Connect with us

Publicystyka filmowa

TITANIC. Statek, który nigdy nie zatonął

TITANIC to nie tylko film, ale także historia, która na zawsze zmieniła oblicze świata. Odkryj, jak tragedia z 1912 roku wpłynęła na naszą kulturę.

Published

on

TITANIC. Statek, który nigdy nie zatonął

Co leży u źródeł jednego z najsłynniejszych obrazów w dziejach kina? Na czym polega wyjątkowość historii, która zainspirowała Jamesa Camerona do stworzenia tego dzieła? Jak wiele z losów Titanica ukazano w filmowej ekranizacji, a ile pozostało do odkrycia dla nas samych? Zapraszamy w podróż śladami niezwykłej historii jednego z najważniejszych wydarzeń XX wieku.

Advertisement

 

Zatonięcie Titanica to bodaj najpiękniejsza ze wszystkich katastrof w historii świata; to również najbardziej symboliczne wydarzenie XX wieku. Podczas gdy II wojna światowa zdefiniowała go, podważyła dotychczasowe fundamenty moralne i wytyczyła kurs cywilizacyjny na nowe czasy, katastrofa czarnobylska zaś wprowadziła ludzkość w wiek dwudziesty pierwszy na piętnaście lat przed jego rozpoczęciem, tragedia najsłynniejszego ze statków zakończyła ostatecznie wiek dziewiętnasty. Choć zwykło się przyjmować, że definitywny kres tego stulecia wyznaczył początek I wojny światowej, 15 kwietnia 1912 roku, o godzinie 2:20 w nocy, w dwanaście lat po swym oficjalnym, kalendarzowym końcu, stało się ono częścią historii świata, by już nigdy nie opuścić jej ram.

Jak każde z wydarzeń przełomowych, zmieniających bieg dziejów, zatonięcie legendarnego liniowca White Star Line w relatywnie krótkim czasie zdezaktualizowało znany dotychczas porządek świata, trwały i aktualny przez dziesiątki lat. Po Titanicu, tak jak po wspomnianych wcześniej II wojnie światowej i katastrofie czarnobylskiej, nic nie było już takie samo: odchodził do przeszłości dotychczasowy obraz świata i sposób myślenia o nim, obowiązujące zasady, którymi dotychczas rządziła się rzeczywistość, okazywały się nieaktualne. Podobnie jak w przypadku obydwu pozostałych również, towarzyszyła mu niepełna świadomość co do jego wagi i znaczenia ze strony tych, którzy stali się jego bezpośrednimi świadkami.

Advertisement

I choć tragedia owej feralnej kwietniowej nocy nie przyniosła katastrofy na aż tak wielką skalę, jak w przypadku rzeczonych dwóch następczyń (jakkolwiek wciąż mówimy o wielkiej stracie ludzkiej, sięgającej liczby półtora tysiąca istnień), tak samo jak one pozostawiła po sobie przede wszystkim niepewność co do wyglądu świata, który miał nadejść, jak również rosnące przeświadczenie, że ten, który wraz z nią odszedł, odszedł na zawsze.

Joseph Bruce Ismay, dyrektor zarządzający White Star Line

Niemożliwa do zamknięcia w jakichkolwiek znanych ludzkiemu umysłowi ramach, wymykająca się jakimkolwiek próbom scjentycznego opisu jest symbolika tego wydarzenia. Statek wspaniały i przeklęty zarazem, który zatonąć nie mógł i zarazem musiał. Statek – symbol dwóch dziewiętnastowiecznych prądów ideologicznych, dwóch wielkich marzeń i fascynacji: romantycznego indywidualizmu, estetycznego piękna i tajemniczości oraz technologicznego wizjonerstwa, rozwoju nauki i techniki tak daleko posuniętego, że aż pozwalającego na stworzenie czegoś doskonałego pod absolutnie każdym względem. Obydwie idee na Titanicu znalazły swój najpełniejszy wyraz i obydwie, wraz z nim, upadły.

Wspomniałem o tajemniczości. Tajemnica Titanica ma swoje źródło w tym, że wiemy o nim tak wiele. To nie jedna z katastrof pradawnych czasów, której mistycyzm kreowany jest w dużej mierze przez naszą nieświadomość, co do szczegółów związanych z wydarzeniami; to dobrze udokumentowana tragedia czasów współczesnych, której świadkowie do niedawna jeszcze żyli (wielu z nich w czasie wypadku było na tyle zaawansowanych wiekowo, by móc przywołać w pamięci tamte wydarzenia). To właśnie fakty, relacje świadków, nie zaś niedopowiedzenia, wykreowały legendę statku. Na Titanicu empirycznie udowadnialne oczywistości straciły swą pragmatyczną naturę, rzeczywistość zaś, porzucając swój realistyczny charakter – stała się snem.

Advertisement

Konstruowanie Titanica (1910)

Korzenie historii Titanica sięgają połowy wieku XIX, kiedy to – co dla całej legendy statku wyjątkowo charakterystyczne – stało się coś, co nie powinno było się stać. Wówczas to bowiem brytyjski biznesmen Thomas Henry Ismay za symboliczne pieniądze wykupił akcje zbankrutowanej, a istniejącej niecałe dwadzieścia lat spółki White Star Line. Zaangażował się w jej rozwój, znalazł inwestorów chętnych wesprzeć go finansowo (współpraca ze stocznią Harland and Wolff); z czasem stała się jedną z dwóch najpoważniejszych (obok nieco starszej Cunard Line, z którą rywalizowała) linii żeglugowych, obsługujących szlaki pomiędzy Wielką Brytanią, USA i Australią.

Owa symbolika, owa aura tajemniczości i niepokoju panująca wokół spółki nie miała jednakże bynajmniej swego początku w momencie podniesienia jej z kolan przez Ismaya. Jeżeli bowiem jakikolwiek człowiek bądź cokolwiek przez niego stworzonego zasługuje na bycie określonym mianem obciążonego fatum, to jest to – czy może raczej była (jakkolwiek historyczna siedziba biura firmy wciąż istnieje; nad statkami Cunard Line zaś wciąż zawieszana jest jej flaga – w każdą rocznicę zatonięcia Titanica) – White Star Line.

Zarówno poprzednik – RMS Olympic – jak i następca Titanica, HMS Brittanic, nie ustrzegły się podczas swych rejsów poważnych wypadków. W 1911 roku temu pierwszemu ledwie udało się uniknąć zatonięcia w wyniku kolizji z krążownikiem HMS Hawke. Ten drugi w 1916 roku wpłynął na podwodną minę, w wyniku czego zginęło trzydzieści osób. W 1909 zaś roku RMS Republic z powodu gęstej mgły w pobliżu Nantucket nie zauważył nadpływającego włoskiego liniowca SS Florida; zginęły cztery osoby. Fatalne wydarzenia związane ze statkami tego armatora dotyczą jednak również znacznie odleglejszej przeszłości i samych początków działania linii.

Advertisement

Był rok 1873, gdy RMS Atlantic, po otarciu się o skały u wybrzeży Nowej Szkocji, zatonął wraz z ponad połową spośród dziewięciuset pasażerów. W dwadzieścia lat później zaginął pośród bezkresu oceanu SS Naronic. W tajemniczych okolicznościach (wrak, podobnie jak sama załoga jednostki, nie został odnaleziony), podczas swej dziewiczej podróży, najprawdopodobniej w wyniku zderzenia z górą lodową.

Od owych tajemniczych i niepokojących okoliczności nie były wolne zresztą również początki samego Titanica. Podczas jego budowy, również tuż przed samym jej ukończeniem, nie zabrakło fatalnych wypadków, w których ginęli ludzie przy niej pracujący. Samego wypłynięcia nieomal nie opóźnił strajk węglowy, zaś tuż po wyruszeniu olbrzymi transatlantyk ledwie uniknął kolizji z mniejszym SS City of New York, który wskutek powstałego kilwateru odczepił się od lin cumujących. Na skutek rzeczonego wydarzenia niewielka część pasażerów zdecydowała się opuścić statek wcześniej, w porcie w Queenstown, jednym z dwóch, do których liniowiec przybił przed wypłynięciem na otwarty ocean.

Advertisement

Flaga linii żeglugowej White Star Line

Klątwa? Przeznaczenie? Wspomniane już fatum? Historia White Star Line zdaje się policzkiem wymierzonym wprost we współczesne, niezachwiane przekonanie o ludzkiej wszechwiedzy i niepodważalnej przyczynowo-skutkowej logice wydarzeń. W postmodernistyczną niewiarę w niezbadane i niezrozumiałe, w przeświadczenie człowieka co do własnych nieograniczonych możliwości zbadania i opisania wszystkiego za pomocą ściśle empirycznych kategorii. „Pech”, „nieszczęśliwy traf” i „przypadek” zdają się zaś rażąco powierzchowne i nieadekwatne wobec przerażającej ciągłości i konsekwencji, z jaką wypełniał się tragiczny los niesławnej linii.

Bodaj najbardziej niepokojącym z rozdziałów historii White Star Line jednak okazał się przypadek RMS Tayleur, jednej z pierwszych znaczących jednostek tego armatora. Zderzenie z przybrzeżnymi skałami, niezauważonymi wśród szalejącego sztormu i gęstej mgły, przerwało jego pierwszy i jedyny rejs. Jego ponura sława jako poprzednika Titanica nie wzięła się znikąd: podobnie jak w przypadku sławnej katastrofy z 1912 roku, tak i w przypadku tej z 1853 roku tragedia dotknęła statku w swych czasach unikatowego pod względem technologicznej innowacyjności. Zbieżna była też zarazem niedoskonałość przygotowania technicznego obydwu jednostek; kompasy na pokładzie RMS Tayleur nie działały sprawnie, zawiodło też niewłaściwie przygotowane olinowanie, źle zaprojektowany ster, zbyt mały w stosunku do ogólnych rozmiarów żaglowca.

Mimo bliskości brzegu jedynie, analogicznie jak w przypadku Titanica, około jedna trzecia wszystkich sześciuset pięćdziesięciu pasażerów zdołała się uratować; resztę, wraz z samym statkiem, porwało z powrotem w głębinę szalejące, wezbrane morze. Zginęło blisko czterysta osób, chociaż tonącą jednostkę od wybrzeża dzieliło jedynie kilkanaście metrów…

Advertisement

Thomas Andrews, konstruktor Titanica

Oczywiście nietrudno znaleźć choć częściowe wytłumaczenia dla większości katastrof, jakie spotykały White Star Line. Nie da się pominąć błędów, jakie przy przygotowywaniu statków do kursów i podczas nich samych popełniali członkowie załóg; niedopatrzenia, czynione przez niefrasobliwość bądź z premedytacją (te ostatnie jednak najczęściej w zgodzie z ówczesnymi normami prawnymi) niewątpliwie znacznie „ułatwiły” jednostkom tej linii drogę do kolejnych katastrof. Uwarunkowania te jednak tłumaczą jedynie do pewnego stopnia ów fatalny los, jaki spotykał statki White Star Line od samego początku jej istnienia.

Wyjątkowo konsekwentnie bowiem kolejnym zatonięciom towarzyszyły niesprzyjające okoliczności zewnętrzne: gwałtowne sztormy i gęsta mgła, śmiertelne zagrożenia w postaci wystających ostrych skał czy gór lodowych, słabo widoczne w wyniku zbyt spokojnego bądź zbyt wzburzonego morza, wreszcie pojawiające się nagle, płynące błędnym kursem inne statki czy eksplodujące podwodne miny.

Mimo wspomnianych niedoskonałości w przygotowaniu jednostek do rejsów White Star Line nie była spółką znaną z niedbałości w zapewnianiu pasażerom bezpieczeństwa podczas podróży. Przeciwnie; ich statki, doskonale zaprojektowane i dopracowane od strony technologicznej, spełniały w większości przypadków wszelkie ówczesne normy z nawiązką (zwłaszcza Titanic, którego konstrukcja niebezpodstawnie uważna była za wprost nienaganną pod względem solidności). I nawet jeśli dziś z perspektywy czasu zdajemy sobie sprawę, że normy te były kompletnie nieadekwatne wobec realnych warunków panujących na zazwyczaj imponujących pod względem rozmiarów liniowcach, musimy pamiętać, że ponad te same normy nie wykraczały inne, niesłynące ze spektakularnych katastrof linie żeglugowe – choćby konkurencyjna Cunard Line.

Advertisement

Historia White Star Line i samego Titanica to prawdziwa afirmacja trybu przypuszczającego. Słowo „gdyby” towarzyszy jej – i owemu fatalnemu rejsowi – od początku aż do samego końca. Gdyby strajk górników, który przeciągał się już dość długo, potrwał jeszcze kilka dni… Gdyby załoga statku nie zignorowała kilkukrotnych ostrzeżeń o górach lodowych, które owego dnia wysyłane były przez inne jednostki kursujące w pobliżu obszaru, w którym znajdował się Titanic… I gdyby wszystkie, a nie tylko dwa z tych ostrzeżeń dotarły do kapitana… Gdyby wiatr tej nocy był choć odrobinę silniejszy, a przez to fale wyższe, góry lodowe bardziej widoczne… Gdyby radiotelegrafista SS Californian, statku znajdującego się wówczas najbliżej miejsca wypadku liniowca, poszedł spać piętnaście minut później, i gdyby jego kapitan Stanley Lord nie zignorował ostrzegawczych sygnałów wysyłanych przez tonący statek… Gdyby wreszcie pod wodą w wyniku zderzenia znalazł się o jeden przedział mniej… Gdyby…

Ile warunków musiało zostać spełnionych, by ta katastrofa się wydarzyła? Ile zmiennych musiało wejść w skład tego równania? Jeżeli przypisywanie symboliki i głębszego znaczenia wydarzeniom, jeżeli nasza wiara w ich nieprzypadkowy charakter ma sens, rejs Titanica nie mógł zakończyć się inaczej niż zatonięciem.

Advertisement

Tajemnice Zielonego Królestwa

Ilustracja Willy’ego Stoewera, Der Untergang der „Titanic, zamieszczona w gazecie niemieckiej w 1912 roku

Owa symbolika to, po pierwsze i najbardziej oczywiste, symbolika lekcji. Lekcji, której, obserwując to, w jaki sposób i w którą stronę ewoluował (i wciąż ewoluuje) współczesny świat, nie przyjęliśmy (poza najbardziej oczywistą sferą – zwiększonego bezpieczeństwa na morzach w wyniku nowelizacji praw po katastrofie) zbyt pojętnie. To lekcja – ponad wszystko – pokory. Pokory wobec siebie samych i własnego stworzenia. Stworzenia niedoskonałego, jak ludzie, których jest ono dziełem. Na Titanicu człowiek zapomniał o swej niedoskonałości i, gorąco wierząc w idealny charakter własnej kreacji, wspiął się na boski piedestał jedynie po to, by chwilę później, w wyniku bolesnego i nieprzewidzianego upadku, ponownie znaleźć się na ziemi.

O połowę zbyt mała, w stosunku do tego, ilu pasażerów znajdowało się na statku, liczba szalup ratunkowych. Brak lornetki na bocianim gnieździe. Niewiedza oficerów o ładowności szalup, przez którą na początku ewakuacji tonącego transatlantyku opuszczały one pokład zaledwie w połowie wypełnione ludźmi, co pozbawiło szans na przeżycie około pięćset osób. Dopuszczenie statku do podróży mimo mającego miejsce kilka dni przed dziewiczym rejsem pożaru, który znacznie osłabił jedną z grodzi wodoszczelnych. Nadmierna prędkość statku w feralną noc, zbyt duża w stosunku do olbrzymich rozmiarów i – co za tym idzie – niedostatecznej elastyczności i zwrotności Titanica.

Bardzo słaba, opieszała organizacja przemieszczania pasażerów na łodzie ratunkowe. I wreszcie, być może najbardziej znaczący ze wszystkich, dotyczący samej budowy słynnego liniowca: niedoskonale wykonane nity spajające blachy poszycia statku. To właśnie obecnie uznawane są za główną przyczynę aż tak rozległych uszkodzeń statku; owa sugestywność kryje się w przyczynie ich wadliwości. W czasach owych bowiem zespoły wykonujące pracę nitowniczą zastępowane były sukcesywnie przez maszyny; niedaleka perspektywa stania się niepotrzebnymi motywowała członków tych zespołów do nieustannego, coraz gorliwszego udowadniania swojej przydatności – do pracy cięższej, szybszej i – co za tym idzie – coraz mniej dokładnej.

Advertisement

RMS Carpathia, pierwsza jednostka, która pospieszyła na pomoc Titanicowi.

Pośród wielu historii, jakie zrodziła katastrofa Titanica, pośród wielu lekcji, jakich udzieliła, jedną z bardziej szczególnych zdaje się być los dwóch, pozostających wszak w cieniu legendarnego liniowca, statków – RMS Carpathia i SS Californian – oraz ich kapitanów – Arthura Henry’ego Rostrona i wspomnianego już Stanleya Lorda. Obydwaj, jak na owe czasy przystało, charyzmatyczni i zdecydowani, obydwaj wysoko cenieni w środowisku żeglarskim na długo przed ową feralną nocą, obydwaj również obdarzeni osobowościami, które w ewentualnej kryzysowej sytuacji wykluczały możliwość powzięcia przez nich jakichkolwiek półśrodków.

Obydwaj stali się więc symbolami dwóch skrajnie antagonistycznych moralnych postaw. Pierwszy z nich – dzięki swojej brawurowej akcji ratunkowej, w skład której wszedł imponujący wyścig z czasem w trakcie czterogodzinnej przeprawy przez ogromne pola lodowe z możliwie najwyższą prędkością oraz późniejsza znakomita koordynacja przejmowania rozbitków z szalup i przetransportowania ich do Nowego Jorku – stanowi po dziś dzień uosobienie odwagi połączonej z doskonałymi umiejętnościami organizacyjnymi. Postawa drugiego budzi zaś wątpliwości do dziś. Jego zeznania w tej sprawie nie były spójne z zeznaniami reszty załogi jego statku; kilkakrotnie zmieniał też ich wersje.

Mimo upływu stu pięciu lat od owianego legendą wydarzenia wciąż niejasne jest, dlaczego Lord zignorował wizualne sygnały alarmowe z widocznego niewyraźnie w oddali statku; czemu nie nakazał radiotelegrafistom prowadzić nasłuchów i spróbować skontaktować się z tajemniczą jednostką… Co było przyczyną jego bierności? Tchórzostwo, które przez wiele lat mu potem zarzucano? A może kapitan Calliforniana, mając przekonanie (do którego się nie przyznawał), że ów statek w oddali to właśnie Titanic, pragnął w okrutny sposób odegrać się na załodze liniowca, która wcześniej zignorowała jego ostrzeżenia o górach lodowych? Czy było właśnie tak, że do tragedii najsłynniejszego z transatlantyków walnie przyczynił się osławiony apodyktyczny i pozbawiony empatii charakter kapitana jednostki, która wówczas znajdowała się najbliżej tonącego Titanica? Czy było właśnie tak, że w ową feralną noc, bezwzględność i autorytaryzm zaprowadziły Stanleya Lorda o krok za daleko?

Advertisement

Na osobne wspomnienie zasługuje, okrytą mroczną sławą, slogan reklamowy statku – „niezatapialny”. Jest w tym sformułowaniu coś, co do dziś budzi osobliwy niepokój, może nawet lęk. Brzmi, jak mierzenie się z czymś, co, choć kuszące, pozostaje poza zasięgiem człowieka oraz tego, co jest on w stanie stworzyć. Nie – jak próba osiągnięcia doskonałości, lecz niby stwierdzenie powszechnie znanej oczywistości. Niczym zdążanie na skrajnie nierówny pojedynek, bez świadomości tego, kogo ma się za przeciwnika. Brzmi tak, jak rzucanie wyzwania nieosiągalnemu.

Własne marzenia, wyobrażenia, własne spektakularne wizje przerosły człowieka na Titanicu. Stał się zarazem nieskończenie wielki i nieznośnie mały; wykazał się zarazem głębią spojrzenia, jak i powierzchownością oceny, zarazem zachwycającą precyzją, jak i zatrważającą niedbałością; okazał się zarazem wszechmocny, niemal niczym sam Bóg i całkiem bezsilny – tak, jak tylko człowiek potrafi być.

Advertisement

Najprawdopodobniej ostatnie wykonane zdjęcie RMS Titanic

A jednak, choć tragiczny los Titanica stanowi jedną z najbardziej bolesnych i gorzkich rozpraw z ludzką wiarą w technologię i jej nieskończone możliwości, jego katastrofa jest bodaj najniezwyklejszą ze wszystkich z zupełnie innego powodu. Ów powód nieobecny był podczas wybuchu w Czarnobylu; nie leży on również u podstaw żadnej rewolucji ani wojny. Zatonięcie Titanica bowiem, podobnie jak samo jego powstanie i ów pamiętny rejs – w przeciwieństwie do nich – nie miało swego początku w praktycznej potrzebie, nienawiści bądź chęci posiadania; miało swój początek w marzeniu. Czym innym, jeśli nie marzeniem był bowiem ów statek, nim jeszcze powstał i czym innym jest po dziś dzień? Marzenie to dało początek wizji, którą zachwycił się człowiek; ona zaś zrodziła plan, który – po latach wysiłku – został urzeczywistniony. Jedynie po to, by jego twórcy dowiedzieli się, iż to, co z początku było jedynie snem, na zawsze miało nim pozostać.

Statek – symbol wyższych sfer i arystokracji, statek – symbol bogactwa niewyobrażalnych wręcz rozmiarów… Zwykliśmy ów wymiar historii Titanica postrzegać przez pryzmat estetycznych archiwalnych ilustracji, przedstawiających porażające przepychem wnętrza kabin pasażerów pierwszej klasy statku, ale i także jako uosobienie dawnego porządku świata. Porządku społecznie niesprawiedliwego i szkodliwego, porządku, który musiał przeminąć. Coś jednak, co w historii legendarnego statku fascynuje kolejne pokolenia, nie pozwala jednak dokonać takiego krzywdzącego uproszczenia. Być może to świadomość, że świat współczesny i jego „nowy porządek” wcale owych niesprawiedliwości i nierówności nie wyeliminował.

A być może i to, że ów titanicowy przepych nie służył wyłącznie arystokratycznemu poczuciu dominacji nad innymi oraz zaspokojeniu manii wielkości. Bogactwo zyskało tu wymiar, jaki dziś w niewielkim stopniu kojarzy nam się z dobrami materialnymi i wysokim stanem posiadania. Ów wymiar stanowiło otaczanie się pięknem i szlachetnością; zarówno zachowane materiały archiwalne obrazujące wystrój wnętrz statku, jak i opinie żyjących długo po katastrofie ocalałych pasażerów dowodzą, iż był on czymś więcej niż zbudowanym z wielkim rozmachem transatlantykiem – sam w sobie stanowił dzieło sztuki, uosabiając przy tym odwieczne ludzkie dążenie do doskonałości, uniwersalne pragnienie tego, co wyjątkowe – pragnienie, o którym wiek dwudziesty niemal całkowicie zapomniał.

Advertisement

Wielka klatka schodowa o wyglądzie charakterystycznym dla statków klasy Olympic, w tym Titanica

Pośród licznych symboli Titanica szczególne miejsce zajmuje, zwłaszcza w kontekście ostatnich godzin jego podróży, zastosowanie przez załogę sławnej, choć niewyznaczonej przez żadne prawo zasady „Kobiety i dzieci ratowane są jako pierwsze”. Widziana dziś jako anachronizm (i stosowana już bardzo rzadko) reguła dla wielu ówczesnych była wręcz świętością. Na tyle wielką, iż część koordynujących akcję ewakuacyjną członków załogi zinterpretowała ją jako obowiązek ratowania wyłącznie kobiet i dzieci (co okazało się fatalne w skutkach). Wielu dziś zasada ta może wydać się nieprzystająca do rzeczywistości; na statku jednak nie brakowało mężczyzn, którzy gotowi byli oddać swoje miejsce na łodzi ratunkowej dobrowolnie.

Jeden z najsławniejszych pasażerów Titanica, milioner Guggenheim, dowiedziawszy się o rychłym fatalnym końcu rejsu, miał powiedzieć: „Powiedzcie mojej żonie, że (…) do końca grałem uczciwie. Żadna kobieta nie będzie zostawiona na pokładzie tego statku tylko dlatego, że Ben Guggenheim jest tchórzem”.

Klimat kreowany wokół statku na długo przed jego wypłynięciem, rozmach całego przedsięwzięcia i historia jego twórców, wreszcie etykieta i zasady panujące na Titanicu – wszystko to zdaje się z dzisiejszej perspektywy jedynie sennym marzeniem, zbyt nierealistycznym, by mogło zostać w pełni urzeczywistnione. Marzeniem wreszcie była sama jego podróż, owych pięć dni, ze szczególnym uwzględnieniem finału. Finału, którego nie odważyłby się wykreować żaden scenarzysta ani pisarz, tak bardzo zdaje się on nie przystawać do pragmatycznych i przyziemnych realiów codziennego życia każdego z nas. Góra lodowa, niezauważona pośród idealnie spokojnego, bezkresnego oceanu i zderzenie z nią, z początku niepotraktowane przez załogę jako niebezpieczne; po oględzinach zaś, dokonanych przez okrętowego cieślę i zarazem sławnego konstruktora statku, Thomasa Andrewsa, wydany szokujący wyrok: statek zatonie – to nieuniknione i pewne.

Advertisement

Potem zaś, z początku nazbyt opieszale przeprowadzana akcja ewakuacyjna, której uczestnicy, z każdą kolejną minutą zmuszeni zostali do podejmowania coraz bardziej dramatycznych wyborów. Członkowie okrętowej orkiestry, rezygnujący z podjęcia próby uratowania się, nieprzestający grać aż do ostatnich chwil Titanica na powierzchni oceanu oraz ich ostatni utwór, którym najprawdopodobniej został chrześcijański hymn Być bliżej Ciebie chcę. I jego piękna, rzewna melodia, wynosząca udręczone nieoczekiwanym dramatem dusze mimowolnych jej słuchaczy, gdzieś ponad bezbrzeżny, lodowaty ocean i przestrzeń zdążającego nieuchronnie na dno statku, ponad coraz bardziej tragiczne sceny, jakie się w jej obrębie rozgrywały… Decyzja o jej zagraniu zdaje się dziś całkiem nieprzystająca do współczesnych standardów „światopoglądowej neutralności”.

