic
1997, reż. James Cameron
Czy gdyby Jack faktycznie wdrapał się na drzwi i doczekał ratunku z rąk załogi RMS Carpathia, istotnie zmieniłoby się tak wiele? Dla widza z pewnością, dla Rose bezapelacyjnie, niemniej, w jaki sposób wpłynęłoby to na samego Titanica? Co stałoby się z tą historią? Czy Jack faktycznie zginął? Co tak naprawdę wydarzyło się po uderzeniu Titanica w górę lodową? W końcu, czego dokonał w roku 1997 James Cameron? Te pytania można by mnożyć w nieskończoność, wszystkie spotkają się jednak w końcu we wspólnym punkcie, jakim jest człowiek. Ze wszystkimi swoimi marzeniami, nadziejami, wspomnieniami.
Właśnie dlatego ta historia ma tak niezwykłą moc. To baśń o nas samych i o tym, że w pewnym sensie snucie opowieści jest sensem naszego życia. Bez nich zniszczy nas nawet najmarniejsza góra lodowa. [Filip Jalowski, fragment artykułu]
2. Dzień niepodległości
1996, reż. Roland Emmerich
Według mnie najważniejszą sceną w filmie jest przemowa prezydenta przed decydującą bitwą. Dla wielu przesadnie podkreśla ona filmowy patos. A mnie ona zawsze tak samo porusza. Skrywa się w niej bowiem całe sedno. W obliczu nowego zagrożenia, nie chodzi już obronę doczesnych wartości, jak status quo, wolność i niepodległość. Teraz celem walki jest zachowanie prawa do życia. Najeźdźcy z kosmosu symbolizują bezwzględnych oprawców, którym zależy tylko na jednym – całkowitej eksterminacji wrogiej rasy. Zapominają jednak jak silna jest w niej wola przetrwania. Krótko po prezydenckiej przemowie dochodzi do finałowego starcia, w którym ludzkość podnosi rękawicę i zapobiega, jak sam to określam, kosmicznemu holocaustowi. Krzepiące jest to zwycięstwo, bo dotyczy nas wszystkich. [Jakub Piwoński, fragment recenzji]
1. Armageddon
1998, reż. Michael Bay
Na naszej planecie jest tylko jeden facet, który potrafi ocalić Ziemię w tak bardzo cool sposób. Kiedy Bruce Willis dostaje najważniejszą w swoim życiu misję, jego mina wygląda mniej więcej tak, jak gdyby ktoś spytał go, czy rzuci trochę drobnych dzieciakom na lemoniadę. Ale nawet taki facet jak Willis nie mógłby zrobić tego sam, wobec czego Michael Bay zorganizował mu doborową ekipę, a w niej m.in. Ben Affleck, Steve Buscemi, Owen Wilson, Michael Clarke Duncan i Will Patton. Z taką paczką można lecieć nawet na asteroidę! Dla Afflecka stawka jest jeszcze większa niż losy świata – w końcu jest zakochany w Liv Tyler i nigdy w historii nie zdarzyło się, żeby jakaś para kochała się bardziej niż oni.
Nie ma też lepszej piosenki niż I Don’t Want to Miss a Thing w wykonaniu Aerosmith i nie ma lepszego reżysera do takich tematów, niż Michael Bay. Wszystko powyższe jest oczywiście nieco ironiczne, ale przyznajcie – pomimo całego swojego kiczowatego uroku i naciąganego scenariusza, Armageddon NAPRAWDĘ wyciska łzy, NAPRAWDĘ trzyma w napięciu i NAPRAWDĘ ogląda się znakomicie. I po dwudziestu latach od premiery budzi uczucia. Skąd to wiadomo? Mówimy w końcu o filmie, który zajął pierwsze miejsce w niniejszym rankingu! [Szymon Skowroński]
