search
REKLAMA
Zestawienie

Znani REŻYSERZY z tylko jednym ARCYDZIEŁEM

Twórcy, którzy zabłysnęli jednym arcydziełem, by potem kontynuować reżyserską karierę, tworząc filmy dobre, aczkolwiek pozostające w cieniu tego jednego tytułu.

Tomasz Ludward

15 lipca 2021

REKLAMA

Wielcy reżyserzy tacy jak Martin Scorsese czy Stanley Kubrick mogą pochwalić się filmografią składającą się z co najmniej kilku produkcji najwyższych lotów. Znamy jednak twórców, którzy zabłysnęli jednym arcydziełem, by potem kontynuować reżyserską karierę, tworząc filmy dobre, aczkolwiek pozostające w cieniu tego jednego tytułu. I choć dochodzenie, czy pozostałe filmy wybranej szóstki są, najkrócej mówiąc, słabsze, jest sprawą wielce subiektywną, spróbuję skonfrontować się z tematyką zestawienia i wskazać faworyta, który zagwarantował artyście jego nieśmiertelność.

Michael Cimino, Łowca jeleni (1978)

Łowcę jeleni można kochać lub nienawidzić, ale na pewno nie można przejść obok niego obojętnie. Nawet dziś historia trzech przyjaciół z przemysłowej Pensylwanii potrafi wstrząsnąć widzem bez reszty. W końcu wojna w Wietnamie, jak każda inna, zostawała z jej uczestnikami jeszcze długo po powrocie do domu. Ale chyba żaden inny twórca nie pokazał powojennej traumy jako czegoś tak bolesnego, mającego totalną kontrolę nad bohaterami. Nie dałoby się tego osiągnąć, gdyby Cimino zależało wyłącznie na prezentacji wojny. Wiedząc, że rozlew krwi nastąpi prędzej czy później, reżyser wstrzymuje nieuchronne, serwując słynną scenę wesela trwającą, bagatela, 51 minut. To jawny akt pokazania tradycji, więzi z domem i rodziną. Wraz z nadejściem wojennych kadrów ta niedaleka, bezpieczna przeszłość zostaje przekreślona grubą kreską. Zastępuje ją bezkarna agresja i rządzący ludzkim życiem przypadek, wyrażony pod postacią słynnej gry w ruletkę. Gra kontrastem, brak kompromisów i tragizm wynikający z położenia bohaterów czyni ten film wyjątkowym.

Łowca jeleni zgarnął pięć nagród Akademii i gdy wydawało się, że oscarowy triumf wyważy jego twórcom drzwi do wielkiej kariery, stało się coś dziwnego. Chciałoby się powiedzieć, że Cimino najzwyczajniej w świecie nie trafił z pomysłem, ponieważ jego Wrota niebios o mały włos nie puściły studia United Artists z torbami. Same recenzje krytyków gwałtownie sprowadziły dzieło autora Łowcy jeleni do artystycznego przedsionka. Niestety, pech wydawał się nie opuszczać Cimino. Przez kolejne jego filmy przetoczyła się fala krytyki, choć trzeba przyznać, że nie zawsze słusznie. Pamiętam seans Roku smoka, w którym Mickey Rourke przenikał w świat triady, by rozpracować chińską mafię. Jego homofobiczny Stanley White był ciekawą próbą powierzenia „miejskiej” misji stróżowi prawa, zmagającemu się z traumą po – raz jeszcze – wojnie w Wietnamie. Rok smoka był gęsty od napięcia i miał świetne zdjęcia oraz brutalność, którą wówczas epatował Rourke. Na pocieszenie warto zaznaczyć, że zedytowana wersja Wrót niebios jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniła preferencje publiczności – film nie okazał się tak zły, jak pierwotnie uważano.

Curtis Hanson, Tajemnice Los Angeles (1997)

Hanson to reżyser stojący za sukcesem Tajemnic Los Angeles. Trzeba jednak przyznać, że ten film to przede wszystkim praca zbiorowa, z gronem prawdziwych ekspertów na każdej pozycji, zaczynając od scenariusza na podstawie powieści James Ellroya, a kończąc na muzyce Jerry’ego Goldsmitha, którą to skomponował w tydzień. Pomiędzy nimi mamy prawdziwy wysyp aktorskich talentów: Russell Crowe, Kim Basinger i Kevin Spacey – zwłaszcza Kevin Spacey. Ten utrzymany w konwencji lat 50. kryminał to wybuchowa mieszanka noir i policyjnego thrillera. Film Curtisa, dziś odrobinę zapomniany, charakteryzował się fantastycznie zarysowanym konfliktem osobowości gliniarzy, zawiłą intrygą i ostrymi jak pazur dialogami.

Gdy Curtis zabrał się za kolejne projekty, już nie było tak spektakularnie. Cudowni chłopcy były jeszcze jedną adaptacją amerykańskiego giganta – tym razem Michaela Chabona – co mogło gwarantować przedłużenie dobrej passy. Tak się jednak nie stało, a sam Curtis w dalszych latach dał się poznać głównie za sprawą głośnej, ale wciąż dalekiej od ideału 8. Mili. Osobiście jednak lubię wracać do innej, solidnej pozycji w dorobku reżysera. To Dzika rzeka, ze świetnym, walczącym ze sobą duetem Kevin Bacon – Meryl Streep.

Bryan Singer, Podejrzani (1996)

Odpowiedzialny za tchnięcie nowego życia w filmy o superbohaterach Singer na dobre zaczął przygodę z Hollywood, kręcąc Podejrzanych. Kryminał wyróżniał się sposobem narracji i równomiernym rozłożeniem akcentów pomiędzy wszystkich uczestników feralnego wybuchu na statku w Los Angeles. W wyniku eksplozji ginie paru znanych policji gangsterów, a jednym z ocalałych jest niejaki Verbal Kint, niepełnosprawny i pozornie niegroźny bandzior, który zaczyna zeznawać. Z przesłuchania wyłania się barwna postać Keysera Söze, arcyprzestępcy odpowiedzialnego za wszystkie nieszczęścia tego świata. Singer używa Kinta, aby zbudować ekscytującą i pełną zwrotów akcji historię, w której raz po raz gra z widzem w kotka i myszkę.

Przewrotność Podejrzanych i genialna kreacja Kevina Spaceya zapewniły Singerowi nadużywaną, ale w tym wypadku zasłużoną kultowość, choć on sam najwyraźniej celował wyżej. Reżyser na kurs obrał kino wysokobudżetowe, dzięki któremu zbudował uniwersum X-Men i – z gorszym skutkiem – wskrzesił Supermana. Ten przeskok był dość zaskakujący, bowiem gdy odwiedził stare dramatyczne rejony przy okazji Walkirii i Bohemian Rhapsody, już nie był tym samym rzemieślnikiem, co w połowie lat 90. Mało tego, jego toksyczność na planie, wspominana przez wielu aktorów (między innymi Halle Berry), oraz oskarżenia o molestowanie seksualne na dobre wymazały z filmowej mapy autora arcydzieła, jakim są Podejrzani.               

Neill Blomkamp, Dystrykt 9 (2009)

W 2009 roku Neill Blomkamp powiedział: sprawdzam. Urodzony w RPA, a mieszkający na stałe w Kanadzie reżyser przedstawił światu Dystrykt 9. Wizja Johannesburga, w którym przybyli na ziemię kosmici mieszkają w specjalnie odgrodzonych obozach, wzorowanych na gettach, okazała się kasowym hitem. Blomkamp nie tylko stworzył niezwykle widowisko sci-fi z elementami udawanego dokumentu – jego pełnometrażowy debiut to przede wszystkim kontekst społeczny, w którym Blomkamp jawnie nawiązuje do apartheidu, wysyłając wyrazisty sygnał, do czego mogą doprowadzić podziały, izolacja i strach przed tym, co obce. Dystrykt 9 to również realistyczna próba symulacji „co by było, gdyby” z fenomenalnymi efektami specjalnymi i dość pesymistyczną prognozą. Otóż tam, gdzie potrzebne są dialog i współczucie, górę biorą pierwotne instynkty z rozlewem krwi na czele. Po tych kilku latach film nadal ogląda się z zapartym tchem, a jego tematyka nie straciła na ważności.

Oczekiwania związane z kolejnymi projektami Południowoafrykańczyka były zatem uzasadnione. Wydaje się jednak, że zarówno w Elizjum, jak i Chappie Blomkamp nie udźwignął ambitnego zadania – przedstawiać problemy trapiące ludzkość, ale nie porzucać przy tym fantastycznonaukowej oprawy. Twórca Dystryktu 9 przekombinował w obu przypadkach, gubiąc idealny balans i oryginalność debiutu. Pozostało czekać na film numer cztery. Rozpoczęło się podgrzewanie fanów ogłoszeniami kolejnych angaży, z których każdy wydawał się jeszcze bardziej ekscytujący od poprzedniego. Bo jak inaczej określić prace nad nowym Robocopem lub Obcym czy ekranizacją Halo. Niestety na zapowiedziach się skończyło, bowiem żaden z wymienionych tytułów ostatecznie nie doczekał się realizacji. Do skutku mogą natomiast dojść inne zapowiedzi. Okazje będą dwie. Jeszcze w tym roku zobaczymy Demonic, nakręcony podczas pandemii horror, którego premiera przewidziana jest na sierpień. Ciekawiej zapowiada się jednak kontynuacja Dystryktu 9. Jak komunikował na Twitterze sam reżyser, scenariusz sequela powstaje. To jednak stan na luty, więc znając Blomkampa, jeszcze dużo może się zmienić. 

Antoine Fuqua, Dzień próby (2001)

Fuqua pozostawił po sobie wspaniałe wrażenie. Wykorzystał nieskończony talent Denzela Washingtona, żeby stworzyć prawdziwego zbira, diabła w ludzkiej skórze. W Dniu próby Washington to Alonzo Harris, gliniarz zakochany w sobie i w przemocy wyrażonej pod każdą postacią. Jako samozwańczy król ulicy Alonzo używa oznaki stróża prawa tylko w celach informacyjnych. Prawdziwym argumentem za byciem po właściwej stronie prawa staje się możliwość notorycznego łamania go i udowadniania bandziorom, kto tu rządzi. Jego socjopatycznym aktom agresji przygląda się Jake (Ethan Hawke). To żółtodziób zaliczający pierwszy dzień na służbie pod opieką Alonza. I jak łatwo się domyślić, jest to wyjątkowo ciężki dzień, bo relacja między doświadczonym detektywem i amatorem wymyka się znanym filmowym schematom.

Film Fuqui to studium ulicznej przemocy, w którym granica tego, co dopuszczalne, jest cienka i stopniowo się przesuwa. Dzięki temu Dzień próby nie tylko nawiązuje dialog z takimi klasykami jak W upalną noc Normana Jewisona czy Zły porucznik Abla Ferrary, ale też daję szansę zadebiutować Washingtonowi w roli antagonisty. Reżyser systematycznie unikał podobnych eksperymentów w kolejnych filmach, chwytając się superprodukcji jasnych, prostych, kładących nacisk na rozmach i rozrywkę. Ciężko bowiem nazwać Króla Artura, Łzy słońca czy reaktywacje Washingtona na potrzeby Bez litości następcami przewrotnego majstersztyku, na którym Fuqua wyrobił nazwisko. Niemniej niedawna zmiana kierunku w stronę dokumentów (świetny i rzetelny Nazywam się: Muhammad Ali) daje szansę na powrót do dawnej formy. Czekamy.

Paul Haggis, Miasto gniewu (2004)

Jedno z największych oscarowych zaskoczeń pokonało Tajemnicę Brokeback Mountain, Capote oraz Monachium. Lista bardzo mocna. Tym większe zdziwienie, że to właśnie film Haggisa okazał się największym wygranym AD 2006. Później sam reżyser przyznał, że nie zasługiwał na Oscara, ale krygowanie się być może nie było do końca słuszne. Crash, choć kwestię rasizmu przedstawiał dość jednowymiarowo, był w tamtym czasie filmem, który wywołał zryw i utorował drogę dla innych twórców poruszających podobną tematykę. Kilka lat później do głosu doszedł przecież Steve McQueen czy Barry Jenkins ze znakomitym Moonlight. Można zatem Crash zaliczać do kina zaangażowanego społecznie, nawet jeśli nachalnie wymusza na nas refleksję społeczno-polityczną. Co dostalibyśmy na przykład, gdyby za tę samą historię zabrał się Alejandro González Iñárritu?

Na tle innych filmów Haggisa Crash to rzeczywiście arcydzieło, bowiem on sam nigdy podobnego sukcesu nie powtórzył, a swoje ambicje przerzucił na scenopisarstwo. Fakt, W dolinie Elah broni się przejmującą kreacją Tommy’ego Lee Jonesa, ale już w Miastach miłości tych atutów po prostu trudno się doszukać. Haggis ostatnim razem stanął za kamerą przy okazji Oddziału 5B, pokazywanego na American Film Festival. Akcja filmu dzieje się w San Francisco, gdzie śledzimy losy pierwszego oddziału przeznaczonego dla chorych na AIDS. Twórcy dokumentu z jednej strony opowiadają o solidarności pacjentów i medyków oraz dzielnym stawianiu czoła nieznanej chorobie. Z drugiej – raz jeszcze piętnują Amerykanów, wytykając im dyskryminację i zacofanie.

REKLAMA