Publicystyka filmowa
GRETA GARBO. Bogini. Ikona. Mit.
Najważniejsza była magia, jaką wokół siebie roztaczała; aura tajemniczości, nieprzystępność i oryginalna uroda.
„Należy jeszcze do tego okresu kina, kiedy ujęcie ludzkiej twarzy wprawiało tłumy w największe zakłopotanie, kiedy dosłownie ulegano obrazowi człowieka niby jakiejś czarodziejskiej mocy, kiedy twarz stanowiła jakby ciało w stanie absolutnym, którego nie można było ani doścignąć, ani się wyrzec. (…) Przydomek Boska bez wątpienia w mniejszym stopniu miał oddawać stan najwyższego piękna niż esencję jej osoby cielesnej, która zstąpiła z niebios, gdzie rzeczy są ukształtowane i doprowadzone do największej klarowności.”
(Roland Barthes „Mitologie”)
Tak właśnie pisał o Grecie Garbo francuski filozof kultury. Poświęcił jej jeden z rozdziałów w swojej książce opisującej współczesne mity. Aktorka ta bez wątpienia zajmuje jedno z najważniejszych miejsc w panteonie „bogiń ekranu”. Przez wielu teoretyków filmu nazywana jest nawet prototypem gwiazdy – to od niej miał wziąć swój początek hollywoodzki system gwiazd filmowych, który przetrwał aż do lat sześćdziesiątych. Potrafiła grać przed kamerą (zdobyła cztery nominacje do Oscara oraz nagrodę honorową przyznaną za całokształt osiągnięć), ale nie dlatego stała się ikoną.
Najważniejsza była magia, jaką wokół siebie roztaczała; aura tajemniczości, nieprzystępność i oryginalna uroda – to, co składało się na jej mit.
Początek bez znaczenia
Jak każdy mit, także i mit Grety Garbo, ma charakter potencjalny – przypomina rozsypane puzzle. Jest to opowieść złożona z fragmentów, wyszukiwanych i układanych w inny sposób przez każdego z osobna. Wokół szwedzkiej aktorki powstawało więc mnóstwo historii i anegdot. Jej tajemniczość i niechęć do wywiadów tylko wzmocniła ten proces.
O jej dzieciństwie wiadomo niewiele. Urodziła się w 1905 roku w Sztokholmie jako Greta Lovisa Gustafsson. W wieku 13 lat opuściła szkołę, by zajmować się chorym ojcem. Pracowała w sklepie, a następnie zaczęła pozować do katalogu z kapeluszami. Wtedy właśnie miała dostać propozycję pójścia do szkoły aktorskiej przy Królewskim Teatrze Dramatycznym. Jednak nawet książkowe biografie zawierają różne opisy tego okresu jej życia. Jak sama powiedziała na jednej z pierwszych konferencji prasowych po przyjeździe do Hollywood, „Urodziłam się, miałam mamę i tatę, chodziłam do szkoły. Jakie to ma znaczenie?”.

Gdy zmysły grają
Pigmalion i Galatea
Pewnym jest natomiast, że jej odkrywcą był reżyser Mauritz Stiller. Udział w jego filmie „Gdy zmysły grają” z 1924 roku był dla Szwedki pierwszym tak poważnym występem przed kamerą. Adaptacja powieści Selmy Lagerlöff okazała się sukcesem, co było dużą zasługą młodej Grety. Stiller dostrzegł w niej coś wyjątkowego. Stwierdził, że może uczynić z niej gwiazdę i otoczył opieką. Nawet, gdy rok później wyjechała do Niemiec, by zagrać w „Zatraconej ulicy” Georga Willhelma Pabsta, Stiller towarzyszył jej na każdym kroku. Na planie reżyserowana była przez Pabsta, „po godzinach” do późnej nocy ćwiczyła zaś pod okiem Stillera.
Trzeba pamiętać o tym, że praca aktora nad rolą w czasach kina niemego wyglądała zupełnie inaczej niż obecnie – istotne było każde spojrzenie czy najmniejszy gest. To one tworzyły scenę. Szwedzki reżyser dbał więc o to, aby jego podopieczna pamiętała każdy szczegół z otrzymywanych wskazówek. Jej praca na planie miała przypominać odtwarzanie wyćwiczonego układu choreograficznego. Stiller, perfekcyjny aż do przesady, każdą próbę zaczynał ponoć od gromkiego „Nie!”, a młodą aktorkę uczył nie tylko sposobu pracowania nad rolą, ale też zwykłej ludzkiej ogłady.
Na pierwszym spotkaniu podobno nazwał ją „tłustą” i nakazał zrzucić minimum 10 kilo. To on zmienił jej nazwisko z Gustafsson na Garbo, pokazał jak maskować mankamenty urody, a także czuwał nad jej kontaktami z prasą. Był jej Pigmalionem.
Zatracona ulica
Twarz godna Hollywood
To w jaki sposób Gretą Garbo zainteresowało się studio MGM do dziś nie jest jasne. Jedni mówią, że wytwórni zależało przede wszystkim na, odnoszącym coraz większe sukcesy, Stillerze. Miał on się zgodzić wyjechać do Stanów tylko wtedy, jeśli wytwórnia zatrudni również jego podopieczną. Inne źródła podają, że Louis B. Mayer po obejrzeniu „Gdy zmysły grają” wysłał swoich przedstawicieli do Europy przede wszystkim po Garbo, a Stiller swój kontrakt dostał „przy okazji”. Ostatecznie w lipcu 1925 roku oboje znaleźli się w Nowym Jorku, ale przez kilka miesięcy po prostu nie mieli co robić.
Garbo męczyły upały, ponoć stale przesiadywała w wannie z lodem, odmawiając wywiadów i spotkań promocyjnych. Słabo radziła sobie zresztą z angielskim, tak samo jak i Stiller. Mimo podpisanych kontraktów, nie było dla nich pracy. Wytwórnia powoli zapominała o swoich nowych szwedzkich nabytkach. Wszystko zmieniło się, gdy odkryto szczególny atut aktorki i jej późniejszy znak firmowy. Mianowicie… „twarz Grety Garbo”. Tę samą, o której potem pisał Barthes w swoim antropologicznym eseju – silne, acz piękne oblicze, wywołujące „mistyczne uczucie zatracenia”.

Wizerunek Garbo utrwalony na zdjęciach Arnolda Genthe
Kluczowe okazało się być spotkanie Garbo i Stillera ze znanym fotografem Arnoldem Genthem. Grzecznościowa kolacja doprowadziła do propozycji sesji zdjęciowej. Sposób, w jaki Genthe fotografował szwedzką aktorkę znacząco wpłynął na jej późniejszy wizerunek. Posągowa, zamyślona, jakby nieobecna twarz stała się jej znakiem rozpoznawczym. Gdy zdjęcia te trafiły do Louisa B. Mayera, nie mógł uwierzyć, że do tej pory Garbo nie otrzymała żadnego angażu. Szybko sprowadzono ją do Los Angeles. Wynajęto dentystę, który miał zająć się poprawą jej stanu uzębienia, zmieniono jej uczesanie i znowu pilnowano, by trzymała się diety (Garbo na początku swojej przygody z aktorstwem mogła ważyć nawet 15 kilogramów więcej niż w czasach swojej największej popularności). Szukano też idealnego scenariusza.
W końcu zdecydowano się na „Słowika hiszpańskiego”, dość banalny i wtórny melodramat, adaptację powieści Vicente Blasco Ibáñeza. Garbo była przekonana, że jej amerykański debiut wyreżyseruje Stiller – była to jednak duża produkcja i wytwórnia nie zdecydowała się na takie ryzyko. Postawiono na Montę Bella, pracującego wcześniej z Charliem Chaplinem. Ponoć jedyną wskazówką, jaką dał na planie Garbo było, aby mniej marudziła. To Stiller znowu więc wykonywał z nią całą pracę nad rolą. Film zebrał dość dobre opinie, nieźle poradził sobie w kinach, ale przede wszystkim określany był jako narodziny nowej gwiazdy. W prasie pisano, że aktorka ma pełny pakiet i wszelkie papiery na to, aby zostać ulubienicą widzów.

Słowik hiszpański
Show must go on
Przy takim sukcesie MGM zdecydowało, że kolejnym filmem Garbo będzie „Kusicielka” – film bliźniaczo podobny do „Słowika hiszpańskiego”, na podstawie powieści tego samego autora. Rola, w którą miała się wcielić aktorka, również przypominała tę z poprzedniej produkcji . Po raz kolejny na ekranie miała zostać wampem. Zmiana była jedna, choć istotna – tym razem reżyserować miał Stiller. Rzeczywistość zweryfikowała jednak te plany. Nie mógł się on odnaleźć w amerykańskim systemie pracy, trudno było mu dogadywać się z ekipą po angielsku, wytwórnia nie akceptowała jego zmian w scenariuszu i ostatecznie został zastąpiony na stanowisku przez Freda Niblo.
Wkrótce zerwano też jego kontrakt. Sceny wyreżyserowane przez Szweda zostały nakręcone ponownie, co bardzo nie podobało się Garbo. Podczas pracy nad „Kusicielką” aktorka dowiedziała się też, że zmarła jej siostra. Nie pozwolono jej wrócić do rodzimego kraju, tłumacząc, że „show must go on”. Okres ten określiła potem jako jeden z najgorszych w życiu. Po tych wydarzeniach nabrała dystansu do swojej hollywoodzkiej kariery – bardzo tęskniła za Szwecją i nie chciała przedłużać swojego kontraktu do pięciu lat, na co nalegał Mayer. Jak podają niektóre źródła, wpadła wtedy w depresję i cierpiała na bezsenność.
Sam film był jednak jeszcze większym przebojem niż „Słowik hiszpański”. Bilety rozchodziły się w ekspresowym tempie. „Kusicielka” biła rekordy box-office’u – przyniosła Garbo nie tylko dobre recenzje, ale też ogromną sławę, z miejsca czyniąc z niej gwiazdę. O robieniu sobie przerwy nie było mowy – na aktorkę czekał już kolejny projekt, „Symfonia zmysłów” w reżyserii Clarence’a Browna. Garbo nie chciała jednak w nim grać. Była zmęczona i rozczarowana. Pragnęła odwiedzić rodzinę po śmierci siostry, na co jej wciąż nie zezwalano. Coraz słabszy był też jej kontakt ze Stillerem, który zaczął pracę dla Paramount Pictures (wyreżyserował m.
in. dwa filmy z Polą Negri). Garbo po prostu miała dosyć. Szybko jednak ostudzono jej buntownicze zapędy – wystosowano oficjalny list, w którym grzecznie, acz stanowczo wytłumaczono jej założenia podpisanego kontraktu. Przekaz był jasny – Garbo wystąpi w „Symfonii zmysłów”, a zdjęcia rozpoczną się tak szybko, jak to tylko możliwe, na fali popularności poprzedniego tytułu.

Kusicielka

Symfonia zmysłów
Miłość bez słów
Był to klasyczny niemy film lat dwudziestych, który teoretycznie powielał utarte schematy. Garbo ponownie jest tu wampem, femme-fatale siejącą zamęt i doprowadzającą mężczyzn do zguby. Jednak zmysłowość, jaką obdarzyła swoją bohaterkę sprawiła, że o roli tej mówiło się „wybitna” czy nawet „przełomowa”. Historyk filmu Kevin Brownlow twierdzi wręcz, że jest to jeden z najbardziej erotycznych występów przed kamerą, jakie widziało Hollywood. I rzeczywiście, Garbo gra w tym filmie całym ciałem. Scena, w której zmusza do pocałunku partnerującego jej Johna Gilberta zaskakuje dynamizmem i sensualnością.
Między aktorami widać zresztą ogromną chemię, która obecna była także i poza planem. Trudno powiedzieć, co ich dokładnie łączyło – przez pewien czas dzielili mieszkanie, a Gilbert ponoć nawet kilkukrotnie prosił Szwedkę o rękę, nie otrzymując nigdy jednoznacznej odpowiedzi. Według jednej z krążących teorii, zamierzali się pobrać, ale Garbo nie pojawiła się na ceremonii. Mówiło się, że aktorka jest tak naprawdę lesbijką, a związek z Gilbertem świadczy jedynie o jej zagubieniu. Pewne jest natomiast, że tworzyli wspaniały duet ekranowy. W tamtym okresie wystąpili razem jeszcze w dwóch filmach, „Annie Kareninie” i „Władczyni miłości”, zapisując się w pamięci widzów jako jedna z piękniejszych par kochanków. Sceny, w których Garbo odchyla do tyłu głowę podczas pocałunku przeszły do historii kina. Później aktorka stosowała ten zabieg zresztą także i z innymi ekranowymi partnerami.

Na planie „Anny Kareniny”
Garbo w Stanach zagrała łącznie w dziesięciu filmach niemych – wszystkie z nich okazały się hitami, a Szwedka bardzo szybko została największą gwiazdą wytwórni MGM. Mogła więc renegocjować swój kontrakt. Miała w garści ogromny atut – ona naprawdę chciała wrócić do domu; nie były to tylko gwiazdorskie pogróżki. Studio zdawało sobie z tego sprawę i zgodzono się na niemal wszystkie jej warunki. Oprócz większych pieniędzy, udało jej się wynegocjować kręcenie jedynie dwóch filmów rocznie, tak, aby mieć czas na wizyty w Szwecji. Jedną z nich odbyła po śmierci Stillera, który w 1927 roku wrócił do Sztokholmu i zmagał się z powikłaniami po zapaleniu opłucnej.
Mówi się, że chodziła wtedy po jego mieszkaniu i dotykała używanych przez niego przedmiotów, tak jak potem robiła to w słynnej scenie „Królowej Krystyny”. Miała się też kiedyś przyznać, jakoby Stiller był jej jedyną prawdziwą miłością („Jeśli kogoś w moim życiu naprawdę kochałam, był to Stiller”).
Garbo mówi!
MGM mogło pozwolić sobie na wypuszczanie filmów niemych z Garbo nawet po tym, jak dźwięk w kinie stawał się coraz powszechniejszy. Ich gwiazda i tak przyciągała do kin tłumy – nie potrzebowała do tego technicznej rewolucji. W tej materii mógł z nią konkurować chyba jedynie Charlie Chaplin. Oczywistym było jednak, że w końcu i Garbo będzie musiała przemówić. Obawiano się o jej angielski, choć przez lata znacznie go poprawiła. W pierwszym filmie dla bezpieczeństwa wyraźnie zaznaczono, że jej postać jest imigrantką. Jej niski, zmysłowy głos sprawił jednak, że bardzo dobrze odnalazła się w nowej erze kina.
„Annę Christie” Clarence’a Browna reklamowano hasłem „Garbo mówi!”, a jej pierwsza kwestia („Daj mi whisky i piwo imbirowe. Tylko nie żałuj, skarbie!”) przeszła do historii. Szwedka pokonała „barierę dźwięku”. Mało tego, film był najpopularniejszym tytułem 1930 roku, otrzymał znakomite recenzje, a także trzy nominacje do Oscara, w tym dla Garbo jako najlepszej aktorki pierwszoplanowej (w tym samym roku nominowano ją zresztą także za „Romans”, inny film Browna). Annie Christie

Romans

Na planie filmu „Mata Hari”
Jej kolejne filmy dźwiękowe również okazywały się wielkimi sukcesami. Wcieliła się choćby w tytułową rolę w filmie „Mata Hari”. Fascynacja jej osobą osiągnęła wtedy apogeum – podczas premiery w Nowym Jorku policja rozstawiona była na wszystkich większych ulicach, pilnując by nie doszło do zamieszek czy ataków paniki w zbierającym się pod kinami tłumie. Z innych jej filmów wyróżnić należy na pewno nagrodzonych Oscarem „Ludzi w hotelu”, „Damę kameliową” George’a Cukora (kolejna nominacja do Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej) czy nową adaptację „Anny Kareniny”.
W 1935 roku premierę miała zaś „Królowa Krystyna” – rola szwedzkiej królowej, która postanawia zrzec się tronu i pójść za głosem serca, wydawała się być wręcz napisana dla niej. Bez wątpienia jest to jedna z jej najlepszych kreacji i to z nią głównie jest dziś kojarzona. Nie bez znaczenia jest też fakt, że po latach znowu zagrała u boku Johna Gilberta. Była to zresztą jej własna decyzja. Dzięki swojej pozycji miała przyzwolenie wytwórni na wybór ról oraz aktorów partnerujących jej na planie. I choć rzadko z tego prawa korzystała, okazała się być lojana wobec dawnego przyjaciela, którego kariera po rewolucji dźwiękowej znacznie podupadła.

Królowa Krystyna
Mit Boskiej
Kamera wprost uwielbiała tę aktorkę. Bilety na jej filmy sprzedawały się jak świeże bułeczki – jeśli zyski z nich nie były rekordowe, to tylko z powodu wysokości gaż, jakie dostawała Garbo. Ale zasługiwała na nie. Jej obecność na ekranie wprawiała w zachwyt, a projekcje filmów z jej udziałem były niemal jak seanse hipnotyczne.
Według Davida Denby’ego, dziennikarza „The New York Times”, wystarczyło skinienie palca, aby miała u stóp cały świat. Jak pisał francuski socjolog Edgar Morin, „gwiazdy dyktują nam nasze zachowanie, gesty, pozy, wskazują, jak wyrażać zachwyt („o, cudownie, darling”) albo jak odmówić wielbicielowi, jak zapalić papierosa i wypuszczać dym, jak pić nie tracąc powabu, jak zapraszać gości, przyjmować podarunki, odmówić pocałunku… Gwiazdy odgrywają rolę społeczną i moralną”. Wytwórnia MGM doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo mogą wpływać na widzów najpopularniejsi aktorzy.
Kino było wynalazkiem stosunkowo nowym i seanse miały olbrzymią siłę oddziaływania. Filmy i występujące w nich gwiazdy uzależniały, co trzeba było rozpatrywać również z perspektywy ekonomicznej. Garbo mogła być dla MGM kurą znoszącą złote jaja – by temu pomóc, zbudowano wokół niej mit.
Mit ten oparto na niedopowiedzeniu. Aktorka w pierwszych latach pobytu w Stanach bardzo słabo radziła sobie z angielskim. W towarzystwie Amerykanów czuła się nieswojo, a po kilku wyśmianych lapsusach językowych ostatecznie zdecydowano się, że jej sposobem na przyciągnięcie tłumów będzie… milczenie. Ostatniego oficjalnego wywiadu aktorka udzieliła w 1927 roku. Kreowano ją na niedostępną samotniczkę. Przylgnęły do niej słowa, które wypowiadała w filmie „Ludzie w hotelu” – „Chcę być sama”. Potem tłumaczyła, że w prawdziwym życiu nigdy nie użyła ich w taki sposób („Mówiłam o tym, że chcę, aby zostawiono mnie samą.
A to co innego niż chęć bycia samotną”). Niemniej jednak, tajemniczość wokół jej postaci tylko wzmocniła jej mit, a także sprawiła, że kreowanie jej wizerunku przez producentów stało się o wiele łatwiejsze. Garbo traktowana była przez widzów niczym bogini, mityczna, tajemnicza istota. Nazywano ją sfinksem ekranu, białym płomieniem Szwecji, Boską Garbo… Jej mit wyszedł daleko poza filmowy ekran. W jaki sposób udawało się to osiągnąć?
Od kobiety do ikony Już po sesji zdjęciowej Genthe’a zorientowano się, że to twarz Garbo jest jej największym atutem. To twarz, niezwykle proporcjonalna i bardzo plastyczna, sprawiała, że uroda aktorki nabierała na ekranie podtekstów mitycznych. Od „Symfonii zmysłów” zaczęto więc nagrywać ją w dużych zbliżeniach. „Garbo miała coś w oczach, czego się nie widziało, dopóki się jej nie sfotografowało w zbliżeniu. Wtedy można było widzieć jej myśli. Jeżeli musiała spojrzeć na jednego z partnerów z zazdrością, a na drugiego z miłością – nie potrzebowała zmieniać wyrazu twarzy. Gdy kierowała spojrzenie od jednego do drugiego, w jej oczach widać było wszystko. W filmie nikt tego przedtem nie potrafił” – mówił Clarence Brown, z którym współpracowała najczęściej.
Duży wpływ na wizerunek Garbo mieli więc operatorzy. To oni właśnie sprawiali, że jej twarz nie była już tylko zwykłą twarzą, a obliczem bogini. Jakie były ich techniki? Kamerę kierowali na jej oczy, próbowali w nie zajrzeć. We właściwych momentach rzucano zaś na aktorkę światło z góry. Garbo miała naturalne długie rzęsy i, w ten sposób oświetlone, rzucały one na policzkach cienie. Stało się to jej znakiem rozpoznawczym. Tego typu ujęcie występuje choćby w „Królowej Krystynie”. W ostatniej scenie widzimy główną bohaterkę idącą na dziób statku. Gdy zatrzymuje się, następuje zbliżenie, aż w końcu przed naszymi oczami ukazuje się nieruchoma twarz Szwedki. Zbliżenie jest duże – broda i pół czoła aktorki jest nawet ucięte. Patrzy ona w dal, linia jej oczu jest jakby wyostrzona. Kamera „zagląda” w nie. Wiatr rozwiewa jej włosy, muzyka robi się coraz głośniejsza, wreszcie ekran ciemnieje, film się kończy. Greta Garbo w całej swej okazałości – tak właśnie wygląda podsumowanie jej najważniejszej roli.
Prócz charakterystycznych ujęć twarzy, stosowano także specjalną technikę, jeśli chodzi o plany średnie i pełne. Aktorka nie należała do kobiet poruszających się z wielką gracją, toteż niektóre sceny kręcone były z użyciem zdjęć zwolnionych. Dzięki temu, nieco niezgrabne ruchy Garbo wydawały się wręcz majestatyczne. Na tworzenie się mitu wokół szwedzkiego sfinksa miał też wpływ typ ról, w jakie się wcielała. W zdecydowanej większości były to role melodramatyczne, niosące za sobą pewien smutek, powagę, niedopowiedzenie. Anna Karenina, królowa Krystyna, Mata Hari, Maria Walewska, a prócz tego np. śpiewaczka operowa, balerina, paryska kurtyzana… W jej filmografii trudno znaleźć postacie przeciętnych kobiet. No bo jak miała je grać, jeśli była mitem… Mit Grety Garbo to zachwycający, niedostępny dla „zwykłego człowieka”, tajemniczy ideał piękna – bogini ekranu. Kluczem było jednak sprawienie, aby mit ten wychodził poza salę kinową. Widz miał mieć wrażenie, że obcuje z boginią jako spójnym tworem, a nie tylko ogląda aktorkę wcielającą się w konkretną rolę. Założenie to było zresztą także podstawą karier późniejszych gwiazd, choćby Marilyn Monroe – jej życie prywatne miało przenikać się z występami przed kamerą.
Legenda w fotografiach
Szwedzka aktorka była niczym zagadka, którą za wszelką cenę chciało się rozwiązać. Jej mit żył własnym życiem, podlegał wielu interpretacjom, ale przede wszystkim opanowywał umysł – chciało się więcej i więcej. Strategia MGM sprawdzała się. Jedyną formą bezpośredniej promocji Garbo były sesje zdjęciowe, przeprowadzane pod czujnym okiem przedstawicieli wytwórni. Garbo miała być fotografowana na wzór tego, jak robił to na początku jej hollywoodzkiej kariery Arnold Genthe. Przez ponad 10 lat aktorka miała nawet własnego fotografa. Do Clarence’a Sinclaira Bulla, choć był uznanym fotografem od lat zajmującym się portretami gwiazd filmu, ostatecznie przylgnął przydomek „The Man Who Shot Garbo”. Oboje mieli ze sobą świetny kontakt oraz darzyli się zaufaniem.
Gdy w 1930 roku inny fotograf wykonał zdjęcia aktorki w ramach promocji filmu „Romans”, zażądała, aby Bull miał wyłączność na pracę z nią. To on był też autorem kolażu, w którym umieścił głowę Garbo na egipiskim sfinksie. Uważał, że Szwedka ma naturalny talent do pozowania – nazywał ją „Moną Lisą XX wieku”. MGM zatrudniło też słynnego projektanta Adriana i uczyniło go odpowiedzialnym za wszystkie stroje Garbo. Miały zachwycać, pasować do konwencji konkretnego filmu, ale jednocześnie tworzyć spójną wizerunkową całość. Greta Garbo na zdjęciach Clarence’a Sinclaira Bulla
Garbo się śmieje!
Garbo kręciła hit za hitem – po tym, jak pokonała barierę dźwięku wydawało się, że jej karierze nic nie zagraża. W 1937 roku w kinach pojawiła się jednak „Pani Walewska”, opowiadająca o romansie polskiej szlachcianki z Napoleonem Bonaparte. Film nakręcono z ogromnym budżetem, a zarządzone przy montażu dokrętki jeszcze go nadwyrężyły. Tylko wyjątkowa popularność wśród publiczności mogła uchronić go od klapy – tak się jednak nie stało. Była to jedna z bardziej dotkliwych porażek wytwórni MGM. Dodatkowo, Europa stała w obliczu wojny, a był to rynek bardzo istotny, jeśli chodzi o sprzedaż filmów z Garbo.
Długo trwało więc szukanie następnego scenariusza dla szwedzkiej aktorki. Pewność, że Szwedka bez względu na wszystko przyniesie ogromne zyski, ulotniła się. Ostatecznie, zdecydowano się na ryzykowne posunięcie i zmianę jej image’u na bardziej przystępny. Garbo wystąpiła w komedii, po raz pierwszy w swojej hollywoodzkiej karierze. Otoczona była jednak przez wybitnych twórców – scenariusz „Ninoczki” napisał m.in. Billy Wilder, reżyserował zaś Ernst Lubitsch. Film, w którym aktorka wciela się w rosyjską agentkę, był sukcesem nie tylko komercyjnym, ale też artystycznym. Do dziś uznawany jest za jeden z najlepszych z udziałem Garbo. Otrzymała za ten występ zresztą kolejną nominację do Oscara. Film spodobał się zarówno publiczności, jak i krytykom, a nowy wizerunek Szwedki okazał się być dobrym posunięciem. Widzowie byli zaintrygowani uśmiechniętą wersją swojej ulubienicy. „Ninoczkę” reklamowano zresztą parafrazą sloganu użytego przy promocji „Anny Christie” – na plakatach widniało hasło „Garbo się śmieje!”.
Ninoczka Garbo odchodzi
Ryzyko podjęte przy „Ninoczce” opłaciło się. Wojna w Europie sprawiła jednak, że Garbo – w rodzimej Szwecji wywołująca wręcz histerię – nie była już gwiazdą globalną. Poza tym, aktorka skończyła 35 lat, a jej ostre rysy twarzy coraz słabiej prezentowały się w oku kamery. Postanowiono więc pójść za ciosem i utrwalić wizerunek prezentowany przez nią w „Ninoczce” – jej następny film, „Dwulicowa kobieta”, także był komedią. Po raz drugi aktorka wystąpiła też u boku Melvyna Douglasa. Historia instruktorki narciarstwa, która podaje się za swoją siostrę bliźniaczkę, aby zmusić męża do powrotu do domu, nie jest już jednak tak subtelna jak „Ninoczka”. Aktorka słabo radziła z humorem sytuacyjnym – w niektórych scenach wygląda wręcz karykaturalnie. Film przyniósł słabe opinie krytyków i jedynie zadawalające wyniki w box-office. Ludzie nie chcieli oglądać takiej Garbo. Za współpracę podziękował jej też Adrian, twierdząc, że jeśli glamour opuścił Szwedkę, on też musi to zrobić. „Dwulicowa kobieta” była jego ostatnim filmem dla wytwórni MGM. „Chcieli z niej zrobić dziewczynę w swetrze, tzw. ‘typową Amerykankę’. Ale ona stworzyła dla siebie przecież konkretny wizerunek. Jeśli niszczy się tę iluzję, niszczy się ją samą” – mówił, tłumacząc swoje odejście.
Choć według powszechnej opinii, Garbo po tej porażce zdecydowała się zakończyć karierę w trybie natychmiastowym, po latach okazało się to nieprawdą. Podpisała kontrakt na następny film, ale ostatecznie zdjęcia do niego nigdy się nie rozpoczęły. Przerwa w pracy przedłużała się. Aktorka początkowo chciała powrócić przed kamerę po zakończeniu wojny, ale potem coraz bardziej się tego bała. Zdawała sobie sprawę z upływającego czasu, zostawiającego ślady na jej urodzie. Polubiła też nowy styl życia, do którego szybko się przyzwyczaiła. Podobno nie była zainteresowana powrotem na plan nawet wtedy, gdy zaproponowano jej główną rolę w słynnym „Bulwarze Zachodzącego Słońca”. Garbo znana z kinowego ekranu przestała istnieć – bogini zstąpiła na ziemię i wmieszała się w tłum zwykłych śmiertelników.
Dwulicowa kobieta
Przyznała potem, że była zmęczona Hollywood. Nie lubiła swojej pracy i bywały dni, kiedy musiała zmuszać się, aby przyjść na plan. Chciała żyć innym życiem. Dzięki niebotycznym gażom otrzymywanym w drugiej części kariery i talencie do inwestowania pieniędzy, Garbo mogła pozwolić sobie na długoletnie życie we względnym luksusie zdala od Fabryki Snów. Zamieszkała w Nowym Jorku i odcięła się od świata filmu. Jej mit jednak nie umarł. Biały Płomień Szwecji silnie zakorzenił się w świadomości widzów, którzy wciąż wspominali pierwszą hollywoodzką ikonę, pomimo pojawienia się nowych obiektów kultu. Garbo była niczym nierozwiązana zagadka, tajemnica, która pozostała nieodkryta. Uważano, że uciekła z Hollywood, powtarzając swoje słynne „Chcę być sama”. Jej gwiazda nie gasła przecież stopniowo, ale po prostu zniknęła z horyzontu. I to zapewniło jej nieśmiertelność.
Tajemnica za ciemnymi okularami Jej legenda trwała. Teorie dotyczące Garbo i jej życia po „Dwulicowej kobiecie” mnożyły się. Przez długie lata odsyłała jednak wszystkich biografów i dziennikarzy z kwitkiem. Miała znajomych, zatrudniała gosposię, spotykała się ze swoją bratanicą, ale prowadziła raczej samotne życie. Możliwe, że cierpiała na depresję. Plotek było wiele – ponoć żyła w ukryciu, ponieważ była w homoseksualnym związku, według pewnych informatorów przyjaźniła się z Michaelem Jacksonem, miała też oślepnąć. Również w czasach jej kariery tego typu doniesień powstawało całe mnóstwo.
I choć napisano wiele biografii Garbo, żadna z nich nie daje stuprocentowej pewności, które z tych informacji są prawdziwe, a które nie. Nawet najbardziej wnikliwa z nich, „Abdykacja królowej” Barry’ego Parisa (mająca pokazywać aktorkę „taką, jaką naprawdę była” i rozprawiać się z mitami na jej temat) może jedynie próbować odkryć Garbo jako człowieka. Taką znali ją bowiem chyba tylko ci, którzy byli przy niej w rodzimej Szwecji, zanim została gwiazdą. Już jej nauczyciel w Królewskiej Szkole Dramatycznej w Sztokholmie mówił, że Greta „nie miała odwagi, aby być w pełni sobą”. Sesja zdjęciowa Cecila Beatena – jako jedyny fotograf mógł zrobić kilka oficjalnych zdjęć Bogini po zakończeniu kariery aut. Cecil Beaten
Po zakończeniu kariery często widywano ją chodzącą po Manhattanie. Mówi się, że lubiła spacery w deszczu, ponieważ pod parasolem mogła pozostać anonimowa. Garbo w mieście traktowana była niczym UFO – raz po raz ktoś donosił, że widział ją oglądającą wystawy sklepowe, kupującą warzywa czy obserwującą ludzi w wypożyczalniach filmów dla dorosłych. Inni zastanawiali się, czy przeprowadziła się do Szwecji, czy szykuje się na swój wielki powrót do kina, czy w ogóle jeszcze żyje… Siwa kobieta w dużych ciemnych okularach stała się legendą Nowego Jorku. Wypatrywano jej. Niektórzy twierdzili, że z nią rozmawiali, a nawet gościli w swoim domu. Motyw ten wykorzystał zresztą Sidney Lumet w swoim filmie „Garbo mówi” z 1984 roku.
Swego czasu głośno było też o anegdotce opowiadanej przez broadwayowską aktorkę Mary Martin, do której drzwi pewnego dnia zastukała nieznajoma kobieta. Miała powiedzieć: „Nazywam się Greta Garbo, mieszkam po drugiej stronie ulicy. Kiedy odczuwam samotność, obserwuję przez okno panią, pani męża i dzieci. Wyglądacie tak sympatycznie, że pomyślałam, iż nie będzie pani miała nic przeciwko, jeśli przyjdę zawrzeć znajomość…”. Takich historii znaleźć można zresztą mnóstwo. Dla ludzi, którzy mieli okazję wypić z Garbo herbatę czy pomagać jej w zakupach, były to jedne z najbardziej ekscytujących momentów w życiu. Prawdopodobnie poznała też kilka młodych osób, które zostały jej partnerami od spacerowania. Na ile takie opowieści są jednak prawdziwe, pewnie nigdy się nie dowiemy.
Greta Garbo gdzieś na Manhattanie *
Mit Boskiej Garbo przetrwał – mimo że wciąż zdarzało się, aby ludzie wspominali o starej kobiecie w długim płaszczu krążącej po Manhattanie, ogólne wyobrażenie o szwedzkim sfinksie było takie samo, jak za czasów jej świetności. Publiczność nie oglądała jej starzenia się oraz upadku kariery – myśląc o niej, ludzie mieli pamiętać ostatnią scenę „Królowej Krystyny”. I tak też było. Aż pojawił się Ted Leyson – amerykański paparazzi, który w latach osiemdziesiątych postawił sobie za cel uwiecznić zmienione oblicze aktorki. Śledził ją kilka lat – 9 kwietnia 1990 roku, zaledwie kilka dni przed śmiercią Garbo, wykonał jej ostatnie zdjęcie. Patrzy z niego na nas stara, przestraszona kobieta. Jej długie siwe włosy zakrywają całą prawą część twarzy – twarzy zniszczonej i schorowanej. Czerwona szminka na ustach wygląda karykaturalnie, oczu praktycznie nie widać – przykryte są wielkimi okularami z przyciemnionymi szkłami. Kamera nie mogłaby już w nie zajrzeć.
Tak właśnie wygląda ostatnie zdjęcie bogini – przykre, zupełnie niepotrzebne, będące dowodem na to, że żyjemy w czasach, w których nie ma już miejsca na tajemnicę…
Tajemniczość, małomówność, a w pewnym momencie nawet całkowita rezygnacja z wywiadów okazały się być więc głównymi czynnikami budującymi mit Boskiej. Greta Garbo jest chyba pierwszym przypadkiem aktorki, dla której najlepszą promocją były… nieobecność i milczenie. Wszelkie pogłoski, teorie dotyczące jej osoby, doniesienia z życia prywatnego itd. tworzyły się więc takiej zasadzie, na jakiej tworzą się legendy – zasłyszane strzępy informacji przeobrażały się w spójną opowieść fascynującą tłumy.





