search
REKLAMA
Recenzje

PARYŻ, 13. DZIELNICA. Miłość, seks i blokowiska

Czarno-biały francuski film o imigrantach, który dobrze się ogląda, bez bycia porażonym pretensją czy ciężarem tematu? „Paryż, 13. dzielnica” to rzadki okaz tego gatunku.

Tomasz Raczkowski

21 czerwca 2022

REKLAMA

Jacques Audiard może nie jest Kenem Loachem, ale swoją filmografią złożoną z takich filmów jak Z moich ust, W rytmie serca, Prorok czy Imigranci zbudował dość wyrazistą tożsamość autora portretującego współczesne francuskie społeczeństwo w sposób niestroniący od refleksji nad jego „mniej pięknym” obliczem i problemami. W takim kontekście film nazwany od paryskiej 13. dzielnicy – jednej z tych mniej prestiżowych, zamieszkanej licznie przez imigrantów z Azji – sygnalizuje jasno spoglądanie na wieloetniczną Francję i jej społeczne napięcia. I o ile faktycznie Audiard dotyka tej problematyki, to w Paryżu, 13. dzielnicy robi to za pośrednictwem stylowego melodramatu zbudowanego wokół miłosnych rozterek trojga bohaterów.

Historia w Paryżu, 13. dzielnicy ogniskuje się początkowo wokół romansu dwójki bohaterów. Ona, Emilie, jest migrantką z Tajwanu, żyjącą w Paryżu bez bardziej konkretnego planu, utrzymującą napiętą relację na odległość z matką pracującą w Wielkiej Brytanii i zmagającą się z obowiązkiem wobec leżącej w domu opieki babci. On, Camille, to pochodzący z Afryki, z trudem wiążący koniec z końcem nauczyciel, podnajmujący pokój w mieszkaniu Emilie. Po chwili do opowieści dołącza „ta trzecia”, Nora, agentka nieruchomości, która porzuciła poukładane (choć wcale nie proste) życie w mniejszym mieście, by podjąć studia w Paryżu. Wyraźnie starsza od kolegów i koleżanek z akademickiej ławy kobieta zderza się czołowo z brakiem akceptacji i odrzuceniem, jest jednak zdeterminowana by kontynuować nowe życie. Jej ścieżki przecinają się z Camille, a także z Amber, sexworkerką pracującą na kamerce. Dalej Audiard snuje opowieść wokół przeplatających się relacji przyjaźni, miłości, seksu i fascynacji pomiędzy Camille, Emilie, Norą i obecną zdalnie Amber.

Scenariusz do filmu napisały aż trzy osoby – oprócz Audiarda pod Paryżem 13. dzielnicą podpisały się Léa Mysuis (Ava) i Céline Sciamma (Portret kobiety w ogniu), a więc dwie uznane scenarzystki i reżyserki. Z jednej strony ten ruch wydaje się sensowny o tyle, że udział dwóch kobiet wydaje się wymiernie przekładać na dowartościowanie perspektywy kobiecych bohaterek, które są tu w pełni sprawcze, podmiotowe i niezredukowane do stereotypów. Z drugiej strony jednak w filmie czuć momenty, w których narracja nieco się rozjeżdża, a poszczególne jej części nie zawsze są równe. Najbardziej doskwiera to w środkowej części filmu, gdy z horyzontu na długi czas znika zupełnie Emilie, a wątki Nory i Amber wydają się nie do końca wpasowane w wyjściową opowieść, zorientowaną na krótki i intensywny związek dwójki imigrantów. Można powiedzieć, że historia podąża naturalnym torem życiowych dygresji i zakrętów, ale można też uznać to za dramaturgiczną czkawkę.

Fragment, w którym postać Emilie oddaje pole Camille i Norze, uwypukla też bodaj największy atut filmu, jakim jest zjawiskowa rola Lucie Zhang. Debiutująca (!) aktorka kreuje fascynująco złożoną rolę dziewczyny zmagającej się z napięciami porozrzucanej po świecie przez emigrację rodziny, poczuciem millenialskiej bezcelowości i osamotnienia oraz próbującej poukładać sobie po swojemu życie uczuciowo-erotyczne w dobie aplikacji randkowych. Postać Emilie jest chyba obiektywnie najciekawsza i najbardziej możliwa do utożsamienia się dla widzów, jednak trzeba oddać Zhang, że dzieje się tak również dzięki jej grze, którą dystansuje raczej poprawnego Makitę Sambę (znanego m.in. z Angelo) oraz grającą trochę na autopilocie największą gwiazdę filmu Noémie Merlant (Portret kobiety w ogniu). Momenty, w których Paryż, 13. dzielnica porzuca Emilie, niebezpiecznie zbliżają film do standardowego, letniego francuskiego dramatu „o uczuciach i problemach”. Gdy jednak Zhang pojawia się na ekranie, film Audiarda zyskuje dodatkowy blask, łapiąc zeitgeist XXI wieku i nerw oryginalnej refleksji o splocie miłości, żalu i pożądania.

Z lekkością i świeżością

To ostatnie jest w Paryżu 13. dzielnicy sportretowane z przyjemną lekkością i świeżością. Choć Audiard nie kręci filmu erotycznego, seks i nagość zajmują w nim ważne miejsce, nie tylko za sprawą obecności dość aktualnych wątków pracy seksualnej, cyberseksu i aplikacji randkowych, ale przede wszystkim bezpruderyjnego podejścia do erotycznego aspektu relacji łączących główne bohaterki i bohatera. Kiedy postaci uprawiają seks, widzimy jak uprawiają seks, bynajmniej nie pod kołdrą czy poza kadrem. Nie ma tu przesadnej stylizacji nagości, ale sceny erotyczne filmowane są z wyczuciem, podkreślającym równocześnie zmysłową intensywność, jak i normalność tych momentów w codzienności kochanków. Dzięki temu Paryż, 13. dzielnica ani nie wpada w pułapkę wizualnej instrumentalizacji seksu, ani też go nie tabuizuje.

Pierwsze ujęcie filmu pokazuje panoramicznie tytułowe blokowisko, które staje się areną miłosnych historii. Ta dynamika – przyziemne, ludzkie historie osadzone na tle większych społecznych kontekstów – bardzo dobrze pracuje w filmie Audiarda. Zbudowany ze stylowych czarno-białych kadrów, bez zażenowania zaglądających do sypialni bohaterów idących trochę na oślep przez życie w metropolii początku XXI wieku, Paryż, 13. dzielnica kładzie akcent na sferę prywatną, za pośrednictwem której możemy dostrzegać nieco szersze procesy, które jawią się jednak jako pochodna wielu interakcji na różnych płaszczyznach, a nie – co bywa często grzechem kina społecznego – demiurgiczna siła popychająca ludzi do działania. Audiard (wraz ze współscenarzystkami) znajduje balans między eksplorowaniem złożoności psychologicznej bohaterów, zarysowywaniem otaczającego ich kontekstu społecznego, romantyczną fabułą i życiowym realizmem. Dotykając tych wszystkich aspektów, nie zapomina jednak o zaoferowaniu widzom po prostu przyjemnego seansu. Czarno-biały francuski film o imigrantach, który dobrze się ogląda, bez bycia porażonym pretensją czy ciężarem tematu? To rzadki okaz tego gatunku.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA