Publicystyka filmowa
Wyścig po Oscary 2014
W WYŚCIGU PO OSCARY 2014 nie zabraknie zaskoczeń i kontrowersji, gdy faworyci ustępują miejsca niespodziankom w walce o złote statuetki.
Rozpiera mnie przemożny i nieodparty imperatyw powitania Was w kolejnej edycji naszego nieodzownego blichtru oraz ponownego wystosowania zaproszenia do gildii tropicieli znaków, w których skąpane są niebo i ziemia.
Gdy blisko trzynaście miesięcy temu podsumowałem traktat dotyczący ubiegłorocznego wyścigu stwierdzeniem, że oczekuję garści niespodzianek, nawet najśmielsze prognozy nie mogły podsunąć mi nadciągającego werdyktu Akademii; Ben Affleck i Kathryn Bigelow, uważani za dwójkę niekwestionowanych pewniaków wykluczeni zostali z batalii o nagrodę reżyserską, podczas gdy Marion Cotillard jako druga aktorka w historii nie zdobyła nominacji do Oscara mimo odfajkowania swojej obecności u wszystkich czterech najważniejszych prekursorów, idąc w ślady protoplastki tego świeżego trendu. Mowa o Tildzie Swinton, której położenie przed dwoma laty udowodniło nam, że już absolutnie nikt nie może czuć się komfortowo w trakcie łowów na statuetki.
Zeszłoroczne osłupienie (tym dosadniejsze, że miejsca faworytów zajęły relatywnie skromne filmy) niezawodnie koresponduje z echem zmian zauważalnych w trakcie ostatnich kilku sezonów – kapituła oscarowa zdaje się udowadniać coraz większą suwerenność względem wielkiej czwórki suplementarnych organizacji, tym samym zostawiając większe pole do zaskoczeń.
Niestety, nie będę posłańcem niosącym pokrzepiające wieści dla tych, którzy oczekują konsekwentnej kontynuacji tego pasma: nieco spanikowani i częściowo wpędzeni w kompleksy prekursorzy w ekumenicznej harmonii dopięli wszelkich starań, by przypadkiem nie dopuścić do oryginalności w wyborach interesującego nas gremium. Ponadto, wszystko wskazuje na to, że mając na uwadze tendencję Akademii do myślenia w systemie binarnym, ostatnie rozprzężenie silniej dyktuje jej członkom przywiązanie do tradycji; za niepodobna byłoby uważać, by ponownie mieli porzucić utarte ramy i typową dla siebie zachowawczość. Jeśli tak się jednak stanie, będzie to dostatecznie wyraźny sygnał, że nie musimy oczekiwać następnego pokolenia, by otrzymać powiew świeżości.
Uwaga! Tekst powstał przed tegoroczną ceremonią wręczenia Złotych Globów.
Oficjalny plakat 79. edycji OscarówNajlepszy film
Choć tegoroczna rozgrywka o główne trofeum nie obfituje w równie prężne przedstawicielstwo kandydatów z realną szansą na wygraną co w ubiegłym roku, gdy “Argo”, “Life of Pi”, “Silver Linings Playbook” i “Lincoln” runęły na siebie w stosunkowo wyrównanym starciu, to i tak obdarzeni zostaliśmy solidnym triumwiratem produkcji, które nie mógłby różnić się od siebie bardziej i które z pewnością rozdzielą między sobą najważniejsze łupy: “12 Years a Slave” reprezentujące tutaj wykonane z pietyzmem dramaty o ważkiej tematyce, “Gravity” powszechnie uważane za superprodukcję i dokonanie techniczne sezonu oraz “American Hustle” wpisujące się w konwencję krwistej rozrywki w stylu retro, której siłą napędową są obsada oraz błyskotliwy scenariusz.
Obecnie nic nie wskazuje na to, by w faktycznej grze był jakikolwiek inny film, acz gwoli kronikarskiej uczciwości warto wspomnieć, że “Captain Phillips” póki co nie ma skazy na swoim pancerzu (jednak ze względu na silnie zakorzenioną gatunkowość, prawdopodobnie zadowolić będzie się musiał samymi nominacjami), a z powodu późnych premier nie znamy przecież jeszcze pełnego potencjału “Nebraski”, która wyjątkowo powinna przypaść do gustu Akademikom oraz “The Wolf of Wall Street”, który zbierze z pewnością nie największe, ale za to szalenie wierne grono zwolenników.
Na kolejnych lokatach najprawdopodobniej osiądą “Her”, czyli przypuszczalnie najbardziej wystawna pożywka dla Akademików o zakręconym guście, “Saving Mr. Banks” piastujący tutaj funkcję sympatycznego, naszpikowanego emocjami hołdu o klasycznym sznycie oraz jeden z zawodników Harveya Weinsteina. Warto odnotować, że osławiony producent i ojciec sukcesu oscarowego wielu filmów nie ma tym razem wielu powodów do radości, jako że jego zawodnicy nie cieszyli się póki co entuzjastyczną recepcją; prognozuję jednak sukces “Philomeny”, za którą murem stanąć powinien brytyjski kontyngent Akademii.
01. “American Hustle”
02. “12 Years a Slave”
03. “Gravity”
04. “Captain Phillips”
05. “Nebraska”
06. “The Wolf of Wall Street”
07. “Her”
08. “Saving Mr. Banks”
09. “Philomena”
ALT. “Dallas Buyers Club”
Najlepszy film obcojęzyczny
Duńczycy śmiało mogą mówić o sprzyjającej im fortunie; choć wielu prognostyków krytykowało decyzję dystrybutora „The Hunt” dotyczącą „odłożenia” filmu na kolejny rok, zamiast skorzystania z wygenerowanego podczas Cannes 2012 szumu, ostatecznie muszą przyznać, że było to posunięcie ze wszech miar trafne. Film wyeliminował w przedbiegach konkurencję i pozostaje jedynym z dwóch kandydatów do nagrody, którym udało się zwrócić uwagę także mainstreamowej publiczności. Mimo iż porusza delikatną i niełatwą w odbiorze tematykę, Akademicy z wdziękiem połknąć powinni sposób prowadzenia narracji.
Jego głównym rywalem jest włoski zawodnik, który póki co zdobył więcej branżowych nagród, ale ze względu na większe oparcie o wizualia, stracić może impakt, jeśli oglądany będzie na screenerach zamiast na dużym ekranie. Kolejne obrazy obecne w wyścigu to choćby nietuzinkowo opowiedziany film spod znaku martial arts, które zawsze stanowiły godziwą pożywkę dla głosujących czy koniunkturalni zawodnicy z Palestyny i Węgier. Ogromne szanse daje też belgijskiemu kandydatowi, jako że gremium ma słabość do analizy chybotliwych związków.
1. „The Hunt”, Dania
2. „The Great Beauty”, Włochy
3. The Broken Circle Breakdown”, Belgia
4. „The Grandmaster”, Hong Kong
5. Omar„, Palestyna
ALT. „The Notebook”, Węgry>
Najlepszy aktor
Postawmy sprawę jasno i otwarcie – to nie jest wyścig, to krwawa łaźnia. Wszak jaki inny termin przypisać zmaganiom, w których godziwych kandydatów wystarczyłoby z nawiązką na kolejny rok, a miejsc mamy niezmiennie pięć? Jedynym, który może spać naprawdę spokojnie jest Chiwetel Ejiofor. Jego pozycji lidera bez wątpienia zagraża cieszący się ogromnym szacunkiem w przemyśle Bruce Dern, który zjednać powinien sobie uznanie innych weteranów aktorstwa. Wysoką pozycję w wyścigu zdaje się także mieć wracający po długiej przerwie Tom Hanks, dla którego zeszły rok jest jednym z najlepszych w dorobku – film Paula Greengrassa to pełnokrwisty hit, którego potrzebował.
Rewitalizację kariery – choć w zgoła odmiennym znaczeniu – przeżywa także Matthew McConaughey, będąc jedną z najbardziej interesujących niespodzianek ostatnich lat. Niemal pewna nominacja za magnetyczną rolę oportunisty stanowić będzie ukonorowanie jego transformacji.
Dotarliśmy więc do piątej lokaty, w walce o którą zdarzyć się może bardzo wiele. W chwili obecnej największe nadzieje pokładam w Leonardo DiCaprio, którego tour de force wyreżyserował cieszący się równie wysoką formą Martin Scorsese – rodowód, który nie sposób zignorować. Jedna z największych gwiazd światowego kina dominuje film metodą aktorską, którą zapewne zyska wystarczającą liczbe sympatyków. To również znakomita okazja do wyrównania z nim rachunków, jako że ostatni raz wyróżniony został przed siedmioma laty. Bale’owi, który prowadzi okrytą laurami obsadę najnowszego filmu Russella poskąpię nieco swojej wiary – wątpię, by udało mu się rozniecić taką samą pasję, zwłaszcza, że niedawno zgarnął statuetkę.
Szans pozbawieni nie są także legendarny już Robert Redford oraz nominowany przez Gildię Aktorów Forrest Whitaker. Nieco gorzej mają się Joaquin Phoenix i Oscar Isaac, nie wspominając o Michaelu B. Jordanie oraz Idrisie Elbie.
01. Chiwetel Ejiofor, “12 Years a Slave”
02. Bruce Dern, “Nebraska”
03. Tom Hanks, “Captain Phillips”
04. Matthew McConaughey, “Dallas Buyers Club”
05. Leonardo DiCaprio, “The Wolf of Wall Street”
ALT. Christian Bale, “American Hustle”
Niemal wszelkie potencjalne niespodzianki związane z aktorami zdają się kończyć na poprzedniej kategorii, gdyż z pozostałych wyłuskano już po sześciu zawodników i z powodzeniem można je uszczuplić do tej liczby. Pytanie nie brzmi więc, komu się powiedzie, a raczej – kto polegnie?
Najlepsza aktorka
Tylko dwukrotnie w historii – ostatni raz dwie dekady temu – w tej sekcji nieobecna była świeża krew. Wszystko zdaje się zapowiadać, że lada dzień czeka nas trzeci, co jest wypadkową piorunującej potęgi weteranek oraz brak nowicjuszki mogącej skupić na sobie wystarczająco wiele uwagi (co boli choćby ze względu na wybitną rolę Exarchopoulos). Cate Blanchett już od lipca dzielnie utrzymuje status faworytki i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Kolejne dwie zawodniczki to skarby narodowe, odpowiednio, USA i UK, gdy o ostatnie dwa miejsca powalczą trzy aktorki.
Amy Adams, kolejna z pierwszych dam Ameryki zdołała wypchnąć z nominacji do nagród BAFTA Meryl Streep, a zsumowawszy to ze szczytem powodzenia “American Hustle” przypadającym akurat na czas głosowania do Oscarów, jestem dziwnie spokojny, że znajdzie dla siebie miejsce i tutaj. Choć Emma Thompson zdołała zebrać laury od osławionego, wspomnianego już kwartetu naczelnych prekursorów, może napotkać pewne komplikacje – za jej nominacją przemawia niewiele więcej niż za osłabioną i krytykowaną ostatnio Streep, a w dodatku znakomita część jej zwolenników to Brytyjczycy, którzy skupią się raczej na wsparciu Dench. Mimo to, pozostanę jej wierny.
01. Cate Blanchett, “Blue Jasmine”
02. Sandra Bullock, “Gravity”
03. Judi Dench, “Philomena”
04. Amy Adams, “American Hustle”
05. Emma Thompson, “Saving Mr. Banks”
ALT. Meryl Streep, “August: Osage County”
CZYTAJ DALEJ (aktorzy i aktorki drugiego planu, reżyseria itd)
Najlepszy aktor drugoplanowy
Objawieniem ostatnich miesięcy okazał się Jared Leto, który w końcu debiutuje w sezonie nagród z należytym impetem. Jego specyficzna rola ujmuje i chwyta za serca (niemal) wszystkie organizacje mające jakikolwiek wpływ na wyścig po złoto, nie mówiąc o tym, że jest ulubieńcem krytyków (i publiczności rozkochanej w 30 Seconds To Mars). Głównym rywalem muzyka i aktora zgodnie z oczekiwaniami okazał się Michael Fassbender, podtrzymujący tradycyjnie dobrą passę odtwórców łotrów i czarnych charakterów. Szczerze jednak wątpię, że uda mu się wygrać coś poza nagrodą Brytyjskiej Akademii – włodarzy jedynej rozgrywki, w której zabrakło Leto z powodu chybotliwej sytuacji związanej z pokazami “Dallas Buyers Club”.
Sądzę, że pójdzie raczej w ślady Ralpha Fiennesa, którego Amon Goeth z filmu Spielberga jest pod wieloma względami tożsamy z Edwinem Eppsem z “12 Years a Slave”. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że zignorowanie brawurowej kreacji Fassbendera z “Shame” to zbrodnia, więc może gremium oscarowe okaże się dla niego wyjątkowe życzliwe i łaskawe?
Trzecim zawodnikiem wydaje się być Abdi, typowy przykład debiutanta w wyścigu po Oscary. Wystarczający talent, by nie dać sobie ukraść scen dzielonych z jednym z największych hollywoodzkich tytanów, to satysfakcjonujący argument przemawiający za tym wyróżnieniem. Następnie wskazałbym Coopera, którego hossa trwa w najlepsze. Zagadkowe jest jednak ostatnie miejsce, gdyż w grze jest także pośmiertnie James Gandolfini, którego aktorska gałąź Akademii traktuje wręcz z czcią. Jego konkurent to Daniel Brühl (kolejny zagrożony zdobywca “wielkiej czwórki”).
Na niekorzyść Niemca przemawia fakt, że Amerykanie nie należą do największych piewców Formuły 1 – wystarczy spojrzeć na rozczarowujący wynik “Rush” w tamtejszym box offisie czy niedawne fiasko głośnego dokumentu “Senna”, który mimo namaszczenia na faworyta oscarowego nie zdobył nawet nominacji. W dodatku zaklasyfikowanie Niemca do kategorii drugoplanowej to jawna machlojka, którą zwykło się mianować “category fraud”. Nie bardzo daję też wiarę temu, że wśród nominowanych mogłoby zabraknąć weterana; z drugiej strony, rok temu było ich tutaj aż nadto…
01. Jared Leto, “Dallas Buyers Club”
02. Michael Fassbender, “12 Years a Slave”
03. Barkhad Abdi, “Captain Phillips”
04. Bradley Cooper, “American Hustle”
05. James Gandolfini, “Enough Said”
ALT. Daniel Brühl, “Rush”
Najlepsza aktorka drugoplanowa:
Jeśli głosy uznania dla Bradleya Coopera zaledwie przyzwoicie odzwierciedlają definicję pojęcia “afterglow nomination”, tak laury, które pieczołowicie zbiera Jennifer Lawrence oddają ową terminologię akuratnie i bezbłędnie. Nie musieliśmy czekać nawet dwunastu miesięcy od chwili potknięcia się młodej aktorki w drodze do zaakceptowania Oscara, by upewnić się, że tytuł amerykańskiej “It girl” trzyma się jej kurczowo. Odsuwając na bok jej bezbrzeżną dominację jeśli idzie o sukcesy kasowe, kolejny film Davida O. Russella przyniesie Lawrence nie tylko pewną nominację, ale i być może drugiego Oscara.
Zatrzymać może ją debiutująca i brylująca w ostatnim obrazie McQuenna Lupita Nyong’o, której ewentualny sukces zależy w dużej mierze od powodzenia filmu. Tryumf “American Hustle” w batalii o główną nagrodę raczej pogrzebie tę szansę. Kolejne dwie lokaty zajmą najpewniej zawodniczki Weinsteina, z której tą ciekawszą jest Oprah Winfrey. W jej szansę na wygranie Złotego Globu wierzono w zasadzie aż do dnia ogłoszenia wyróżnień, gdy zabrakło jej na liście. Równie niespodziewanie nominowali ją z kolei członkowie BAFTA, przez co nie bardzo wierzę, że rozminie się z tą najważniejszą zdobyczą, zwłaszcza, jeśli weźmiemy na poprawkę jej popularność i kontakty w przemyśle.
Stawkę zamyka June Squibb; jak wiemy z autopsji, aktorska sfera filmów Alexandra Payne’a ma tendencję do rozmijania się z oczekiwaniami prognostyków, gdy dochodzi do decyzji kapituły oscarowej – wystarczy przypomnieć sobie Paula Giamattiego czy Shailene Woodley. Na tym zyskałaby Sally Hawkins, która już po raz drugi znajduje się w czołówce, a kolejne pominięcie jej byłoby po prostu brutalne. Lada moment przekonamy się, czy pomoże jej pozycja faworytki koleżanki z planu. Nie zdziwi mnie też, jeśli to Winfrey będzie musiała obejść się smakiem.
01. Jennifer Lawrence, “American Hustle”
02. Lupita Nyong’o, “12 Years a Slave”
03. Julia Roberts, “August: Osage County”
04. Oprah Winfrey, “Lee Daniels’ The Butler”
05. June Squibb, “Nebraska”
ALT. Sally Hawkins, “Blue Jasmine”
Ewentualne niespodzianki aktorskie
Tradycją stało się już, że co roku dokładnie jedną z dwudziestu aktorskich nominacji określa się wdzięcznym i zasłużonym mianem “WTF nom”, które dotyczy rzecz jasna osoby zdobywającej wyróżnienie mimo niewielkiego (lub wręcz żadnego) wsparcia prekursorów. Rok temu ten bezapelacyjny zaszczyt przypadł Jacki Weaver, a wcześniej choćby Maxowi von Sydow czy Maggie Gyllenhaal. Doskonale zdaję sobie sprawę, że próba przewidzenia tego, co z zasady zaskakujące nie należy do najbardziej koszernych perspektyw, ale spróbuję jednak podsunąć (w rankingu prawdopodobieństwa) kilku kandydatów, wszak takie niespodzianki są wynikiem a. pewniaków do nominacji pociagajacych za sobą kolegów z obsady, zazwyczaj należących do innych sekcji, b. niewielkich, ale zagorzałych grupek głosujących o wysublimowanym guście, którzy robią co mogą, by wesprzeć role w bardziej niszowych filmach
W związku z miłością, jaką w ostatnich tygodniach amerykańskie gildie filmowców obdarzyły “Dallas Buyers Club” i zeszłorocznym odrodzeniem Bena Afflecka, Jennifer Garner brzmi jak sensowna kandydatka do wykorzystania zamętu na żeńskim drugim planie. Podobnie jest z Margot Robbie, która zjednała sobie kohorty sympatyków nie tylko ze względu na swoją zjawiskowość, ale również nienaganny, wyśmienity wręcz akcent jej postaci, którym bez wysiłku wygrywa z Lawrence czy Johansson (“Don Jon”). Drugi plan “The Wolf of Wall Street” to także kolejna – niezwykle typowa dla filmów Marty’ego – krzykliwa, wyrazista rola, tym razem wykreowana przez Jonaha Hilla, któremu ostatnio wiedzie się świetnie.
W tej samej kategorii swoją obecność zaznaczyć może również Tom Hanks, pod warunkiem, że z jakiegoś przedziwnego powodu Akademicy przełożą nad występ w obrazie Greengrassa jego imitację Walta Disneya, a “Saving Mr. Banks” okaże się nadspodziewanym sukcesem. Większe nadzieje pokładam jednak w Adèle Exarchopoulos, która mimo zgarnięcia Złotej Palmy i ogromnego wysiłku, jaki włożyła w prowadzenie dla siebie kampanii została doceniona przez zaledwie garstkę mniej znaczących organizacji. Może to paradoksalnie wśród członków kapituły oscarowej znajdzie większe wsparcie? W jej imieniu lobbuje sam Steven Spielberg, więc nadzieja umrze ostatnia – to prawdopodobnie jedyna szansa Akademii, by przemycić na kobiecy pierwszy plan świeżą krew, gdyż Brie Larson z “Short Term 12” nie zadbała nawet o podesłanie screenerów, co w jej przypadku równa się gwoździowi do trumny.
01. Jennifer Garner, “Dallas Buyers Club”
02. Margot Robbie, “The Wolf of Wall Street”
03. Jonah Hill, “The Wolf of Wall Street”
04. Adèle Exarchopoulos, “La vie d’Adèle” (“Blue Is the Warmest Color”)
05. Tom Hanks, “Saving Mr. Banks”
Najlepsza reżyseria
Statystycznie, grono nobilitowanych w tej kategorii to zazwyczaj reżyserzy czwórki faworytów, doprawieni nominacją dla twórcy kina autorskiego, którego film znajduje się w wyścigu nieco dalej. W tym roku byliby to więc David O. Russell, Steve McQueen, Alfonso Cuarón i Paul Greengrass, uzupełnieni przez Martina Scorsese – zwłaszcza, jeśli wierzymy, że to “Nebraska” zamknie pierwszą piątkę filmów w oczach Akademii. Taki lineup idealnie pokryłby się z wyborami Gildii Reżyserów oraz BAFTA, a także w 80% z wyróżnieniami do Złotych Globów, gdzie zamiast Scorsese wylądował Payne.
Mają jednak na uwadze nieodwracalną miłość HFPA do jego filmów, nie dopatruję się w tym wysoce wiążącego znaku – warto raczej wziąć pod uwagę, że w grze jest także Spike Jonze, którego poetyka artystyczna może okazać się nie do odparcia i z pewnością nie powinno się jej bagatelizować.
01. Steve McQueen, “12 Years a Slave”
02. Alfonso Cuarón, “Gravity”
03. David O. Russell, “American Hustle”
04. Paul Greengrass, “Captain Phillips”
05. Martin Scorsese, “The Wolf of Wall Street”
ALT. Spike Jonze, “Her”
Najlepszy scenariusz
Scenariusze oryginalne nie tylko raz jeszcze nie ustępują pola adaptacją, ale w dodatku są w tym roku bardziej konkurencyjną, pękającą wręcz w szwach sekcją, która oferuje grono świetnych skryptów prosto spod piór weteranów. Dostrojeniem do języka filmowego prozy (co nie dotyczy “Before Midnight” znajdującego się w tej kategorii ze względu na bycie sequelem) zajęli się głównie mniej zasłużeni scenarzyści, składając się jednak na większe zróżnicowanie tekstów.
Adaptacje:
01. “12 Years a Slave”, John Ridley
02. “Before Midnight”, Richard Linklater & Julie Delpy & Ethan Hawke
03. “The Wolf of Wall Street”, Terence Winter
04. “Philomena”, Steve Coogan & Jeff Pope
05. “Captain Phillips”, Billy Ray
ALT. “August: Osage County”, Tracy Letts
Oryginalne:
01. “American Hustle”, Eric Singer & David O. Russell
02. “Nebraska”, Bob Nelson
03. “Her”, Spike Jonze
04. “Blue Jasmine”, Woody Allen
05. “Inside Llewyn Davis”, Joel Coen & Ethan Coen
ALT. “Dallas Buyers Club”, Craig Borten & Melisa Wallack
Najlepsze zdjęcia:
Mogłoby się wydawać, że ostatnio receptą na tryumf w zmaganiach o statuetkę za zdjęcia jest solidna operatorska robota w filmie naszpikowanym CGI, w którym wszelkie aspekty warstwy wizualnej zlewają się w jedną całość; w ostatnich czterech latach tylko “Inception” wyłamała się z tego wzorca, ustępując jednak pod naporem “Avatara”, “Hugo” oraz “Life of Pi”. Trudno mi uwierzyć, że w tym roku mogłoby być inaczej, skoro to “Gravity” typuje się na hegemona sekcji technicznej, a na dokładkę głównym operatorem filmu jest niedopieszczony przez Akademię Emmanuel Lubezki.
Następni kandydaci uzupełniający stawkę to Bobbitt, który bezbłędnie wywiązał się z zadania skontrasowania piękna natury południowej Ameryki z odbywającą się w tle kaźnią, Delbonnel doskonale ilustrujący folkową baśń braci Coen, Le Sourd, który zręcznie zaakcentował widowiskowość filmu spod znaku martial arts, do których Akademia zawsze miała słabość, aż w końcu Deakins, któremu nie odmawiano niemal nigdy – “Prisoners” spotkał się ze zbyt ciepłym przyjęciem w niektórych kręgach, by nie skorzystać z możliwości nagrodzenia go chociaż tutaj. Byłoby to też paralelne do samotnej, acz istotnej nominacji technicznej “Se7en”, do którego film Villeneuve obrósł porównaniami.
01. Emmanuel Lubezki, “Gravity”
02. Sean Bobbitt, “12 Years a Slave”
03. Bruno Delbonnel, “Inside Llewyn Davis”
04. Philippe Le Sourd, “The Grandmaster”
05. Roger Deakins, “Prisoners”
ALT. Phedon Papamichael, “Nebraska”
Podsumowanie
Film Cuaróna z równą łatwością złowić powinien trofea za efekty specjalne oraz kategorie dźwiękowe, a i prawdopodobnie montaż. Tam zetrze się jednak z większą konkurencją, gdyż stanie w szranki z pisanym frenetyczną estetyką “Captainem Phillipsem” czy energicznym “The Wolf of Wall Street”, za którego zmontowanie odpowiedzialna jest przecież ulubienica Akademii. Oczywiście “Gravity” nie wydaje się mieć większych szans w walce o nagrodę za scenografię, gdzie najbardziej brylują obecnie “The Great Gatsby”, “12 Years a Slave” oraz “The Hobbit: The Desolation of Smaug”. Z otwartym wyścigiem pozostawieni zostaliśmy w pojedynku o łup za najlepszą muzykę, gdzie przewijają się takie nazwiska jak Zimmer, Williams, Newman czy Desplat.
Najlepszy montaż:
01. Gravity” – Alfonso Cuarón & Mark Sanger
02. „Captain Philips” – Christopher Rouse
03. The Wolf of Wall Street” – Thelma Schoonmaker
04. 12 Years a Slave” – Joe Walker
05. American Hustle” – Jay Cassidy
ALT. “Rush” – Daniel P. Hanley & Mike Hill
Najlepsza scenografia:
1. „The Great Gatsby”
2. „12 Years a Slave”
3. „The Hobbit: The Desolation of Smaug”
4. „Gravity”
5. „American Hustle”
ALT. Inside Llewyn Davis
Najlepsze efekty specjalne:
01. „Gravity”
02. Pacific Rim
03. „The Hobbit: The Desolation of Smaug”
04. Star Trek Into Darkness
05. Elysium
ALT. Iron Man 3
Najlepsza muzyka:
12 Years a Slave” – Hans Zimmer
„Gravity – Steven Price
„Saving Mr. Banks” – Thomas Newman
“Philomena” – Alexandre Desplat
„The Book Thief” – John Williams
ALT. „Captain Phillips – Henry Jackman
To byłoby więc na tyle. Nominacje ogłoszone zostaną 16. stycznia (czwartek) przez Chrisa Hemswortha oraz reprezentującą włodarzy gremium oscarowego Cheryl Boone Isaacs, a sama gala odbędzie się 2. marca. Z pewnością w drugiej połowie lutego powrócę do tego wątku, by tym razem porozmawiać o prognozowanych zwycięzcach.
(Tradycyjnie przypominam, że wiwisekcji sezonu nagród dokonałem niegdyś w tym miejscu (2012) i w tym miejscu (2013), a lektura może okazać się pomocna w zrozumieniu powyższego tekstu).
