Strona główna KMF
        

- Rekiny mają martwe oczy. Czarne, jak u lalki. Dopiero gdy cię ugryzie, w czarne oczy wstępuje życie. A potem słychać rozdzierający wrzask.
Ocean robi się czerwony...

W 1964 roku amerykański pisarz Peter Benchley przeczytał artykuł prasowy o wielkim rekinie, który siał spustoszenie w przybrzeżnych wodach Stanów Zjednoczonych. Na początku lat 70. jego wydawca nakłonił go do napisania książki w oparciu o to wydarzenie. Tak narodziła się powieść "Szczęki". Jeszcze przed premierą na rynku wydawniczym, maszynopis trafił do producenckiego duetu Richard Zanuck - David Brown ("Żądło"), którzy na pniu zakupili prawa do ekranizacji. W tym samym czasie obaj panowie wyprodukowali film młodego, obiecującego twórcy, Stevena Spielberga "Sugarland Express" (1974). Szukając materiału na kolejny film, Spielberg za ich pośrednictwem dostał do ręki egzemplarz "Szczęk". 26-letni wówczas reżyser dostrzegł oczywiste podobieństwa historii opisanej przez Benchleya do scenariusza swego pełnometrażowego debiutu "Pojedynek na szosie". I tu, i tam samotny bohater był skonfrontowany z irracjonalnym zagrożeniem. Obie opowieści wypełniała walka rozumu z niepojęta siłą, wykraczającą poza logiczne pojmowanie.

Nadmorska miejscowość Amity ma nowego stróża prawa. Przybyły z Nowego Jorku szeryf Martin Brody już na dzień dobry staje w obliczu zmasakrowanego ciała dziewczyny, znalezionego na plaży. To pozostałości po obiedzie, na który został zaproszony olbrzymi, liczący 7,5 metra i ważący trzy tony rekin. Władze miasteczka nie chcą jednak słyszeć o zamknięciu plaż z obawy przed utratą sezonowej klienteli. Giną kolejne osoby. Szeryf Brody, wespół z ichtiologiem Mattem Hooperem i awanturniczym łowcą rekinów Quintem, wyruszają w morze by zabić bestię. Lecz po pierwszej konfrontacji z żarłaczem na pełnym morzu, Brody wygłasza pamiętne zdanie: "Będzie na potrzebna większa łódź...".

Entuzjazm z jakim rozpoczęto przygotowania do realizacji był wprost proporcjonalny do chaosu, w jakim "Szczęki" powstawały. Kiedy 2 maja 1974 roku rozpoczęto zdjęcia w Edgartown na wyspie Martha's Vineyard, stan Massachusetts, woda była lodowato zimna, a aktorzy i statyści musieli udawać, że jest pełnia gorącego lata. Podczas zdjęć na pełnym morzu, kiedy kręcono finałową sekwencję, do wody wpadły dwie kamery (nakręcony materiał na szczęście uratowano). Pierwszą wersję scenariusza napisał sam Benchley, który następnie oddał skrypt w ręce Spielberga. Ponieważ młody reżyser zdecydowanie lepiej radził sobie z planem filmowym, niż z maszyną do pisania, producenci zaangażowali doświadczonego scenarzystę Howarda Sacklera, który po wykonaniu zadania zrezygnował z umieszczenia swego nazwiska w napisach. Kolejnym problemem był zapowiadany strajk związków zawodowych aktorów. Aby zdążyć z ukończeniem planowanej realizacji przed protestem, zaangażowano kolejnego scenarzystę, Carla Gottlieba, który zagrał w filmie jedną z ról. Mechaniczny rekin ciągle się zacinał, koszty rosły, przepisy związków zawodowych gmatwały każdy aspekt produkcji, a strajk aktorów wisiał na włosku i przynaglał i tak opóźniony kalendarz zdjęć, rozdmuchany z planowanych 52 do 155 dni. Ekipa nie panowała nad warunkami plenerowymi, które przecież wybrano bardzo starannie. Wyspę Martha's Vineyard otaczały bardzo płytkie wody przybrzeżne (ok. 9 metrów głębokości), ciągnące się do 20 km w głąb morza. Dzięki temu bez problemów można było na w miarę pełnym morzu zrealizować sceny z mechanicznym rekinem, którego konstrukcja nośna po prostu leżała na płytkim dnie. Żadne inne miejsce na wschodnim wybrzeżu USA nie spełniało aż tylu postulatów produkcyjnych na raz.

W tak koszmarnych warunkach powstawał jeden z najsłynniejszych filmów w historii kina, po którym Spielberg został okrzyknięty geniuszem. Oglądane po 30 latach "Szczęki" to wciąż niczym niezmącony, dopięty na ostatni guzik spektakl perfekcyjnie wykalkulowanej grozy. Spielberg wyrzucił z powieści Benchleya wszystko, co niepotrzebne (m.in. usunął wątek romansowy pomiędzy Hooperem i żoną Brody'ego) i pozostawił, wypełniający pół filmu, motyw walki trzech mężczyzn z rekinem, nieprzypadkowo przypominający "Moby Dicka". Pomogła mu w tym muzyka Johna Williamsa, który ataki rekina zilustrował genialnymi w swej prostocie basowymi smyczkami oraz mistrzowski montaż Verny Fields. Złośliwi twierdzili wręcz, że sukces "Szczęk" to niemal wyłącznie zasługa tak doskonałego opanowania przez Vernę sztuki narracji przy pomocy kleju i nożyczek. Po pokazach testowych Spielberg uznał, że w środku filmu brakuje jednej, jedynej sceny, na widok której serca widzów powinny przestać bić. W prywatnym basenie Verny Fields dokręcił więc moment znalezienia ludzkiej głowy wewnątrz wraku. Richard Dreyfuss przypłacił tę scenę zapaleniem płuc, lecz był to rzeczywiście jeden z najbardziej pamiętnych momentów filmu.

Peter Benchley wymarzył sobie aktorski dream-team: Robert Redford, Paul Newman i Steve McQueen, lecz ostatecznie role Brody'ego, Hoopera i Quinta zagrali inni aktorzy. Roy Scheider dostał swą rolę dzięki udziałowi we "Francuskim łączniku", sensacyjnym widowisku Williama Friedkina (choć rozważano również kandydaturę etatowego zbawcy świata, Charltona Hestona). Kiedy Scheider po raz pierwszy spotkał się ze Spielbergiem, trafił w sam środek omawiania sceny, w której wielki rekin miażdży łódź. Aktor nie wierzył własnym uszom, że ma zagrać w filmie, do którego mają być sfilmowane tak nieprawdopodobne sceny. Richard Dreyfuss trafił do obsady dzięki udziałowi w "American Graffiti", reżyserowanemu przez przyjaciela Spielberga, George'a Lucasa. Kandydatami do roli Hoopera byli także Jeff Bridges i Timothy Bottoms. Do roli Quinta, aroganckiego łowcy rekinów, Spielberg wymarzył sobie Lee Marvina, który scenariusz odrzucił. Drugą kandydaturą był Sterling Hayden, aktor o obliczu jankeskiego twardziela, znany z "Zabójstwa" i "Dr. Strangelove" Stanleya Kubricka. Ponieważ Hayden wpadł w kłopoty podatkowe, producenci zasugerowali Roberta Shawa, z którym znali się od czasu "Żądła". Shaw prywatnie nie znosił Dreyfussa, a ich ciągłe kłótnie doskonale przysłużyły się granym przez nich postaciom. Słynna scena mrożącej krew w żyłach opowieści Quinta o zżeranej przez rekiny załodze USS Indianapolis (autentyczne wydarzenie!), została w ogólnych zarysach wymyślona przez Sacklera. Lecz Spielberg dostrzegł w niej materiał na doskonały monolog, który rozwinął przyjaciel Spielberga, późniejszy reżyser "Conana Barbarzyńcy" John Milius. Jej ostateczna forma ekranowa to z kolei zasługa Roberta Shawa, który dopisał kilka zdań i w elektryzujący sposób podał tę opowieść przed kamerą.

Większość ujęć z pełną sylwetką rekina zagrał Bruce, mechaniczny model skonstruowany przez Roberta A. Matteya, weterana efektów mechanicznych m.in. w disneyowskiej ekranizacji "20 000 mil podmorskiej żeglugi" (1954) Richarda Fleischera. W latach 70. Mattey był już co prawda na emeryturze, lecz podjął wyzwanie Spielberga i skonstruował aż trzy modele (trzy lata później, przy "Szczękach 2", Mattey pracował po raz ostatni). Pierwszy służył do filmowania z lewej strony, drugi z prawej, a trzeci od przodu. Ukryte w nich mechanizmy ciągle się zacinały, ponieważ Mattey nie przewidział, że słona woda może być czynnikiem tak bardzo niszczącym. Dlatego też Spielberg wiele ujęć oszukał subiektywnym punktem widzenia rekina, użyciem makiety płetwy oraz beczkami ciągniętymi po powierzchni wody. Dzięki temu rekin fabularnie był ciągle obecny w filmie, pomimo jego fizycznej absencji.

Jednakowoż scenariusz zakładał podwodną sekwencję z klatką, z której Hooper miał zabić rekina. Lecz w przeciwieństwie do scen kręconych powyżej lustra wody, tutaj w grę nie wchodził żaden mechaniczny model. Jedynym sposobem na pokazanie bestii w całej okazałości było nakręcenie żywego rekina w jego naturalnym środowisku. W tym celu zwrócono się do Rona i Valerie Taylorów, małżeństwa zawodowo zajmującego się badaniem życia rekinów. Oboje zgodzili się na nakręcenie żywego rekina w wodach południowej Australii, lecz na przeszkodzie stanęła literacka fikcja. Filmowy rekin miał niemal 8 metrów długości, podczas gdy prawdziwy drapieżnik osiągał maksymalną długość 4 metrów. Należało w jakiś sposób oszukać skalę w ujęciach ukazujących rekina, pływającego wokół człowieka. Problem ten rozwiązano poprzez umieszczenie karłowatego kaskadera Carla Rizzo w środku zmniejszonej o połowę klatki. Do filmu trafiło zaledwie kilka ujęć z żywym rekinem, pływającym wokół klatki z człowiekiem. Reszta została zainscenizowana w basenie MGM przy pomocy modelu mechanicznego z kaskaderem Richardem Warlockiem, zastępującym Richarda Dreyfussa. Wyjątkiem było kilka ujęć rekina zaplątanego w liny, przytrzymujące pustą klatkę. Te kadry zarejestrowano właściwie przez przypadek, lecz materiał ten okazał się na tyle sugestywny, że Spielberg zmienił scenariusz, każąc Hooperowi wypłynąć z klatki. Dzięki temu do filmu trafiły fantastyczne ujęcia prawdziwego rekina tarmoszącego pustą klatkę, z której jego zdobycz zdołała zbiec. Ostatecznie żywy rekin zerwał klatkę, uwolnił się z więzów i odpłynął. Dla rejestrującego tę walkę Rona Taylora były to najwspanialsze chwile, jakie kiedykolwiek widział w swoim życiu, wypełnionym przecież obserwacją podmorskiego życia.

Lecz chyba największym osiągnięciem "Szczęk" było zbudowanie grozy wyłącznie za pomocą ujęć kręconych z perspektywy rekina i czasami wspomaganych widokiem płetwy grzbietowej nad wodą. Sam prolog z pożeraną przez rekina panienką (Susan Backlinie powtórzyła tę scenę u Spielberga w "1941", gdzie zamiast rekina wyłoniła się japońska łódź podwodna), stwarzał pozornie doskonałą okazję do efektownego wprowadzenia bestii, lecz Spielberg osiągnął dużo bardziej szarpiący nerwy efekt, rezygnując z pokazania rekina i skupiając się wyłącznie na epatowaniu widza agonią kobiety. W tym dwugodzinnym filmie pierwszy raz wyraźnie widać paszczę rekina dopiero w 77. minucie, kiedy Brody wyrzucał krwistą karmę za burtę. Reakcja Roya Scheidera w tej scenie była równie śmieszna, co budząca grozę. A jakby tego było mało, Spielberg potrafił podtrzymać napięcie za pomocą... beczek, poruszanych na powierzchni oceanu. Dopiero dramatyczny finał ukazał mechaniczny model Roberta Matteya w całej okazałości. Tworząc nowy wzór filmowego horroru, Spielberg nie omieszkał zacytować klasyków w postaci ściągniętego z Hitchcocka słynnego najazdu kamery na twarz Roya Scheidera z jednoczesnym odjazdem transfokatora. Ten "efekt vertigo" Spielberg przećwiczył już przy okazji "Sugarland Express", lecz dopiero tu wykorzystano tę sztuczkę operatorską do zbudowania jednego z najbardziej niezapomnianych momentów "Szczęk", filmu z pełną premedytacją wypełnionego bezlitosnym szarganiem nerwów widza, jak Spielberg skomentował po latach swój młodzieńczy entuzjazm w aplikowaniu widowni panicznego lęku przed wejściem do wody. Reżyser obecnie nazywa tę swoją młodzieńczą fantazję mieszaniną odwagi i głupoty. Kokieteria czy trzeźwa refleksja człowieka, który dojrzał właściwie na planie filmowym?

Porównując "Szczęki" z późniejszymi dziełami Spielberga, widać przede wszystkim radość z napędzania widzowi strachu, bez jakieś specjalnej troski o polityczną poprawność czy zgodność z tzw. wartościami. Pomimo happy endu, złagodzenia charakterów postaci Hoopera i żony Brody'ego w stosunku do powieści, Spielberg nie cackał się publicznością, jak miał to w zwyczaju w przeważającej większości swoich późniejszych filmów. "Szczęki" miały straszyć i straszą do dziś, choć oczywiście nie tak mocno, jak w latach 70. Nieprzemijającą wartością tego filmu jest referencyjny sposób budowania napięcia, który może z powodzeniem służyć za gotowy podręcznik dla adeptów reżyserii. Poza "Szczękami", chyba tylko w horrorze "Poltergeist" (1982) można tak mocno doświadczyć tej drugiej natury Spielberga, jako filmowca bezlitośnie poddającego widza pasjonująco opowiedzianemu seansowi grozy. Nawet obie części "Parku jurajskiego" to już zupełnie inny Spielberg. Spielberg, który założył rodzinę, Spielberg, który nauczył się wielu innych filmowych sztuczek, wobec których proste chwyty narracyjne "Szczęk" jawiły się jak młodzieńcze zabawy konwencją, Spielberg zmiękczony, wreszcie Spielberg nieznośnie politycznie poprawny. Koszmar Holocaustu w przejmującej "Liście Schindlera" nie wytrzymuje przecież porównania z bestialstwem nazistów, ukazanym na zimno przez Romana Polańskiego w "Pianiście". Nawet w mistrzowskim "Szeregowcu Ryanie", pełnym beznamiętnie ukazanego cierpienia, znalazło się miejsce na salutowanie przed majestatycznie powiewającą amerykańską flagą. Osiągana wraz z kolejnymi filmami dojrzałość Spielberga, jako wybitnego twórcy filmowego, została okupiona naturalnym w gruncie rzeczy procesem stępienia ostrza młodzieńczej brawury i bezkompromisowości. A te wartości najbardziej widać właśnie w "Szczękach". Najdobitniej ilustrują to słowa samego Spielberga, wygłoszone w 1975 roku: "Chcę, żeby ludziom podobały się moje filmy i jestem gotów zachowywać się jak dziwka, by ściągnąć ich do kin" (*).

20 czerwca 1975 roku "Szczęki" rozpoczęły triumfalny pochód po ekranach całego świata, stając się do czasu "Gwiezdnych wojen" najbardziej dochodowym filmem w historii kina, pierwszym, który przekroczył magiczną barierę 100 mln dolarów wpływów. "Szczęki" zdobyły trzy zasłużone Oscary dla Verny Fields za montaż, Roberta L. Hoyta, Rogera Hemana Jr., Earla Madery'ego i Johna Cartera za dźwięk i oczywiście dla Johna Williamsa za muzykę. Sam film także był nominowany, lecz przegrał z "Lotem na kukułczym gniazdem", a taka porażka hańby nie przyniosła. John Williams za swój score zgarnął także nagrody BAFTA, Złoty Glob i Grammy. Kosztujące 12 mln dolarów "Szczęki" zarobiły do tej pory blisko pół miliarda martwych prezydentów, a Steven Spielberg od tego momentu mógł kręcić wszystko, co tylko zapragnęła jego dusza.

Wielki rekin powrócił w trzech kolejnych kontynuacjach. Wyprodukowana w 1978 roku druga część w reżyserii Jeannota Szwarca z Royem Scheiderem, Lorraine Gary i grupą rozwrzeszczanych dzieciaków w rolach głównych, mimo oczywistych braków, jako tako zachowała klimat pierwowzoru, czego już nie można powiedzieć o kuriozalnych, zrealizowanych częściowo w trójwymiarze "Szczękach 3-D" (1983), reżyserowanych przez Joe Alvesa, scenografa oryginalnego filmu. W 1987 roku Joseph Sargent zaprezentował "Szczęki IV" ("Jaws - The Revenge"), najsłabszą część cyklu, pomimo udziału Michaela Caine'a i znanej z oryginalnej obsady Lorraine Gary. Temat rekinów ludojadów powrócił po wielu latach w sensacyjnym widowisku "Piekielna głębia", reklamowanym jako "Szczęki" nowego millenium. Pomimo wartkiej akcji i cyfrowych efektów, film Renny Harlina był tylko bladym odbiciem tego, co w nieskazitelnej formie zaprezentował Steven Spielberg. Niektórych klasyków przeskoczyć nie sposób.


* John Baxter "Spielberg. Nieautoryzowana biografia", tłum. Beata Hrycak. Polska edycja - Wydawnictwo EUROPA, 1998.





SZCZĘKI
(Jaws)


wytwórnia - Universal Pictures, Zanuck/Brown Productions, 1975
czas projekcji - 124 minuty
reżyseria - Steven Spielberg
produkcja - Richard D. Zanuck, David Brown
scenariusz - Peter Benchley, Carl Gottlieb
wg powieści - Petera Benchleya
zdjęcia - Bill Butler
muzyka - John Williams
montaż - Verna Fields
scenografia - Joe Alves
efekty specjalne - Robert A. Mattey, Kevin Pike, Roy Arbogast

wystąpili:

Roy Scheider
Robert Shaw
Richard Dreyfuss
Lorraine Gary
Murray Hamilton
Carl Gottlieb
Jeffrey Kramer
Susan Backlinie
Jonathan Filley
Chris Rebello
Lee Fierro

(szeryf Martin Brody)
(Quint)
(Matt Hooper)
(Ellen Brody)
(burmistrz Larry Vaughn)
(Ben Meadows)
(Lenny Hendricks)
(Chrissie Watkins)
(Tom Cassidy)
(Mike Brody)
(pani Kintner)


e-mail
 Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI Klub Miłośników Filmu,   2005. 05. 29