Niewątpliwie zaś jawi się jako podyktowana potrzebą duszy, potrzebą tysięcy dusz ludzkich, również tych niewierzących, potrzebą dotknięcia choć na chwilę tego, co przerasta każdą ziemską tragedię i każdemu, nawet najstraszniejszemu momentowi życia nadaje nowe znaczenie.

Advertisement

Wreszcie konstruktor Thomas Andrews, honorowo pozostający na statku i dyrektor zarządzający White Star Line, Joseph Bruce Ismay, niepostrzeżenie z niego uciekający. I kapitan Smith, płynący po raz ostatni podczas swej długiej kariery na morzach świata, za sterami Titanica do ostatnich jego chwil. Setki, tysiące rozpaczliwych głosów pośród bezdusznej, zimnej oceanicznej toni tuż po zatonięciu legendarnego liniowca; i cisza bezwietrznej, ciemnej nocy w kilkadziesiąt minut później.

Pierwsze wieści o katastrofie

Szok, jaki towarzyszył pierwszym dniom po katastrofie, oddawał adekwatnie skalę dramatu, jaki rozegrał się na oczach ówczesnych, niewiele jednak mówił o tym, w jaki sposób ewoluować będzie powszechne postrzeganie historii transatlantyku – od tragedii rodem z sennego koszmaru aż po jeden z bardziej niezwykłych i piękniejszych mitów współczesnego świata.

Co zadecydowało, że to właśnie Titanic, a nie jakikolwiek inny dotknięty katastrofą statek, przeszedł tę drogę? Najprawdopodobniej to, iż to jego historii właśnie nie da się zamknąć w ściśle pragmatycznych kategoriach. Znamy już, przynajmniej teoretycznie, klarowne wyjaśnienia wszystkich czynników, które sprawiły, iż musiał on zatonąć. Wiemy już, jak się zdaje, o najsłynniejszym ze statków wszystko, czego mogliśmy się dowiedzieć, on tymczasem wciąż uparcie nie pozwala o sobie zapomnieć. Opowieść o nim, choć w pełni rzeczywista, okazała się jedną z tych, w które nigdy nie da się do końca uwierzyć.

Advertisement

Legenda niezniszczalności i najstabilniejszej konstrukcji, którą owiany był Titanic, nim jeszcze powstał. Medialny rozgłos (w owych czasach wciąż stanowiący zjawisko nowe i niezwykłe), jaki zyskał jeszcze przed wypłynięciem w rejs. Jego wymiary, jego luksus, to wszystko, co swym twórcom na długie lata miał przynieść, a co zaś przyniósł jedynie na chwilę – by chwilę później wszystko im odebrać… Zwrócone na niego oczy wszystkich tych, którzy oczekiwali jego tryumfalnego powrotu z pierwszego rejsu. Nawet nowojorskie plakaty zapowiadające podróż powrotną statku, rozwieszone już wówczas na ulicach, nie pozostawiały wątpliwości, że ów rejs nie mógł być ostatnim.

Dziób wraku Titanica – stan współczesny

Na nielicznych zachowanych do dziś fotografiach i pojedynczych klatkach materiału filmowego Titanic z wolna wyrusza w swą dziewiczą podróż. Kapitan Smith spogląda z uśmiechem w stronę aparatu; nieliczni goście pierwszej klasy już przechadzają się po pokładzie. Nie czuć w tych kadrach niepokoju, nie przynoszą też lęku przed tym, co miało już wkrótce nadejść. Wszystko toczy się swoim własnym rytmem, łagodnym i nieuchronnym.

Blask fleszy, wzrok milionów ludzkich oczu towarzyszył Titanicowi w czasie jego krótkiej doczesnej podróży; dziś, po ponad stu latach od jej zakończenia, do wraku legendarnego statku rzadko dociera światło. Osiadły w dwóch częściach na głębokości ponad trzech tysięcy metrów na samym dnie Atlantyku, odnalazł wreszcie, jak się wydaje, swoją ciszę. Nie sposób byłoby już wyłowić go na powierzchnię bez doszczętnego zniszczenia go; podejmowane są działania (których koordynatorem jest odkrywca wraku z 1985 roku, doktor Robert Ballard), by za pomocą farby przeciwporostowej utrzymać obecny stan byłego liniowca White Star Line już na zawsze.

Advertisement

Wieczna noc zapadła na pokładzie RMS Titanic, ciemność, z której nikt nigdy go już nie wydobędzie. Pośród znajdujących się po części w rozsypce, a po części w niemal nienaruszonym stanie wnętrz przepływają bezszelestnie ryby głębinowe; oceaniczne skorupiaki kryją się wśród opustoszałych przestrzeni jego pokładu. Widziany na kadrach współczesnych dokumentów wrak zawsze zdaje się trwać w uśpieniu, w milczącym oczekiwaniu na to, co nigdy nie nadchodzi. Jak gdyby wciąż pisał swą osobliwą historię, choć już w zupełnie inny i niezrozumiały dla nas sposób. Stał się oazą dla głębinowych zwierząt, ale i unieruchomionym w czasie posągiem przeszłości, domem duchów.

Czy owe duchy wciąż nawiedzają przestrzenie statku? Czy kiedy rzadkie momenty odwiedzin zapamiętałych naukowców i ciekawskich turystów kończą się, one powracają, wciąż niezdolne dokończyć tego, czego dokończyć im nie pozwolono?

Advertisement

Edward J. Smith, kapitan RMS Titanic

Rejs Titanica musiał zostać przerwany; być może właśnie po to, by mógł być rozpoczynany od nowa i ponownie kontynuowany, by statek nie mógł nigdy przybić do portu, by opowieść o nim nigdy nie mogła odnaleźć swojego finału – już na zawsze. Czas, który nadszedł po jego zatonięciu, czas wielkich wojen, rewolucji i katastrof zdezaktualizował na zawsze dziedzictwo świata, do którego należała historia statku – i którego ostatni akcent stanowiła. Kolejne przełomowe wydarzenia XX wieku podważyły fundamenty, które dotąd leżały u podstaw postrzegania rzeczywistości, sprawiły, iż człowiek zwątpił nie tyle w sens istnienia jakichkolwiek zasad moralnych, co we własną zdolność kierowania się nimi; na Titanicu po raz ostatni w pełni oddał im cześć.

Dziś najsłynniejszy ze statków zdaje nam się reliktem przeszłości, symbolem świata, którego już nie ma, częścią historii choć fascynującej, to jednak odległej i niemożliwej już do odtworzenia. Dawno opuściliśmy owe wody, na których widziano go po raz ostatni i bardzo daleko już od nich odpłynęliśmy. A jednak w pewnym sensie rejs Titanica nigdy się nie skończył. I nie ma jednego dnia, w którym nie wypływałby on znów w swą osobliwą podróż, której nie dane odnaleźć swojego finału. Para znów bucha z górujących wysoko nad głowami ludzi kominów; obserwatorzy z bocianiego gniazda i kapitan ze swojego mostka spoglądają uważnie w rozciągającą się wszędzie wokół, bezkresną toń; tłumy odświętnie ubranych mężczyzn i kobiet w powłóczystych sukniach krążą pośród mieniących się tysiącami barw wnętrz, to tu, to tam, w sobie tylko znanych kierunkach.

Symbol Titanica, słynna wielka klatka schodowa, wraca do swego pierwotnego stanu; zegar na niej umieszczony znów odmierza czas i kryształowe żyrandole nad pokładem znów jaśnieją swoim dawnym blaskiem. Chłodna i wietrzna pogoda sprawia, iż niewielu pasażerów decyduje się wyjść ze swych kajut. I choć ocean rozciąga się przed nimi wielki, zimny i groźny, nikt nie dostrzegłby najdrobniejszych oznak niepokoju na pokładzie tego statku. Statku, który przecież nigdy nie mógłby zatonąć.

Advertisement

W 1997 roku kojarzony głównie z komercyjnych widowisk kanadyjski reżyser James Cameron nakręcił najsłynniejszą ze wszystkich ekranizacji losów legendarnego statku. Film wzbudził nie tylko zachwyt milionów widzów, ale osiągnął również prawdziwy sukces artystyczny, oddając sprawiedliwość jednej z największych tragedii XX wieku i znacząco wpływając na współczesną kulturę popularną. Jego wspaniałe zakończenie zaś nie pozostawia wątpliwości, że choć Titanic prawdziwy odnalazł w głębinach oceanu zasłużony spokój, to Titanic-mit wciąż żyje i żyć będzie w świadomości kolejnych pokoleń, i że jego rejs w istocie nie zakończy się nigdy.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *