Connect with us

Plebiscyt

Najlepsze HORRORY lat 80. Ranking czytelników

Odkryj MAGIĘ HORRORÓW lat 80., które przerażały i bawiły! Sprawdź, jakie tytuły zdobyły serca czytelników w naszym rankingu.

Published

on

Najlepsze HORRORY lat 80. Ranking czytelników

Kilkanaście dni temu zaprosiliśmy was do udziału w głosowaniu na najlepsze horrory z dekady bardzo udanej dla tego gatunku, bo z lat 80. Teraz zapraszamy do zapoznania się z wynikami. Mamy nadzieję, że spośród wymienionych poniżej tytułów znajdziecie coś dla siebie na dzisiejszy wieczór.

Koniecznie dajcie znać, co sądzicie o rezultatach i czy wasi faworyci zajęli najwyższe miejsca na podium!

Advertisement

30. Książę ciemności (1987)

Im dalej w nowe tysiąclecie, tym więcej powszechnych wyrazów uznania pada pod adresem Johna Carpentera. Reżyser przygasł jako twórca (przynajmniej filmowy, bo jako muzyk odnosi sukcesy), za to rośnie w siłę jako legenda. Świat nie zapomina o takich obrazach, jak HalloweenAtak na posterunek 13 czy Coś.

Pamiętamy także o Oni żyją czy Wielkiej drace w chińskiej dzielnicy – bardzo mozolnie tężejących w kultowości. Tak, w dorobku reżysera jest wiele świetnych pozycji, które pozycję wyrabiały dekadami. Dziś o filmie, który chyba jednak nigdy nie został doceniony. Rzadko się o nim mówi czy pisze; nie trafia do zestawień najlepszych horrorów, a telewizja nie zrobiła z niego pupilka. Książę ciemności pozostaje w cieniu. Dziwna sprawa. Mamy tu przecież wyborny straszak, nieosiągający może poziomu Lśnienia, ale tak klimatyczny i wypełniony grozą, że jako fan gatunku zalecić mogę tylko wielokrotny seans. Poza tym dzięki niemu wiemy, że kiedy Carpenter przeżywa fascynację fizyką teoretyczną, to na ekrany zawita rzyganie z ust do ust zielonym, diabelskim glutem, samopodrzynanie gardła i stylowe szaleństwo w cieniu nieziemskiej inwazji. [fragment tekstu Tomasza Bota]

Advertisement

29. Halloween II (1981)

Przyznam się, że kiedy obejrzałem Halloween II po raz pierwszy, uznałem ten sequel za lepszy od oryginału. Film Ricka Rosenthala jest szybszy, krwawszy, a jednocześnie zachowujący charakterystyczny styl pierwszego filmu. Duża w tym zasługa zdjęć Deana Cundeya oraz muzyki samego Carpentera, dzięki którym druga część jawi się jako organiczna kontynuacja – nie tylko rozgrywa się dosłownie chwilę po wydarzeniach z oryginału, ale również sprawia wrażenie filmu nakręconego przez tych samych ludzi. Krytycy kręcili nosami na nadmierną przemoc oraz sposób, w jaki prostota pierwowzoru zostaje zepsuta przez fabularne niespodzianki (a zwłaszcza jedną, pogłębiającą relację Michaela Myersa i Laurie Strode), ale ze wszystkich sequelów przeboju Carpentera ten jest najlepszy, równocześnie przynoszący zgrabne zakończenie dla tej historii, niepotrzebnie kontynuowanej później przez następne kilka filmów. [Krzysztof Walecki]

28. Piątek trzynastego II (1981)

Podobnie jak w przypadku Halloween II, drugi Piątek trzynastego jest brutalniejszy od poprzednika i bardziej agresywny. Nie ma się czemu dziwić, gdyż o ile w oryginale zabójcą okazała się być (spojler) niewinnie wyglądająca pani Voorhees, tym razem pałeczkę przejął dorosły już Jason, jeszcze bez kultowej maski hokejowej, która pojawi się w części trzeciej. Szczerze mówiąc zawsze wolałem sequel od pierwowzoru – reżyseria Steve’a Minera jest równie szorstka, jak w przypadku filmu Seana S. Cunninghama, ale na moją slasherową wrażliwość lepiej działają sceny śmierci i ataków Jasona z kontynuacji.

Advertisement

Z workiem na głowie przypomina on bardziej niezrozumiałego przez nikogo smutnego potwora, niż niezniszczalnego mordercę, którym się stanie w następnych częściach, choć nie można mu już teraz odmówić kreatywności w zabijaniu. [Krzysztof Walecki]

27. Zagadka nieśmiertelności (1983)

Produkcja ma kilka jasnych punktów. Po pierwsze stylowość, po drugie aurę, a po trzecie historię. Scenariusz w idealny wręcz sposób wpasowuje się w filmowe dekoracje, stają się ich częścią. Całość jednak byłaby tylko planem na kartce papieru, gdyby nie świetna Catherine Deneuve oraz jakże charyzmatyczny David Bowie. Dzięki tej dwójce Zagadka to opowieść elegancka i z klasą, która – mimo całego blichtru i bogactwa – potrafi w przejmujący sposób przedstawić dramat w kilku aktach. Mamy więc historię rozpisaną na kilka płaszczyzn, wspomnienia, retrospekcje i to, co stanowi o prawdziwym dramacie bohaterów – dramat żywej istoty uwięzionej w wampiryzmie. [Gracja Grzegorczyk]

Advertisement

26. Dzieci kukurydzy (1984)

Choć filmowa adaptacja opowiadania Stephena Kinga po premierze nie spotkała się ze zbyt dobrym przyjęciem, bez trudu zdobyła pozycję horroru kultowego, choć… na dobrą sprawę nie wiadomo dlaczego. Najprawdopodobniej Dzieci kukurydzy urzekły widzów połączeniem estetyki gore i tak ewidentnego w kinie grozy lat 80. niskobudżetowego kiczu. Dzieci kukurydzy czy Smętarz dla zwierzaków były smakowitym kąskami dla filmowców, bo opierały się na znakomitym materiale króla literackiej grozy, ale nie mogły pochwalić się ani dobrą obsadą, ani realizacyjnym rozmachem.

 Dzieci kukurydzy operują więc głównie znakomitym pomysłem wyjściowym, który opiera się na istnieniu dziecięcej społeczności skupionej wokół nadprzyrodzonego bytu, nakazującego brzdącom mordowanie dorosłych. Nie wiem jak wy, ale ja uznałem koncept zabójczych dzieci za wyjątkowo straszny, by podczas seansu wsiąknąć w klimat filmu i poczuć się nieswojo. [Dawid Myśliwiec]

Advertisement

25. Koszmar z ulicy Wiązów 2: Zemsta Freddy’ego (1985)

Po ogromnym sukcesie oryginalnego filmu Wesa Cravena szybciutko nakręcono kontynuację (bez jego udziału), która dziś jest znana przede wszystkim przez wzgląd na swoje homoseksualne podteksty. Freddy ponownie dręczy młodocianych bohaterów, za swój cel wybierając sobie tym razem Jessego, ale zamiast zabić chłopaka we śnie, woli go opętać. Film Jacka Sholdera należy do mniej poważanych odsłon cyklu, mimo że posiada dwie sceny, które uważam za jedne z najlepszych w Koszmarach – jazdę prawie pustym autobusem w prologu oraz przeniknięcie Freddy’ego do prawdziwego świata podczas imprezy nad basenem. Również sam Krueger nie jest tu jeszcze ulubieńcem publiczności (co nastąpi po części trzeciej), a prawdziwym upiorem, którego należy się bać. [Krzysztof Walecki]

24. Postrach nocy (1985)

Wszystkie te elementy składają się na jeden z najbardziej satysfakcjonujących horrorów lat 80., po którym krwiopijca znów stał się modny, by wymienić tylko Straconych chłopców, Blisko ciemności oraz późniejsze, powstałe już w latach 90. Drakulę Brama Stokera i Wywiad z wampirem. Lubię wracać do Postrachu nocy, gdyż nawet po 35 latach od premiery zaskakuje świeżością podejścia do tematu. Bierze postać wampira, umieszcza w niecodziennym środowisku, wyposaża go w cechy, dzięki którym krwiopijca jawi się jako ktoś nam współczesny, a następnie w typowy dla tamtej dekady sposób, czyli za pomocą licznych efektów praktycznych, na czele z doskonałą charakteryzacją demonicznego uśmiechu, zdobiącego również plakat filmu, nie pozwala na ani chwilę nudy.

Advertisement

Jest to przede wszystkim show Sarandona i McDowalla – ten pierwszy emanuje (a właściwie dominuje) erotyzmem i groźbą, podczas gdy drugi stanowi zaskakującą przeciwwagę, oferując komiczną nerwowość i celując w sentymentalny ton. Zabrakło tego w niezłym remake’u z 2011 roku, w którym postać Vincenta jest już showmanem z Las Vegas; przyznam, że nie byłby to mój pierwszy typ, gdzie szukać pomocy w walce z wampirem. Z drugiej strony już oryginał Hollanda każe nam zawiesić kilkakrotnie niewiarę, również w momencie, kiedy Charlie jest przekonany, że gospodarz telewizyjnego programu może faktycznie coś wiedzieć o ubiciu autentycznego krwiopijcy.

Lata 80. w amerykańskim kinie to była jednak inna mentalność. [fragment tekstu Krzysztofa Waleckiego]

Advertisement

23. Amerykański wilkołak w Londynie (1981)

Horror na wesoło to też horror – zwłaszcza, gdy autentycznie budzi grozę w tych poważnych sekwencjach. A to, mimo swej umowności, dzieło Johna Landisa potrafi bardzo dobrze, skutecznie odświeżając dawne pomysły gatunku i udanie bawiąc się jego schematami. Już sam prolog może poszczycić się rewelacyjnym klimatem, do którego z czasem dołączają fantastyczne sceny przemiany z rewolucyjnymi efektami specjalnymi, wciąż robiącymi ogromne wrażenie po tylu latach. Jak na horror przystało jest krwawo i nieprzyjemnie, a okazjonalny humor czarny jak noc, podczas której dzieje się większość akcji. Świetna brytyjska obsada i widowiskowy finał dopełniają reszty. Niekwestionowany klasyk. [Jacek Lubiński]

22. Powrót żywych trupów (1985)

Wielkość filmu O’Bannona polega na dezynwolturze, z jaką debiutujący reżyser podchodzi do tematu zombie, naówczas nobilitowanych po dwóch kamieniach milowych gatunku, jakimi były Noc żywych trupów i późniejszy o całą dekadę Świt żywych trupów, dopatrujące się prawdziwej grozy oraz niebezpieczeństwa w społecznych nierównościach i aberracjach. W międzyczasie mieliśmy również wysyp włoskich produkcji, na czele z filmami Lucia Fulciego (Zombie: pożeracze mięsa, Miasto żywych trupów, Hotel siedmiu bram), które jednak wpisywały się w całkiem inny horrorowy krajobraz, idąc w stronę surrealnej makabry.

Advertisement

Tymczasem O’Bannon – znany przede wszystkim jako scenarzysta Obcego: ósmego pasażera Nostromo, ale również pierwszego filmu Johna Carpentera, Ciemnej gwiazdywybiera ton niemal parodystyczny, wyolbrzymiając sytuację wyjściową i przerysowując bohaterów, a każdą ich potencjalnie przemyślaną decyzję obarczając koszmarnymi następstwami. [fragment tekstu Krzysztofa Waleckiego]

21. Wideodrom (1983)

Nie potrafię wyobrazić sobie wrażenia, jakie Wideodrom zrobił na publiczności w dniu premiery, skoro dotyczy aktualnych dziś kwestii, o których ówczesna widownia nie miała pojęcia. Seks i przemoc w różnych proporcjach łączą się ze szkodliwym, choć stymulującym mózg wpływem mediów. W 1983 roku był to szklany ekran, choć większość padających w filmie teorii – jak np. „telewizyjne imiona” dla każdego – wydają się bardziej przystające dla medium internetu (gdzie niemal wszędzie można nadać sobie nowe imię, czyli nick). Podobnie jak on, Wideodrom to niekontrolowany medialny byt, który rozwija się i coraz bardziej absorbuje ludzki umysł i ciało.

Advertisement

A my, na podobieństwo Maxa Renna, chłoniemy coraz więcej sygnałów i transmisji z twarzami przylgniętymi do ekranów. [fragment tekstu Jana Dąbrowskiego]

20. Dzień żywych trupów (1985)

Po dwóch kamieniach milowych gatunku, jakim były Noc żywych trupów z 1968 roku oraz nakręcony 10 lat później Świt żywych trupów, George A. Romero powrócił do swojego cyklu Dniem żywych trupów, filmem zdecydowanie słabszym od swych poprzedników, mniejszym, tańszym, ale nie mniej ambitnym. I choć na otwarcie dostajemy jeden z najlepszych jump scare’ów, jakie miałem przyjemność zobaczyć, w dalszej części reżyser znów kreśli politycznie niestabilną sytuację, skupiając się tym razem na konflikcie między naukowcami a żołnierzami, traktując zombie raczej jako zagrożenie zewnętrzne, a przez to drugorzędne.

Advertisement

Apokaliptyczna atmosfera jest tu tak gęsta, że można ją kroić nożem, a zombie zaczynają ewoluować do tego stopnia, że w pewnym momencie Romero dopinguje je bardziej niż ludzi, co znajdzie swe pełne odzwierciedlenie w powstałej dwie dekady później Ziemi żywych trupów. [Krzysztof Walecki]

19. Hellraiser: Wysłannik piekieł II (1988)

Sama wizja piekła wystarczyłaby jako powód powstania tej kontynuacji. Kiedy akcja filmu przenosi się do tego surrealistycznego koszmaru, Wysłannik piekieł II staje się czymś całkiem odmiennym od swojego kultowego poprzednika. Do tego momentu podążał podobną ścieżką psychoseksualnej makabreski, zamieniając jedynie rodzinny dom na szpital psychiatryczny, ale po wejściu do infernalnego wymiaru reżyser Tony Randel naprawdę może popisać się wizualną wyobraźnią, serwując widzom serię groteskowych sekwencji w przerażających dekoracjach. Również wyjaśnienie, kim są cenobici, na czele z ulubieńcem publiczności Pinheadem, świetnie oddaje dwuznaczność ich statusu „odkrywców”. Szkoda, że począwszy od części trzeciej stają się oni standardowymi horrorowymi złoczyńcami. [Krzysztof Walecki]

Advertisement

18. Reanimator (1985)

Reanimator Stuarta Gordona to tak naprawdę przyjemność sama w sobie, jeśli chodzi o horrorowe klimaty. Idealnie wręcz wpisuje się w styl oraz rytm tego typu produkcji, pokazując, że można stworzyć coś niecodziennego, co świetnie sprawdzi się świetnie na dużym ekranie. A do tego, nie można zapominać, iż całość bazuje na opowiadaniu legendy, jaką bez wątpienia jest H.P. Lovercraft. Jak na dłoni widać próbę pogodzenia pragnienia reżysera, by stworzyć naprawdę dobry film, ze świadomością, że produkcje o szalonych naukowcach i martwych częściach ciała przeważnie trafiały do kategorii „tak złe, że aż dobre”. Można sobie z niego kpić, ale mimo to, dla mnie to zawsze będzie żywe i krwiste spojrzenie na coś, co potocznie nazywamy „teatrem nieumarłych”. [Gracja Grzegorczyk]

17. Smętarz dla zwierzaków (1989)

Smętarz dla zwierzaków to nie tylko pierwszy film na podstawie prozy Stephena Kinga, który było dane mi zobaczyć. To także jeden z pierwszych filmów, do którym sam mistrz postanowił napisać scenariusz. Wydaje się, że nikt lepiej nie przedstawi książkowej historii na taśmie filmowej niż sam jej autor. O ile w przypadku Kinga ta zasada zazwyczaj się nie sprawdza, jednak w tym przypadku otrzymujemy trzymający w napięciu „slasher”, gdzie główni bohaterowie muszą mierzyć się z konsekwencjami swoich wyborów. Ale małoletni morderca z piekła rodem, to tylko wisienka na torcie.

Advertisement

Produkcja bowiem od samego początku wypełniona jest po brzegi obrazami, które nie pozwolą wam spokojnie zasnąć w nocy. Twórcy postarali się, byśmy dostali mrożący krew w żyłach materiał filmowy, oparty o jakże niepokojący materiał źródłowy. [Gracja Grzegorczyk]

16. Mgła (1980)

Jeśli klimat w kinie grozy porównać do utworu muzycznego, Johna Carpentera należy uznać za najdoskonalszego kompozytora. I nie chodzi tu tylko o to, że znakomity reżyser skomponował także do swoich filmów przepyszne ścieżki dźwiękowe, ale trudno o twórcę w kinie grozy, który umiałby operować atmosferą z równym powodzeniem. Akurat Carpenterowską Mgłę miałem okazję obejrzeć zaledwie kilka tygodni temu i byłem pod wielkim wrażeniem – po bardzo nieudanym remake’u nie oczekiwałem dzieła o tak znakomicie budowanym klimacie. Raz jeszcze potwierdza się stara prawda, że to nie budżet i efekty specjalne stanowią o sile horrorów, lecz pomysł i atmosfera, którą da się zbudować bez wielkich nakładów finansowych. Mgła to znakomity „horror naprzyrodzony”, który w ciekawy sposób eksploruje wątek zadośćuczynienia morderczemu bytowi. [Dawid Myśliwiec]

Advertisement

15. Oni żyją (1988)

Szperanie w filmografii Johna Carpentera to jedno z najciekawszych filmowych doświadczeń. Na pozór to jeden z wielu twórców rozrywkowego kina, którego świetność przypada na lata osiemdziesiąte. Okazuje się jednak, że Carpenter jest kimś dużo więcej, niż hollywoodzkim wyrobnikiem. To artysta, który niejednokrotnie wyprzedzał swoje czasy. Autorskie i nieszablonowe podejście do podejmowanych gatunków oraz perfekcyjne opanowanie reżyserskiego rzemiosła sprawiają, że każdy jego film, nawet, jeśli nieco słabszy, jest wart uwagi. Nie inaczej jest w przypadku Oni żyją.

Po raz kolejny Carpenter kroczy na granicy gatunków – mamy tutaj trochę rasowego horroru utrzymanego w retro stylistyce, sporo paranoicznego thrillera, a także solidną porcję kina akcji. To film jedyny w swoim rodzaju – celowo kiczowaty w formie (wizerunki kosmitów są żywcem wyjęte z lat 50.), operujący prostą formą kina sensacyjnego, skrywający aktualny i bardzo sensowny przekaz. Carpenter łączy te wszystkie stylistyki w sposób lekki i niebywale zręczny. Oni żyją to Matrix swoich czasów, filmowa perełka, esencja lat osiemdziesiątych i horror, który zamiast straszyć tanimi chwytami, powoli wbija się pod skórę, by pozostać tam na długo… [Szymon Skowroński]

Advertisement

14. Straceni chłopcy (1987)

Tytuł Straceni chłopcy nawiązuje do przekształconej w powieść sztuki J.M. Barriego o Piotrusiu Panie i otaczającej go grupie rówieśników, którzy zatrzymali się w czasie. Przeżywają niesamowite przygody w Nibylandii i zdobywają niezwykłe, wręcz magiczne umiejętności, jednak za cenę rezygnacji ze wszystkiego, co składało się na ich wcześniejsze życie, w pierwszym rzędzie – obecności matki. Poszukiwanie opiekunki to jeden z motywów przewijających się przez cykl Barriego, tę rolę pełni na przykład Wendy i to za jej sprawą i pod jej przewodnictwem chłopcy decydują się porzucić wieczne dzieciństwo i dorosnąć.

Wampiry w gangu Davida również pozostają wiecznie młode, jednak zapłatą za to jest odseparowanie od innych ludzi i światła dnia, a także konieczność polowania na żywicieli. Szybko możemy się zorientować, że atrakcyjność takiego życia jest tylko pozorna. Chociaż wampiry są niezależne, samoistne, żyją jak chcą, pogrążają się w hedonizmie i żadne reguły dla nich nie istnieją, to zawsze pozostaną samotne i skazane wyłącznie na siebie. I Michael, i Star w zasadzie od początku dostrzegają, że nie chcą takiego życia, ponieważ ostracyzm i okrucieństwo to zbyt wysoka cena za wieczną zabawę. Zatrzymanie w miejscu, zasklepienie w młodości w tej akurat interpretacji mitu wampira hamuje rozwój, ponieważ nie dopuszcza ani żadnych uczuć wyższych, ani też koniecznych dla osiągnięcia dojrzałości porażek i rozczarowań. Całkowity brak trosk i kierowanie się wyłącznie instynktem nikogo nie zaprowadzi daleko. […]

Advertisement

Film Joela Schumachera mocno tkwi w stylistyce horroru przygodowego lat osiemdziesiątych – jedną z jego głównych cech jest coś, co na własny użytek nazywam brakiem równowagi gatunkowej. Elementy komiczne i dramatyczne występują obok siebie, ba, są tak mocno splecione, że trudno oddzielić jedne od drugich, chociaż pozornie zupełnie do siebie nie pasują, są z innej bajki. Dość przywołać scenę, w której łowcy wampirów wraz z Samem zapuszczają się do jaskini, by dopaść krwiopijców w ich legowisku. Ta stylistyka jest bliska sercu każdego, kto dorastał wraz z kinem tamtego okresu, dzisiaj jednak komuś z boku zapewne jawiłaby się jako coś kiczowatego, wysilonego i nienaturalnego. [fragment tekstu Karoliny Chymkowskiej]

13. Christine (1983)

Film Johna Carpentera trafił na ekrany siedem miesięcy po premierze literackiego pierwowzoru. Tak szybki odzew filmowców był możliwy dzięki znajomości producenta Richarda Kobritza z pisarzem Stephenem Kingiem, którzy poznali się na planie miniserialu Miasteczko Salem (1979) i już wtedy producent mógł przeczytać rękopis Christine. Dlatego wcześniej zarezerwował dla siebie prawa do książki. Na reżysera wyznaczono Johna Carpentera, choć jego wcześniejszy horror, Coś (1982), zarobił poniżej oczekiwań i dopiero z czasem został doceniony. Christine przyniosła większy zysk w kinowych kasach i umocniła renomę reżysera jako mistrza gatunku.

Advertisement

Jest to bardzo udana adaptacja obszernej (640 stron) powieści, ale też trzymający do ostatniej minuty horror o samochodzie z duszą. Bardzo przewrotnie została ukazana obsesja Amerykanów na punkcie starych samochodów (tytułowa Christine to Plymouth Fury z 1958), ale też przy okazji sentyment do kultury i stylu lat 50. (np. rockandrollowych klimatów). [Mariusz Czernic]

12. Critters (1986)

Szał na filmy z kosmicznymi potworkami rozkwitł imponująco, ale minął dosyć szybko – częściowo zapewne dlatego, że na dłuższą metę trudno traktować ten trend na poważnie, a komediowe akcenty nieuchronnie zmierzają w stronę kiczu. Critters doczekało się kilku sequeli (trzech, gwoli ścisłości), każdy kolejny był tylko gorszy od poprzednika. Jednak ten pierwszy, najlepszy, ten manifest wzbudzającego zazdrość Crittersowego hedonizmu nawet po latach zdecydowanie pozostaje grzeszną rozkoszą, zwłaszcza dla tych, którzy pierwsze kroki filmowego uświadamiania stawiali w zamierzchłych czasach pierwszych VHS-ów.

Advertisement

Ogląda się to z czułością, ze wzruszeniem, z rozbawieniem, no niemal chciałoby się takiego Crittersa utulić, pogłaskać, nakarmić… [fragment tekstu Karoliny Chymkowskiej]

11. Gremliny rozrabiają (1984)

Klasyka kina świątecznego, ale ciesząca się u nas zdecydowanie mniejszą popularnością niż komediowy Kevin sam w domu czy sensacyjna Szklana pułapka. Czy dlatego, że Gremliny rozrabiają Joego Dantego są gorszym filmem lub takim, który się zestarzał? Niekoniecznie. To raczej to, co reżyserowi udało się osiągnąć tym familijnym horrorem, decyduje o jego dzisiejszym statusie – kto bowiem chce się bać podczas świąt na filmie rzekomo skierowanym dla całej rodziny, a zwłaszcza najmłodszych widzów? Ci najpewniej będą przerażeni widokiem przebrzydłych i szalonych stworów, które – początkowo włochate i milusio wyglądające – w rzeczywistości mają czarne dusze oraz anarchistyczne usposobienie.

Advertisement

Gremliny nie tylko rozrabiają, ale też niszczą, ranią i zabijają. Robią to z uśmiechem na ustach, śmiejąc się w sposób dziki i niepohamowany; my również śmiejemy się z tego, co oglądamy na ekranie, co nie zmienia faktu, że tytułowe bestie, jak straszyły nas, gdy byliśmy dziećmi, tak straszą i dziś. [fragment tekstu Krzysztofa Waleckiego]

10. Piątek trzynastego (1980)

Początek jednej z najsłynniejszych horrorowych serii jest filmem bardzo zaskakującym. Typowe dla serii elementy, jak hokejowa maska czy maczeta, nie grają tu pierwszych skrzypiec. Ba, nie można mieć też pewności, czy faktycznie za morderstwami stoi słynny Jason. Legenda ma się dopiero narodzić, a my mamy okazję oglądać jej zalążki. Twórcy, chcąc podbić napięcie, niczym w Szczękach ukazali momenty ataków okiem napastnika. Niewiele z zastosowanych technik wykorzystano później w kontynuacjach, dlatego pierwszy Piątek trzynastego warto też obejrzeć chociażby w ramach ciekawostki. I dla młodziutkiego Kevina Bacona, w roli beztroskiego obozowicza. [Jakub Piwoński]

Advertisement

9. Martwe zło (1981)

Szalony nadprzyrodzony horror Sama Raimiego z jego „sprzedspidermanowych” czasów to czyste horrorowe złoto. Mamy tu ikonograficzny klasyk tego gatunku: chatkę w lesie, w której rozgrywa się niesamowita walka z tytułowym złem. Martwe zło słusznie wymienia się wśród najbardziej ikonicznych horrorów i to nie tylko tych z lat 80. Raimi zmieszał tu gore z okultyzmem, wyrazistą przemoc z dynamiczną akcją i świetnie zarysowanym głównym bohaterem, który doczekał się nie tylko dwóch sequeli filmowych, ale i własnego, nakręconego po latach serialu! Martwe zło to kwintesencja filmowej rozrywki spod znaku kina grozy: trochę straszno, trochę śmieszno, ale przede wszystkim z przytupem! [Dawid Myśliwiec]

8. Laleczka Chucky (1988)

Nie można odebrać morderczej laleczce kultowego statusu, gdyż jest ona rozpoznawalna na równi z Freddym Kruegerem czy Jasonem Voorheesem z serii Piątek trzynastego. Co by nie mówić, Chucky jest charyzmatyczny i posiada niesamowitą osobowość, manifestującą się poprzez poszczególne zbrodnie. Przejawia w ich popełnianiu swoisty kunszt, którego nie powstydziłby się żaden morderca, a jednocześnie brak jakiegokolwiek wyrafinowania. Czyni go to mordercą antypatycznym i złym do szpiku kości. [Gracja Grzegorczyk, fragment tekstu rocznicowego]

Advertisement

7. Duch (1982)

Spokojny dom państwa Freelingów stał się nagle areną działania poltergeistów, złośliwych duchów. Zrazu tajemnicze i zabawne sytuacje przybrały dramatyczny obrót, kiedy 5-letnia Carol Anne, najmłodsza córka Freelingów, została uprowadzona „na druga stronę”, a jej rozpaczliwe wołanie o pomoc stało się słyszalne tylko w telewizorze, wyświetlającym brak sygnału. Zrozpaczeni rodzice wezwali na pomoc specjalistów od zjawisk paranormalnych. Lecz do skutecznego okiełznania złych mocy zdolna była dopiero Tangina, kobieta-medium. Jej wiedza i determinacja rodziców Carol Anne doprowadziły do starcia z siłami ciemności, kryjącymi się w dziecięcym pokoju. Lecz czekała ich jeszcze niespodzianka w postaci cmentarzyska, na którym postawiony był ich dom…

Poltergeist to już klasyka horroru (oficjalny polski tytuł Duch brzmi jakoś tak niepozornie, poza tym kojarzy się z filmem „Ghost”, nieważne, że przetłumaczonym jako Uwierz w ducha…). Horroru dość nietypowego. Spielbergowska sielskość przedmieść, widok ładnych domków, układna rodzina, pocieszne sytuacje codzienne, ciepło i humor, to wszystko skutecznie usypia czujność widza. Usypia na tyle mocno, że kiedy złe moce uruchamiają drzewo za oknem, usiłując porwać i pożreć małego Robbiego, nie do końca dajemy wiarę temu, co dzieje się na ekranie.

Advertisement

Dopiero gdy mała Carol Anne zostaje wciągnięta do szafy w swym pokoiku, a jej głos zaczyna dobiegać z telewizora, poczucie zagrożenia jest po obu stronach ekranu takie samo. (fragment archiwalnego tekstu)

6. Martwe zło II (1987)

Produkcja, która nosi miano pełnoprawnego „sequela” do części pierwszej, to twór komediowy przesiąknięty do cna czarnym humorem i krwistymi fragmentami, które na stałe kojarzą się już tylko z tym filmem. Choć z pozoru jawi się jako rutynowy horror, jednak im dalej w las, tym większa szansa na to, że przypadkowy widz już dawno go sobie odpuści, zaś wytrawni horrorowi gracze będą prosić o więcej. Nikomu nie trzeba mówić, że to dość wyrafinowana satyra, która jednak dla wielu osób będzie w złym guście. Ale na szczęście to mocna strona produkcji, która nie bawi się w półśrodki.

Advertisement

To historia opowiedziana przy pomocy niesamowitych efektów praktycznych. Mamy więc tańczące szkielety, wirujące głowy, opętane ręce, które nawet po odcięciu żyją własnym życiem itd. Krew tryska, wnętrzności walają się po podłodze, szlam jest wypluwany przez bohaterów. Jeśli ta wyliczanka nie zrobiła na was większego wrażenia, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że będziecie się świetnie bawić podczas seansu. [Gracja Grzegorczyk]

5. Hellraiser: Wysłannik piekieł (1987)

Clive Barker osiągnął sukces zarówno jako pisarz grozy, jak i reżyser. Jego filmowy opus magnum to Hellraiser, eklektyczny i awangardowy przedstawiciel nurtu gore, czyli ekranowej obrzydliwości. Czego tu nie ma! Tajemnicza piekielna kostka, stylizowana na mityczną puszkę Pandory – źródło wszelkiego zła; rasa sadomasochistycznych cenobitów, których główny przedstawiciel, Pinhead, ze swoim wizerunkiem głowy nabitej gwoździami zapisał się w annałach popkultury, nawiedzony dom gdzieś w Anglii i niezdrowe relacje rodzinne. A jednak, Barkerowi udało się połączyć wszystkie te elementy w zgrabną i spójną całość, a jego fantazja wydaje się nie mieć granic – seans tego horroru to istna eskalacja makabrycznej pomysłowości.

Advertisement

Dodatkowo, Wysłannik piekieł ma jedną z najgenialniejszych ścieżek muzycznych w historii nie tylko gatunku, ale kina w ogóle! Partytury Christophera Younga zostają w pamięci długo po zakończeniu filmu – razem ze scenami krwawej rekonstrukcji ludzkiego ciała. Mocna, doskonała rzecz i początek jednej z najbardziej charakterystycznych horrorowych serii. [Szymon Skowroński]

4. Mucha (1986)

Mucha Davida Cronenberga zapisała się w historii kina jako kameralny horror ze znakomitymi efektami specjalnymi i charakteryzacją. Wszystko to stanowi tylko część filmu, bo tak naprawdę jest piękną i poruszającą historią miłosną z tragicznym finałem. Gdyby przerażającą transformację zamienić w scenariuszu na przykład na nowotwór, Mucha byłaby po prostu dramatem o związku dwojga ludzi, z czego jedno z nich zapada na śmiertelną chorobę i powoli umiera na oczach ukochanej osoby.

Advertisement

Sam reżyser wspomina w wywiadach, że ponieważ to był horror, nikt nie zauważył, jak depresyjna była fabuła. Nikt nie zauważył, jak bardzo przypomina spektakl teatralny lub operę (która swoją drogą powstała w 2008 roku). Tworząc niejako pod przykrywką określonego gatunku, Cronenberg mógł pozwolić sobie na więcej – stąd makabryczne efekty – i opowiadać historię według własnej koncepcji. Efekt końcowy to połączenie romansu i horroru cielesnego, gdzie najważniejsze nie są wypadające zęby i paznokcie, tylko miłość dwojga ludzi, których rozdzieliła śmiertelna choroba. [Jan Dąbrowski]

3. Lśnienie (1980)

Siła oddziaływania Lśnienia polega na ambiwalencji. Już od pierwszych chwil podczas rozmowy kwalifikacyjnej Jacka Torrance’a na stanowisko stróża w hotelu Overlook poza sezonem przeczuwamy, że coś jest z nim nie tak. Jego sposób bycia ma w sobie manierę tłumionego gniewu, uśmiecha się, ale drapieżnie. Gdyby skupić się wyłącznie na wyrazie jego oczu dostrzeglibyśmy to, co usiłuje maskować wystudiowaną mimiką przeciętnego człowieka – zagrożenie. Interpretacja takich sygnałów ostrzegawczych pozostaje w sferze intuicji, stanowiącej przede wszystkim jeden z pierwotnych mechanizmów przetrwania – jesteśmy zaprogramowani na wzmożoną czujność za każdym razem, kiedy coś w naszym otoczeniu nie jest jednoznacznie bezpiecznie (np.

Advertisement

ciemny zaułek). W ten sposób ambiwalencja Lśnienia trzyma nas w ciągłym napięciu pokazując np. uśmiechniętego mężczyznę z groźnymi oczami lub rodzinę przemierzającą samochodem przepastny krajobraz górski, który byłby po prostu pięknym widokiem, gdyby nie dysonans ze złowieszczą muzyką. Kubrick nie daje nam odetchnąć od takich zabiegów. Dialog rodziny w samochodzie jest pozornie prozaiczny, jednak z tonu głosu Jacka sączy się jad – zarówno w stosunku do żony, jak i syna. Danny ma wymyślonego przyjaciela, którego udawany głos jest nieprzyjemnie skrzekliwy. Ostrzegawczy zamiast pocieszający.

Niejednokrotnie widzimy w kadrze zarówno Jacka, jak i jego oddalone odbicie w lustrze sygnalizujące drugie Ja bohatera. Wreszcie ambiwalencja alkoholizmu. Argumenty za tym, że jest to główny temat filmu można mnożyć. Jack przejawia zachowania typowe dla tego nałogu, a jego relacja z Wendy i Dannym jest typowa dla rodziny z problemem alkoholowym. Mężczyzna jest drażliwy, ma nierzadko gwałtowne zachwiania nastroju i nieustannie przerzuca różne winy na członków rodziny. Wendy jest zahukana i uległa (do czasu), Danny pozostawiony z ojcem sam na sam czuje się nieswojo szczególnie, kiedy Jack jest “zmęczony” rano.

Advertisement

Wtedy czuje strach, który jest naturalną reakcją dziecka właśnie na dwuznaczność takiej sytuacji, której nie rozumie. Jednak na pewno kojarzy symptomy z tym jednym jedynym razem, kiedy ojca poniosło i niechcący złamał mu rękę. Wendy nie chce też, żeby syn widział roztrzęsionego Jacka majaczącego o koszmarze. Zwykłe przebudzenie ze złego snu nie wydaje się aż tak kontrowersyjne dla dziecięcych oczu. W końcu Wendy podejrzewa męża, że znowu brutalnie potraktował Danny’ego – żona i syn żyją w ciągłym strachu przed powrotem Ja wygnanego w kąty oczu Jacka. Nie oglądamy bynajmniej rodzinnej sielanki, która zostanie zburzona. Punktem wyjścia jest raczej przerwa w rodzinnym piekle.

Znamienne, że alkoholizm według Stanleya Kubricka okazał się arcydziełem horroru, a nie np. dramatem jedynie czerpiącym z tego gatunku. Przyczyna zdaje się kryć właśnie w mistrzowskim operowaniu ambiwalencją. Obserwujemy objawy i skutki, jednak z wykluczeniem (do pewnego stopnia) przyczyny – oprócz wyimaginowanych/ nadprzyrodzonych wizyt Jacka w barze nigdy nie widzimy, żeby pił. Ba, nigdzie nie widzimy alkoholu. Zostaje nam narzucona perspektywa dziecka alkoholika czującego, że dzieje się coś złego, ale nie rozumiejącego co i dlaczego. Natomiast w scenach z barmanem dostajemy mały przedsmak tego, kim jest pijany Jack Torrance: zgorzkniałym arogantem i despotą, który wodą ognistą podlewa swoją fantazję o byciu kimś innym niż sfrustrowanym obowiązkami i ograniczeniami zwykłym, rodzinnym człowiekiem, o byciu ważniakiem, cokolwiek to znaczy.

Advertisement

Przy tym wszystkim napastliwa muzyka zdaje się celowo penetrować mózg widza obezwładniając współudziałem w tym koszmarze rodziny i odbierając nadzieję na ulgę. Kulminacja następuję nieuchronnie – izolacja i samotność to okoliczności idealne dla eskalacji mechanizmów uzależnienia. Jack popada w delirium, wpada w amok i potwór gnieżdżący się w jego spojrzeniu podnosi łeb. Należy odnotować genialne aktorstwo Jacka Nicholsona, które trafia prosto w nasz “gadzi mózg” i nie sposób się go nie bać. Lśnienie to bez wątpienia horror unikalny, który odbywa się w głównej mierze na styku dwóch umysłów – spragnionego alkoholika i jego przestraszonego dziecka. [Weronika Lipińska]

2. Koszmar z ulicy Wiązów (1984)

Powiedzieć, że Freddy Krueger to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci współczesnego horroru to jak nic nie powiedzieć. Wraz z Jasonem Voorheesem, Michaelem Myersem i Chuckym stanowią kwartet narodzonych w latach 70. i 80. symboli kina grozy, które do dziś straszą kolejne pokolenia widzów. Bodaj najbardziej komiksowy spośród tych postaci Krueger w 1984 roku sparaliżował strachem widzów na całym świecie, zarabiając przy okazji 57 baniek przy niespełna dwumilionowym budżecie. Koszmar z ulicy Wiązów to jeden z wielu dowodów na horrorowy geniusz Wesa Cravena, bowiem robi wrażenie zarówno realizacyjnie, jak i konceptualnie.

Advertisement

No bo kto wymyśliłby cós bardziej prozaicznego i skutecznego niż straszenie widza… koszmarami? Do dziś pamiętam, jak męczyłem się wraz z bohaterami, którzy walczyli sami ze sobą, byleby tylko nie zasnąć i nie spotkać się ponownie z Freddym. Scena z ręką Kruegera wyłaniającą się spod powierzchni wody w wannie to absolutna klasyka, a udany debiut Johnny’ego Deppa to tzw. wisienka na torcie. [Dawid Myśliwiec]

1. Coś (1982)

Paranoid thriller, body horror, survival movie a może autorskie arcydzieło kina grozy? Dlaczego nie wszystko w jednym? Film Johna Carpentera zajmuje na niniejszej liście pierwsze miejsce i jest to rzecz oczywista. Już na początku dekady reżyser Halloween i Ataku na posterunek 13 ustanowił poprzeczkę niesamowicie wysoko i zdefiniował gatunek na najbliższe lata. Co sprawia, że Coś jest tak wyjątkowym – i wyjątkowo dobrym filmem? Zacznijmy od scenografii – baza meteorologiczna na biegunie stanowi idealne pole walki między garstką odciętych od świata ludzi a morderczym kosmitą.

Advertisement

Temperatury sięgają tu wielu stopni poniżej zera, ale metaforycznie, jest to piekło na ziemi. Znikąd pomocy, donikąd ucieczki – bohaterowie w nierównej walce zdani są sami na siebie. Z doborowego towarzystwa naukowców i techników, na pierwszy plan wysuwa się McReady, który dzięki opanowanej i wyluzowanej kreacji Kurta Russela jest bodaj najbardziej coolowym bohaterem w historii horroru. Russel jest dla tego gatunku tym, kim Steve McQeen był dla kina akcji. Pozaziemska istota – tytułowe Coś – zaprojektowana i wykonana przez Roba Bottina to przebłysk geniuszu i nieskrępowanej kreatywności.

Bottin w wieku zaledwie dwudziestu trzech lat był już weteranem branży, wcześniej pracując przy Gwiezdnych wojnach, Skowycie i remake’u King Konga. Mutujący, zmieniający kształty kosmita, wchłaniający w siebie materiał genetyczny istot, z którymi miał kontakt do dziś budzi wrażenie i obrzydzenie. Powszechnie uważa się go za jedno ze szczytowych osiągnięć animatronicznych efektów specjalnych. W końcu, Coś to genialny klimat zbudowany dzięki zdjęciom Deana Cundeya i muzyce Ennio Morriconego. Pod pewną, reżyserką ręką Carpentera powstał film z wszech miar znakomity i po dziś dzień pozostający w ścisłej czołówce gatunku. [Szymon Skowroński]

Advertisement

Zawsze w trybie "oglądam", "zaraz będę oglądał" lub "właśnie obejrzałem". Gdy już położę córkę spać, zasiadam przed ekranem i znikam - czasem zatracam się w jakimś amerykańskim czarnym kryminale, a czasem po prostu pochłaniam najnowszy film Netfliksa. Od 12 lat z różną intensywnością prowadzę bloga MyśliwiecOgląda.pl.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *