search
REKLAMA
Zestawienie

REMAKI, które WKURZYŁY twórców oryginalnych filmów

Oby wszyscy zaangażowani w ten remake trafili do piekła!

Przemysław Mudlaff

2 listopada 2021

REKLAMA

Nie minę się z prawdą, pisząc, że współczesna kinematografia remake’ami, prequelami, sequelami oraz spin-offami stoi. Od 1993 roku ich liczba wzrosła bowiem aż o 700%. Jaki jest powód takiego stanu rzeczy? Wytwórnie posiadające (zazwyczaj) prawa do filmów chętnie zlecają przerabianie oryginalnych produkcji, ponieważ to dla nich dość szybki i pewny zarobek. Co w takim razie z twórcami oryginalnych tytułów oraz ich gwiazdami? Ano, często nic. Niekiedy zdarzy się, że autorzy remake’ów poradzą się twórców pierwowzoru lub z nimi po prostu porozmawiają, jednak w większości przypadków nowe wersje często kultowych produkcji nie mają nic wspólnego z ich oryginalnymi twórcami. Wówczas z kolei praca zaangażowanych w remake osób spotyka się z niepochlebnymi komentarzami autorów lub gwiazd pierwowzoru. Oto kilka przykładów wyrazów dezaprobaty tych ostatnich.

Świt żywych trupów (2004)

Zdjęcie ze strony Screenrant.com

Remake Świtu żywych trupów (1978) z 2004 roku to z pewnością całkiem niezła rozrywka. Film Snydera jest dynamiczny, efektowny, krwawy i doprawiony szczyptą czarnego humoru. Brakuje mu jednak wizjonerskiego komentarza społecznego, którym charakteryzował się kultowy pierwowzór. Porzucając lub raczej ledwie akcentując m.in. kwestie krytyki konsumpcjonizmu widoczne w oryginale gołym okiem i jednocześnie tworząc ultranowoczesny remake z budżetem 26 milionów dolarów, którego większa część rozgrywa się w centrum handlowym (chyba tylko po to, aby pośmiać się kilka razy z tapety muzycznej, czyli muzaka), Snyder i Gunn (autor scenariusza) zdają się nie tylko nie rozumieć Świtu żywych trupów Romero, ale, co gorsze, ich dzieło staje się de facto tym, co w sposób wirtuozerski krytykował zmarły w 2017 roku reżyser. Świt żywych trupów Snydera jest bowiem dobrze wyglądającym, ale płaskim tematycznie produktem. To zresztą nie tylko moje zdanie. Poza krytykami, którzy w znakomitej większości uznali horror twórcy Armii umarłych za godnego, ale pozbawionego głębi oryginału następcę, również sam Romero odniósł się do remake’u swojego obrazu z dość dużą rezerwą. Legendarny ojciec chrzestny wszystkich filmów o zombie uznał bowiem, że po całkiem interesujących pierwszych 15 minutach filmu Snydera jego reszta przypomina mu grę video, i to taką pozbawioną sensu. Amen.

Kult (2006)

Zdjęcie ze strony Collider.com

W 1973 roku Robin Hardy za sprawą swojego fabularnego debiutu zredefiniował pojęcie horroru. Kult jawi się bowiem do dziś jako dziwaczny wiklinowy mutant, który w swoich ramach pomieścił i skutecznie połączył pozornie niepasujące do siebie gatunki filmowe. Wicker Man jest przecież po trosze mistycznym dramatem, erotykiem, kryminałem, thrillerem, musicalem, filmem obyczajowym i wreszcie horrorem zrealizowanym głównie w biały dzień (tak! Patrzę teraz na ciebie, Asterze). Debiut Hardy’ego zapisał się w historii kina jako pozycja, nomen omen, kultowa. Dowodem takiego stanu rzeczy jest rokroczny rytuał palenia kukły Wicker Mana, powstanie licznych klubów miłośników tego filmu, prac naukowych, artykułów, piosenek i książek na jego temat, a nawet utworzenie podobnej do tej z dzieła Hardy’ego grupy religijnej, Wyznawcy Nuada. Nic więc dziwnego w tym, że wizja stworzenia remake’u, sequela lub prequela szkockiego arcydzieła nęciła Amerykanów. I tak w 2006 roku powstał Kult Neila LaBute’a. Jeden z najbardziej żałosnych remake’ów w historii kina. Kompletnie nieudana i nieudolna kopia tytułu Hardy’ego już od momentu rozpoczęcia kręcenia zdjęć budziła jego obawy i sprzeciw. Poirytowany twórca oryginału w asyście prawników zażądał więc, aby autorzy remake’u nigdzie nie powoływali się na jego nazwisko. Z kolei Christopher Lee, który uznał swoją rolę w Kulcie za najlepszą w karierze, jeszcze przed premierą przeróbki wyznał, że po prostu w nią nie wierzy.

Halloween (2007)

Zdjęcie ze strony Movieweb.com

Halloween (1978) nie był pierwszym slasherem w historii kina, ale to właśnie film Carpentera ustanowił reguły gry dla tego gatunku. Michael Myers, niebezpieczny uciekinier ze szpitala psychiatrycznego, który w przeddzień Halloween postanowił wrócić do rodzinnego miasta, stał się ikoną kina grozy. Postacią, do której twórcy filmowi wracali i pewnie będą wracać jeszcze wielokrotnie. Co interesujące, chociaż w arcydziele Carpentera nazwisko Michaela Myersa wypowiadane jest wiele razy, to w napisach końcowych dorosłego antybohatera filmu określa się mianem „The Shape”. Odnosi się to do faktu, iż Myers przez lata ukrywał się w cieniu. Jego historia miała być więc w rezultacie nieznana, tajemnicza, a co za tym idzie generująca jeszcze więcej strachu. Innego zdania był jednak Rob Zombie, twórca remake’u tytułu Carpentera, który postanowił wyjaśnić, dlaczego Myers jest zły, i go uczłowieczył. Prawdę powiedziawszy, nie wiem, czy to aż tak zły pomysł, jak uważa reżyser pierwowzoru, który uznał, że Zombie powiedział o Michaelu zbyt wiele i przez to jego bohater stał się teraz czymś nadnaturalnym. Uważam raczej, że Halloween z 2007 roku to film na wskroś współczesny, ponieważ istnieje dziś coś na kształt manii wyjaśniania wszystkiego i wszystkich. Twór Roba Zombie jawi mi się więc bardziej jako brudny, odpowiadający potrzebom dzisiejszych widzów, całkiem udany remake. W ogóle myślę, że Carpenter też tak uważa, tylko że Rob Zombie jest kłamliwym kawałkiem gówna i po prostu sprowokował twórcę filmu Coś (1982) do tych słów.

Zły porucznik (2009)

Mało znane zdjęcie przedstawiające Abla Ferrarę i Wernera Herzoga pijących na zgodę. Zdjęcie ze strony Vulture.com

Zły porucznik (1992) Abla Ferrary to najpewniej jeden z najlepszych jego filmów w reżyserskiej karierze. Co ciekawe, często zapomina się o tym, że ogromny wkład w powstanie tego kontrowersyjnego tytułu miała autorka skryptu do Złego porucznika i jego współreżyserka, Zoë Lund. Zmarła w 1999 roku aktorka nie ukrywała zresztą głębokiego żalu do Ferrary za to, że ten umniejszył jej udział przy powstaniu filmu przypisując sobie właściwie całość zasług za ostateczny kształt dzieła. Biorąc pod uwagę słowa amerykańskiego reżysera, które wypowiedział przy okazji, gdy dowiedział się, że Werner Herzog stworzy remake Złego porucznika, można wnioskować, iż Ferrara ma na jego punkcie fioła niczym, nie przymierzając, Gollum na punkcie swojego skarbu. W kilku wywiadach Abel Ferrara stwierdził bowiem, że czuje się okradany, a wszystkich zaangażowanych w projekt wysłał do piekła. Oliwy do ognia dolewali zresztą również twórcy remake’u. Niemiecki reżyser powiedział, że nie zna ani Ferrary, ani jego filmu. W odpowiedzi pojawiły się więc ataki Ferrary ad personam. I tak Werner Herzog został nazwany idiotą, a w przypadku Nicolasa Cage’a, grającego główną rolę w tej reimaginacji (tak później określano Złego porucznika z 2009 roku) padło pytanie (chyba retoryczne): „czy Nic Cage aż tak bardzo potrzebuje pieniędzy?”.

Koszmar z ulicy wiązów (2010)

Nie będziesz miał Kruegerów cudzych przede mną. Zdjęcie ze strony Fanpop.com

Koszmar z ulicy wiązów z 2010 roku to zły film. Występująca w nim plejada uzdolnionych aktorów młodego wówczas pokolenia zdała się na nic. Remake’owi Samuela Bayera brakuje bowiem przede wszystkim tego, co nazywamy klimatem. Wes Craven to miły i uprzejmy mężczyzna, dlatego jego wypowiedź na temat przeróbki z 2010 roku nie jest jej nieprzyjazna. Reżyser słynnego pierwowzoru uznał jedynie, że domyślał się, iż remake się nie uda, ale nie interesuje go to za bardzo. Zdecydowanie bardziej szczegółowy w krytyce nowej wersji Koszmaru z ulicy wiązów był Robert Englund, którego w roli Kruegera zastąpił Jackie Earle Haley. Legendarny odtwórca roli Freddy’ego nie widzi problemu nowego Koszmaru… w aktorach, ale w tempie filmu i wyrywaniu antybohatera z koszmaru, gdzie jest przecież jego miejsce. Dodał również, że jeśli miałby wystąpić ponownie jako Krueger, to wyłącznie w kolejnej części jego „przygód”, ale nigdy w remake’u.

Laleczka (2019)

Christine + Chucky = 4EVER LOVE. Kadr z filmu Powrót laleczki Chucky (1990)

Było już o Myersie i Kruegerze, a zatem przyszła pora na Charlesa Lee Raya, czyli słynną laleczkę Chucky. Trudno w to uwierzyć, ale Don Mancini już od ponad trzydziestu lat bawi się swoją laleczką i wygląda na to, że wcale nie zamierza wyrzucać jej na strych (12 października miała miejsce premiera serialu Chucky). Chcą zmusić go jednak do tego włodarze Metro-Goldwyn-Mayer, którzy wymyślili, że opowiedzą historię Chucky’ego raz jeszcze, wprowadzając zabawkę w cyfrową epokę. Zadania podjął się Lars Klevberg i w mojej opinii wyszło mu to całkiem nieźle. Pomysł stworzenia rebootu slashera Hollanda nie spodobał się jednak Christine Elise, czyli uwielbianej Kyle, przede wszystkim z drugiej części zabaw laleczki. W jednym z wywiadów jeszcze sprzed premiery filmu Klevberga Elise uznała, że Metro-Goldwyn-Mayer to dupki, którzy chcą zabić zdrową franczyzę. Według aktorki nakręcenie Laleczki mogło zahamować rozwój historii opowiadanej przez lata przez Dona Manciniego, więc to zwyczajny cios poniżej pasa. Dodała również, że ani ona, ani Brad Dourif (głos Chucky’ego), ani Mancini nigdy nie pochwalą alternatywnych przygód Chucky’ego. Nigdy!

Przemysław Mudlaff

Przemysław Mudlaff

Od P do R do Z do E do M do O. Przemo, przyjaciele! Pasjonat kina wszelkiego gatunku i typu. Miłośnik jego rozgryzania i dekodowania. Ceni sobie w kinie prawdę oraz szczerość intencji jego twórców. Uwielbia zostać przez film emocjonalnie skopany, sponiewierany, ale też uszczęśliwiony i rozbawiony. Łowca filmowych ciekawostek, nawiązań i powiązań. Fan twórczości PTA, von Triera, Kieślowskiego, Lantimosa i Villeneuve'a. Najbardziej lubi rozmawiać o kinie przy piwku, a piwko musi być zimne i gęste, jak wiecie co.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA