Publicystyka filmowa
Diuna. Dziwnie piękna katastrofa
DIUNA. DZIWNIE PIĘKNA KATASTROFA to film, który zachwyca wizją i emocjami, pokazując nieprzewidywalność ludzkiego losu w niezwykłym świecie.
Po premierze Człowieka słonia reżyser, który do niedawna obawiał się o to, czy kiedykolwiek będzie w stanie zapewnić stabilizację finansową swojej nastoletniej córce, szturmem wtargnął do bardzo hermetycznego świata hollywoodzkich filmowców. Mimo tego, że opowieść o Johnie Merricku nie przyniosła Lynchowi Oscara, podarowała mu coś o wiele bardziej cennego – rozpoznawalność.
Pozytywne recenzje płynące z całego świata sprawiły, że twórca przestał być traktowany niczym ekscentryczna ciekawostka, mająca na swoim koncie jeden z najbardziej niepokojących filmów krążących pomiędzy kinami wyświetlającymi szalone, nocne seanse. Człowiek słoń udowodnił, że dziwny, młody człowiek, który poświęcił niegdyś kilka lat na stworzenie hipnotycznego snu szaleńca, potrafi nakręcić film trafiający do zdecydowanie szerszej publiczności. Co więcej, umie zrobić to w taki sposób, że ludzie sięgają po chusteczki i wstydliwie zasłaniają wilgotne oczy.
Po finałowej scenie drugiego fabularnego filmu Davida Lyncha łzy spływały nawet po policzkach osób, które twierdziły, że niezwykle rzadko udaje się im wzruszyć podczas kinowego seansu. Jedną z nich była Raffaella De Laurentiis, córka słynnego hollywoodzkiego producenta filmowego – Dino De Laurentiisa. Dwudziestosześcioletnia kobieta po obejrzeniu Człowieka słonia zapukała do drzwi wpływowego ojca i ze łzami w oczach oświadczyła, że znalazła właśnie reżysera filmu, który od wielu lat spędzał sen z powiek nie tylko Dino De Laurentiisowi, ale i kilku innym, bardzo rozpoznawalnym artystom.
Dwa miesiące po Oscarowej gali, w trakcie której Lynch po raz pierwszy raz spacerował po czerwonym dywanie, Amerykanin został wybrany na reżysera Diuny, czyli filmu mającego na początku lat osiemdziesiątych jeden z największych budżetów produkcyjnych w historii kina.
Przed zdecydowaniem się na współpracę z Dino De Laurentiisem i jego córką Lynch usiłował zdobyć pieniądze potrzebne na produkcję filmu, który narodził się w jego głowie jeszcze przed reżyserią Człowieka słonia. Ronnie Rocket, czyli szalona opowieść o niewielkim człowieku, który w wyniku wyładowania elektrycznego staje się po części superbohaterem, po części międzynarodową gwiazdą muzyki rockowej, czekała na realizację i skutecznie odstraszała kolejnych producentów. Wizja pełnego neonowych świateł, nocnego miasta, surrealistyczny scenariusz i nagromadzenie wielu dziwnych, nie do końca zrozumiałych wydarzeń oraz symboli, zdecydowanie nie kalkulowało się w podliczeniach gromady hollywoodzkich bankierów.
Człowiek słoń udowodnił, że dziwny, młody człowiek, który poświęcił niegdyś kilka lat na stworzenie hipnotycznego snu szaleńca, potrafi nakręcić film trafiający do zdecydowanie szerszej publiczności.
Najbliżej zaangażowania się w realizację Ronniego Rocketa był człowiek, który kibicował Lynchowi już od czasów jego Głowy do wycierania. Francis Ford Coppola pokazywał debiutancki film Amerykanina aktorom zebranym na planie Czasu apokalipsy. W taki sposób chciał wprawić ich w paranoiczny nastrój, uzmysłowić, w jaki sposób działa psychika przerażonego człowieka. Po premierze Człowieka słonia Coppola zaprosił Lyncha do swojej rezydencji. Kilkukrotnie przewertował scenariusz do Ronniego Rocketa, a następnie poprosił, aby w jego obecności, na głos, przeczytał go sam Lynch.
Po długich godzinach rozmów reżyser Ojca chrzestnego stwierdził, że pragnie zaangażować w projekt stworzone we współpracy z George’em Lucasem studio American Zoetrope.
Taka porażka uniemożliwiła studiu zaangażowanie się w projekt, który ze względu na wyobraźnię Lyncha również nie należałby do najtańszych. Ronnie Rocket ponownie powędrował na półkę. W trakcie wizyty u Coppoli Lynch poznał jednak jego gościa, popularnego piosenkarza i początkującego aktora – Stinga. Już wkrótce miał on włożyć na siebie kombinezon rodu Harkonnenów i zawalczyć o kontrolę nad piaszczystym Arrakis.
Lynch od początku obawiał się dużych budżetów i producentów uchodzących w środowisku za grube ryby. Nie do końca interesowała go również reżyseria filmu wykreowanego przez wyobraźnię innego twórcy. Właśnie dlatego odrzucił intratną propozycję George’a Lucasa, który zaoferował mu pracę na stanowisku reżysera Powrotu Jedi. Brak możliwości ingerencji w scenariusz, bohaterów oraz wygląd świata gwiezdnej sagi spowodował, że Amerykanin zrezygnował z projektu na rzecz Richarda Marquanda. Po otrzymaniu telefonu od Dino De Laurentiisa Lynch nie krył zdziwienia i uważał, że nigdy nie dojdzie do porozumienia pomiędzy nim i jednym z najbardziej wpływowych producentów działających wtedy w hollywoodzkim środowisku.
W wywiadach reżyser wielokrotnie podkreślał, że postanowił zjawić się w biurze Laurentiisa z czystej ciekawości. Co więcej, mimo tego, że napisana przez Franka Herberta Diuna była książkowym fenomenem, a historia dotycząca jej filmowej realizacji powoli zaczynała urastać do miana jednej z największych, współczesnych kinowych legend, Lynch zupełnie nie wiedział, o czym mowa w trakcie telefonicznej rozmowy z producentem. Przez dużą część konwersacji był święcie przekonany, że Laurentiis chce zaangażować go do reżyserowania filmu June (czerwiec), a nie Dune (Diuna). Przed spotkaniem twarzą w twarz reżyser nadrobił jednak zaległości i stwierdził, że wizja Franka Herberta jest mu wyjątkowo bliska.
Krótka rozmowa z producentem potoczyła się w taki sposób, jakiego Lynch nigdy by się nie spodziewał. Twórca uznał, że Laurentiis kocha filmy, a Diuna jest jego oczkiem w głowie. Szczery entuzjazm płynący ze strony hollywoodzkiego potentata spowodował, że Lynch zapalił się do projektu i ostatecznie zgodził się na współpracę. Właśnie w taki sposób mógł rozpocząć się kolejny amerykański sen. Należy jednak pamiętać o tym, że w historii filmu Diuna już chyba na zawsze kojarzyć będzie się nie tyle z sennym marzeniem, co z twórczym koszmarem.
Przekleństwo Diuny
Ogromny sukces wydawniczy powieści Franka Herberta spowodował, że Hollywood niezwykle szybko zainteresowało się prawami do ekranizacji książki. Diuna zadebiutowała na półkach w roku 1965. Pod koniec lat sześćdziesiątych do realizacji filmu na jej podstawie szykował się Arthur P. Jacobs, czyli producent stojący za Planetą małp z roku 1968. Niestety, atak serca uniemożliwił Jacobsowi wyprawę w kierunku piaszczystej planety wypełnionej drogocenną przyprawą. Po jego śmierci, w roku 1973, Diuna ponownie zaistniała na filmowym rynku. To właśnie wtedy na horyzoncie pojawili się Alejandro Jodorowski oraz Michel Seydoux, rozpoczynając tym samym starania mające na celu stworzenie kilkunastogodzinnej wersji Diuny, która w ich początkowym zamyśle miała trafić do kin jako jeden film, wyświetlany bez żadnych przerw czy też podziału na części. Wokół projektu udało zgromadzić się niezwykłą mieszankę talentów i osobowości. Za kreację filmowego świata mieli odpowiadać między innymi Jean „Moebius” Giraud (uznany francuski rysownik) i H. R. Giger (malarz mający na swoim koncie wykreowanie postaci Ksenomorfa do filmu Obcy – ósmy pasażer Nostromo). Panowie mieli być wspierani przez Salvadora Dalego, który zgodził się na pomoc w tworzeniu grafik mających oddać wygląd świata Diuny i grę w filmie. Prócz niego na planie mieli znaleźć się też Orson Welles, Gloria Swanson i Mick Jagger. Muzykę do filmu obiecali skomponować członkowie zespołu Pink Floyd, którzy zgodzili się na współpracę po spotkaniu Jodorowskiego w restauracji.
Chilijczyk wygarnął muzykom, że od uczestnictwa w wielkim przedsięwzięciu artystycznym bardziej interesuje ich zajadanie hamburgerów. Argument musiał wpłynąć na ambicje Brytyjczyków. Mimo tego, że Diuna przebrnęła fazę koncepcyjną, pozostawiając po sobie ślad w postaci wspaniałych storyboardów i grafik oddających najmniejsze szczegóły świata Arrakis, koszty jej realizacji zdecydowanie przekroczyły możliwości ówczesnego rynku. Jodorowski walczył do końca, ale ostatecznie nie udało mu się zdobyć finansowania, a to oznaczało powrót praw do realizacji filmu na rynek. Właśnie wtedy do gry wkroczył ogromny fan powieści Herberta, Dino De Laurentiis.
Prawa do Diuny znalazły się w jego rękach w roku 1978. Ze względu na szacunek do autora zaraz po ich kupnie producent pojawił się na ranczu Herberta z propozycją przygotowania scenariusza do filmu. Twórca powieściowego uniwersum z chęcią zgodził się na pracę nad adaptacją, dostając od Laurentiisa całkowitą swobodę. Szybko okazało się jednak, że Herbert miał zbyt osobiste podejście do książki. Nie potrafił wyeliminować z niej żadnego wątku pobocznego, przez co stworzony przez niego tekst mieścił się na stu siedemdziesięciu pięciu stronach maszynopisu. Laurentiis stanął w tym momencie przed pierwszą poważną przeszkodą.
Musiał powiedzieć Herbertowi, że na podstawie jego pracy nie da się przygotować filmu mającego szansę podbić światową publiczność. Na tym jednak nie koniec, należało bowiem znaleźć takie rozwiązanie, które umożliwi rozpoczęcie prac nad realizacją Diuny. Herbert nie miał za złe tego, że nieco odsunięto go od projektu. Laurentiis zmienił natomiast swoją taktykę. Zdecydował, że przed zaangażowaniem scenarzysty należy poszukać reżysera, który będzie w stanie narzucić autorom wyraźną wizję tego, co zamierza osiągnąć w trakcie realizacji filmu. Wybór padł na Ridleya Scotta, święcącego właśnie triumfy po doskonałym przyjęciu Ósmego pasażera Nostromo, czyli filmu, który wyglądałby zapewne zupełnie inaczej, gdyby nie praca H.
R. Gigera nad niezrealizowaną Diuną Jodorowskiego.
W roku 1980niespodziewanie umarł na raka skóry starszy brat Ridleya, Frank. Pogrążony w żałobie reżyser stwierdził, że nie ma siły na to, aby poświęcić dwa, trzy lata na realizację Diuny. Jego odejście ostatecznie uśmierciło kolejną próbę adaptacji prozy Franka Herberta. Niedługo po tym wydarzeniu do pokoju Dino De Laurentiisa zapukała Raffaella, a na pokładzie statku zmierzającego w kierunku Arrakis pojawił się David Lynch.
Wśród piasków Arrakis
Zaraz po podpisaniu umowy z producentem Lynch wyruszył w kierunku Tacomy, będącej domem Franka Herberta. Panowie spędzili wspólnie kilka tygodni, w trakcie których zdążyli się poznać oraz polubić. Po latach reżyser wspomina, że jedyna kwestia, w jakiej nie mogli się dogadać, to wybór knajpy lub restauracji, w której przyjdzie im zjeść obiad. To jednak nic nie znaczący szczegół. Na początku lat osiemdziesiątych ważne było bowiem to, że Herbert i Lynch doskonale porozumiewali się w kontekście adaptacji Diuny. Pomysły filmowca przypadały do gustu autora, który traktował swoją najważniejszą powieść niczym dziecko.
Zresztą, nie ma się czemu dziwić, ponieważ w Diunie aż roi się od elementów wpisujących się w fascynacje Lyncha. Wszelkiego typu senne i hipnotyczne wizje, bogate opisy światów pełnych niecodziennych tekstur, legendy opowiadające o odwiecznej walce dobra ze złem, konfrontacja urbanistycznego koszmaru reprezentowanego przez planetę rodu Harkonnenów z surrealistyczną surowością pustynnego Arrakis – to wszystko zdecydowanie przemawiało do wyobraźni amerykańskiego reżysera.
W czasie, gdy Lynch przebywał w Tacomie, nad scenariuszem do filmu pracowali jego przyjaciele, Christian De Vore i Eric Bergren (współautorzy Człowieka słonia). Ich kinowa wizja Diuny okazała się jednak tak odmienna od tego, co narodziło się w wyobraźni Lyncha, że reżyser zdecydował się na odsunięcie ich od projektu. Po tym, gdy na stanowisku scenarzysty ponownie powstał wakat, Amerykanin zapukał do drzwi Laurentiisa i zaproponował, że sam podejmie wyzwanie. Producent początkowo nie był zachwycony pomysłem, ale po otrzymaniu pierwszych kilkunastu stron tekstu stwierdził, że to najlepszy scenariusz Diuny, który do tej pory czytał. Lynch otrzymał od niego zielone światło.
Meksykańskie hale produkcyjne były wprawdzie ogromne, ale usługi świadczone przez ich właścicieli pozostawiały dość dużo do życzenia.
Mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęło się kompletowanie ekipy i poszukiwanie miejsca, które mogłoby imitować świat wykreowany przez Franka Herberta. Za znalezienie odpowiedniej lokacji odpowiadała Raffaella De Laurentiis, która mimo młodego wieku została wyznaczona przez ojca na koordynatorkę całego przedsięwzięcia. Ostatecznie padło na meksykańskie studio Churubusco, znajdujące się w sąsiedztwie piaskowych pól Samalayuca, będących niegdyś scenerią dla wędrówki rewolwerowca ze słynnego Kreta Jodorowskiego. Można zatem powiedzieć, że duch Chilijczyka nieustannie nawiedzał świat zaludniony przez Atrydów, Harkonnenów i Fremenów.
Churubusco nie przypominało w niczym hollywoodzkich kompleksów studyjnych. Meksykańskie hale produkcyjne były wprawdzie ogromne, ale usługi świadczone przez ich właścicieli pozostawiały dość dużo do życzenia. Bardzo często zdarzały się problemy związane z dostawą prądu oraz awariami blokującymi prace na terenie obiektów. Kulała również komunikacja, przez co aktorzy i ludzie z obsługi często nie mogli porozumieć się ze swoimi rodzinami i agentami. Na domiar złego żniwo zbierał ciężki klimat, potęgowany przez wysokość, na jakiej znajdowało się studio (ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza). Znacząca część ekipy cierpiała z tego powodu na przykre dolegliwości, które często paraliżowały pracę nad filmem.
Lynch bardzo dobrze znosił trudy planu. Od wczesnej fazy projektu niepokoiło go jednak zachowanie Raffaelli, która wyraźnie naciskała na to, aby długość filmu zamykała się w okolicach dwóch godzin. Zważywszy na złożoność wizji Herberta, reżyser wiedział, że zamknięcie akcji w takim czasie będzie niezwykle trudne. W zapanowaniu nad twórczym chaosem miała pomóc skompletowana przez niego ekipa. Wśród osób zaangażowanych w ekranizację Diuny znalazło się wielu przyjaciół twórcy. Operatorem został Freddie Francis, autor zdjęć do Człowieka słonia. Za stworzenie efektów dźwiękowych odpowiadał Alan Splet, jeden z najwierniejszych ludzi z otoczenia Lyncha, pomagający mu w trakcie tworzenia krótkometrażowej Babci i Głowy do wycierania. A jeśli już o niej mowa, w obsadzie filmu znalazł się również Henry Spencer, czyli Jack Nance – kolejny serdeczny przyjaciel reżysera. Obok nich na planie pojawił się Tony Masters, czyli scenograf Lawrence’a z Arabii oraz Odysei kosmicznej Kubricka. Co ciekawe, odrzucony w trakcie poszukiwań scenografa do Diuny autorstwa Jodorowskiego. Carlo Rambaldi, odpowiedzialny za projekt oraz stworzenie E.T. z familijnego hitu Stevena Spielberga, czy też Kit West – laureat Oscara za efekty specjalne do Poszukiwaczy zaginionej arki. I nawet mimo tego, że wśród aktorów pojawili się poznany niegdyś w willi Francisa Forda Coppoli Sting, Max von Sydow oraz Patrick Stewart, który dopiero za kilka lat miał zyskać sławę za sprawą roli w Star Treku, Lynch wciąż nie miał głównego bohatera, czyli odtwórcy roli Paula Atrydy. A czas gonił…
Tacoma – Yakima – Spokane
Ranczo Franka Herberta znajduje się w Tacomie. Kilkaset kilometrów na wschód od niej, co jak na amerykańskie realia jest w zasadzie bliskim sąsiedztwem, możemy znaleźć miasto Spokane, będące niegdyś domem Davida Lyncha. Mniej więcej po środku drogi pomiędzy Tacomą i Spokane znajduje się Yakima, czyli miejsce, w którym urodził się i wychował Kyle MacLachlan. Aktor przeczytał Diunę w wieku czternastu lat. Od tego czasu na stałe weszła do repertuaru jego ulubionych książek. W wizji Herberta dostrzegał on cząstkę siebie. Mieszkańcy pustynnego Arrakis marzyli o tym, że niegdyś uda im się stworzyć na obszarze planety oazę umożliwiającą hodowlę roślin i pozyskiwanie wody.
Yakima, wyrwana przez Amerykanów pustynnym terenom południowego Waszyngtonu, mogła przywodzić na myśl środowisko powstałe w głowie Franka Herberta. To zdecydowanie ułatwiało MacLachlanowi identyfikację z głównym bohaterem powieści. Diuna nie była jednak jedyną rzeczą, jaka inspirowała MacLachlana. Podczas studiów w Seattle zainteresował się on na poważnie aktorstwem. Ukończenie prestiżowego Professional Actor Training Program otworzyło przed nim drzwi teatrów. Podczas gry w Świętoszku Moliera został zauważony przez hollywoodzką łowczynię głów pracującą dla Dino De Laurentiisa.
Kobieta wiedziała, że w Los Angeles odbywają się właśnie castingi do roli Paula Atrydy. Po przedstawieniu poinformowała o tym MacLachlana, zapewniając, że jest w stanie zaaranżować jego spotkanie z reżyserem Diuny.
Niedługo po tym MacLachlan siedział twarzą w twarz z Lynchem, rozmawiając o wspólnych doświadczeniach związanych z dorastaniem na obszarze Waszyngtonu. Panowie zorientowali się również, że obaj są wielbicielami wina. Podczas pierwszej rozmowy reżyser niemal nie poruszał z MacLachlanem tematu Diuny. Pod koniec spotkania podarował mu jednak scenariusz, prosząc, aby przygotował się do zaprezentowania jego wizji roli. Kolejne przesłuchanie miało miejsce na terenie Meksyku. MacLachlan wystąpił przed Lynchem w stroju Paula Atrydy. Po wygłoszeniu kilku kwestii wrócił do swojego hotelowego pokoju.
Na stoliku odnalazł butelkę ulubionego czerwonego wina Lyncha. Telefon potwierdzający jego zatrudnienie był oczywiście jedynie formalnością. Zaangażowanie do głównej roli w wielkiej hollywoodzkiej produkcji było dla początkującego, nikomu nieznanego aktora teatralnego losem wygranym na loterii. Sukces był tym większy, że o angaż starało się ponoć bardzo wielu młodych mężczyzn. Jednym z nich był ponoć Brad Pitt, który nie wzbudził zainteresowania wśród osób organizujących castingi i musiał poczekać na swoją kolej, która miała nadejść ładnych parę lat po premierze Diuny za sprawą Thelmy i Louise (1991).
Yakima, wyrwana przez Amerykanów pustynnym terenom południowego Waszyngtonu, mogła przywodzić na myśl środowisko powstałe w głowie Franka Herberta.
Po MacLachlanie w obsadzie filmu pojawił się jeszcze Dean Stockwell, który odnosił sukcesy jako aktor dziecięcy, ale zdecydował się na porzucenie show biznesu w latach sześćdziesiątych. Burzliwe chwile spędzone w hipisowskich komunach doprowadziły do tego, że Stockwell popadł w zapomnienie masowej publiczności. Role podejmowane przez niego w latach siedemdziesiątych były w większości mało interesujące, co przekładało się na jego sytuację życiową. Aby zapewnić byt rodzinie, aktor musiał pracować jako agent nieruchomości. W momencie, gdy Lynch rozpoczynał zdjęcia do Diuny, Stockwell przebywał na rodzinnych wczasach w Meksyku.
Zadecydował, że wykorzysta nadarzającą się okazję i odwiedzi studio Churubusco. Po wejściu do biura aktor natknął się na Lyncha, który ze zdziwieniem popatrzył w jego kierunku i powiedział, że był niemal pewien tego, że Stockwell nie żyje. Zaraz po tym zaangażował go do znaczącej roli doktora Wellingtona Yueha. Dzięki temu występowi i pojawieniu się w tym samym roku na planie Paryż, Teksas Wima Wendersa, Dean Stockwell wrócił w łaski Hollywood.
W ogniu krytyki
Kiedy prace nad Diuną powoli zaczynały wychodzić na ostatnią prostą, ruszyła ogromna machina marketingowa. Przed rozpoczęciem działań reklamowych film kosztował około pięćdziesięciu milionów dolarów, po zakończeniu kampanii budżet wzrósł do astronomicznych jak na tamte czasy sześćdziesięciu ośmiu milionów. Dla porównania, koszty produkcji i promocji Powrotu Jedi wyniosły około czterdziestu trzech milionów dolarów. Ameryka oszalała. Na sklepowych półkach aż roiło się od zabawek związanych ze stworzonym przez Herberta uniwersum, media ścigały się natomiast w doniesieniach na temat nadchodzącego przeboju.
Wiele osób z branży przewidywało, że Diuna ma szansę na pobicie kasowego rekordu wszech czasów. Nikt nie spodziewał się, że tworzony przez cztery lata blockbuster okaże się finansową klapą.
Ze względu na to, że opowieść Herberta miała książkowe kontynuacje, jeszcze przed premierą pierwszej części zakładano, że powstaną kolejne odsłony sagi. Do pomysłu pozytywnie nastawiony był Lynch. Kyle MacLachlan zmienił nawet swój numer telefonu na 547-DUNE. Fala entuzjazmu szybko zaczęła jednak tracić na sile. Frank Price, jeden z szefów Universalu, po obejrzeniu filmu stwierdził, że widzowie z pewnością będą mieli problem z jego zrozumieniem, a to przełoży się z kolei na wyniki finansowe. Podobne zdanie, wyrażone jednak zdecydowanie bardziej dosadnym językiem, mieli dystrybutorzy uczestniczący w zamkniętych pokazach.
W stosunku do Laurentiisa padało wiele ostrych słów. Do mediów zaczęły przenikać pierwsze, skrajnie negatywne opinie dotyczące filmu. Marketingowa machina zaczęła zwracać się przeciwko Diunie. Fakt, że dzięki staraniom specjalistów od reklamy produkcja od wielu miesięcy znajdowała się na świeczniku spowodował, że media oraz potencjalna publika z zainteresowaniem chłonęli każdą plotkę dotyczącą zamkniętych pokazów. Diuna, mimo pustynnego charakteru, zaczynała tonąć jeszcze przed oficjalną premierą. Kiedy w prasie i telewizji zaczęły pojawiać się pierwsze recenzje najbardziej wpływowych krytyków, widzowie dostali jasny komunikat, że z Diuną jest coś nie tak.
Nawet wyważony w swoich opiniach Roger Ebert zmieszał film z błotem i umieścił go na liście najgorszych produkcji obejrzanych w roku 1984. W tym momencie największym wygranym był najprawdopodobniej Alejandro Jodorowski, który opowiadał, że przed pójściem do kina niemal stracił przytomność. Chilijczyk widział Głowę do wycierania i uważał, że Lynch jest jedynym reżyserem, który mógłby zekranizować wizję Herberta lepiej od niego. Po wyjściu z kina Jodorowski ponoć zanosił się śmiechem i z radością powtarzał, że Diuna jest fatalna. Porażka wizji Lyncha z pewnością przyczyniła się do mitologizacji niepowstałego filmu autora Kreta i Świętej góry. Gdyby produkcja z roku 1984 przeszła do historii jako arcydzieło gatunku, o szalonym pomyśle południowoamerykańskiego surrealisty słyszeliby zapewne jedynie nieliczni.
Diuna, mimo pustynnego charakteru, zaczynała tonąć jeszcze przed oficjalną premierą.
Diuna pojawiła się w oficjalnym obiegu 14 grudnia 1984 roku i została finansowo oraz frekwencyjnie zmiażdżona przez Gliniarza z Beverly Hills. W trakcie pierwszych pięciu tygodni wyświetlania film z Eddiem Murphym zarobił na terenie USA sto dwadzieścia dwa miliony dolarów, ponad czterokrotnie droższa Diuna jedynie dwadzieścia siedem milionów. Ostatecznie w Stanach Zjednoczonych film Lyncha z ledwością przekroczył granicę trzydziestu milionów dolarów. Nawet gdy doliczymy do tego pieniądze, które spłynęły do kieszeni producentów w wyniku dystrybucji światowej, można wyciągnąć jedynie jeden wniosek. Film był ogromną finansową porażką, która zdecydowanie osłabiła reżyserską pozycję jego twórcy.
Lynch nigdy nie próbował usprawiedliwiać swojej porażki, niemniej do dziś nie lubi rozmawiać na temat Diuny. To jedyny film w jego karierze, przy którym nie udało mu się utrzymać prawa do ostatecznej wersji. Po zakończeniu zdjęć reżyser miał ponad cztery godziny gotowego materiału. Zdając sobie sprawę z faktu, że nie każda z nakręconych scen może znaleźć się w filmie, chciał skrócić go do trzech godzin. Producenci zdecydowanie odmówili. Ostatecznie kinowa wersja Diuny trwa dwie godziny i siedemnaście minut, a to oznacza, że niemal połowa nakręconego materiału nadal znajduje się pod kluczem Universalu.
Część scen, które nie pojawiły się w wersji kinowej, można zobaczyć w telewizyjnej reedycji Diuny z roku 1988. Należy mieć jednak na uwadze, że Lynch bardzo ostro odciął się od tego wydania filmu i nie miał nic wspólnego z jego montażem. Na planszach napisowych zastąpiono prawdziwe nazwisko reżysera zwyczajowym Alanem Smithee (pseudonim używany przez twórców, którzy nie chcą być kojarzeni z pracą swojego autorstwa). Pozwolono mu również na wymyślenie fikcyjnego pseudonimu dla scenarzysty, ponieważ w oryginalnej wersji był nim sam Lynch. Twórca zdecydował się na wbicie szpilki ludziom ze studia. Scenarzystą telewizyjnej Diuny został tym samym niejaki Judasz Booth. Postaci Judasza przedstawiać raczej nie trzeba. Booth to nazwisko mordercy Abrahama Lincolna.
Reżyser kilkukrotnie odpowiadał na pytania dotyczące czterogodzinnej wersji Diuny, podkreślając, że nawet wtedy, gdyby dostał materiał i mógł zmontować z niego własną wersję filmu, nie uważa, że opowieść o pustynnym Arrakis stałaby się lepszym filmem. Twórca podkreśla, że po latach zrozumiał, że naciski ze strony Raffaelli i nieustanne zamartwianie się o to, ile ostatecznie potrwa film, odbiły się na całym procesie produkcji, wypaczając tym samym wizję leżącą u fundamentów scenariusza. O tym, że był to dla Lyncha niezwykle nerwowy okres, świadczyć może jego artystyczna działalność pozafilmowa. Od roku 1983, na łamach LA Reader, Lynch zaczął publikować krótkie paski komiksowe zatytułowane Najbardziej wkurzony pies na świecie. Nazwa serii mówi chyba sama za siebie.
Dziwnie piękna katastrofa
Diuna w wydaniu Lyncha z całą pewnością nie jest klasycznym blockbusterem. To film zdecydowanie cięższego kalibru. Pojawiające się w nim wątki poboczne nie zawsze zostają należycie rozwinięte. Wiele elementów scenariusza tajemniczo ginie pod natłokiem kolejnych scen. Widz domaga się ich ponownego podjęcia, pragnie zrozumieć ścieżki, jakimi podąża twórca, usiłuje złożyć porozrzucane wśród piasków Arrakis kawałki opowieści. Nie jest to jednak proste, a nawet więcej – bez znajomości lektury może okazać się niemożliwe. Przyczyną takiego stanu rzeczy z pewnością jest czas projekcji, który od początku projektu ograniczał wizję reżysera.
To właśnie w związku z nim twórca zdecydował się na tłumaczenie wielu kwestii przy pomocy głosu narratora. Podobny zabieg pojawiał się wprawdzie również u Herberta, ten na ułożenie swojej misternej układanki miał jednak kilkaset stron, a papier jest bez wątpienia dużo bardziej cierpliwy niż Dino De Laurentiis i amerykańska widownia. Kiedy spogląda się na Diunę z perspektywy czasu, to właśnie nadmiar informacji stanowi jej największą bolączkę. Labirynty pojawiające się w niemal każdym filmie Lyncha oparte są zazwyczaj na emocjach bohaterów. Ich korytarze nie błądzą po wielowątkowych fabułach wśród skomplikowanych mitologii.
To właśnie w tym tkwi siła większości obrazów reżysera. Mimo surrealistycznej otoczki oraz aury tajemniczości, okrucieństwa czy też absurdu, zawsze pozostają one niezwykle blisko człowieka. Świat Diuny za często oddala się od swoich bohaterów, dryfując w kierunku wymiaru idei, zbyt złożonego i skomplikowanego, aby można było przedstawić go w trakcie dwugodzinnego seansu.
Inną sprawą jest to, czy w trakcie premiery film istotnie zasługiwał na tak druzgocąco słabe recenzje. Nie sposób odgadnąć, w jaki sposób potoczyłyby się losy Diuny, gdyby najbardziej znaczące nazwiska amerykańskiej krytyki filmowej nie pogrzebały jej jeszcze przed oficjalną premierą. Przy filmie realizowanym kosztem tak dużych nakładów finansowych każde potknięcie może okazać się początkiem ostatecznego upadku. W przypadku Diuny marketingowa maszynka rozkręcona przez specjalistów od reklamy wymknęła się spod kontroli i, ostatecznie, doprowadziła do przedwczesnej śmierci swojego drogocennego dziecka. Z perspektywy czasu wiele zarzutów w stosunku do filmu jest mocno dyskusyjnych. Richard Corliss z TIME Magazine miał mu za złe fakt, że nie dostarczał prostej rozrywki znanej z innych wysokobudżetowych filmów science fiction (pamiętajmy, że w roku 1983 miał premierę Powrót Jedi). Roger Ebert narzekał na ogólną ponurość i dziwną kolorystykę, uważając, że Lynch powinien brać przykład z Lawrence’a z Arabii i przy kreacji pustynnych ujęć używać palety barw zdecydowanie przyjemniejszej dla ludzkiego oka (Ebert zignorował jednak fakt, że scenografem Diuny i Lawrence’a była ta sama osoba). Czy w obrębie wizji Franka Herberta faktycznie jest jednak miejsce na bezrefleksyjną zabawę i awanturnicze zacięcie w stylu Davida Leana?
Aby odnaleźć się wśród wydm nawiedzanych przez majestatyczne czerwie, potrzeba czasu.
Scenariusz Diuny był jednym wielkim nieporządkiem. Z tym zarzutem trudno się spierać. Wśród fabularnego chaosu można odnaleźć jednak mnóstwo ciekawych elementów, które sprawiają, że film Lyncha po dziś dzień pozostaje jedną z najbardziej odrębnych, wysokobudżetowych produkcji science fiction w historii kina. Świat wykreowany przez Franka Herberta w niczym nie przypominał kosmosu znanego widzom z gwiezdnej sagi Lucasa. Jego wizja wszechświata była o wiele mroczniejsza, mniej zrozumiała, uwikłana w religijno-polityczne zmagania wrogich nacji.
Atmosfera stworzona przez Lyncha doskonale oddaje specyfikę uniwersum Diuny. Sam Herbert wielokrotnie, mimo nagonki mediów, powtarzał, że pod kątem koncepcyjno-wizualnym film Amerykanina odzwierciedla jego wyobrażenia na temat świata opętanego mocą tajemniczej przyprawy. Surowość pustynnego Arrakis, urbanistyczne piekło Giedi Prime, ogromne ilości ornamentyki zaczerpnięte ze sztuki egipskiej, arabskiej czy też weneckiej (Lynch w trakcie tworzenia scenografii inspirował się renesansem weneckim) wprowadzają widza w niecodzienny, wręcz hipnotyczny nastrój. Diuna jest przez to niezwykle dziwnym, niepozwalającym o sobie zapomnieć doświadczeniem.
Z jednej strony już na pierwszy rzut oka można wskazać jej słabości. Z drugiej, podczas oglądania filmu trudno pozbyć się wrażenia, że ma się przed sobą coś niezwykle oryginalnego i inspirującego w swojej całkowitej inności. Właśnie dlatego ten film, podobnie jak i jego książkowy pierwowzór, jest pewnym rodzajem wyzwania. Do docenienia Diuny nie wystarczy szybki seans czy też pobieżne przekartkowanie. Aby odnaleźć się wśród wydm nawiedzanych przez majestatyczne czerwie, potrzeba czasu. To dziwnie piękna katastrofa.
korekta: Kornelia Farynowska










