search
REKLAMA
Recenzje

MIŁOŚĆ, SEKS & PANDEMIA. Przypowieść o Vedze marnotrawnym

“Miłość, seks & pandemia” to finalnie znowu Vega mesjanistycznie uwznioślony do poziomu smutnego żartu z ludzkości.

Radosław Pisula

6 lutego 2022

REKLAMA

Jest w nowym filmie Vegi jedna scena, trwająca jakaś minutę, gdzie zagubiony życiowo chłopak i dziewczyna z bagażem kłopotów na głowie siedzą razem na ławce w parku. Patrzą sobie w oczy, nie wymiotują przekleństwami – bez słów widać kotłujące się między nimi emocje, jest w tym jakaś prawda o relacjach, ulotna, może nawet szczera. To pierwszy raz od czasu Pitbulla, gdy w minimalny sposób wierzę, że Vega czasami widzi w tych swoich karykaturalnych bohaterach ludzi. Niestety, wszystko to rozpada się po sekundzie, a reżyser z siłą tarana przypomina mi, że w jego filmach nie ma uczuć, nie ma nadziei, liczy się tylko dokręcanie śruby – więc momentalna sielanka młodych ludzi zamienia się w tabloidowe piekło, a w kolejnej scenie arabski buhaj myje penisa w kuchennym zlewie upodlonej przez niego feministki.

Small World był paskudnym, toksycznym produktem filmopodobnym, gdzie biedny Piotr Adamczyk próbował jakoś utrzymać się na powierzchni tego bagna, ale całość miała chociaż jakieś zręby struktury filmowej. Wiem (niestety) o czym mniej więcej była tamta produkcja. Miłość, seks & pandemia to powrót do taśmowego zlepiania przez Vegę przypadkowych scen – widać, że znowu jest to materiał pod serial, bo dostajemy tutaj w pakiecie tak naprawdę kilka różnych filmów i rozgrzebanych wątków, będących jedynie katalizatorem paru krzykliwych nagłówków ze śmieciowej prasy, które Vega wykrzykuje do widza. Bo ciężko to nazwać opowiadaniem historii.

 

Punktem wyjściowym jest sytuacja trochę jak z Seksu w wielkim mieście, gdzie trzy koleżanki (i kuzyn jednej z nich, świadek Jehowy i prawiczek, bo oczywiście) spotykają się w kawiarni. I od tego momentu Vega rozbija to na cztery różne historie – kontakty między tymi bohaterami są nieistotne, będąc jedynie wymykiem dla reżysera, żeby pobawić się w antologię i w jednym filmie zmieścić cztery tematy, które akurat go zainteresowały, dlatego musiał o nich wszystkich na raz opowiedzieć, bo inaczej chyba by się udusił. Tak więc pierwsza bohaterka (Anna Mucha), najgorsza dziennikarka wcieleniowa w historii, postanawia zniszczyć życie coacha podrywu. Bo czemu nie? Dziennikarze to przecież hieny. Druga (Zofia Zborowska-Wrona) to radykalna feministka i ksenofobka, którą nagle uwodzi stereotypowy Arab, mówiący wierszem i penisem; trzecia (Małgorzata Rozenek-Majdan) jest fotografką po chorobie nowotworowej, zaczynającą rozkręcać karierę młodego chłopaka, a świadek Jehowy zostaje striptizerem i wielkim ruchaczem, reklamującym przy okazji pewien polski portal oferujący wielowalutowe usługi finansowe i naprawiającym szkoły w Afryce, także dzięki pomocy tego portalu (sam nie wiem, co tam się dzieje, a to tylko fragment tego absurdalnego wątku).

I nie ma w tym za bardzo historii do opowiedzenia, bo Vegi nie obchodzą ludzie. O nie, reżyser na tym etapie kariery wszedł już w czwartą gęstość bycia boskim narzędziem i wszystkie te wątki służą mu do mesjanistycznego grożenia palcem. Zupełnie serio – to film, w który Vega wmontowuje połowę Mszy Świętej z wyłożoną wprost przypowieścią o siewcy, a wszyscy bohaterowie z kościelnej ławy, centralnie do kamery zaczynają, wyznawać swoje grzechy. Wiecie, gdyby ktoś nie zrozumiał, że reżyser niczym Jezus rozsypuje tutaj swoje nauki. I tu ufam Vedze, że on w te swoje wzniosłe rojenia wierzy – ale po co do tego od razu dolepiać jakieś ochłapy fabularne? Wystarczyłoby założyć kanał na YouTube.

Ogólnie to, co dostajemy w warstwie narracyjnej, znowu stanowi bolesny festiwal stereotypów, który nie bierze jeńców i doszczętnie upadla każdą zaprezentowaną grupę. Feministka poświęca całe swoje życie dla znienawidzonego wcześniej penisa, wyzywanego przez nią od „kozojebów”; sam Arab z Ubera (przystrojonego w środku w jakieś tureckie dywany, kadzidła i frędzle) to kawał gnoja oraz manipulatora, który cały dzień ogląda Al Jazeerę, a rekreacyjnie znęca się nad partnerką; dziennikarka Mucha działa tylko w trybie „ruchać-niszczyć”, jak to dziennikarka; model to zepsuty skurczybyk-idiota i jest jeszcze ten świadek Jehowy – tu nie mam pojęcia, czemu reżyser akurat tej grupy uczepił się w tym momencie, ale pewnie dlatego, że to łatwe. Nie ma tu jakichś dywagacji nad przedstawionymi problemami – cały film to potok slapsticku okrucieństwa (scena z Arabem wyrzucającym raz za razem paczkę petów z balkonu i feministką, która biegnie po nie je jak tresowany pies), zupełnie bezcelowego. Vega jest tutaj jak wujek na Wigilii, który przy kolacji obrazi wszystkie grupy, których nie rozumie, rzuci kilka kurw, powie że „hehe, cycunie, ruchańsko”, a potem na kolanach sunie na Pasterkę, gdzie „więcej grzechów nie pamiętam”.

Mamy tutaj jeszcze realizacyjną nijakość, zupełny bajzel koncepcyjny (reżyser potrafi wsadzić fragment prawie że dokumentalny, gdzie siostra zakonna oprowadza bohatera po ośrodku dla niepełnosprawnych dzieciaków, między gwałt a występ striptizera), brak jakiegokolwiek zaangażowania ze strony aktorów, bo wyraźnie brakuje tutaj kogoś takiego, jak Adamczyk, który chociaż minimalnie coś próbował dać od siebie w Small World – taka Rozenek-Majdan nie jest nawet aktorką, co widać w każdej scenie, a i tak wypada najnaturalniej z całej obsady. To film, gdzie w sumie najciekawszą postacią jest marginalny Krystian Holdak, grający striptizera w stylu typowego Tomasza Oświecińskiego. I jest jeszcze ta komedia z dodaniem pandemii do tytułu, która w filmie nie ma… żadnej roli – cały ten wątek sprowadza się do tego, że chłop z Tindera chce się bzykać ze strachu w maseczce i co jakiś czas mamy wstawki z przefiltrowanym złowieszczym niebieskim kolorem widokiem na ZUPEŁNIE opustoszałą stolicę, niczym z filmu o zombie. Wyraźnie widać, że to po prostu łatka dolepiona do gotowego już produktu. Co ciekawe jedynym zwycięstwem Vegi na poziomie równouprawnienia jest w tym filmie to, że chyba pierwszy raz widziałem w kinie na ekranie więcej penisów niż piersi – sceny seksu są tutaj praktycznie pozbawione golizny, Rozenek-Majdan uprawia namiętną miłość tylko w ubraniu, niczym Steven Seagal, ale męskie przyrodzenia dostajemy w kilku kontekstach.

Finalnie to znowu Vega mesjanistycznie uwznioślony do poziomu smutnego żartu z ludzkości. To znowu Vega utrwalający toksyczne stereotypy. To znowu Vega bezmyślnie wrzeszczący o istotnych problemach, który nie daje żadnych odpowiedzi, ale nie ma z tym problemu, bo i nie stawia żadnych pytań. To znowu Vega, który wyraźnie chce, ale nie umie. To znowu Vega.

I niby zaorać, zalać betonem i zapomnieć, ale w sumie polecam seans na jakimś streamingu, żeby jeszcze bardziej docenić naprawdę dobre filmy.

Avatar

Radosław Pisula

REKLAMA