Connect with us

Publicystyka filmowa

Naprawdę UDANE filmy „pod Oscary”, które NIE DOSTAŁY nagrody Akademii

Niektóre filmy, choć „proszą się” o Oscara, ostatecznie go nie otrzymują. Za to przynajmniej dostarczają kawał dobrego widowiska!

Published

on

Naprawdę UDANE filmy „pod Oscary", które NIE DOSTAŁY nagrody Akademii

Oscar bait to powszechnie używany termin określający filmy, które z różnych powodów „aż proszą się” o Nagrody Akademii Filmowej. Przeważnie chodzi w nim o obecność głośnych nazwisk w obsadzie, ważne role wymagające pewnego przeobrażenia fizycznego, głośny temat o wydźwięku społeczno-politycznym i styl zerowy, często nasycony sentymentalizmem. Czasami tego typu produkcje otrzymują wybłagane statuetki, czasami zgarniają tylko nominacje, a czasami odchodzą z niczym, bez możliwości ogrania kampanii promocyjnej wokół oscarowej otoczki. Dzisiaj skupimy się na tych ostatnich – nie będziemy jednak szydzić, wręcz przeciwnie! Wybierzemy tytuły, które nawet jeśli wpisują się w przywołany wyżej termin, to w ogólnym rozrachunku ogląda się je z przyjemnością i zostają w głowie na dłużej.

Advertisement

Wyścig

KARIERA NIKODEMA DYZMY. Jeden z najlepszych polskich seriali

Niewielu jest reżyserów w Hollywood, którzy mogliby konkurować z Ronem Howardem pod względem częstotliwości wypuszczania typowych Oscar baitów. Począwszy od Apollo 13, przez Piękny umysł, Człowieka ringu, Frost/Nixon, po omawiany dzisiaj Wyścig – twórca opanował hollywoodzki styl zerowy do perfekcji i pomimo wpadek regularnie chwyta się kolejnych nośnych tematów. Jego Wyścig skupia się na relacji Jamesa Hunta (Chris Hemsworth, wtedy dopiero rozpoczynający przygodę w roli Thora) oraz Nikiego Laudy (rewelacyjny, niesłusznie pominięty w sezonie nagród Daniel Brühl, jeszcze przed rolą w Marvelu).

Advertisement

I doskonale oddaje ich rywalizację podszytą wzajemną sympatią i szacunkiem, serwując nam przy tym ciąg świetnie zaprezentowanych wyścigów. Film nie tylko bardzo dobrze wygląda, ale i pozwala nam zapałać sympatią do tych skrajnie odmiennych, regularnie zderzających się charakterów. W gronie produkcji Howarda z lat 2011–2020 stawiam go zdecydowanie najwyżej.

Detroit

Kathryn Bigelow lubi się z Oscarami – wszak za The Hurt Locker. W pułapce wojny zgarnęła aż dwie ważne statuetki (za najlepszy film i reżyserię). Detroit wydawało się kolejnym jej projektem, który zamiesza na rozdaniach nagród, biorąc pod uwagę poruszany w nim temat rasizmu oraz brutalne zamieszki z 1967 roku. Koniec końców jednak pomimo pozytywnych ocen krytyków przeszedł bez echa. A szkoda, bo to świetnie wyreżyserowane kino społeczne, podczas pewnej ponad godzinnej sekwencji wpadające nawet w szufladkę wyjątkowo gęstego thrillera. Will Poulter w psychopatycznej, podszytej kompleksami i uprzedzeniami kreacji jest tutaj okrutną istotą niemal żywcem wyrwaną z Funny Games Hanekego, choć zdecydowanie brakuje mu poczucia humoru.

Advertisement

Ujęcie ważnego tematu w gatunkowej formie to jedna z najważniejszych umiejętności hollywoodzkiej reżyserki.

Sama przeciw wszystkim

Jessica Chastain ma niezwykłą ekranową charyzmę, dzięki której potrafi całkowicie zawładnąć filmem. Choć pogardliwie bywa określana jako „ta do wzięcia, gdyby Amy Adams odmówiła”, wielokrotnie udowodniła, że na planie radzi sobie równie dobrze jak jej koleżanka po fachu. Silną, pewną siebie i przedsiębiorczą kobietę grała później także w Grze o wszystko Aarona Sorkina. Tutaj korzysta z podobnego repertuaru aktorskich środków, jednak kreacje na tyle różnią się od siebie, by nie można było mówić o powtórce. W Samej przeciw wszystkim szanowana amerykańska lobbystka porusza się na krawędzi prawa, by zaserwować najlepszy możliwy efekt swoim klientom – przynajmniej do czasu, gdy postanawia sprzeciwić się działaniom pewnego producenta broni.

Advertisement

Wtedy zostaje wchłonięta w prawdziwą, nomen omen, grę o wszystko – w świat wielkiej polityki i spraw wagi państwowej. Sprawnie nakręcony i świetnie zagrany, to niemal pewna gwarancja lekko ponad dwóch godzin dobrego kina.

Wdowy

Trudny jest los żon zmarłych gangsterów. Pomijając samą tragedię w postaci śmierci partnera, nagle zostają bez grosza przy duszy, policja wali do ich domów drzwiami i oknami, a na dodatek byli współpracownicy upominają się o spłatę długów. Pozostaje tylko… wziąć sprawy w swoje ręce i wykonać zaplanowany skok za nich. Steve McQueen porwał się z motyką na słońce i w ramach heist movie postanowił pożenić ze sobą najróżniejsze gatunki. Mamy tu i motywy z kina gangsterskiego, i wątki polityczne, i napięcie rodem z thrillera, a także podszyte nagłą stratą dramaty pozostawionych na pastwę losu kobiet.

Advertisement

I z zadania wyszedł obronną ręką, tworząc niełatwe w odbiorze, ale skrupulatnie zaplanowane, niezwykle złożone i świetnie zagrane (Viola Davis jak zwykle króluje, jednak Elizabeth Debicki wcale nie ustępuje jej kroku) widowisko, w którym największym rozczarowaniem jest jednak ostatni skok. Niestety w jego przypadku wychodzi na jaw, że McQueen lepiej czuje się w inscenizowaniu napiętych scen rozmów niż akcji. Zaś producenci za rozczarowanie z pewnością uznają brak oscarowych nominacji, które przy takiej obsadzie i aktualnym społecznie temacie wydawały się pewne.

Nazywam się Dolemite

Przymierzany do oscarowego wyścigu biopic opowiadający o kontrowersyjnej postaci Rudy’ego Raya Moore’a miał być (i był) aktorskim odkupieniem Eddiego Murphy’ego po długich latach grania po linii najmniejszego oporu. Główny bohater to ciekawa postać – początkowo jako komik nie odnosił większych sukcesów, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że był w swoim fachu pogardzany. Zwycięstwo zaliczył dopiero (chociaż łatwo udowodnić, że wyłącznie komercyjne), gdy postanowił wykreować sceniczną personę Dolemite’a, a następnie oprzeć na niej pełen akcji i niewybrednego humoru film. Dzisiaj Moore’a postrzega się jako przedsiębiorczego faceta, który zauważył deficyt na rynku i odpowiednio go zmonetyzował, jednak sama produkcja koncentruje się na motywie odnalezienia siebie i samospełnienia.

Advertisement

Jej głównemu przesłaniu stwierdzającemu, że nigdy nie jest za późno na realizację życiowych aspiracji, trudno nie przyklasnąć. Szkoda tylko, że kampania skupiona na promowaniu roli Eddiego Murphy’ego zawiodła i w ostatecznym rozrachunku nie doczekał się upatrywanej nominacji.

Słodziak

Półnagie feministki zakłóciły koncert WOODY'EGO ALLENA! Zobacz wideo

Shia LaBeouf chyba nigdy nie przestanie być obiektem skandalów w Hollywood. Choć wydawałoby się, że pewne furtki w swoim życiu regularnie zamyka, to co jakiś czas słyszymy o kolejnych wybrykach zawodowych czy problemach w sferze osobistej. Podobne nadzieje wiązano ze Słodziakiem – zważywszy na to, że był to autobiograficzny dla aktora i scenarzysty projekt, miał mu on pomóc w przepracowaniu traum i staniu się lepszym człowiekiem. Czy tak się stało, nie da się jednoznacznie ocenić, jednak z całą pewnością możemy powiedzieć, że wyszedł z tego przynajmniej dobry film. Największe zasługi przypisałbym zaś reżyserce Almie Har’el, której artystyczne oko ratowało czasami zbyt deklaratywne i dosłowne dialogi LaBeoufa, oraz Noahowi Jupe’owi, odtwórcy głównej roli w wieku dziecięcym, który wykazał się niesamowitą aktorską subtelnością i psychologicznym zrozumieniem zarazem.

Advertisement

Kiedy trzeba, odpowiednio się uzewnętrznia, ale przez większość czasu gra oczami, z miejsca kupując naszą sympatię swoją niewinnością. Pomimo ciekawego tematu i głośnych nazwisk w obsadzie film pojawił się tylko na mniejszych rozdaniach nagród.

Widzieliście powyższe filmy? Co o nich myślicie? Co jeszcze dodalibyście do listy? Dajcie znać w komentarzach!

Advertisement

Kocha kino azjatyckie, szczególnie koreańskie, ale filmami zainteresował się dzięki amerykańskim blockbusterom i ma dla nich specjalne miejsce w swoim sercu. Wierzy, że kicz to najtrudniejsze reżyserskie narzędzie, więc ceni sobie pracę każdego, kto potrafi się nim posługiwać.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *