Connect with us

Plebiscyt

NAJLEPSZE FILMY SCIENCE FICTION XXI wieku! Ranking czytelników

50 najlepszych filmów science fiction XXI wieku według czytelników Film.org.pl!

Published

on

Pod koniec XX wieku oraz za sprawą minionych dekad XXI stulecia zmieniło się postrzeganie science fiction jako gatunku. Ten z niszowego stał się bowiem jednym z najbardziej atrakcyjnych. Zarówno dla filmowców, jak i widzów. W rezultacie otrzymujemy co roku setki różnej jakości produkcji fantastycznonaukowych. Kilkanaście dni temu zaprosiliśmy Was do głosowania, abyśmy wspólnie oddzielili ziarna od plew, abyśmy wspólnie stworzyli ranking najlepszych filmów science fiction XXI wieku. Oto wyniki Waszego głosowania! Jak się Wam podoba? Gdzie znajdują się Wasi faworyci? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

50. „Ona” (2013)

Gdy kilka lat temu zrobiłem sobie powtórkę tego filmu, przez cały seans towarzyszyło mi uczucie wzruszenia. Ona to jednocześnie film piękny, smutny i w pewien sposób nostalgiczny, którego sercem jest nie tyle zaawansowana technologia, co człowiek i jego emocje. Fantastyczny Joaquin Phoenix, wspaniała rola głosowa Scarlett Johansson i cu-do-wna ścieżka dźwiękowa Arcade Fire. [Łukasz Budnik]

Advertisement

49. „10 Cloverfield Lane” (2016)

Cloverfield Lane 10

10 Cloverfield Lane stoi scenariuszem, jak mało który bawiącym się widzem. Opowieść autorstwa Matta Stueckena i Josha Campbella przechodzi płynnie z gatunku w gatunek, fundując akcji zaskakujące wolty. Ileż było wcześniej produkcji o bunkrach i wydumanych zagrożeniach? Ile o obsesyjnych zwolennikach teorii spiskowych? Ile wreszcie o zagrażających światu kosmitach? To wszystko w smacznym koktajlu doprawionym bezbłędnie obsadzonym Johnem Goodmanem znaleźć można w dziele Dana Trachtenberga. [Agnieszka Stasiowska]

48. „Jestem Bogiem” (2011)

Film dla tych, którzy wierzą w cudowne działanie różnorakich tabletek. Tutaj jest ta myśl zaprezentowana w postaci ewidentnej hiperboli, bo główny bohater po zażyciu pewnego specyfiku nie tylko czuje się lepiej, ale wręcz zamienia się w nadczłowieka – poszerzają mu się możliwości percepcji. Ciekawe się na ten film patrzy po latach, gdy wiemy już o trawiącym amerykańskie społeczeństwo kryzysie opioidowym. Niezależnie od tego film pobudza wyobraźnię, przedstawia historię w sposób prawdopodobny. Jeśli zamiłowaniem Nolana jest ukazywanie destrukcyjnych konsekwencji działań człowieka, to Jestem Bogiem ma na ten temat dużo do dodania. [Jakub Piwoński, fragment zestawienia]

Advertisement

47. „World War Z” (2013)

Do World War Z przylgnęła łatka bezpiecznego, familijnego filmu o zombie. I wiecie co? Nie widzę w tym nic złego! Być może produkcja Forstera nie grzeszy dobrą historią, a już na pewno hektolitrami posoki, ale jeżeli ktoś powie mi, że ta nie trzyma w napięciu, to po prostu kłamie. World War Z bywa świetnie zrealizowane, miejscami naprawdę widać włożony w niego pieniądz i w związku z powyższym stanowi całkiem przyzwoitą rozrywkę. [Przemysław Mudlaff]

46. „Pacific Rim” (2013)

Kto się na tym świetnie nie bawił, ten… kłamie. Pacific Rim Guillermo del Toro to oszałamiające efektami widowisko, w którym obcy imponują rozmiarem i bezwzględną zajadłością względem rodzaju ludzkiego. Ten z kolei z prawidłowym i przewidywalnym patosem broni swojego świata – jako jednak, że robi to przy użyciu Idrisa Elby i Charliego Hunnama, ogląda się to naprawdę dobrze. Pacific Rim wygląda na marzenie każdego chłopca o dużych, kolorowych zabawkach, jednak jest w nim coś więcej – niezły scenariusz, uczciwe aktorstwo, doskonały, dynamiczny montaż. A zatem: kto się na tym świetnie nie bawił, ten… [Agnieszka Stasiowska]

Advertisement

45. „Chappie” (2015)

Bez dwóch zdań Neill Blomkamp ma swój niepowtarzalny styl. Jego kino jest dynamiczne, energetyczne, ma świetne tempo i nierzadko odwołuje się do klasyków fantastycznonaukowego (i nie tylko) gatunku. Nie inaczej jest w przypadku Chappie. To filmowa baśń science fiction, która zdecydowanie przeznaczona jest dla starszych widzów. Blomkamp łączy tutaj Pinokia z RoboCopem, żeby opowiedzieć tak naprawdę o tym, co oznacza być człowiekiem. [Przemysław Mudlaff]

44. „Pasażerowie” (2016)

Pasażerowie w swoim opisie nie zapowiadają się szczególnie rozrywkowo. Ot, podczas lotu kosmicznego jeden z pasażerów budzi się przedwcześnie. Co w tym może być ciekawego? Jeden człowiek, samotny na potwornie wielkim statku, żadnych wyzierających na niego z każdego zakątka obcych, żadnej katastrofy w zasięgu wzroku… A jednak z fotki spoglądają na widza dwie twarze i ten intrygujący detal zachęca do sięgnięcia po film Mortena Tylduma. A kto to zrobi, nie pożałuje. Bardzo dobry dramat osadzony w solidnym SF, z Chrisem Prattem i Jennifer Lawrence w rolach głównych. [Agnieszka Stasiowska]

Advertisement

43. „Lucy” (2014)

lucy

Mogę tylko podejrzewać, że Besson musiał się świetnie bawić, kręcąc Lucy. Dotyczy to zarówno sposobu, w jaki opowiada swoją fantastyczną historię, jak i samej fabuły, która lawiruje od filmu sensacyjnego przez kino science fiction, aby w finale nawiązać do wspomnianej już „2001: odysei kosmicznej”, a wszystko to okraszone humorem typowym dla reżysera Leona zawodowca.

Dla wielu będzie to mieszanka ciężkostrawna, nie dlatego, że Besson nie potrafi zapanować nad całością, jak to miało miejsce przy jego ostatnim filmie, Porachunkach, który co chwilę zmieniał konwencję i tonację. Lucy pod tym względem to dzieło jednolite i przemyślane, przynajmniej w kwestii realizacji. Reżyser bawi się formą, zwłaszcza w początkowych partiach filmu, przeplatając sensacyjną historię tytułowej bohaterki z wykładem prowadzonym przez Normana. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

Advertisement

42. „Anihilacja” (2018)

Alex Garland nie tworzy jednowymiarowych opowieści, więc jego widowisko science fiction nie mogło być sztampowe. W swoim drugim filmie reżyserskim autor Niebiańskiej plaży przekształca zaczerpnięty wprost z Jądra ciemności (a filtrowany przez Czas Apokalipsy) motyw podróży w głąb złowrogiego terytorium, thriller psychologiczny i ekohorror, serwując widzom frapującą układankę o otwartej interpretacji. Wizualnie wygląda to wybornie, a i dramaturgia daje radę, dzięki czemu Anihilacja okazuje się jakościową rozrywką, która będzie pamiętana przez lata. [Tomasz Raczkowski]

41. „Tenet” (2020)

Może nie jest to najlepszy film w dorobku Christophera Nolana, jednak pomysł, by wykorzystać drobny motyw znany z Memento i przekuć go w pełnometrażowe dzieło, był zarówno szalony, jak i oryginalny. Temat podróży w czasie był wałkowany już przez filmowców na 1000 różnych sposobów, nikt jest nie zdecydował się na opowiedzenie historii przy pomocy metody inwersji, czyli zmiany zwykłego układu na odwrotny. Warto mieć na uwadze, że do tej pory podróże w czasie były wyłącznie dodatkiem do fabuły i nie mogły być zbyt skomplikowane dla potencjalnego odbiorcy. Nolan stara się przełamać ten trend w swoich filmach, skupiając się na kreowaniu nowego nurtu blockbusterów, które ukierunkowane są na zawiłości podróżowania w czasie i tego, jakie niosą one implikacje dla nawet najmniejszych szczegółów otaczających bohaterów. A do tego Robert Pattinson daje świetny popis aktorstwa, więc szkoda nie zobaczyć tej produkcji. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

Advertisement

40. „2012” (2009)

Nie ma co ukrywać – to na sceny katastrofy, zagłady, anihilacji znanego nam świata przez rozpętane żywioły od początku czeka się najbardziej. I pod tym względem 2012 nie zawodzi. Takiego rozmachu chyba jeszcze w żadnym filmie nie było. Scena ucieczki Jacksona limuzyną przez walące się w gruzy miasto, a następnie lot samolotem pasażerskim powodują, że oczy wychodzą z orbit. A to dopiero początek. Niby wiemy, że twórcy efektów specjalnych mogą obecnie pokazać absolutnie wszystko, a mimo tego wciąż są w stanie nas zachwycić, czego najnowszy film Emmericha jest doskonałym przykładem. Tempo jest na tyle wyważone, że ten niebywały rozmach nie przytłacza, sceny akcji dawkowane są rozsądnie i w idealnych proporcjach. [Marek Klimczak, fragment recenzji]

39. „John Carter” (2012)

JOHN CARTER

Film Andrew Stantona jest olśniewający pod względem wizualnym. Ziemskie plenery (Big Water w Utah, Shiprock w Nowym Meksyku) dobrane zostały tak, aby wrażenie przebywania bohaterów na obcej planecie było jak najbardziej realistyczne. Pochwała należy się też efektom 3D, które, choć daleko im do niedoścignionego Avatara, spełniają swoje zadanie, wciągając nas w sam środek świata przedstawionego. Dodam, że w Carterze nie ma żadnego ujęcia nastawionego na tanie efekciarstwo 3D, w postaci jakiegoś przedmiotu w slow motion skierowanego prosto w nos publiczności. John Carter to przygodowe kino wysokiej próby, cieszące zmysły, ale niepotrafiące wykrzesać prawdziwych emocji.

Advertisement

I za to, że reżyser nie chwycił mnie za głowę i nie zaangażował w losy swoich bohaterów, ocena idzie trochę w dół. Na szczęście z odsieczą przychodzi Woola, jedna z najbardziej charakterystycznych postaci drugoplanowych, jakie kiedykolwiek widziałem, i ciągnie ocenę w przeciwną stronę. Reasumując, John Carter to film wielu zalet i kilku wad, a po zsumowaniu tego wszystkiego i podzieleniu przez ogólną fajność, otrzymujemy solidne 7/10. [Rafał Donica, fragment recenzji]

38. „Ghost in the Shell” (2017)

Są tacy, którzy już od momentu opublikowania w Internecie informacji o tym, że powstanie aktorska wersja Ghost in the Shell, łapali się za głowę. To ludzie, którzy uważali, że klasyki cyberpunku tykać się po prostu nie powinno, a na pewno już nie powinni tego robić Amerykanie. Jak wiadomo, Amerykanie takimi opiniami się jednak zupełnie nie przejmują i po prostu biorą sprawy w swoje ręce. Efektem tej niezwykłej pewności we własne siły i umiejętności był film, który chociaż pod względem fabularnym nie dorasta kultowemu anime z 1995 roku do pięt, to pod względem technicznym i aktorskim po prostu wgniata w fotel. [Przemysław Mudlaff]

Advertisement

37. „Matrix Rewolucje” (2003)

Matrix Rewolucje to mistrzostwo świata. Po niezbornej drugiej części ostatni akt trylogii jest klasą sam dla siebie. Twórcy powrócili na precyzyjne tory narracji, po których tak gładko przetoczyli część pierwszą. Film nie męczy już długimi gadkami o niczym, nie serwuje autonomicznych wybuchowych atrakcji, które w Reaktywacji były właściwie oddzielnymi, popisowymi prezentacjami możliwości współczesnej technologii efektów wizualnych oraz sprawności operatora i montażysty. Już czołówka filmu zapowiada zwrot ku klimatom z pierwszej części, gdy zamiast rozbuchanej wizji, utworzonej z zielonych znaków kodu Matrixa, nagle obraz się uspokaja, przechodząc w zwykły „deszcz” zielonych symboli na ekranie monitora w sterówce „Młota”.

Oczywiście film, jak przystało na Matrix, po raz kolejny dosłownie wgniata w fotel swoją widowiskowością. Efekty komputerowe, które są obecne niemal w każdej scenie, tym razem znów służą – jak w pierwszej części – opowiedzeniu pasjonującej historii. Historii, która po raz kolejny poszerza spektrum działań bohaterów. Rewolucje wreszcie dokładnie pokazują świat realny, świat władających powierzchnią Ziemi maszyn, z niezmierzonymi przestrzeniami hodowlanych pól, gdzie powstają ludzkie bateryjki. W pierwszym filmie mieliśmy tylko przedsmak tej wizji, opowiadanej Neo przez Morfeusza. Teraz możemy nią nacieszyć oko w całej, przerażającej glorii. [Adrian Szczypiński, fragment recenzji]

Advertisement

36. „Ciche miejsce” (2018)

Emily Blunt i John Krasinski w horrorze, w którym to cisza opowiada nam historię zagłady, żałoby i walki o przetrwanie w nowej, nieznanej rzeczywistości. Dogłębnie poruszające dzieło aktorskiego małżeństwa to intymne podejście do świata, w którym niewypowiedziane zło zniszczyło niemalże wszelkie pokłady człowieczeństwa, a lekarstwem na przeżycie jest już tylko nadzieja. Ciche miejsce to perfekcyjne rozpoczęcie serii, której kolejne części (w tym prequel z Josephem Quinnem i Lupitą Nyong’o) ani trochę nie pozostają za nim w tyle. [Mary Kosiarz]

35. „Niepamięć” (2013)

Oblivion

Niepamięć to niesamowity postapokaliptyczny spektakl wypełniony olśniewającymi sekwencjami akcji i plot twistami. Chociaż scenariusz filmu Josepha Kosinskiego nie pozwala w pełni rozwinąć skrzydeł takim aktorom, jak Tom Cruise, Morgan Freeman czy Olga Kurylenko, to nadal jest produkcją, którą warto obejrzeć najlepiej na jak największym ekranie i posłuchać najlepiej na dobrych, mocnych głośnikach. Oblivion to ambitny blockbuster, który czerpie garściami z klasyków SF i robi to na tyle sprytnie, że jego również za kilka lub kilkanaście lat będziemy traktować jako klasyk. [Przemysław Mudlaff]

Advertisement

34. „Elizjum” (2013)

elizjum

Rok 2009 był rokiem Neilla Blomkampa. Dystrykt 9 został oceniony bardzo wysoko tak przez krytykę, jak i widzów, a zatem apetyt na kolejny film reżysera był ogromny. Elizjum nie zaskoczyło estetyką, bardzo podobną w klimacie do poprzedniego dzieła twórcy, także scenariusz nie oferował nic przesadnie świeżego. A jednak ta klasyczna dystopia ma swój urok, głównie dzięki kontrastowi pomiędzy uroczo sympatycznym jak zazwyczaj Mattem Damonem a zimną tu jak lód, bezwzględną Jodie Foster. [Agnieszka Stasiowska]

33. „A.I. Sztuczna inteligencja” (2001)

Spielberg w A.I. miksuje ciekawość z lękiem – pokazuje chłopca, o którym wiemy, że jest robotem, i wystawia go na próby, które w stosunku do prawdziwego dziecka byłyby okrucieństwem. Gdyby za tę opowieść zabrał się Stanley Kubrick, to okrucieństwo byłoby na pewno dosadniejsze, społeczny komentarz wyraźniejszy, a psychologia postaci głębsza (nawet jeśli sztuczna). Spielberg niestety poszedł w stronę ckliwości. Jego Pinokio zderza się z brutalnością ludzkiego świata, ale dzięki marzeniom frunie dalej, hen, w stronę Dobrej Wróżki, która do snu utuli. Krzepiące to kino, nieuciekające przesadnie od banałów, ot taki niedzielny melodramat w sosie SF, który łatwo sobie wyobrazić w konwencji poważniejszej, mniej familijnej.

Advertisement

Mimo wszystko to ciekawe, intrygujące kino – udane pod względem realizacji (Kamiński czyni cuda; dobrze zagrane przez młodego Osmenta i Jude’a Lawa) i wyróżniające się w ramach gatunku, jaki prezentuje. [Rafał Oświeciński, fragment artykułu]

32. „Avatar: Istota wody” (2022)

avatar 2W wyczekiwanym sequelu Avatara przenosimy się do nowego, tajemniczego podwodnego świata, który oferuje nam przede wszystkim epickie kadry i efekty specjalne z najwyższej półki. W dwójce obserwujemy ewolucję znanych nam z poprzedniej części postaci, a także sporo czasu poświęcamy na rozbudowanie wątków nowych drugoplanowych bohaterów. James Cameron stanął przed niezwykle trudnym zadaniem zmierzenia się z kultem jedynki, któremu, mimo kilku fabularnych nieścisłości i przewidywalności scenariusza, podołał godnie i ponownie rozbudził w widzach zamiłowanie do swojej wyjątkowej krainy. [Mary Kosiarz]

31. „Prometeusz” (2012)

Prometeusz jest filmem artystycznie kompletnym. Dużo czasu upłynęło, nim Ridley Scott odważył się wrócić do świata obcego. Zrobił to jednak dla wielu odbiorców bardzo nieśmiało, odpowiadając na pytania, których enigmatyczność urosła do rangi jakiejś świętości. Wreszcie Scott powrócił do uniwersum w zupełnie innym stylu, co również wywołało histeryczne reakcje wśród twardych fanów Aliena. Reżyser przede wszystkim chciał opowiedzieć historię ksenomorfa od początku, co wymagało zniszczenia nerdowskiej wizji superhorroru science fiction, zrodzonej na podstawie legendarnego 8. pasażera Nostromo.

Advertisement

Prometeusz ma wiele wad, zwłaszcza w portretowaniu działań bohaterów, jest jednak estetycznie wysmakowaną autorską wizją reżysera, który miał pełne prawo do wprowadzenia sagi o ksenomorfie na zupełnie inną ścieżkę, a miłośnikom 8. pasażera Nostromo nic do tego. Nie mogą oceniać Prometeusza przez pryzmat obrazu zaprezentowanego w 1979 roku, bo ludzie i kino się przez te 30 lat zmienili. Prometeusz jest wreszcie filmem-pomostem do Obcego: Przymierza. Jego otwarte zakończenie należy też tak traktować. Dopiero w Prometeuszu następuje otwarcie całej historii na zupełnie nowy rodzaj artefaktycznej etiologii ksenomorfa, która jest bardzo ciekawym ujęciem w filmie w ogóle racjonalnego kreacjonizmu. [Odys Korczyński]

30. „Ja, robot” (2004)

Alex Proyas dał światu Kruka i za to będzie miał miejsce w panteonie twórców filmowych po wsze czasy. Dziesięć lat później podjął próbę ekranizacji zbioru opowiadań Issaca Asimova, giganta fantasy. Ja, robot to pytanie o istotę człowieczeństwa w świecie, w którym obok ludzi funkcjonują myślące maszyny. Jakże wciąż – a może nawet dużo bardziej niż wtedy – aktualne. Dzieło Proyasa dało szansę Willowi Smithowi na udowodnienie, że potrafi solo udźwignąć film – co ten uczynił w pięknym stylu i wykorzystał to doświadczenie w swoich późniejszych projektach. [Agnieszka Stasiowska]

Advertisement

29. „Dredd” (2012)

Mimo upływu już ponad 10 lat od premiery Dredd wydaje się wciąż jeszcze mało znanym szerszej publiczności tytułem. Wszystko to ma związek z krzywdą, jaką tytułowej postaci wyrządził w połowie lat 90. swoim filmem Danny Cannon i odtwórca głównej w nim roli – Sylvester Stallone, który kompletnie nie zrozumiał postaci Josepha Dredda. Zdecydowanie lepiej odnalazł się w niej Karl Urban, który w klimatycznym, bezwstydnym, bezpretensjonalnym, krwawym i wysokooktanowym akcyjniaku science fiction autorstwa Alexa Garlanda i Pete’a Travisa błyszczy, wzbudza szacunek, a momentami nawet wzrusza. [Przemysław Mudlaff]

28. „Godzilla Minus One” (2023)

Godzilla Minus One jest naprawdę tak dobry, jak się o nim mówi. To triumf KINA w jego najczystszej postaci i absolutne spełnienie marzeń fanów Króla Potworów. Na 70. rocznicę jego powstania dostaliśmy perłę, do której przez lata będą się odnosić inni twórcy. Japońska produkcja wyznacza nowy-stary kierunek gatunkowi i udowadnia, że w klasyce tkwi ogromny potencjał. To POTWORNIE dobry film na każdym poziomie realizacyjnym – efektów, scenariusza, realizacji i gry aktorskiej. Produkcja Toho ma (dosłownie i w przenośni) kilka pęknięć w samym finale, jednak przez cały seans dostarcza wrażeń, na które już w kinie o wielkich Kaijū chyba nie liczyłem. I to wszystko za symboliczne 15 mln dolarów. To nie mieści się w głowie. [Marcin Kończewski, fragment recenzji]

Advertisement

27. „Atlas chmur” (2012)

Wspólne dzieło sióstr Wachowskich i Toma Tykwera – ekranizacja książki o tym samym tytule – mocno podzieliło odbiorców i krytyków. Trudno się dziwić, bo Atlas Chmur to rzeczywiście produkcja bardzo specyficzna i zdecydowanie wymagająca od widza kupienia konwencji. Jeśli to się już na początku nie uda, to łatwo się od filmu zwyczajnie odbić. Film rozgrywa się bowiem w różnych epokach czasowych, zróżnicowanych zakątkach świata i opowiada pozornie niezależne od siebie historie ludzi, których jednak czyny mają na siebie nieoczywisty wpływ. Atlas Chmur to przede wszystkim świetna zabawa formą i konwencją oraz wciągająca rozgrywka polegająca na łączeniu rozsypanych przez twórców elementów układanki.

Świetny Tom Hanks w bardzo nieoczywistych, wyłamujących się z jego emploi kreacjach. [Filip Pęziński, fragment zestawienia]

Advertisement

26. „Jestem legendą” (2007)

Film z Willem Smithem to z pewnością jeden z lepszych remake’ów w historii kina science fiction. Spokojnie może stanąć półce obok Cosia i Muchy. Bardzo dobry w sferze wizualnej, która umiejętnie oddała klimat odosobnienia głównego bohatera. Will Smith także zaskakująco dobrze poradził sobie z dramatem samotności. Najwięcej dostało się CGI wampirom, ale da się na ten uszczerbek przymknąć oko. Jestem legendą to dobre, uniwersalnie skrojone kino, dające przyzwoitą ilość rozrywki i przemyśleń. [Jakub Piwoński]

25. „WALL·E” (2008)

WALL·E to doskonały sposób na wprowadzenie do filmowego świata science fiction młodych odbiorców. Jest też wizualnym cudem i po prostu naprawdę świetną opowieścią. Historia tytułowego robocika inspiruje, daje do myślenia oraz bez reszty wzrusza. Chociaż od jej premiery minęło już ponad 15 lat, WALL·E wciąż znajduje się w topce moich ulubionych animacji Pixara. Piękne i ponadczasowe dzieło dla każdego! [Przemysław Mudlaff]

Advertisement

24. „Prestiż” (2006)

Czy patrzycie uważnie? Oto kolejna potyczka Christophera Nolana z nauką, tym razem przeniesiona do wiktoriańskiego Londynu. Prestiż to ciągłe zmaganie – z poświęceniem, niepohamowaną zazdrością i żalem po stracie ukochanej osoby. Dwóch obsesyjnie rywalizujących ze sobą magików, tak jak widzowie, próbuje zrozumieć istotę iluzji. Ścigają się na różnych liniach czasowych, wprowadzając znajomy dla reżysera narracyjny zamęt. To, co zakrawa na kłamstwo, ściera się w Prestiżu z nauką, której twarzą staje się David Bowie we wspaniałej, choć epizodycznej roli Nicolasa Tesli. [Tomasz Ludward]

23. „Matrix Reaktywacja” (2003)

W 2003 roku premierę miały dwie kręcone jednocześnie i ogromnie wyczekiwane kontynuacje Matriksa. Pierwsza z nich – Matrix Reaktywacja – zadebiutowała na ekranach kin w maju. Film opowiadał dalsze losy bohaterów znanych z pierwowzoru, pokazywał ich kolejne starcie ze złowieszczym agentem Smithem, a także znacząco rozwijał motyw wybrańca, którym miał być oczywiście Neo. Produkcja zebrała mieszane recenzje, wielu fanów filmu z 1999 roku nie kryło swojego rozczarowania, chociaż ogólny odbiór był raczej pozytywny. Osobiście – przyszło to do mnie z czasem i po latach – nie mam problemu z nazwaniem Matriksa Reaktywacji moją ulubioną (ale nie najlepszą!) odsłoną trylogii.

Advertisement

Myślę, że ma na to wpływ fakt, że jest to jej środkowy rozdział, w którym siostry Wachowskie zwyczajnie mogły pójść na całość, nie przejmując się ani tym, jak rozpocząć, ani tym, jak zakończyć tę historię. Zamiast tego naładowały film mnóstwem świetnych i zwariowanych pomysłów, galerią niezwykle ciekawych postaci i – może przede wszystkim – imponującymi scenami akcji, które, nawet jeśli pod względem realizacji miejscami nieco się zestarzały, wciąż przynoszą ogromną satysfakcję. Wielki blockbuster dla dorosłych. Niemal zapomniana dziś sztuka. [Filip Pęziński, fragment zestawienia]

22. „Grawitacja” (2013)

Jedna z bardziej wymagających i emocjonalnych ról Sandry Bullock, która zapewniła jej w pełni zasłużoną nominację do Oscara. Grawitacja bardziej niż na kosmosie i fizycznych obliczeniach skupia się na dramatycznej pozycji, w której znajduje się główna bohaterka Ryan – osamotniona, zdana wyłącznie na siebie w niezwykle ekstremalnych warunkach. Techniczna perfekcja, rzemiosło reżyserskie Alfonso Cuaróna oraz wybitne aktorstwo Bullock i George’a Clooneya czynią z Grawitacji tytuł niemal bezbłędny, obok którego nie przejdziemy obojętnie, nawet jeśli klimat podróży kosmicznych jest nam zupełnie obcy. [Mary Kosiarz]

Advertisement

21. „Kroniki Riddicka” (2004)

Kroniki Riddicka nie zostały przesadnie ciepło przyjęte przez krytyków, ale trafiły bez pudła w serca fanów. Kontynuacja Pitch Black dała się uwieść typowemu „mocniej, bardziej, szybciej”, niemniej jednak nadal jest to sprawne SF z nieoczywistym bohaterem, a Vin Diesel w głównej roli, choć do Oscara mu daleko, pokazuje na ekranie coś więcej niż wiecznie zatroskane o losy rodziny oblicze Doma Toretto. [Agnieszka Stasiowska]

20. „Donnie Darko” (2001)

Oryginalna, mroczna łamigłówka bez jednoznacznych odpowiedzi. Film, który ubiera w fantastyczny kostium to, co najbardziej przerażające w zwykłym, codziennym życiu, ubiera w formę niewygodne pytania, niewypowiedziane lęki. Daje też pewne poczucie komfortu, serwując widzowi złudzenie, że niemożliwe staje się możliwe, że bezradność to tylko pochodna braku woli, że nic nie jest nieodwracalne. Trzeba tylko mieć odwagę, by podjąć decyzję i coś poświęcić; co prawda, najczęściej siebie, niemniej czasem warto. Kiedy codziennie ryzykujesz tym, że twój starannie budowany świat może się zawalić, nadzieja na to, że da się zapanować nad nieuchronnym, jest bezcenna.

Advertisement

Być może każdy mógłby być bohaterem, gdyby tylko dano mu szansę. Niezapomniana historia, niezapomniany klimat, niezapomniany Jake, niezapomniana muzyka, coś jeszcze? Reżyser zafascynowany twórczością Lyncha równie mocno jak ja. [Karolina Chymkowska, fragment plebiscytu]

19. „Alita: Battle Angel” (2019)

Ekranizacją mangi autorstwa Yukito Kishiro miał zająć się James Cameron. Jako że zajęły go inne projekty, za kamerą zasiadł Robert Rodriguez, odpowiedzialny m.in. za Sin City czy Od zmierzchu do świtu, przez Camerona wspierany tylko przy scenariuszu i w produkcji. Współpraca wyszła panom doskonale i na ekranie pojawiła się Alita, nastolatka-cyborg o ogromnych manga-oczach. Na początku zagubiona, wrażliwa, krucha, w ciągu dwóch godzin seansu zmienia się w maszynę do zabijania. I choć fani komiksu mogą narzekać, że jest nie dość brutalnie, widz nie czuje się w żaden sposób rozczarowany. Przeciwnie, czeka na zapowiadaną kolejną część. [Agnieszka Stasiowska]

Advertisement

18. „Raport mniejszości” (2002)

Świetna ekranizacja opowiadania geniusza SF Philipa K. Dicka. W świecie przyszłości zbrodni się nie karze, zbrodnię się wykrywa, zanim ta się wydarzy. Jakaż to piękna wizja! Przestępczość spada niemal do zera, wszyscy żyją w spokoju i dobrobycie. Wszyscy, oprócz oskarżonych o zbrodnie, których nie popełniono… Steven Spielberg świetnie czuje się w klimatach moralnego niepokoju, a do roli komisarza Andertona wybrał sobie Toma Cruise’a, który z kolei jak nikt potrafił zagrać praworządnego, gardzącego występkiem agenta Prewencji. Świat Andertona w oku kamery Spielberga wspomaganym zdjęciami Janusza Kamińskiego jest jednocześnie bez mała rajski i niebezpieczny. Klimatyczne, stawiające widzowi pytania o granice kino. [Agnieszka Stasiowska]

17. „Moon” (2009)

Duncan Jones (z tych Jonesów) w swoim debiucie stworzył niemal perfekcyjne studium kosmicznej samotności – pełne tajemniczego klimatu, paranoi i tęsknoty za drugim człowiekiem. Jest też zabawnie parafrazujący Kubrickowskiego HAL-a robot o głosie Kevina Spaceya i atrakcyjny motyw krwiożerczych korporacji. Na to wszystko wchodzi znakomity popis aktorski Sama Rockwella, dopełniając dzieła jednego z najbardziej oszczędnych w środkach, a jednocześnie efektownych filmów SF ostatnich dekad. [Tomasz Raczkowski]

Advertisement

16. „Efekt motyla” (2004)

Efekt motyla to jeden z tych tytułów, które cieszą się ogromną popularnością wśród widzów i niskimi ocenami filmowych krytyków. To dość ciekawe, ponieważ zazwyczaj podobnie gorzkie, mroczne i pozbawione nadziei produkcje traktujące o nieuchronności losu raczej nie trafiają w gusta dużej części publiczności. Wydaje się, że Efekt motyla swój właściwie już kultowy status zawdzięcza przede wszystkim nieszablonowej i zakręconej fabule oraz ciekawej roli Ashtona Kutchera – nietypowej dla jego emploi. Myślę też, że popularność filmu Mackye Grubera i Erica Bessa wynika z jakiegoś rodzaju nostalgii.

Doskonale bowiem pamiętam cały ten hajp wokół Efektu… w 2004 roku. Obejrzenie tego obrazu po 20 latach zdecydowanie zaniża jego ocenę, co nie znaczy wcale, że jest on zły i pozbawiony interesującego konceptu, jak opisuje to wielu recenzentów. [Przemysław Mudlaff]

Advertisement

15. „Nowy początek” (2016)

nowy początek

Gdy swoją niedawną premierę miała druga część Diuny, pozwoliłem sobie trochę żartem, a trochę na serio skomentować, że nie tylko nie jest ona najlepszym filmem Denisa Villeneuve’a, ale nie jest nawet najlepszym filmem science fiction tego skądinąd znakomitego reżysera. Palmę pierwszeństwa bowiem w tym gatunku dzierży bez wątpienia Arrival, czyli Nowy Początek. Arrival ma coś, co w filmach science fiction jest niebywałą rzadkością: problematykę kontaktu z obcą cywilizacją „na poważnie”, podaną w taki sposób, że nie tylko nie drażni swoją naiwnością, człekopodobnymi kosmitami i tego typu antropopodobnymi naleciałościami, ale iście Lemowską tajemnicą, której rozwiązanie leży w nauce i rygorystycznie poważnym i metodycznym podejściu do prób jej rozwikłania. Przy tym Villeneuve po mistrzowsku prowadzi nieliniową narrację: jednocześnie bardzo spokojnie, nie spiesząc się, dając czas widzowi na zagłębienie się i zrozumienie niuansów historii i w taki sposób, że siedzisz na skraju fotela, zastanawiając się, w jakim kierunku zmierza. Mistrzostwo, które osadza Arrival w czołówce światowej kinematografii nie tylko w wymagającym i zatłoczonym gatunku science fiction. [Edward Kelley]

14. „K-Pax” (2001)

k-pax

Moim zdaniem to jeden z bardziej intrygujących filmów, który stara się łączyć elementy dramatu z wątkami science fiction. To nie tylko zasługa świetnego scenariusza (adaptacja książki), ale również pierwszorzędnej obsady z moim ukochanym Kevinem Spaceyem na czele. Tak, wiem, że dalej jest on persona non grata, ale w tym filmie naprawdę pokazuje swój niebywały talent. Do tego dochodzi naprawdę świetna reżyseria Iaina Softleya. To świetnie zagrany i pełen werwy dramat science fiction, który pokazuje, że każdy z nas może być lekarstwem dla drugiej osoby, o ile jesteśmy w stanie przejrzeć na oczy, jak tego dokonać.

Advertisement

Twórcy mówią wprost: musimy najpierw odłożyć na bok wszelkiego rodzaju dualizmy, które bardziej dzielą, niż łączą. Być może najlepszą radą, jaką kiedykolwiek usłyszałam, jest finalna, pożegnalna mądrość: „Zostań tutaj i bądź przygotowany na wszystko”. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

13. „Ludzkie dzieci” (2006)

Ekranizacja Ludzkich dzieci powołała do życia jedno z najlepiej wizualnie zrealizowanych filmów science fiction ostatnich 20 lat. Wielka Brytania jest rozdarta ciągłymi wojnami i atakami terrorystycznymi. Ludzie przestali się rozmnażać. Tymczasem rewolucyjna organizacja The Fishes odnajduje ostatnią kobietę w ciąży, której ochroniarzem i przewodnikiem zostaje aktywista Theo. Najmocniejszą stroną Ludzkich dzieci jest jej oprawa wizualna. Niezwykła jest zwłaszcza scena leśna, nakręcona jednym długim ujęciem, jakby jej celem było scalenie chaosu z dynamiką obrazu Alfonso Cuaróna. Apokaliptyczna wizja wspomagana jest przytłaczającą, religijną muzyką Johna Tavenera. Zasłużona obecność w zestawieniu. [Tomasz Ludward]

Advertisement

12. „Equilibrium” (2002)

Equilibrium

Produkcja z 2002 roku to niejako pokłosie Matrixa, po którego pierwszej części czarne długie peleryny oraz karate połączone z używaniem broni stało się niejako musem. Ale trzeba przyznać, iż film jest od dzieła sióstr Wachowskich dużo bardziej brutalny. Historia koncentruje się na betonowym megamieście, w którym sztuka jest całkowicie zakazana, leki tłumiące emocje to absolutna konieczność, a szwadrony śmierci pod okiem Christiana Bale’a pilnują porządku i nie cofną się przed morderstwem, by utrzymać obecny status quo w tym dystopijnym świecie. Jestem absolutnie oburzona tym, że wiele osób zarzuca produkcji brak oryginalności, zarozumiałość, a niekiedy nawet głupotę w prowadzeniu historii.

W moim przekonaniu pierwszy – powierzchowny – odbiór może wprawdzie budzić takie refleksje. Kiedy jednak przyjrzymy się głębiej, mamy do czynienia z ukrytą bogatą warstwą znaczeniową z elementami science fiction, który nie tylko wykorzystuje elementy znane z Orwellowskiego Roku 1984, ale również podteksty znane z książki 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury’ego, dodatkowo racząc widza na wiele lat przed Johnem Wickiem znakomitym „gun-fu”. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

Advertisement

11. „Na skraju jutra” (2014)

Dzień Świstaka pożeniony z Pacific Rim? Tylko Tom Cruise mógł sprawić, żeby taki projekt nie sięgnął dna, a że miał dużą ochotę wystąpić w widowisku del Toro, uczynił to z typowym dla siebie zaangażowaniem. Na skraju jutra Douga Limana to świetne, dynamiczne kino, które wykorzystuje motyw pętli czasowej z humorem, który sprawdza się doskonale w połączeniu ze zwykle patetycznie surowym Cruise’em.

Ten, w roli niepozbieranego majora, który wojaczkę prowadzi głównie zza biurka i nagle zostaje postawiony przed skromnym zadaniem uratowania świata – ciągle i ciągle od nowa od tego samego dnia, dopóki mu się nie powiedzie, dumnie prezentuje swój nieprzeciętny talent aktorski. [Agnieszka Stasiowska]

Advertisement

10. „Marsjanin” (2015)

Marsjanin to szalenie inspirujące i pozytywne kino science fiction. Film Ridleya Scotta oparty jest na bestsellerowej powieści Andy’ego Weira pod tym samym tytułem i doskonale oddaje jej ducha. Bardzo duża w tym zasługa rewelacyjnego Matta Damona, który bezbłędnie uchwycił książkowego Marka Watneya. Jest czarujący, zabawny i przede wszystkim zaradny, dzięki czemu pomysły jego bohatera na samotne przetrwanie na Marsie ogląda się jak najlepsze odcinki Pogromców mitówMarsjanin Scotta jest przy tym wszystkim wizualną i dźwiękową perełką. To idealne połączenie tradycyjnego kina SF i rozrywki dla każdego. [Przemysław Mudlaff]

9. „Ex Machina” (2014)

Belle Epoque – nowy serial kryminalny TVN

Tajemniczy miliarder, ustronne miejsce i dziwaczny eksperyment to mieszanka wybuchowa. Ex Machina Alexa Garlanda zamyka widza w luksusowej posiadłości z zagadką nie do rozwiązania – czy można stworzyć maszynę tak doskonałą, żeby nie można było odróżnić jej od istoty ludzkiej? Czymże w końcu jesteśmy, jeśli nie powtarzalnym od pokoleń losowym zestawem zachowań? Ex Machina już w założeniu jest mocno niepokojąca, a trio Oscar Isaac, Domhnall Gleeson i Alicia Vikander w pełni wykorzystuje potencjał scenariusza. Na szczególną uwagę zasługuje tu Isaac w roli obłąkanego (?) geniusza, która zdecydowanie pozwoliła mu rozwinąć aktorskie skrzydła. [Agnieszka Stasiowska]

Advertisement

8. „Mad Max: Na drodze gniewu” (2015)

Kontynuacja kultowej serii z Melem Gibsonem w roli tytułowej, która od pierwszej do ostatniej minuty zjada ją na każdym kroku. To audiowizualna perfekcja i całkowita jazda bez trzymanki. Wspaniały film postapokaliptyczny i nieoczywiste, wielkie kino feministyczne. Mad Max: Na drodze gniewu to jeden z najlepszych filmów w historii kina rozrywkowego. [Filip Pęziński]

7. „Avatar” (2009)

Avatar to legenda sama w sobie, łącząca wszystko to, co w kinie (nie tylko SF) najlepsze: porywającą historię i wizualne widowisko, dopełnione niezapomnianym soundtrackiem autorstwa Jamesa Hornera. To nie tylko efekciarska uczta dla zmysłów, choć zapewne jako pierwsze na myśl o dziele Camerona przychodzą nam obłędne efekty specjalne – to również niezwykle aktualna przestroga przed nietolerancją i uprzedzeniami oraz urokliwa opowieść o odnajdywaniu swoich prawdziwych pragnień. Nie pozostaje mi nic innego, jak nazwać Avatara dziełem absolutnie wizjonerskim, które nie bez powodu okrzyknięto mianem kultowego. [Mary Kosiarz]

Advertisement

6. „Dystrykt 9” (2009)

Dystrykt 9

Dystrykt 9 potraktował nas realizmem, na jaki nie byliśmy przygotowani. Odbyło się to nie tylko za pośrednictwem paradokumentalnego formatu, ale też samego umiejscowienia obcych. Pełnometrażowy debiut Neilla Blomkampa nie zaczyna się od ekspedycji. Nie ma załogi wybrańców mierzących się z nieznaną, niebezpieczną materią. Zamiast tego trafiamy w sam środek systemu społecznego, w którym obcy stanowią nierozwiązywalny problem. Zamknięci w getcie są częścią miejskiej tkanki, co owocuje rzadko spotykaną w gatunku dramaturgią i napięciem. [Tomasz Ludward]

5. „Diuna: Część druga” (2024)

Sequel, który przewyższa pierwowzór? Według mnie tak – Diuna: Część 2 zagwarantowała mi wspaniały kinowy seans i powaliła pod względem audiowizualnym, a scena pierwszej jazdy Paula na czerwiu z automatu wskoczyła do grona moich ulubionych. Villeneuve wspaniale kontynuuje wątki podjęte w części pierwszej, ciekawie rozwija na ekranie postać Paula, a także z wyraźną pasją i miłością do materiału źródłowego ukazuje świat Franka Herberta. Widowisko w całym znaczeniu tego słowa. [Łukasz Budnik]

Advertisement

4. „Incepcja” (2010)

Incepcja jest żywym dowodem na to, że oryginalność nawet w Hollywood wciąż jest możliwa. I to jak! Narracyjna maestria dzieła Nolana zbliża ją do arcydzieł pokroju Rękopisu znalezionego w Saragossie, choć w tak odległym przecież gatunku. Poziom złożoności, na jakim porusza się film, zmusza widza do ogromnego zaangażowania intelektualnego, jednocześnie trzymając go w napięciu dosłownie do ostatniej sekundy. I to prawdopodobnie jego największa zaleta: intelektualna satysfakcja, jaką przynosi, jednocześnie pozwalając cieszyć się najwyższej klasy filmem akcji. Nolan, jak żaden reżyser zza Wielkiej Wody, szanuje inteligencję widza, nie idzie łatwiznę, nie zwodzi schematami i nie boi się wciągnąć widza w złożoną, wymagającą zaangażowania intelektualną grę.

Przy tym wszystkim, mimo że niewątpliwie jest to również kino akcji, udaje mu się utrzymać oniryczny klimat, który sprawia, że widz za każdym razem śni razem z bohaterami filmu i sam zaczyna się gubić w tym, co jest rzeczywistością, a co sennym majakiem. To połączenie klimatu niczym ze snu z intelektualną satysfakcją, jaką przynosi, powoduje, że każdy rok bez obejrzenia Incepcji to rok stracony. [Edward Kelley]

Advertisement

3. „Diuna” (2021)

Diuna Franka Herberta była przez dłuższy czas książką pechową pod względem adaptacji. Najpierw był szalony, niezrealizowany projekt Alejandro Jodorovsky’ego, potem niespełniona space opera Davida Lyncha, nijaki telewizyjny serial na początku XXI wieku, aż w końcu za kultową powieść zabrał się z wielkim budżetem i kredytem zaufania producentów Denis Villeneuve – reżyser może mniej wizjonerski od poprzedników, ale za to perfekcjonistyczny i obdarzony świetnym wyczuciem plastycznym.

Dzięki niemu otrzymaliśmy Diunę, na jaką wielu czekało – ambitną, monumentalną i dopracowaną w detalach. Film z Timothée Chalametem w roli Paula Atrydy jest co prawda dopiero rozbudowanym wstępem do właściwej historii i wypłaszcza niektóre niuanse wielowarstwowej prozy Herberta, ale pod względem immersji i konstrukcji świata to film totalny.

Advertisement

Villeneuve zbudował Herbertowską galaktykę w sposób organiczny, tak, że każda rzecz na ekranie wydaje się możliwa do dotknięcia i całkowicie kompatybilna z resztą. Całość potraktowana jest poważnie, jako epicka opowieść z konkretnym podłożem politycznym i wyłania się nam przed oczami we fragmentach, bez taniej ekspozycji. Zapomnijcie o science fiction sterylnych metalowych korytarzy, efekciarskich laserach, objaśniających montażach czy chwytliwych one-linerach.

W Diunie tam, gdzie powinien być kurz, jest kurz, ubrania i sprzęty mają swój użytkowy sens i ergonomię, nie czuć umowności, a dialogi nie próbują wzbudzać salw śmiechu. To rzecz, w której można i należy się zanurzyć, wchłonąć cały świat wraz z historią, by czekać na kolejny akt, zabierający nas jeszcze głębiej. [Tomasz Raczkowski]

Advertisement

2. „Blade Runner 2049” (2017)

Sequel kultowego filmu, który jest z nim całkowicie spójny, czerpie z niego garściami, ale przy tym twórczo go rozwija i nigdy nie jest w oryginalnego Łowcę androidów zapatrzony jak w nienaruszalną świętość. Jeśli mam być szczery, to do Blade Runnera 2049 wracam myślami częściej niż do filmu Ridleya Scotta. To monumentalne dzieło science fiction ze znakomicie poprowadzonym wątkiem śledczym, ale jeszcze ciekawszym wątkiem miłosnym. Perfekcyjny duet Ryana Goslinga i Any de Armas. [Filip Pęziński]

1. „Interstellar” (2014)

Nawet w zatłoczonej świetnymi obrazami filmografii Christophera Nolana Interstellar jawi się jako film zupełnie wyjątkowy i bez wahania określam go mianem arcydzieła, które przeszło już do historii gatunku. W tym filmie udało się niemal wszystko: zaczynając od ludzkiej historii osadzonej w przestrzeni Einsteinowsko relatywistycznego kosmosu po znakomicie podaną naukę, która mimo wielokrotnego oglądania wciąż za każdym razem powoduje opad szczęki, bo nikomu do tej pory nie udało się pokazać fizyki w tak piękny, przekonujący i nierozerwalnie związany z fabułą sposób.

Advertisement

Zasługa w tym na równi Jonathana Nolana, brata Chrisa – scenarzysty i błyskotliwego doradcy naukowego (i późniejszego Noblisty) Kipa Thorne’a, który praktycznie każdy naukowy aspekt filmu oparł na dowodach albo przynajmniej hipotezach naukowych, co zresztą świetnie opisał w swojej książce Interstellar i nauka. Za dowód jak bardzo wiarygodny naukowo jest Interstellar, niech świadczy fakt, że stworzony przez speców od CGI, na podstawie równania Thorne’a, model czarnej dziury jest dziś powszechnie wykorzystywany na kursach kosmologii i astrofizyki jako obraz tego, jak faktycznie może ona wyglądać.

To poważne potraktowanie nauki z rzadkim u Nolana świetnie rozegranym aspektem emocjonalnym, podane w turbo atrakcyjnej wizualnie formie spowodował, że film można oglądać i oglądać i za każdym razem znaleźć w nim coś nowego do podziwiania. Niezrównane kino. [Edward Kelley]

Advertisement

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *