Publicystyka filmowa
Oryginały GORSZE od swoich remake’ów
Oryginały GORSZE od swoich remake’ów? Odkryj, jak niektóre filmy zaskakują nową jakością, redefiniując kultowe historie w kinie.
Dziś na tapet bierzemy jeden z najbardziej znienawidzonych trendów w kinie, któremu w dużej mierze zarzuca się odtwórczość i łatwy skok na kasę. Wszyscy znają remaki, w większości gardząc tymi gwałtami na pierwotnej, często ikonicznej wizji.
Niekiedy zdarzają się jednak wyjątki od reguły, trafiają się filmy zaprzeczające ogólnej miałkości i pokazujące, że wejście drugi raz do tej samej rzeki może zmienić jej bieg, o ile zrobi to ktoś z jajami i konkretnym pomysłem na kino.
Początkowo wybór takowych przykładów okazał się banalnie łatwy. Lecz diabeł, jak to on, tkwi w szczegółach. Gros udanych powrotów do przeszłości to bowiem nic innego, tylko ponowne adaptacje jakiegoś innego medium, najczęściej książek lub opowiadań. Trudno więc traktować je jako dosłowne kopie wcześniejszych filmów, nawet jeśli niekiedy są nimi de facto.
Szczęśliwie po odsianiu dość pokaźnego spisu wyklarowała mi się bardzo ładna lista tytułów, które spokojnie bronią rzeczonej tezy bez oglądania się na ich genezę.
Po namyśle jeden z nich postanowiłem jednak również odrzucić, gdyż wyższość jest w tym wypadku pojęciem względnym – w obu wersjach mamy do czynienia z klasykami X muzy i odbiór każdej z nich warunkują także kulturowe naleciałości, zatem niełatwo byłoby o jakąkolwiek sprawiedliwość dziejową. Tak skończyło się na siedmiu wspania… ekhm… ruchomych obrazach, jakie nie mają problemów z górowaniem nad swoimi wcześniejszymi wcieleniami.
Aha, są spoilery i wszelkie bajery…
Afera Thomasa Crowna (1968 i 1999)
Zaczynamy od razu z grubej rury, gdyż w tym wypadku oryginalna produkcja Normana Jewisona jest w pewnych kręgach kultowa. Głównie za sprawą mocarnej obsady (Steve McQueen i Faye Dunaway – nie mylić kolejno z czarnym reżyserem i Faye Daveney) oraz ślicznej, Oscarowej piosenki (The Windmills of Your Mind). Po latach właśnie te dwa elementy potrafią się bez problemu obronić. One i może jeszcze sympatyczna czołówka. Niestety cała reszta jest zwyczajnie.
.. nudna. I niezbyt emocjonująca. Co gorsza, niby – jak sugeruje tytuł – jest jakaś afera, ale jest tak letnia, jak to tylko możliwe. Generalnie fabułę sprowadzić można bez problemu do dwójki ładnych ludzi, którzy nie mają co robić w sobotnie popołudnie, więc zaczynają latać szybowcami, jeździć po plaży wypasionymi autkami, grać w szachy i przesiadywać na leżaczkach z kieliszeczkami w rączusiach, jakby zapominając o tym, co ich ku sobie pchnęło, czyli intrydze. Wszystko to ciągnie się jak guma do żucia, ale pozbawione jest zabawnego komiksu z Donaldem.
Swego czasu film zasłynął najdłuższą sceną pocałunku w historii kina. Kulturowe przemiany jej wydźwięku bynajmniej nie zepsuły, lecz po latach ma już lekko kiczowaty posmak. To po prostu wiele hałasu o nic, a w dodatku aktorzy sprawiają wrażenie odrobinę skrępowanych, jakby sami nie wiedzieli, od której strony się ugryźć. Oczywiście daleki jestem od jechania po tym filmie jak po łysej kobyle (notabene konie na ekranie również są, oczywiście w wersji polo). To nieźle zrobione rzemiosło, z paroma fajnymi scenami i w miarę udanym, acz wizualnie przekombinowanym finałem. Zestarzało się to jednak okropnie, szczególnie w starciu z późniejszym o trzydzieści lat remakiem.
Nic dziwnego zresztą, skoro za kamerą tegoż stanął John McTiernan (co by o Jewisonie nie mówić, dynamika i kryminalne intrygi nie były jego mocną stroną). W rolach głównych obsadzono tym razem samego Jamesa Bonda (nie, nie Craiga – Brosnana) oraz „brzydkie kaczątko” Hollywood, Rene Russo (i nie, to nie ja wymyśliłem ten przydomek). Faye Dunaway także się pojawia, w roli epizodycznej, co również dodaje punktów do nostalgii. Na niej nie skupia się jednak reżyser – zamiast tego podkręca tempo, emocje oraz przede wszystkim chemię między postaciami, dodatkowo komplikując im nieco relacje.
O wiele większe wrażenie robi zatem i cała afera, i cały romans, którego przyszłość niemal do ostatniej chwili jest niepewna.
Nie zapomniano przy tym o fajnych gadżetach oraz przebojowym soundtracku, który uświetnia doskonała przeróbka starego szlagieru w wykonaniu Stinga. Dodajmy do tego o wiele bardziej ciekawszy i zaskakujący finał oraz naprawdę gorącą, świetnie zainscenizowaną scenę seksu i mamy remake idealny. Film zrobiony z werwą, pomysłem i pasją, któremu być może brakuje paru atutów pierwowzoru, lecz ostatecznie zostawia go daleko w tyle. Acz konserwatyści wiedzą swoje.
Gorączka (1989 i 1995)
Przykład być może nieco naciągany, ale autentyczny. W oryginale Heat było telewizyjną produkcją średniego sortu, z koszmarnym polskim tytułem – L.A. Takedown to jakimś cudem Wydarzyło się w Los Angeles. Ano wydarzyło się. Konkretnie aktorstwo na poziomie Słonecznego patrolu (mimo pozornie wielu znakomitych nazwisk w obsadzie), dialogi wypowiadane w tak toporny sposób, że można złapać się za głowę, siermiężna realizacja, słaby montaż, kiepskie udźwiękowienie.
.. i tak dalej. Parę plusów się znajdzie, pełnego obciachu nie ma (bo też i kompletnie słabe przykłady nigdy nie były moim celem). Lecz generalnie produkcja ta, planowana początkowo jako pilot serialu, nie ma zbyt wielu atutów, by wybić się ponad telewizyjną średnią – zwłaszcza w porównaniu z innymi dziećmi Michaela Manna: Crime Story i Policjantami z Miami. A już obecna złota era małego ekranu to poziom nieosiągalny dla tego półtoragodzinnego, archaicznego pilota.
Mann jednak szybko ogarnął się (lub ktoś powiedział mu, żeby się ogarnął), dopracował historię, jej detale, postaci oraz rzucane przez nie teksty i sześć lat później zafundował światu arcydzieło kina sensacyjnego, a którego plusach nawet nie ma się co rozpisywać, bo padłaby klawiatura (a poza tym na stronie są już odpowiednio rozbudowane teksty na ten temat). Z kolei porównywanie obu tytułów „na serio” byłoby zwykłą powtórką walki Apollo Creeda z Ivanem Drago, w której ten pierwszy chwilę pajacuje, po czym pada martwy na deski.
Nokaut. I to taki, że ponad dwadzieścia lat od premiery właściwej Gorączki ręce potrafią się dalej spocić człowiekowi na samo jej wspomnienie.
To nadal mistrz świata wagi ciężkiej, o którego upośledzonym bracie bliźniaku szczęśliwie mało kto już pamięta.
Kill Bill (1973/74 i 2003/04)
Ten przykład jest jeszcze bardziej przyszywany, lecz i tutaj nie ulega wątpliwości, że w taki czy inny sposób mamy do czynienia z opowiadaniem tej samej historii na nowo. Quentin Tarantino słynie ze swojej postmoderny i przerabiania wszystkiego, co obejrzał kiedyś podczas pracy w wypożyczalni wideo (a potem w domu, w czasie wolnym). Oba woluminy Kill Billa tlą się zatem z taką samą intensywnością kolorami, z jaką iskrzą się nawiązaniami i bezpośrednimi cytatami z bogatej historii kina.
Trzon całej historii oraz jej poszczególne sceny i detale, to jednak nic innego, jak przemielenie przez amerykańską (tudzież quentinowską) wrażliwość obu części Lady Snowblood (w Polsce tylko pierwsza odsłona została przetłumaczona na Krwawą Panią Śniegu), z urodziwą Meiko Kaji w roli tytułowej. Raz jeszcze oryginalne filmy, które jeden po drugim zaatakowały japońskie kina w latach siedemdziesiątych, zostały wyciągnięte z kart komiksu. I ponownie ich późniejsze wskrzeszenie stanowi zwyczajnie ciekawszy, atrakcyjniejszy kawałek sztuki filmowej.
Abstrahując od eklektycznej ścieżki dźwiękowej u Tarantino (na której panna Kaji również się pojawia, i to dwukrotnie), generalnie wszystko się zgadza. I tu, i tam mamy sponiewieraną przez złych ludzi niewiastę, która chwilę popłacze sobie, potem poprawi włosy, zepnie poślady i zrobi listę, której będzie się trzymać aż do końca. Oczywiście na liście bynajmniej nie znajdziemy mleka i jajek, tylko kolejne nazwiska do odstrzału (czy też raczej odcięcia).
W obu fabułach mamy tę samą manierę stosowania rozdziałów i bliźniaczo wyglądające retrospekcje, a poszczególne sekwencje Tarantino – mówiąc kolokwialnie – dosłownie zerżnął, chociaż czasem nadał im nieco inny wydźwięk.
Co by przy tym o pierwowzorach nie mówić, to jednak młody fetyszysta kina wszystko zrobił lepiej.
Kultowe, zwłaszcza w ojczyźnie, przygody panny Yuki, która drepcze od wioski do wioski ubrana w tradycyjne (i tradycyjnie obcisłe), białe fatałaszki i małymi kroczkami dekapituje poszczególnych zakapiorów, budzą dziś w większości uśmiech politowania. Pod niemal każdym względem ustępują ubranej w kombinezon Bruce’a Lee Pannie Młodej (aka Czarnej Mambie, aka Beatrix Kiddo, aka Mamusi, aka kto wie, co jeszcze), która zdecydowanie pewniejszą ręką radzi sobie z wesołą kompanią Billa i szalonymi osiemdziesięciu ośmiu chłopa w maskach. Motywacja, relacje między postaciami, ich niejednoznaczność, celebrowanie ważkich scen, pojedynki oraz oczywiście dialogi i zabawy formą – to wszystko QT do spółki z UT wyśrubował niemalże do perfekcji, sprowadzając oryginał nie tyle do parteru, co do nakręconego przez weekend amatorskiego wideo z bardzo krwawych wakacji.
Co fajniejsze, zrobił to z ogromnym szacunkiem dla Shurayukihime. Z obu jego ruchomych obrazów bije chyba jeszcze większy klimat Nippon-koku niż z tamtych produkcji. Nie zmienia tego nawet fakt, że Vol. 2 to już bardziej westernowe okolice. A to już prawdziwa sztuka.
Król Lew (1965 i 1994)
Jak jechać po bandzie, to jechać po bandzie. Tym razem jest ona animowana i Disney się nazywa. Dla tego prężnego studia lata dziewięćdziesiąte XX wieku były bodaj najlepszymi w historii. Z ekranu raz po raz sączyły się wtedy kolejne wspaniałe historie, które zrealizowane były tak znakomicie, że właściwie nikt nie przejmował się, iż w taki czy inny sposób były one adaptacjami dobrze już znanych opowieści. W przypadku lwa, co to królem został, mieliśmy do czynienia z przemieleniem przez rysowników szekspirowskiej klasyki i. .. japońskiej kreski (taka swoista zemsta za Pearl Harbor).
Kimba Biały Lew to początkowo sięgająca lat sześćdziesiątych seria telewizyjna powstała na bazie ludowych obrazków mangą zwanymi. Z czasem serial doczekał się rozwinięcia, przerodził się później i w pełnometrażowe filmy, a wszystko to wyświetlano również w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Nic zatem dziwnego, że gdy Król Lew wszedł na ekrany kin, w kraju, w którym gejsze kwitną częściej od wiśni, zawrzało. Tyle brudnej historii.
Fakty są natomiast takie, że chociaż Disney sporo faktycznie skopiował (szkielet fabularny jest praktycznie taki sam, z tą różnicą, że w oryginale ojciec Kimby kończy jako dywanik w salonie myśliwego, a tatusia Simby… cóż, wszyscy dobrze wiemy, kto go killim; kilka scen także jest do złudzenia podobnych), to jednak zrobił to wspaniale, dosłownie przekuwając w nową jakość. Nie umniejszył jednocześnie rangi białego lewka (nie mylić z lewakiem), gdyż ten był już klasyką nieletnich w momencie pierwszych szkiców Mufasy i spółki. Sam także został przy tym kanonem rysowanych ruchomych obrazów (nie tylko) dla najmłodszych.
Oczywiście tak totalnie obiektywnie nie da się porównać obu patentów, bo ci, którzy wychowali się na japońskiej animacji, będą ją przedkładać nad amerykańską kopię – i na odwrót.
Nawet jednak najbardziej zatwardziali zwolennicy samurajskich klimatów powinni uznać wyższość jankeskiego „remake’u”.
Simba wygrywa z Kimbą nie tylko dojrzalszą, bardziej niejednoznaczną historią, którą perfekcyjnie wpisano w afrykańską otoczkę, ale też i samym wyglądem. Jedno spojrzenie na powyższe obrazki i wszystko staje się jasne. Ten późniejszy tli się kolorami, ma jasny podział na postacie, które w dodatku faktycznie odpowiadają rzeczywistym zwierzętom. Tymczasem bohaterowie pierwowzoru to jakaś kolorowa tandeta, a tytułowemu herosowi bliżej do dalekiego kuzyna Bambi o IQ Forresta Gumpa niż wywodzącemu się od kotów postrachowi sawanny (co trochę poprawiono w późniejszych odsłonach).
Kartą przetargową, która wygrywa główną stawkę (samochód, wakacje w Dubaju, no i serca widowni), są też zdecydowanie bardziej wyraziste charaktery tychże postaci, niezapomniany humor, trafne popkulturowe odniesienia i bezbłędna ścieżka dźwiękowa, którą nagrodzono Złotym Rycerzem. Raz jeszcze hamburgery górują nad sushi.
Noc żywych trupów (1968 i 1990)
No i powiało grozą. Musiało, skoro pod lupą tak kluczowy dla gatunku tytuł George’a A. Romero, który pod koniec lat sześćdziesiątych przetarł szlaki, po których filmowcy poruszają się po dziś dzień (sam twórca również, choć on akurat, według wielu, od dawna błądzi po lesie). Sławę, chwałę i kasę zawdzięcza on filmowi zrobionemu dosłownie za kilka baksów. I… to niestety widać. Nawet nie chodzi o czarno białe zdjęcia, bo te dodają jedynie klimaciku.
Ale spowodowana niskim budżetem pewna, hmm… „ślamazarność” tego legendarnego filmidła oraz niekiedy naprawdę drewniane aktorstwo, na czele z kompletnie obojętną widzowi Barbrą, potrafią leciutko zirytować widza blisko pięćdziesiąt lat po premierze (!!!). Lubię ten film, żeby nie było – ma przyjemny klimacik, znakomite zakończenie i parę patentów, które wciąż potrafią się obronić. A jego scenograficzny minimalizm służy historii. Nietrudno zgadnąć, czemu został klasykiem.
Niemniej, jeszcze bardziej lubię to, co zrobił z tym samym punktem wyjścia uczeń mistrza, Tom Savini, od paru ładnych dekad noszący przydomek „ojciec chrzestny gore” („zrobiłem mu flaki, których nie mógł odmówić”). W 1990 roku poszedł on z duchem czasu, stawiając na kolor, panoramę, no i, rzecz jasna, bardziej dopracowaną stronę techniczną, ze szczególnym uwzględnieniem charakteryzacji zombiaków. Nie tylko nie zaszkodziło to opowieści, ale sprawiło, że nabrała… cóż, nowych barw. Zwiększony dynamizm (przy jednoczesnym uszanowaniu cierpliwego tempa niemych oprawców) oraz bardziej konkretna akcja, w trakcie której bohaterowie nie czekają na Borg wie co, tylko działają, również można rozpatrywać jedynie w kontekście plusów.
Także sami aktorzy – wliczając w to inną legendę straszenia, Tony’ego Todda – spisują się o wiele lepiej, bo też i mają znacznie sprawniej rozpisane relacje i dialogi. W końcu sama Barbara, oprócz zyskania dodatkowego „a” w imieniu, stała się pełnoprawną heroską z krwi i kości, której chce się kibicować, i która faktycznie przechodzi przemianę z zahukanej panny bez wydania w istną kobietę czynu, która przyparta do muru nie boi się pociągnąć za spust. Duża w tym zasługa Patricii Tallman, zarówno fizycznie atrakcyjniejszej dla oka (ach, te rude włosy i przepocony podkoszulek à la John McClane!), jak i mającej w nim niezaprzeczalny błysk charyzmy. W przeciwieństwie do pierwowzoru to autentycznie ciekawy charakter.
Nienachalny humor oraz niegłupie zmiany w finale, acz na dłuższą metę kosmetyczne, nie zabijają ducha oryginału.
A dalece większa widowiskowość sprawia, że w starciu z nim film Saviniego zyskuje kolejne punkty do szacunku. I pozostaje żywym (a jakże!) dowodem na to, że przy odrobinie samozaparcia można wejść dwa razy do tej samej, pełnej zgnilizny wody i nie tylko się nie utopić, ale też nauczyć nowego stylu pływania. Tym większa szkoda, że bezustannie i kompletnie niezasłużenie pozostaje on w cieniu starszego brata.
Zwariowany Professor (1963 i 1996)
Po gore czas na łzy – ze śmiechu oczywiście. Gruby i chudszy (koszmarnie dosłowne tłumaczenie) w wykonaniu Eddiego Murphy’ego oraz wcześniejszy o trzydzieści lat Zwariowany profesor Jerry’ego Lewisa są niezależnie od siebie uznawane za klasyczne pozycje w dorobku obu komików. Ich odbiór zależy jednocześnie w dużej mierze od tego, czyj typ humoru lubimy bardziej. Czy typowe rżnięcie głupa pełne nie zawsze uzasadnionych żartów po sufit, czy oscylujące wokół wulgarności komedie omyłek z pierdzeniem w tle. Obie te drogi mają swoje słabości i mocne strony, zatem niełatwo jest wskazać tym razem przodownika pracy
Profesor Lewisa bawi kontrastami, podczas gdy Murphy jest bardziej literalny i bazuje wokół humoru sytuacyjnego. U Lewisa odrzuci nas przesadzona (nawet jak na przyjętą konwencję), wręcz koszmarna charakteryzacja z epoki kamienia łupanego oraz liczne niedopowiedzenia, a nawet bezsensowny brak wyjaśnień dla niektórych ekranowych wydarzeń. Tymczasem Murphy stawia na wciąż nieźle trzymające się efekty specjalne i dosadne, czasem aż nadto, scenki. Lewis zachwycić może swoistą nieprzewidywalnością gagów, ich kreatywnością – niektóre żarty nawet dziś potrafią zaskoczyć kierunkiem, w którym idą, tudzież naprawdę chwytliwym wykorzystaniem prostoty rozwiązań.
U Murphy’ego podążać będziemy natomiast bardziej tradycyjną drogą kom-romu (wszak główną osią fabuły jest dupa nie do zdobycia, w której buja się główny bohater) oraz oklepanymi niczym rzeczony tyłeczek lejdi gagami. Obaj panowie serwują z kolei nieco moralnych nauk o pięknie wnętrza i byciu sobą, popadając tym samym w nieuchronne schematy takich przypowieści, wypełnione w dodatku podobnie stereotypowymi postaciami.
Mimo wszystko przyszły Osiołek ze Shreka robi to nieco lepiej.
Jego siła tkwi przede wszystkim w większej spójności opowieści, która jest być może pozbawiona scenariuszowych wolt, ale przynajmniej klarowna oraz konsekwentnie poprowadzona. Lewisowi brakuje chwilami tego wyczucia – bezustannie sypie żartami wyjętymi nie tyle z rękawa, co z innej beczki. Same w sobie może i są zabawne, lecz narracyjnie wątpliwe, wywołujące na twarzy widza stosowny niepokój.
Niepokój ten wzmaga dodatkowo jeszcze wygląd i zachowanie protagonisty. Przerysowana ciapa z zębami na wierzchu i irytującym głosikiem oraz jeszcze gorszym zachowaniem być może śmieszy, ale trudno jej wygrać serce widza. W przeciwieństwie do całkiem normalnego gościa w wykonaniu Murphy’ego, którego przed miłosnymi podbojami oraz bujnym życiem towarzyskim powstrzymuje zwykła otyłość i spowodowana nią urocza nieśmiałość. W tego kolesia wierzę – w sepleniącego pajaca, który urwał się z kreskówki o króliku Bugsie już niezbyt. Gwoździem do trumny jest alter ego oryginalnego profesorka – gość i owszem, bardziej pewny siebie, przebojowy, ale zarazem buc z kijem w dupie.
Chudy Murphy tymczasem idzie na całego, z uśmiechem na mordzie robiąc wszystko to, czego nie mógł wcześniej. To również w dużej mierze egocentryczny prostak, ale nie sposób nie lubić jego stylu życia. Suma sumarum, aż prosi się tutaj o podsumowanie, które pojawiający się na drugim planie Grubszego…, Dave Chappelle wypowiedział w innej komedii: „Man, white men can’t jump!”.
Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra (1960 i 2001)
Siódemkę kończymy jedenastką, która wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z morskimi rejsami. Wręcz przeciwnie, bo w obu przypadkach akcja dzieje się w samym sercu pustyni, na której kwitnie legendarne miejsce hazardu – Las Vegas. Zarówno w oryginale, którego polski tytuł – Ryzykowna gra – stał się po latach jedynie dopiskiem do głównego członu nazwy, jak i w remake’u punkt wyjściowy i zapalny fabuły są dokładnie takie same. Różnice pozostają w, jak zwykle, obsadzie, stawce gry (zwykła chciwość vs zemsta), wykorzystanej technice i sposobie narracji. Wszystkie te rzeczy znowu zdają się kuleć zdecydowanie bardziej w pierwotnej produkcji.
Owszem, oryginał ma Franka Sinatrę, Deana Martina oraz wtórującego im Sammy’ego Davisa Juniora i zawsze cudowną Angie Dickinson. Ale na tym koniec. Cała reszta ekipy, ikoniczna w chwili premiery, dziś dla przeciętnego widza stanowi raczej anonimową zbieraninę, nie porażającą specjalnie osobowościami ani chemią między sobą. A okazjonalne camea ani ziębią, ani grzeją. W dodatku słynne Rat Pack odrobinę pogrążyło ten film – dosłownie i w przenośni. Na planie nie tylko budżet rósł, ale i ploty odnośnie tego, co wyprawia ekipa w kuluarach i jakie to zabawy nie odchodzą w kasynach. Szkoda jedynie, że ten imprezowy nastrój nie udziela się specjalnie widzowi, a przynajmniej nie temu współczesnemu.
Jak na film o wielkim przekręcie dzieje się stosunkowo niewiele, a większość bohaterów, o ile nie tonie w ego Sinatry i Martina, zostaje sprowadzona do raczej dość obojętnego tła. Finałowa rozgrywka także spływa po odbiorcy, kompletnie nie robi po latach wrażenia. A dwie godziny seansu potrafią się dłużyć – czy to przez wokalne wstawki, czy też równie „zajmujące” dialogi o niczym. Pozostaje przyjemny klimacik retro, jak zwykle niezawodna czołówka od Saula Brassa oraz zaskakująco gorzka końcówka. Nie jest to złe, ma swój urok i może się podobać. Ale historii brakuje iskry, a fabuły haczyka na widza.
I remake oba te elementy ma. Owszem, w nim także prym wiodą wizerunki George’a Clooneya i Brada Pitta, ale reszta wesołej kompanii nie daje im się przyćmić.
Jedenastka obsadzona została bezbłędnie i każda postać coś wnosi do ekipy, jest sympatyczna i zapada w pamięć.
Jest „jakaś”. Za czterdzieści lat, kiedy powstanie kolejna wersja (a raczej kolejna z kolejnych, bowiem już robią damski remake!), część z nich pewnie także przepadnie w odmętach historii kina, lecz wszyscy wypadają zdecydowanie barwniej od starej paczki, odzianej w te same, kiedyś modne garniaki.
Pozostałych atrakcji również nie można umniejszyć – dzieje się dużo zarówno w sferze obrazu (odpowiednio dynamiczny montaż), dźwięku (bezbłędna muzyka), jak i fabuły (błyskotliwy scenariusz). Już sam początek filmu potrafi zaintrygować, a wizualne sztuczki i żwawe, cięte dialogi nie pozwalają na chwilę nudy. Nad całością unosi się także świetna, odprężająca atmosfera, której odrobinę brakowało w ciut za sztywnym w swym pozerstwie oryginale. Tutaj nikt nie stara się na siłę udowodnić poziomu swego wyluzowania, każdy robi swoje. Mamy do czynienia z charakterną, zgraną grupą, pełną indywidualności, które dobrze się czują ze sobą.
Zatem i widz czuje się dobrze z nimi. Dowodem tego dwie, całkiem udane kontynuacje, które jedynie pieczętują wyższość (może nie tyle aktorską per se, co czysto rozrywkową) „dziesiątki plus” Clooneya nad „prawie tuzinem” Sinatry. Choć i tu, i tu można ogółem popatrzeć sobie na zdecydowanie więcej gwiazd. I jakoś tak te nowe jaśniej świecą…
*
Kończąc, mam nadzieję, że nikogo nie zniechęciłem do którejkolwiek z wymienionych pozycji. Wszystkie z pewnością warto samemu obejrzeć i wyrobić własną opinię o poszczególnych odsłonach tych samych i zarazem jakże innych historii wielkiego (a czasem małego) ekranu.
Darz bór!
korekta: Kornelia Farynowska
