Publicystyka filmowa
OPOWIEŚCI Z NARNII. Religia i C.S. Lewis
OPOWIEŚCI Z NARNII to nie tylko fantastyka, ale także niezwykła podróż C.S. Lewisa w głąb chrześcijaństwa i sensu ofiary.
Tekst z archiwum film.org.pl (11.01.2006).
Jeśli niewinny złoży dobrowolną ofiarę z życia, by odkupić zdradę, Kamienny Stół pęknie i sama śmierć cofnie swe wyroki…
C.S. Lewis zasłynął jako autor znanej chyba każdemu dziecku serii książek Opowieści z Narnii. C. S. Lewis znany jest jednak nie tylko z kreowania świata fantasy, ale także, czy może przede wszystkim, jako propagator nauki chrześcijańskiej. Pod wpływem swego przyjaciela J.R.R. Tolkiena z postawy ateistycznej (którą niejednokrotnie demonstrował, starając się przekonać przyjaciela do swych racji, jednak na początku lat 30. to Tolkien przekonał Lewisa) przeszedł na drogę głębokiej wiary, po drugiej wojnie światowej stając się jednym ze znaczących autorytetów, zwłaszcza wśród członków Kościoła anglikańskiego.
Skoro u C.S.Lewisa tak ogromne znaczenie odegrało nawrócenie, naznaczając swym piętnem każde z jego dzieł, warto uchwycić ten moment przełomowy, w którym nawrócenie (chociaż nie na katolicyzm, jak pragnął tego i o co się usilnie starał Tolkien) się rozpoczęło. Jak bowiem człowiek, nie pojmujący przez wiele lat sensu śmierci Jezusa, mógł w tak wspaniały sposób odtworzyć sens owej ofiary, zamykając ją w czynie, na jaki decyduje się prawowity władca narnijskiej krainy – Lew Aslan? Lewis był chyba nazbyt logicznym człowiekiem, aby dać wiarę czemuś, co logice zaprzecza, a jednak uwierzył w to, co zaliczał do kręgu kolejnych mitów, a
„…mity to kłamstwa, choćby i zaprawione słodyczą”, powiedział Lewis. „Wcale nie”, odparł Tolkien. I wskazując na szarpane wiatrem gałęzie drzew Magdalen Grove, zmienił kierunek argumentacji. Nazywasz drzewo drzewem, powiedział, i więcej się nad tym wyrazem nie zastanawiasz. Nie było ono jednak „drzewem”, dopóki ktoś nie nadał mu tej nazwy. Nazywasz gwiazdę gwiazdą i mówisz, że to tylko kula materii poruszająca się ściśle wytyczoną trasą. Jest to jednak zaledwie twój sposób widzenia gwiazdy. Nazywając rzeczy i opisując je, wynajdujesz tylko własne terminy na ich określenie.
A podobnie jak mowa określa przedmiot i pomysły, tak mit określa prawdę. Przechodzimy do Boga (ciągnął Tolkien) i stworzone przez nas mity, choć zawierają błędy, w sposób nieunikniony będą odbijały drobny, rozszczepiony fragment prawdziwego świata, wiecznej prawdy, która jest u Boga. Tylko tworząc mity, tylko stając się „stwórcą wtórnym” [podkreatorem] i wymyślając opowieści, człowiek może osiągnąć stan doskonałości, który znał przed Upadkiem. Być może nasze mity błądzą, lecz mimo wszystko zdążają ku prawdziwemu portowi, podczas gdy materialistyczny „postęp” prowadzi jedynie do ziejącej otchłani i Żelaznej korony potęgi zła.
Wyjaśniając tę wiarę w wewnętrzną prawdę mitologii, Tolkien wydobył na jaw jądro swej filozofii jako pisarza, przekonanie leżące w centrum „Silmarilliona”. (…) Lewis zapytał, czy w takim razie, powieść o Chrystusie jest prawdziwym mitem, który działa na nas tak samo jak inne, tyle że ten mit zdarzył się naprawdę? W takim razie, powiedział Lewis zaczynam rozumieć. (…) W dwanaście dni później Lewis napisał do swego przyjaciela Arthura Greevesa: „Właśnie przeszedłem od wiary w Boga do zdecydowanej wiary w Chrystusa – w chrześcijaństwo. (…) Miała z tym wiele wspólnego moja długa nocna rozmowa z Dysonem i Tolkienem. ” 1
Zatem… gdyby nie wiara i religia, gdyby nie przyjaźń Tolkiena i Lewisa, możliwe, iż nie powstałyby dwa dzieła tak mocno zakorzenione w kulturze chrześcijańskiej, czerpiące z „prawdziwego mitu” i odwołujące się do niego – zatem Opowieści z Narnii oraz Władca Pierścieni. Lewis z entuzjazmem ogromnym podszedł do Śródziemia, podsycając w przyjacielu sens powołania do życia jednej z najbardziej fantastycznych, a zarazem prawdziwych krain, jakie wykreowała kiedykolwiek literatura.
To Lewis zachęcał Tolkiena, aby wziął się do pracy nad Władcą…, kiedy temu zupełnie brakowało na to sił i energii. Co prawda wiele poddawał krytyce, na którą to krytykę i sugestie Tolkien zupełnie nie zwracał uwagi. Tolkienowi natomiast nie podobał się świat narnijski.
„To smutne”, napisał w roku 1964, że Narnia i cała ta część dzieł C.S. L pozostaje poza zasięgiem mojego zrozumienia, podobnie jak on nie rozumiał większości moich prac”. Niewątpliwie miał wrażenie, że Lewis w jakiś sposób wykorzystał w swoich książkach jego pomysły i tak jak nie podobała mu się metamorfoza Lewisa z człowieka nawróconego w popularnego teologa, być może zirytowało go to, że przyjaciel i krytyk, który słuchał opowieści o Śródziemiu, wstał z fotela, usiadł przy biurku, ujął pióro i sam spróbował pisać.” 2
Bez względu na to, co Tolkien myślał o Opowieściach z Narnii, bez względu na rywalizację między przyjaciółmi na polu literackim, ważniejsze jest, iż Lewis, przechodząc od negacji istnienia Boga w głębokie przekonanie o jego istnieniu, zaczął pisać o tym przekonaniu, o religii, zajmując się teologią i tworząc eseje filozoficzne, jednak nie tylko w owych publikacjach zamieszczał swój światopogląd, mówiąc o nim także poprzez twórczość beletrystyczną. Swymi powieściami chciał przybliżyć chrześcijaństwo wszystkim, zapoznać z nim niewierzących. O ile jednak jego przyjaciel posługiwał się odwołaniami bądź to bardziej subtelnymi, bądź nie przeznaczonymi dla każdego (o czym świadczyć może określanie Silmarilliona lekturą trudną i nudną, z którą to niesłuszną opinią spotkałam się wielokrotnie), to Clive Staples Lewis mówił prosto i zrozumiale, omijając sporne kwestie, odwołując się do przykładów znanych i czytelnych. Może tym bardziej czytelnych, im mocniej trafiających do wyobraźni.
„Słyszymy, że Chrystus został zabity za nas, że Jego śmierć zmyła nasze grzechy i że umierając, pokonał śmierć. Oto wzór.” 3
A wzory, jak pisze Lewis, przybliżają obrazy. Jednym z tych obrazów jest księga otwierająca świat Narnii, a zatem Lew, Czarownica i Stara Szafa. Niby krańcowo to wszystko logiczne, a jednak słysząc komentarze w brzmieniu, iż owa bajka to banalna historia dla dzieci, jakże powierzchowna, można uwierzyć, że jednak nie każdy rozumie najprostsze alegorie. A przecież w wielu momentach następuje dosłowne przeniesienie obrazów biblijnych do świata bajkowych i mitycznych stworów, w który zostają wrzuceni dwaj synowie Adama i dwie córki Ewy. Nie jest przesadne stwierdzenie, że Świętą Księgę Chrześcijan przetłumaczył Lewis na język fantasy, niewiele jednak zmieniając, a zachowując jej wymowę, symbolikę i co krok ją cytując.
Nawrócenie u Lewisa miało zatem wymiar totalny, nie dotyczyło wyłącznie jego samego, a dotyczy wszelkich jego dzieł. Nie można zatem oddzielać jego wiary od jego twórczości. Tolkienowi mogło się nie podobać, że stał się owym popularnym teologiem, nie zmienia to faktu, że nim był i tego, jak mocno to ujawnia się w kronikach, przeznaczonych w swej formie dla świata dzieci, chociaż, na co zwraca uwagę J.R. Willis:
„Bez wątpienia Lewis nie miał sentymentu do dzieci – sam o tym mówił i pisał.” 4
Przejdźmy zatem powoli do ekranizacji Opowieści z Narnii – Lew, Czarownica i Stara Szafa, która to była potrzebna, należało bowiem przełożyć znaną historię na współczesny język techniki, dający szansę na próbę sprostania wyobraźni czytelnika. Na ile jednak twór Andrew Adamsona poradził sobie z wyzwaniem, jakie przed nim się pojawiło? Opowieści z Narnii to baśń przeznaczona zarówno dla dzieci, pragnących przenieść się w najpiękniejszy świat, gdzie nie brak bohaterów, walki dobra ze złem, jak również książka dla dorosłych, próbujących zanurzyć się w problematykę teologiczną, podaną w sposób niezwykle czytelny i prosty.
Ekranizacja zatem łatwą sprawą nie była, bowiem być łatwą nie mogła, oczywiste jest, że ograniczenia czasowe zmusiły do rezygnacji z wielu wątków i odwołań, stosowanych przez autora. Nie to jednak wydaje się być ważne, bowiem filmowa wersja nie ma zastąpić literackiego pierwowzoru. Dlatego dużo istotniejsze wydaje mi się pytanie o to, na ile udało się zobrazować ideologię Lewisa/ideologię chrześcijańską. Czy twórcy, decydujący się na wizualizację tej opowieści, okazali się uważnymi czytelnikami, czy też nastąpiła po raz kolejny dominacja efektów, przeciążenie batalistyką, nad treściami zawartymi w książce?
Nie będę wkraczała jakkolwiek głębiej na płaszczyznę teologii, albowiem wiązałoby się to z fałszywym założeniem, że cokolwiek mogę powiedzieć w tym temacie, co oczywiście nijak przystawałoby do prawdy. Słuszne wydaje mi się zatem skonfrontowanie obrazu zaproponowanego przez Adamsona z tym, co pisał sam autor Opowieści…, zwłaszcza iż Lewis znacznie mocniej kojarzy mi się z propagatorem religii, człowiekiem pragnącym przybliżyć to, w co uwierzył innym, aniżeli pisarzem fantasy. To drugie jest jakby przy okazji, co wydaje się być stwierdzeniem słusznym, jeżeli jego styl zestawić ze stylem tolkienowskim.
Jak już zostało wspomniane, Tolkien także wiele czerpał z chrześcijaństwa, także zapożyczał z Biblii, zmieniając jedynie imiona postaci, przenosząc całość w inny czas i lokując ją w innym miejscu, jednak przy tym wszystkim kreował coś zupełnie nowego, powoływał przestrzeń, w której bohaterowie faktycznie żyją, świat, do którego można było się przenieść, wręcz go dotknąć. Stworzył samoistną rzeczywistość, a nie to wydaje się być głównym celem Lewisa, który nie zachowuje równowagi między tymi dwoma czynnikami. Jego postaci nie są tak mocno dopieszczone, ich postępowanie można tłumaczyć tym samym, czym tłumaczy się biblijne przykłady, nie jest tak ważna ich psychologia, albowiem tu także następuje zwykłe odwołanie do Pisma Świętego.
Jego inspiracje były tak mocne, że nie może zadziwiać posądzenie go o pewną odtwórczość. Jednak znajduje ona usprawiedliwienie, kiedy zrozumiemy, że są to obrazy, obrazy, o których twierdził, iż przybliżają wzór.
„W połowie lat czterdziestych o Lewisie wiele się mówiło („za wiele jak na gust jego czy kogokolwiek z nas”, powiedział Tolkien) w związku z jego chrześcijańskimi dziełami „Problem cierpienia” i „Listy starego diabła do młodego”. Być może, obserwując rosnącą sławę przyjaciela, Tolkien miał wrażenie, jakby uczeń szybko przerósł mistrza, osiągając prawie niezasłużoną sławę. Określił kiedyś Lewisa niezbyt pochlebnym mianem „teologa dla każdego”.” 5
Abstrahując od faktu, czy określenie Tolkiena miało zabarwienie pejoratywne, czy też nie do końca w takim brzmieniu się jawiło, uważam, że idealnie koresponduje ono z postępowaniem Lewisa. Tolkien stwierdził po prostu istniejący fakt. Teologia jego przyjaciela faktycznie była dla każdego, była zrozumiała, może czasem zbyt dziecinnie wręcz traktował osoby niewierzące, jednak nie można mu odmówić logiki i prostoty.
C.S. Lewis nigdy nie starał się wzbogacać myśli chrześcijańskiej własnymi pomysłami, ani też epatować czytelnika oryginalnością. Jego jedynym zamierzeniem było czytelne przedstawienie istoty chrześcijaństwa i to z myślą o czytelniku niewtajemniczonym w zagadnienia wiary.” 6
Tak też świat ukazany we Lwie, Czarownicy i Starej Szafie jest światem, który – kiedy wraz z bohaterami do niego wkraczamy – ogarnięty jest wojną. Mieszkańcy oczekują przyjścia Wybawiciela, żyjąc w krainie spowitej lodem, gdzie nie ma Gwiazdki, śmiechu, gdzie panuje strach przed samozwańczą władczynią, a część istot się poddaje, przechodząc na jej stronę. Odzwierciedla to pogląd Lewisa, który uważał, że na ziemi toczy się wojna, toczy się między dobrem a złem i należy opowiedzieć się po jednej ze stron, nie wówczas, gdy wszystko się skończy i przyjdzie jedyny zwycięzca, gdyż taka opcja nie istnieje.
Nie można stawać po stronie tryumfatora wówczas, gdy tryumf się już dokonuje. Ludzie muszą zaryzykować, niekiedy poświęcić wiele, ale wybrać. Dlaczego jednak dzieje się tak, że zwierzęta czekając na przyjście Aslana muszą cierpieć, dlaczego ten, który powołał do życia świat, pozwala na rozprzestrzenianie się w nim zła?
Dlaczego Bóg przedostaje się na zajęty przez wroga świat i zakłada dla pokonania szatana coś w rodzaju tajnego stowarzyszenia? Dlaczego nie przychodzi zbrojnie, nie dokonuje inwazji? Czy jest na to za słaby? Cóż, chrześcijanie wierzą, że kiedyś przybędzie zbrojnie – nie wiemy kiedy. Ale mogę się domyślać, jaki jest powód tej zwłoki. Chce nam dać szansę stanięcia po Jego stronie z własnej woli. (…) …ciekawy jestem, czy ludzie, którzy proszą Boga, żeby wdał się w nasze losy otwarcie i bezpośrednio, sami zdają sobie sprawę, jak by to wówczas było. Kiedy to się stanie, przyjdzie koniec świata.
Kiedy autor wychodzi na scenę, sztuka jest skończona. Bóg dokona inwazji, co do tego nie ma obawy. Ale co ci wtedy przyjdzie ze zdeklarowania się po Jego stronie, gdy zobaczysz jak przyrodzony wszechświat cały topnieje niczym sen, a na jego miejsce wdziera się coś innego, coś co nigdy nawet nie zaświtało w twej głowie – coś tak pięknego dla niektórych z nas i tak straszliwego dla innych, że nikomu nie pozostanie żaden wybór?” 7
Owemu wydarzeniu możemy się przyglądać, patrząc na film z szerszej perspektywy. Zapowiedź przyjścia Aslana stanowią topniejące śniegi, które to wydarzenie poprzedza zbieranie armii wiernych mu stworzeń. Ponowne przyjście, jakie ma miejsce po śmierci, koresponduje z toczącą się bitwą, w której nie ma jeńców, nie ma już przebaczenia. Zło zostaje zniszczone, a krainę otulają najpiękniejsze barwy i zwycięzcy zostają nagrodzeni…
Nieprzypadkowo jednak film rozpoczyna się od II wojny światowej, poza rzeczywistością baśniowej Narnii. Jest to wojna dziejąca się naprawdę, bezpośrednio dotycząca czwórki rodzeństwa i ich matki. Ta rodzina stanowi jedynie przykład tysiąca takich samych rodzin. Ojciec jest na wojnie, a dom, w którym się znajdują, jest bombardowany przez Niemców. Dzieci zostają wysłane gdzieś, gdzie panuje spokój, sielski, wiejski nastrój – zatem do domu tajemniczego profesora i jego zrzędliwej gospodyni, która zdecydowanie nie przepada za rodzeństwem. Spokój jednak jest pozorny, albowiem wojna, na której obrzeżach znalazło się rodzeństwo, która dotknęła je bezpośrednio, ale w której nie brali czynnego udziału, stanowi jedynie preludium do tego, co się wydarzy niebawem i w co będą musieli się zaangażować.
Oto bowiem, okazując się wybrańcami świata, znajdującego się za drzwiami starej szafy, mieszczącej się w domu profesora, będą musieli stanąć w jego obronie, o ile znajdą w sobie dość siły. A tę znajdują. Oczywiście nie od razu i nie bez dylematów, ale to jednak dzieci, potrafiące uwierzyć w magiczny świat, tym łatwiej widz może uwierzyć w ich wybór, z racji ich wieku. Sama kraina zdaje się obrazować wiarę, coś, na czego istnienie nie ma dowodów. Jednak, jak mówi profesor, logika nakazuje wierzyć, skoro nie ma ku temu przeszkód. Można oczywiście zapytać, dlaczego snuje się opowieść iście chrześcijańską przy użyciu tematyki wojennej i jak fakt „wojny sprawiedliwej” koresponduje z zasadą „nie zabijaj.
Odpowiedź jest jednak prosta, albowiem Lewis rozróżnia „zabijanie” i „mordowanie”, nie popiera pacyfizmu, uważa, że istnieje słuszna wojna i wydaje się, że wycofanie się z niej byłoby znacznie większym błędem, aniżeli wzięcie w niej udziału.
„Należy pamiętać o chrześcijańskim przekonaniu, że ludzie żyją wiecznie. Dlatego naprawdę liczą się tylko te drobne piętna czy skrzywienia w najgłębszej części duszy, które na dłuższą metę uczynią z niej istotę niebiańską albo piekielną. Jeśli to konieczne, możemy zabijać, ale nie wolno nam nienawidzić i czerpać z tego przyjemności.” 8
Tak też Aslan nie pomaga Peterowi, gdy chłopiec zmuszony jest pokonać napastnika. Obrona przed wilkiem staje się jego chrztem, wejściem w prawdziwy świat, w którym należy niekiedy dokonywać wyborów wbrew sobie. Również nie dostrzegamy wahania w postawie Lwa, gdy ten odbiera życie Białej Czarownicy. On jest jedynym sędzią, nie zastanawiamy się nad moralnością owego czynu, albowiem jego słuszności dyskusja w żadnym razie nie może dotyczyć, znając pogląd Lewisa na tę kwestię. A film ten pogląd naprawdę dobrze ilustruje.
Najwspanialszym i zarazem najważniejszym momentem filmu, w sposób niezwykły obrazującym cnotę, którą Lewis uważał za najtrudniejszą – pokorę, jest moment ofiary, jaką składa Aslan z siebie samego. Jest to dosłowna translacja ofiary Chrystusowej, przeniesionej w świat fantasy. Pokora i godność, z jaką Lew kroczy między swymi nieprzyjaciółmi, jest uderzająca tym mocniej, że oto idzie król – silny, wolny, który może tak łatwo się obronić, zaatakować, zmiażdżyć przeciwnika. Jednak tego nie robi, zna bowiem znaczenie słowa „ofiara”.
„Chrystus doświadczył doskonałego poddania i uniżenia: doskonałego, bo był Bogiem, poddania i uniżenia, bo był człowiekiem.” 9
Lewis nadaje Aslanowi atrybuty, świadczące o jego potędze, dostojeństwie, sile, jednocześnie pozwalając, aby Lew sam się poddał, a następnie został poniżony, związany i zabity. Biała Czarownica zabiera mu to, co, jak się jej wydaje, stanowi o jego godności i sile. Gdy leży u jej stóp, jest jedynie milczącym kociakiem, nie potrafiącym zadać ciosu. W tym też momencie ostatecznie zostaje obnażone zło Czarownicy, jest na tyle zaślepiona, że nie pojmuje sensu tego, co właśnie się dzieje. Jest jedynie malutką częścią wielkiej układanki, której to układanki nie jest w stanie nawet dostrzec.
Ona faktycznie wierzy, że nastąpił moment jej tryumfu, a widz traci w tym momencie wszelkie strzępy szacunku, którymi mógł ją obdarzyć, chociażby z racji tego, iż wydawała się być osobą z klasą. Niestety w momencie, gdy spełnia się ofiara, staje przed nami kobieta, która zrzuca z siebie wszelkie pozory, nawet piękno zewnętrzne zaczyna być nic nie znaczącym atrybutem. Fakt, jak bardzo jest odpychająca, nie wynika z tego, że jest zła ze swej natury, ale z tego, że patrząc oczami Aslana w pełni widzimy jej zło, bo dopiero możemy je takim zobaczyć, gdy znamy pełnię dobra i poświęcenia. Dodatkowo tym mocniej zakorzenia się odraza do jej osoby, nie tylko przez fakt skontrastowania jej postawy z postawą stworzenia składającego najwyższą ofiarę, ale przez fakt, że jest to kobieta.
Nie zabrzmi to feministycznie, jednak mężczyźnie łatwiej wybaczyć upadek, a gdy wszelkie grzechy tego formatu są zamknięte w tak delikatnym ciele i w urodzie, wydawałoby się, tak bardzo czystej i niewinnej, tym mocniej budzi on odrazę. Przypuszczam, chociaż oczywiście mogę przypuszczać błędnie, iż z tej sekwencji Lewis byłby dumny. Zawarto w niej wszystko to, co pisał na temat zła, na temat pokory, oglądamy w tym momencie ilustrację do tego, co tak usilnie tłumaczył. Oczywiście nakłada się na tę całość coś, co w religii chrześcijańskiej jest najważniejsze, a
w centrum chrześcijańskiej wiary znajdujemy przekonanie, że śmierć Chrystusa w jakiś sposób pojednała nas z Bogiem i pozwoliła nam zacząć od nowa.” 10
Jezus umarł za każdego z ludzi, za danego człowieka, za człowieka konkretnego, jednak o ileż łatwiej można to zrozumieć, gdy zilustrowane zostaje przykładem. Lewis tutaj odwołuje się do najbardziej dosłownego przedstawienia tego problemu. Nie istnieje „każdy”, a konkretna jednostka. Aslan bowiem umiera, chcąc ocalić życie zdrajcy, o którego krew upomina się Biała Czarownica.
„W Lwie, Czarownicy i Starej Szafie Aslan umiera tylko za chłopca Edmunda. Podobnie i męka Chrystusa winna być odnoszona do każdego człowieka z osobna. Błędem byłoby sądzić, że nadzwyczajne cierpienia i męki musiały zrównoważyć liczebność grzeszników potrzebujących zbawienia. Męka Chrystusa wyglądałaby dokładnie tak samo nawet wtedy, gdyby musiał On cierpieć tylko za jednego grzesznika.” 11
Chłopiec nie jest świadomy, co Lew dla niego robi, Aslanowi bowiem nie chodzi o wdzięczność. Czarownica w zamian za zaczarowany przysmak oczekiwała od Eda, iż przyprowadzi do niej rodzeństwo. Nie wiedziała, że nie tyle działa jej zaklęcie, ile fakt, że decyzje chłopca były determinowane przez konflikt z bratem. Aslan, oddając za niego życie, niczego nie oczekuje w zamian. Zdrada została wybaczona, następstwem jest ofiara (Lew poświęca swoje życie, gdyż samozwańcza Królowa Narnii przywołuje prawo stwierdzające, że krew zdrajcy należy do niej, natomiast przebaczenie następuje przed ofiarą.
Zapewne nie nastąpiłoby, gdyby Ed nie okazał skruchy i nie pojął swego błędu), może jedynie się spodziewać, że chłopiec okaże się jej wart. Tak więc wybór, jakiego dokonuje Ed, nie jest bez znaczenia. Linia między dobrem a złem jest wyraźna, ale nie wierzmy naiwnie, że podział jest tak łatwy. Jeżeli przywołać odniesienia biblijne, Ed postępuje podobnie jak Judasz. Jego zdrada nie dotyczy tylko Aslana, którego przecież jeszcze nie zna, ma tylko mgliste pojęcie o jego sile i świadomy jest tego, co ogarnia oczekujących na jego przyjście. Zdradza jednak swych najbliższych, znęcony ulubionym przysmakiem, możliwością ukazania bratu, iż jest silniejszy od niego, a także wizją objęcia władzy.
Chce pójść na skróty, wyciąga rękę po to, na co niczym sobie nie zasłużył. Świat Narnii nie zamyka się w sztucznym podziale na czerń i biel, właśnie przez postać Eda, jak również fauna Tumnusa. Nie ma jednak w tej krainie także kompromisów, muszą oni odpokutować za to, że zdradzili (chociaż nie w pełni świadomie), czy też planowali zdradę. Na kompromis natomiast zgadza się Biała Czarownica, zgadza przez swą pychę, zaślepienie władzą, bo jakże nęcąca jest możliwość odebrania życia komuś potężniejszemu od niej. Niestety, w końcowym rozrachunku nie ma niczego pośredniego. Ed ratuje swą duszę, Tumnus zostaje przywrócony do życia i wezwany przez Aslana do stanięcia przy jego boku.
Jest to wizja trudna i przerażająca, pokazująca, że można popełniać błędy, można popełniać je nawet często i mogą być nawet tak podłego formatu jak zdrada. Przy tym można je popełniać, ale jeżeli nie odejdzie się od nich w porę, sędzia nie będzie miał litości w rozrachunku końcowym, co dobitnie zostaje ukazane podczas bitwy, symbolicznej i obrazowej, jaka rozgrywa się pomiędzy Złem i Dobrem.
…będzie to Bóg bez przebrania – coś tak przytłaczającego, że u każdego stworzenia może jedynie wywołać bądź nieodpartą miłość, bądź nieodparte przerażenie. Wtedy za późno będzie wybierać strony. Nie ma co mówić, że postanowiłeś się położyć, kiedy już nie da się wstać.” 12
Tę prawdę w innej części Opowieści z Narnii Lewis w pełni rozwinie, natomiast tutaj widzimy ilustrację, wprowadzającą do pojęcia końca świata i wyboru, jakiego należy dokonać, zanim on nastąpi. W powieści znacznie mocniej aniżeli w filmie mamy podkreślony element strachu, jaki Lew budzi.
Tak jak rzeczą straszną wpaść w ręce żyjącego Boga, tak również przerażające jest spotkanie z Aslanem. Człowiek nie tyle się boi, co raczej trzęsą mu się kolana. Ludzie, którzy spotkali Chrystusa w swoim ziemskim życiu, odczuwali albo niechęć, albo strach, albo uwielbienie. Lewis, sprzeciwiając się nazbyt sentymentalnemu rozumieniu chrześcijaństwa, uwypukla tu przeżycie strachu. Ale państwo Bobrowie zaznaczają zaraz, że Aslan jest dobry, a ponieważ jest dobry, kocha.” 13
Nie chciałam wkraczać oczywiście na teren porównania literatury i filmu, jednak ten jeden element wydaje mi się być niezwykle istotny. U Adamsona Aslan także nie jest Lwem Oswojonym, co zostaje podkreślone w finale opowieści, objawia się, gdy jednym warknięciem sprawia, że przeciwników ogarnia strach… jednak nie jest też do końca zgodny z ideą Boga (czy też Boga, Chrystusa i Ducha Świętego, bo owa trynitarna formuła łączy się w tej postaci), jaką prezentuje Lewis.
W pewien sposób zostaje wyparty strach przed spotkaniem z Aslanem na rzecz oczekiwania tego spotkania, radości i ciekawości. Wrogowie natomiast są zbyt ograniczeni swą pychą, aby Lew na pierwszym miejscu budził nienawiść, i jeżeli nawet ona jest skutkiem strachu, oni nie zdają sobie z tego sprawy. Biała Czarownica aż do swego końca nie odczuwa trwogi. Oczywiście tak samo jak u Lewisa, tak i tutaj Aslan jest bezkompromisowy. Również tak jak Chrystus, idąc na mękę, odczuwa osamotnienie, jest wdzięczny, iż Lucy i Susan chcą mu towarzyszyć, gdyż i on potrzebuje czyjejś bliskości, która dodaje mu otuchy, jednak gdy każdy podejmuje już decyzję, on przychodzi i nie jest już potulnym kociakiem, a sędzią. ..
Oczywiście wszelkich ilustracji, obrazujących wiarę i przekonania Lewisa, jest znacznie więcej, są szczegółowe i zapoznać się z nimi można poprzez obszerną literaturę, dotyczącą pisarza, jego dzieła, czy też poprzez lekturę samych Opowieści z Narnii. Tutaj jedynie zaproponowałam mały fragment, który powinien uświadomić, że oceniając i interpretując jego twórczość, nie można zapominać o jej najważniejszym składniku, zatem wszelkich nawiązaniach religijnych. Nie można także zapominać o tym, mówiąc o filmie Adamsona, któremu to udało się uchwycić sens i wydźwięk tego, co chciał powiedzieć sam Lewis.
Film nie popadł w banał, nie skoncentrował się na widowiskowej batalistyce, a zaproponował coś ponad ładne obrazy oraz świetne aktorstwo Tildy Swinton. Nie jest to kolejny film pokroju Harry’ego Pottera, stanowiący miła rozrywkę, ale w dużej mierze zatrzymujący się wyłącznie na poziomie tej rozrywki. Oczywiście trudno zestawiać go z Władcą Pierścieni, ale może to już tylko przez fakt stylu, w jakim pisał Tolkien i w jakim czynił to Lewis. Opowieści z Narnii nie mogą się równać z tym, czego ojcem był Tolkien, chociaż zapewne sam był niemałą inspiracją dla przyjaciela.
Nieważne są tu jednak porównania, a fakt, w jaki sposób poradzono sobie z Lewisowską powieścią, nasączoną tak dogłębnie konkretną ideologią. Zdecydowanie Adamson wyszedł z tego pojedynku obronną ręką. Niech zatem to stwierdzenie służy za podsumowanie, a ja polecam zapoznać się chociażby z tą małą częścią literatury, na której opiera się powyższy tekst.
________________________________________
1 H. Carpenter, J.R.R. Tolkien – Wizjoner i marzyciel, W-wa 1997, s. 139
2 ibidem, s. 189
3 C.S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, Poznań 2002, s.
64
4 J.R. Willis SJ, Radość – teologia C.S. Lewisa (1898-1963), Kraków 1995, s. 40
5 H. Carpenter, J.R.R. Tolkien – Wizjoner i marzyciel, W-wa 1997, s. 142-143
6 J.R. Willis SJ, Radość – teologia C.S. Lewisa (1898-1963), Kraków 1995, s. 45
7 C.S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, Poznań 2002, s. 72
8 ibidem, s. 122
9 ibidem, s. 68
10 ibidem, s. 62-63
11 J.R. Willis SJ, Radość – teologia C.S. Lewisa (1898-1963), Kraków 1995, s. 96
12 C.S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, Poznań 2002, s. 72
13 J.R. Willis SJ, Radość – teologia C.S. Lewisa (1898-1963), Kraków 1995, s. 54
