Connect with us

Publicystyka filmowa

THE WALKING DEAD. Geneza i recenzja pierwszych dwóch sezonów

W serialu ZMARLI WĘDROWCY poznajemy przerażający świat zombie, gdzie ludzkość walczy o przetrwanie, a emocje sięgają zenitu.

Published

on

THE WALKING DEAD. Geneza i recenzja pierwszych dwóch sezonów

art

Tekst zawiera kilka spojlerów z dwóch pierwszych sezonów serialu.

Advertisement

Jeśli ktoś zabiera się za tematykę zombie, czy to kręcąc film, pisząc książkę lub tworząc komiks, musi liczyć się z dwiema możliwościami rozwoju wydarzeń, jakie staną się jego udziałem. Albo stworzy prawdziwe arcydzieło gatunku i przejdzie do historia jako jedna z legend horroru albo odgrzeje starego kotleta i przyprawi wszystkich o niestrawność lub w najgorszym wypadku o mdłości.

Robert-KirkmanW przypadku Roberta Kirkmana tej drugiej opcji w ogóle nie należy brak pod uwagę.

Przyznam szczerze, że jeszcze kilka ładnych lat temu nie przypuszczałem, że w ogóle jego nazwisko będzie mi kiedykolwiek kojarzyło z najbardziej przerażającym, bo zbiorowym czarnym charakterem w historii kina – żywymi trupami. Tymczasem Kirkman, ze zdolnego twórcy komiksowego, niespodziewanie stał się jednym z najbardziej pożądanych scenarzystów, maszynką do zarabiania pieniędzy i bez wątpienia jedną z ikon współczesnego horroru. Pod tym względem bez wątpienia zdetronizował samego Georga A. Romero, twórcę kultowej serii filmów o żywych trupach, która rozpoczęła się od pamiętnej „Nocy…” z 1968 roku.

Advertisement

Uczeń przerósł mistrza, ale oddał mu należyty hołd snując swoją opowieść wyłącznie w czerni i bieli, nawiązując do klasycznego filmu. Kirkman wyciągnął z uniwersum Romero to, co najlepsze, dodał od siebie wiele trafnych obserwacji i w ten oto sposób objawił się geniusz. A stało się to w październiku 2003 roku kiedy to światło dzienne ujrzał pierwszy zeszyt serii zatytułowanej „The Walking Dead”.

The-Walking-Dead-Comic-the-walking-dead-17116742-2560-1964

NAJPIERW KOMIKS

Advertisement

Od tamtej pory po dzień dzisiejszy seria wydawana jest jako miesięcznik. Jej wydawcą jest Image Comics, wydawnictwo którego założycielem jest m.in. Todd McFarlane ( twórca jednej z najlepszych serii komiksowych „Spawn”), i które współtworzą takie znane nazwiska jak Jim Lee, Marca Silvestriego czy Jim Valentino. Kirkman dołączył do tego szacownego grona w momencie kiedy wydawnictwo zdecydowało się na jego wcześniejszy projekt – „Invincible” – czyli opowieść , którą niektórzy porównują do „Watchmenów” Alana Moore’a a w swojej stylistyce nawiązuje do Złotego i Srebrnego Wieku Komiksów.

„Żywe trupy” liczą już sobie ponad 120 zeszytów, co jakiś czas jednak zostają wydawane w tomach zbiorowe wydania, głównie po 6-5 zeszytów w jednym i w takiej postaci zaczęły się ukazywać w Polsce począwszy od października 2005 roku, nakładem Taurus Media. Każdy, kto posiada takie wydania, z pewnością zauważy, że ich okładki połączone są ze sobą wizerunkami żywych trupów. Gdy złączysz każdy tom okładka z okładką utworzy się przerażający szereg martwych, rozkładających się twarzy.

Advertisement

The-Walking-Dead-Issues-112-113-114-Comic

Pomysł na fabułę był bardzo prosty żeby nie powiedzieć banalny: oto bowiem główny bohater, po długiej utracie przytomności, budzi się w szpitalnym łóżku po to, aby przekonać się, że świat, jaki znał wcześniej, już nie istnieje. Dla niektórych może się to kojarzyć z początkiem fabuły „28 dni później” Danny’ego Boyle, jednak nie ma tutaj mowy o żadnym kopiowaniu czy podkradaniu pomysłów, chociaż zdaję sobie sprawę z faktu, że jest on trudny do udowodnienia. Film co prawda swoją amerykańską premierę miał wcześniej niż komiks, ale oba powstawały mniej więcej w tym samym czasie i w dodatku Kirkman przyznaje zresztą, że widział film Boyle’a krótko po premierze swoich „Żywych trupów” i przyznaje, że było to dla niego wkurzające, ale nic nie poradzi na to, że wielkie umysły myślą podobnie.

Rick Grimes – bo takie jest imię głównego bohatera, który jest policjantem – po przebudzeniu odkrywa zupełnie nową rzeczywistość, o której nie śnił nawet w najgorszych snach. W ten chylący się ku upadkowi świat wprowadza go niejaki Morgan Jones wraz ze swoim synem Duanem. To on wyjaśnia zdezorientowanemu Rickowi co się tak naprawdę stało – martwi powrócili do życia i stanowią śmiertelne zagrożenie dla żywych. Świat, który znał, już nie istnieje. Rick postanawia wyruszać do Atlanty w poszukiwaniu swojej rodziny – żony Lori i syna Carla, bo zanim upadła wszelka komunikacja, media podawały aby udawać się do miast.

Advertisement

Jednak Atlanta okazuje się ślepym zaułkiem. Nasz bohater ledwo uchodzi z życiem przed hordą wygłodniałych żywych trupów. Z opresji ratuje go Glenn, który proponuje mu gościnę w obozie, który tworzą uchodźcy z Atlanty. Szczęśliwym trafem okazuje się, że w tym obozie znajdują się jego żona i syn, którzy znaleźli się tam za sprawą Shane’a, jego przyjaciela i partnera z policji. W obozie poznajemy jeszcze sympatycznego staruszka Dale’a, nieco ponurego Jima, dwie siostry Andreę i Amy, Carol i jej córkę Sophię oraz małżeństwo Allena i Donny z dwójką bliźniaków.

img_00051

„Żywe trupy” to coś więcej niż zwykła opowieść mająca wywołać dreszczyk emocji. To nie jest zwykły horror. Ci, którzy ukochali remake „Świtu żywych trupów” Zacka Snydera czy serię „Resident Evil” tak naprawdę nie mają po co zaglądać do komiksu. Sama historia charakteryzuje się raczej dosyć powolnym tempem, więc jeśli już występują jakieś zwroty akcji, to zdarza się to bardzo rzadko. I w takich momentach są sugestywnie ilustrowane przez Tony’ego Moore’a i Charliego Adlarda: ożywione zwłoki są tu niejako dodatkiem bardzo niepokojącym i stanowiącym faktyczne zagrożenie, ale ciągle tylko dodatkiem.

Advertisement

Kirkman skupia się przede wszystkim na relacjach międzyludzkich. Owszem można powiedzieć, że Romero zrobił to samo w swojej kultowej „Nocy żywych trupów” i w następującym po niej równie genialnym i sprawniej zrealizowanym „Świcie żywych trupów”, jednak to właśnie Kirkman wydaje się być lepszym obserwatorem. Jego ciągnąca się opowieść, to nie tylko nieustająca walka o przetrwanie z hordami wygłodniałych zombie, ale skupia się on w niej także na takich, zdawało by się, prozaicznych, ale jakże istotnych i często pomijanych w wielu filmach rzeczach, jak zdobywanie pożywienia, poszukiwanie miejsca, w którym można się schronić, wyspać i załatwić potrzeby fizjologiczne.

Co więcej, Kirkman chce również nam powiedzieć, że to tak naprawdę nie żywych trupów mamy się obawiać, ale innych ocalałych ludzi, którzy potrafią być o wiele większym zagrożeniem. Międzyludzkie konflikty są tutaj codziennością – czy to zwykłe nieporozumienia wewnątrz grupy, czy to walka o przywództwo, czy takie o większym zasięgu, gdzie rozchodzi się o przejęcie danego terytorium i środków do przeżycia, które przybierają bardziej zbrojny charakter. Kirkman, jak nikt do tej pory, przygląda się ludzkiemu umysłowi, który staje w obliczu tak niewyobrażalnej sytuacji jak ożywanie zmarłych i ludzkim zachowaniom wystawionym na tak ekstremalne sytuacje jak walka o przetrwanie z dnia na dzień. Istotna jest również próba poukładania sobie życia w jakże niesprzyjających warunkach.

Advertisement

twdv5p2

Zatem nie mamy tutaj do czynienia z twardzielami, dla których zombie-apokalipsa to niezły ubaw i którzy prześcigają się w wymyślnych sposobach na zabicie umarlaków. Nie, tutaj mamy zwykłych szarych ludzi, o brudnych i zarośniętych przeciętnych twarzach, dla których zabicie nawet jednej nieumarłej istoty jest nie lada wyczynem, nie tylko fizycznym, ale i psychicznym. W tej opowieści mamy ludzi przygnębionych faktem, że każdy dzień jest niekończącą się walką o przeżycie; ludzi zmęczonych tułaczką i wiecznym ukrywaniem przed niepojętym zagrożeniem, zarówno ze strony zombie, ale i tych, którzy zbudowali na niej swoje szaleństwo.

Kirkman przemyślał to rewelacyjnie, dzięki czemu jego opowieść, choć nieprawdopodobnie fantastyczna u podstaw, jest naprawdę realistyczna. Po przeczytaniu dwóch pierwszych tomów, czułem się jakby żywe trupy nagle z komiksowych kart przeniosły się do rzeczywistości i obok samej ludzkości stać się jej głównym zagrożeniem. Ten komiks naprawdę działał na wyobraźnię. Bo to coś więcej niż zwykły komiks, który po przeczytaniu odkładasz na całą stertę pozostałych zalegających w kącie. To prawdziwa współczesna powieść grozy, która z pewnością przejdzie do klasyki.

Advertisement

PIERWSZE INFORMACJE O SERIALU

Gdy dotarły do mnie pierwsze informacje na temat „Żywych trupów”, nie przypuszczałem, że ten tytuł jest w stanie się wybić ponad przeciętność, zwłaszcza jeśli nazwisko autora kojarzyło mi się z mało poważnym „Battlepope”. Podejrzewam również, że sam Robert Kirkman nie spodziewał się tak ogromnego sukcesu i że już chyba do swojej śmierci będzie kojarzony z tą właśnie serią. Jego „Żywe trupy” były przecież nominowane do komiksowych Oscarów, czyli prestiżowej Nagrody Eisnera przyznawanej na międzynarodowych targach Comic-Con w San Diego. Jednak popularność komiksu nie była na tyle wystarczająca, aby zaczęto myśleć o przeniesieniu go do medium, nieco potężniejszego od komiksu, jakim jest telewizja.

Advertisement

Jednak takie zadanie właśnie postawił sobie Frank Darabont, wszem i wobec znany z genialnych interpretacji prozy Stephena Kinga – „Zielonej Mili” i „Skazanych na Shawshank” – który deklaruje się jako największy fan komiksu Kirkmana i zombie w ogóle. Jego fascynacja żywymi trupami zaczęła się jeszcze w wieku czternastu lat, kiedy to po raz pierwszy obejrzał „Noc żywych trupów” George’a A. Romero.

Frank Darabont na planie pierwszego odcinka (w białych spodniach)

Frank Darabont na planie pierwszego odcinka (w białych spodniach)

Trzeba przyznać, że trudno było przepchnąć pomysł zekranizowania „Żywych trupów”. Darabont męczył się z tym przez cztery lata. Projekt odrzuciły takie stacje jak NBC i HBO, co w przypadku tej drugiej jest przeze mnie po dzień dzisiejszy decyzją niezrozumiałą. Jednak już wkrótce Darabont i Kirkman tradili pod skrzydła stacji AMC, która mogła poszczycić takimi mocnymi tytułami jak „Mad Men”, „Hell on Wheels” czy „Breaking Bad”, a które spokojnie stanowią konkurencję dla hiciorów ze stajni HBO właśnie. I do tego szacownego grona dołączyły „Żywe trupy”.

Pierwszy odcinek z sześciu, zatytułowany identycznie jak pierwszy tom serii komiksowej, „Days Gone Bye” reżyserowany przez samego Darabonta, swoją premierę miał 31 października 2010 roku. Stacja AMC przygotowała z tej okazji ogólnoświatową akcję promocyjną serialu. Tego samego odbyła się gigantyczna inwazja zombie w 26 największych miastach na świecie. Setki statystów przebranych na zombie pojawiło się w najbardziej znanych miejscach największych miast jak na moście w Brooklynie w Nowym Jorku, przy pomniku Lincolna w Waszyngtonie, przy Big Benie w Londynie czy muzeum Prado w Madrycie i którego punkt kulminacyjny nastąpił w Los Angeles podczas premiery pierwszego odcinka.

Advertisement

„Days Gone Bye” to książkowy przykład jak powinno się ekranizować komiksy, w pełni oddając pokłony oryginalnemu materiałowi, jednocześnie nieznacznie go ulepszając. To również jeden z niewielu najlepszych odcinków pilotażowych jakie widziała telewizja, w moim odczuciu ustępując tylko „Sześć stóp pod ziemią”.

the_walking_dead_zombies_new_y

„Days Gone Bye” zaczyna się z grubej rury. Widz już w scenie otwierającej, jeszcze przez świetną czołówka z charakterystycznym narastającym motywem autorstwa Beara McCreary’ego, zostaje dosłownie kopnięty w twarz, kiedy to na ekranie pojawia się dziewczynka-zombie. Moment, w którym podnosi z ziemi swojego misia, kiedy usiłuje atakować głównego bohatera i kiedy ten wymierza jej kulkę w sam środek czoła, jest naprawdę poruszający. Długo nie mogłem pozbierać swojej szczęki z podłogi. Takiego wstępu się nie spodziewałem, bowiem to wydarzenie nie miało miejsca w komiksie, ale również nie spodziewałem się takiej odwagi w przeniesieniu na ekran tego komiksu.

Advertisement

Kirkman w swoim komiksie nie oszczędza nikogo, a śmierć potrafi kosić bohaterów po których najmniej można oczekiwać zgonu. Nie oszczędza nawet dzieci i scena otwierająca serial pokazywała, że w serialu mogło być podobnie. Jak przyszłość pokaże, poniekąd tak było. Już sam fakt zderzenia dziecięcej niewinności z zombie apokalipsą to naprawdę nieprzyjemny pomysł, a już śmierć dziecka pogryzionego przez zombie to prawdziwy koszmar. Jeśli ktoś ma wystarczającą ilość empatii i wyobraźni aby sobie coś takiego uzmysłowić oraz posiada odrobinę wrażliwości, to z doświadczenia wiem, że kilka niespokojnych nocy ma zagwarantowane.

93779_orig

SERIAL JAK KOMIKS (Z KILKOMA WYJĄTKAMI)

Advertisement

Nie ma sensu dalej opisywać fabuły odcinka , bo jej ogólny zarys przedstawiłem wcześniej przy okazji omawiania komiksu. Jego fani bez wątpienia poczuli się jak w domu, mimo pewnych kosmetycznych zmian i urozmaiceń. Oczywiście głównym bohaterem bez zmian jest Rick Grimes, czyli postać na której oparty był ciężar fabuły pierwowzoru. W tą rolę wcielił się Andrew Lincoln, przeciętny aktorzyna, którego wcześniej sprawne oko kinomana mogło wypatrzeć w „Love Actually” czy słabej telewizyjnej wersji „Wichrowych wzgórz”. Obok niego zobaczyć można Joe Bernthala, znanego chociażby z „Pacyfiku”, w roli Shane’a Walsha oraz znaną za sprawą „Prison Breaka” Sarah Wayne Calles, jako żona Ricka – Lori.

Pojawia się również Lennie James, jako Morgan, czyli postać ważna, bo wprowadzająca Ricka w nową rzeczywistość. Frank Darabont zatrudnił do udziału w tym przedsięwzięciu aktorów, który twarze i nazwiska znane są z wcześniejszych jego filmów. W czołówce wymienieni zostali tacy aktorzy jak Laurie Holden, jako Andrea, która pojawiła się w „Majestic” z Jimem Carreyem i „Mgle”, Jeffrey DeMunn, który pojawił się tu jako Dale a wcześniej można było go zobaczyć we wszystkich najważniejszych dziełach Darabonta czy Melissa McBride, którą można było oglądać we „Mgle”, a w „Żywych trupach” jako Carol. Z ciekawszych twarzy pierwszego sezonu koniecznie wyróżnić trzeba Normana Reedusa i Michaela Rookera, którzy wcielają się w braci Dixon, czyli postaci, o których nie ma mowy w komiksie.

Advertisement

Zwłaszcza ten drugi, choć pojawił się zaledwie w dwóch odcinkach, to kradł z nich każdą scenę, w której się pojawiał. Ciekawy epizod zaliczył również Noah Emmerich, którego bohater również nie pojawił się w komiksie, ale w serialu odegrał znaczącą rolę o czym trochę później.

Advertisement

tnt24.info_The_Walking_Dead_-_The_Complete_Season_1_720p_BRRip_AC3-ViSiON_avi_eng_.7763__401007Serialowi bohaterowie w dużej mierze odpowiadają tym z pierwowzoru, jednak Darabont względem bohaterów poczynił pewne zmiany, zmieniając ich charaktery i inaczej pokierował ich relacjami, co oczywiście nie wyszło najgorzej.

Nie mamy tutaj erotycznego charakteru znajomości Dale’a z Andreą, a sam serialowy Dale jest bardziej dobrodusznym staruszkiem niż ten komiksowy. Frank Darabont razem z Kirkmanem zmienili również trochę skład grupy ocaleńców. Z drugoplanowych postaci zobaczyć można czarnoskórą Jaqui, o której nie ma mowy w komiksie, jest również mąż Carol – Ed, któremu doczepiono łatkę damskiego boksera i o którym w komiksie dowiadujemy się tylko z relacji jego żony. Jest rodzina Moralesów, którzy pojawili się w scenariuszu w zastępstwie rodziny Allena. Jest również T-Dog, który wbrew pierwotnym pogłoskom nie pojawił się w miejscu komiksowego Tyresse, czyli jednej z ważniejszych postaci w serii.

Jednak najważniejszymi postaciami, które nie pojawiają się w komiksowych „Żywych trupach” są wspomniani bracia Dixon – młodszy Daryl i starszy od niego Merle. Obaj są bardzo ciekawym ubarwieniem serialu, a ten pierwszy zalicza się do najważniejszych postaci w całej historii i bez niego ciężko byłoby sobie ten serial wyobrazić. Obaj również mogli pochwalić się dużą popularnością, czym utwierdza fakt, że firma Sony uczyniła ich głównymi bohaterami gry komputerowej, „Survival Instinct”, która przedstawia ich losy poprzedzające akcję serialu.

Advertisement

No i jest jeszcze dr Edwin Jenner, tragiczna postać którego obecność w wielkim stylu wieńczy pierwszy sezon. To postać, która podobnie jak w miejsce – Centrum Chorób Zakażnych (CDC), do którego udali się główni bohaterowie, nie ma swojego odpowiednika w komiksie, ale w serialu odgrywa niezwykle znaczącą rolę. To właśnie dzięki Jennerowi bohaterowie i widzowie poznają samoistny proces przywracania martwego ciała do życia. Dowiadują się, również, że tak naprawdę nie ma nadziei na ratunek i o czym dowiadujemy się w pod koniec drugiego sezonu, że tak prawdę wszyscy jesteśmy żywymi trupami, bowiem ta pandemia nie rozprzestrzenia się tylko i wyłącznie po ugryzieniu przez zombie.

walking-dead-season-301-029

I wreszcie, doszedłem do tego co u Kirkmana jest najlepsze, czyli tego jak powołuje do życia swoje żywe trupy. I nie chodzi mi tutaj o procesy myślowe jakimi kieruje się przy wymyślaniu kolejnych odsłon swojej historii, ale o ten magiczny element w fabule, dzięki któremu martwi powrócili do życia i który stał się przyczyną obrazowanej przez Kirkmana apokalipsy.

Advertisement

TRUP BEZ POWODU

W każdym innym filmie byłby to nieznany, bądź wychodowany przez człowieka w tajnych laboratoriach wirus bądź kosmiczne promieniowanie. W „Żywych trupach” dzieje się to bez powodu. I najbardziej przerażające jest to, że nie ważne, czy zostałeś ugryziony przez zombie czy nie. Tutaj nie ma reguł, bo i tak po swoim zgonie, czy to naturalnym czy w wyniku tragicznego zrządzenia losu – dołączysz do nich, zasilając ich niezliczone rzesze, o ile wcześniej ktoś litościwie nie wpakuje Ci kulki w łeb. W komiksie bohaterowie dowiadują się o tym stopniowo obserwując wskazujące na to zdarzenia, w serial zostaje to powiedziane, właściwie wyszeptane do ucha Ricka, tym samym odbierając mu nadzieję na to, że kiedykolwiek będą bezpieczni.

Advertisement

I to jest chyba najbardziej przygnębiające w całej tej historii, bo właśnie w tym objawia się cała beznadziejność losów głównych bohaterów, którzy starają się przeżyć jak najdłużej, mimo świadomości nieuchronnego przeznaczenia. Bo nie ma tutaj mowy o jakiejkolwiek przyszłości, nadziei na lepsze. Nie ma tutaj happy endu. „Żywe trupy”, komiks czy serial, wywołują naprawdę nieprzyjemne uczucie w żołądku. I chyba w tym właśnie tkwi sedno. Dzięki temu ten tytuł jest tak wyjątkowy.

Advertisement

„Żywe trupy” Franka Darabonta to sześć odcinków, podczas oglądania których fani komiksu Kirkmana poczują się jak w domu. Przyjemnie jest wyłapywać znajome sytuacje, sceny i porównywać z czarno-białymi rysunkami Tony’ego Moore’a – zwłaszcza jeśli pojawiają się w nich żywe trupy. W pamięć zapada spotkanie Ricka z tzw. bicycle girl zombie, czyli pierwsze zombie, które spotyka po wydostaniu się ze szpitala – na wpół obgryzioną i rozkładającą się kobietę – naprawdę przejmujący moment i nawet bardziej niż w komiksie.

Podobnie jak w komiksie mamy również tłum żywych trupów w Atlancie, który atakuje Ricka i pożera jego konie, na którym przybył do miasta – jedna z bardziej widowiskowych scen z udziałem zombie. Niezła jest również scena gdy Rick i Glenn obsmarowani wnętrznościami maszerują pomiędzy trupami, jest atak na obóz i jest nawet scena z zombie, który pożywia się martwym jeleniem, chociaż w serialu umieszczona została w nieco innym kontekście. I najbardziej dla mnie zapadającą w pamięć scena z pierwszego sezonu, jest przejmująca i przepiękna zarazem scena rezurekcji Amy, siostry Andrei, po ataku na obóz ocalałych z Atlanty.

Advertisement

Ta obecna w oczywiście w komiksie scena nie jest przedstawiona tam w taki rewelacyjny sposób i nie ma takiego ładunku emocjonalnego. Warto tutaj zaznaczyć, że wiele scen w serialu jest jakby rozszerzeniem lub dodatkiem do tych z komiksu.

Rick Atlanta.jpg

Taka jest właśnie scena poprzedzająca strzelaninę, w której zostaje ranny Rick. To dosyć długi dialog między nim a Shanem, w którym ten pierwszy dzieli się swoimi problemami małżeńskimi. Ta scena to przede wszystkim kawał porządnie prowadzonych dialogów i genialny, bo spokojny wstęp do burzy jaka się zaraz wydarzy. I nie mam tutaj na myśli pościgu i strzelaniny, ale nakreślenie relacji między tą dwójką oraz zapowiedź późniejszych konfliktów między nimi. Żałuję trochę, że takiego wstępu nie było w komiksie, który zaczyna się od razu od postrzału Ricka. W serialu fajnie kładło to fundamenty na późniejsze wydarzenia i budowało pełne napięcie oczekiwanie na nieuchronny ciąg wydarzeń. Bo przecież wiemy, jak za chwilę będzie wyglądał świat.

Advertisement

Nie ma co owijać w bawełnę – pierwszy sezon „Żywych trupów” to prawdziwa rewelacja i śmiem stwierdzić, że nawet genialne „Breaking Bad” nie miało takiego świetnego początku. Od czasu „Nocy żywych trupów” w wersji Toma Saviniego, nie powstał tak dobry zombie movie i każdy z sześciu odcinków, no może poza „Guts”, zdaje się utwierdzać w tym przekonaniu. „Żywe trupy” to bez wątpienia pierwsza liga horroru, chociaż zbyt często nie stosuje zabiegów charakterystycznych dla gatunku. Zombie nie wyskakuje nagle z ciemności – cała groza polega właśnie na tym, że on po prostu maszeruje w biały dzień lub po prostu ma się świadomość, że on tam gdzieś jest.

Bo przecież często jest tak, że trupy pojawiają się na ekranie, podobnie jak w komiksie, rzadziej niż byśmy tego chcieli. W jednym z odcinków naliczyć można aż dwóch umarlaków, pojawiających się tylko na chwilę.

Advertisement

The Walking Dead Season 2

I tutaj trzeba koniecznie podkreślić, że „Żywe trupy”, zarówno w wersji komiksowej jak i serialowej, to coś więcej niż horror. Bez wątpienia bliżej mu do dramatu, ale nie takiego wyciskającego łzy, tylko przygnębiającego. Co prawda sam komiks jest o wiele bardziej dołujący, atmosfera jest tam o wiele gęstsza i mroczniejsza, ale serial potrafi się pod tym względem obronić. Fakt, że potrafi dostarczyć przyzwoitej rozrywki, głównie poprzez wyśmienite efekty gore, ale poza tym nie jest sielankowo. Kolorowy świat serialu Darabonta jest nie mniej poważny niż czarno-białe karty komiksu Kirkmana. To naprawdę udana ekranizacja.

DRUGI SEZON NIE BEZ KŁOPOTÓW

Advertisement

Jeszcze 8 listopada 2010 roku, czyli dosłownie tydzień po emisji „Days Gone Bye” stacja AMC ogłosiła, że powstanie drugi sezon, tym razem liczący sobie trzynaście odcinków. Swoją premierę miał 16 października 2011 odcinkiem „What Lies Ahead”. Otwieracz drugiego sezonu jest tak samo dobrym odcinkiem jak wychwalany przeze mnie odcinek pilotażowy z pierwszego. Ciekawostką jest fakt, że tak naprawdę miał to być drugi odcinek. Pomysł na pierwszy epizod według Franka Darabonta nie obejmował wydarzeń następujących po wydarzeń z Centrum Chorób Zakaźnych. Miał opowiadać historię żołnierza, którego zwłoki Rick Grimes odkrywa chroniąc się w opuszczonym czołgu w Atlancie.

Jednym słowem odcinek ten miał niejako obrazować upadek miasta, które zostało opanowane przez żywe trupy. Jeśli wierzyć Darabontowi miałoby to przypominać „Helikopter w ogniu” z tą różnicą, że zamiast z tłumami uzbrojonych Somalijczyków, żołnierze, którzy trafili do Atlanty, mieli zmierzyć się z hordami zombie. Pamiętając pierwszy odcinek i fragment w czołgu uważne oko telewidza wypatrzyła w roli martwego żołnierza aktora, Sama Witwera, który już wcześniej pojawił się we „Mgle” Darabonta, również w roli mundurowego i to właśnie on ponownie miał się wcielić w swoją rolę. W tym odcinku miały się również pojawić postacie Andrei, Amy i Dale’a. Pomysłu jednak nie zrealizowano i ostatecznie to trzymający się fabuły „What Lies Ahead” stał się epizodem pierwszym i… zarazem ostatnim, przy którym swoje palce maczał Frank Darabont.

Advertisement

the-walking-dead-season-2-cast-wallpapers_34881_1024x768

Niestety człowiek, który przyszedł z genialnym pomysłem ekranizacji komiksu Kirkmana do włodarzy AMC; człowiek, który przynosi im pisklę, które z kolei przeistoczy się później w kurę znoszącą złote jajka, oraz jedyny gwarant jakościowego sukcesu – ten człowiek został bez mrugnięcia okiem zwolniony, a wręcz nawet wyrzucony ze swojej posady nie otrzymując żadnego wyjaśnienia czy obciążającego jego osobę powodu. Dużo mówiło się o nieporozumieniach na tle finansowym, ale tak naprawdę to chodziło tutaj o zbyt ambitne plany Franka Darabonta. Pierwotnie sezon drugi miał obejmować wydarzenia na farmie Hershela, pobyt w więzieniu i początki konfliktu z Woodbury i kultowym już Gubernatorem.

AMC nie było w stanie udźwignąć genialnej wizji twórcy, bowiem zwyczajnie poskąpiło pieniędzy. Nie chce mi się rozpisywać zbytnio na temat tej jakby nie patrzeć kontrowersyjnej sprawy, gdzie pieniądze są ważniejsze od twórczej wizji. Chcę skupić się na samym serialu i jak on się ma do swojego obrazkowego pierwowzoru. Dodam jedynie, że nie jestem w stanie po dzień dzisiejszy zrozumieć tej decyzji, a myśl, jak mógłby wyglądać ten serial gdyby Darabont dalej był jego showrunnerem (swoją drogą, obrzydliwe określenie) nie daje mi spokoju. Tak więc, chcąc nie chcąc, jako fan komiksu i zombie w ogóle musiałem zaakceptować rozwój wydarzeń i oglądać serial dalej.

Advertisement

ZOMBIE NA FARMIE

Fabuła drugiego sezonu rozpoczyna się zaraz po wydarzeniach z Centrum Chorób Zakaźnych. Kolejnym przystankiem, w którym ekipa ocalałych z Rickiem Grimesem na czele pokłada swoje nadzieje, jest wielokrotnie wspominany Fort Benning. Jednak okrutny los po raz kolejny rzuca im kody pod nogi. Natrafiają na swojej drodze na duże skupisko porzuconych samochodów, co uniemożliwia im dalszą wędrówkę. Podczas torowania sobie drogi i przeszukiwania wraków, bohaterowie natrafiają na pochód żywych trupów. To jedna z niewielu scen, w których widz obserwuje jak bardzo poważnym zagrożeniem jest horda zombie i jak bardzo człowiek, pomimo swojego uzbrojenia, może być wobec niej bezradny. Cała scena, zrealizowana wręcz minimalistycznymi środkami, rozgrywająca się prawie w ciszy jest jedną z bardziej klimatycznych z całego serialu.

Advertisement

walking_dead_what_lies_ahead_zombie_hord

Kiedy wydaje się, że wszystko dobrze się skończy jeden z zombie zauważa Sophie, córkę Carol, która ucieka w stronę lasu i tam się gubi. Ten nieszczęśliwy wypadek będzie determinował późniejsze działania bohaterów, w dużej mierze stając się głównym wątkiem pierwszej połowy drugiego sezonu. Zaginięcie Sophie nie miało miejsca w komiksie, ale już scena zamykająca „What Lies Ahead” owszem. Odcinek bowiem kończy się postrzałem Carla. Ta scena, podobnie jak wcześniejsze zaginięcie Sophie, po raz kolejny pokazuje jak bardzo najmłodsi mają przechlapane w konfrontacji z zombie-apokalipsą. Takie sceny i wydarzenia w fabule podkreślają tragizm sytuacji, w jakich znaleźli się wszyscy bohaterowie i jak bardzo trudno jest zapewnić wzajemnie poczucie bezpieczeństwa. W świecie „Żywych trupów” nikt nie ma taryfy ulgowej i twórcy zdają się podkreślać to każdą sceną, która daje ku temu okazję.

Tragiczny wypadek Carla jest ważnym punktem w fabule, zarówno w komiksie, jak i w serialu. To wydarzenie prowadzi widzów (i czytelników) na farmę Hershela Greena, jednej z bardziej charakterystycznych postaci w „Żywych trupach”. Tym samym mniej liczna obsada po pierwszym sezonie, co było spowodowane wieloma zgonami, w drugi weszła z nowymi nazwiskami w czołówce. Z osób wartych wspomnienia jest bez wątpienia Scott Wilson, wcielający się właśnie w rolę patriarchy rodziny Greene, oraz Lauren Cohan, która zagrała najstarszą córkę Maggie. Podobnie jak w pierwszym sezonie w przedstawionych wydarzeniach, jak i samych postaciach względem komiksowego pierwowzoru dopuszczono kilka zmian.

Advertisement

walkingdeadseason2

Jednak te zmiany w drugim sezonie wydają się bardziej drastyczne. Przede wszystkim inny jest sam Hershel i jego rodzina. W komiksie jawił się on jako szorstki facet z zasadami, których się po prostu nie łamie i taki który wzbudza szacunek. W serialu mamy do czynienia z poczciwie wyglądającym staruszkiem, który w swej poczciwości przebija nawet Dale’a. To wciąż facet z zasadami, jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że nie jest on taki surowy i szorstki w obyciu jak w komiksie. Postać kreowana przez Scotta Wilsona to trochę nie ten obraz ojca, do którego zawsze należy ostatnie słowo i które jest niepodważalne.

Oczywiście nie znaczy to, że jest kiepsko zagrana i nie zmienia to faktu, że jest jedną z ważniejszych w drugim sezonie do której należy kilka naprawdę zapadających w pamięci tekstów. A zwłaszcza tego jednego: „I can’t profess to understand God’s plan, but when Christ promised a resurrection of the dead, I just thought he had something a little different in mind.” (Nie twierdzę, że rozumiem boski plan, ale kiedy Jezus obiecywał zmartwychwstanie zmarłych, miałem nadzieję, że miał co innego na myśli.) Po prostu genialne.

Advertisement

Trzeba również wspomnieć, że serialowi twórcy zrobili go facetem z alkoholową przeszłością, czego fakt raczej nie ma większego wpływu na fabułę. Warto również zaznaczyć, że w komiksie Hershel miał bardziej liczną rodzinę. W komiksie była to siódemka dzieci, z sześcioro żyjących udało się nam poznać. Była to Maggie, Arnold, Billy, Lacey i małe bliźniaczki Rachel i Susie. W serialu z tych postaci poznajemy jedynie Maggie, oprócz niej jest jeszcze Beth, której na ekranie jest tak mało, że równie dobrze mogłoby jej nie być.

THE-WALKING-DEAD-Bloodletting-Season-2-Episode-2-4

 

Advertisement

Jednak największą różnicą względem komiksu jest wymuszony pobyt Ricka i jego grupy na farmie Hershela rozciągnięty jest tutaj na całe dwanaście odcinków, podczas gdy w komiksie zajmował on tylko dwa zeszyty. Podejrzewam, że gdyby Darabont przewodził dalej serialowi, cała historia z farma zamknęłaby się w dwóch lub trzech odcinkach. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, bowiem cały czas trwania postoju na ziemi Hershela jest tłem dla rozbudowanego konfliktu między Rickiem a Shanem.

I tutaj mamy kolejną różnicę, bowiem kto zajrzy do komiksu, ten będzie wiedział, że konflikt tych dwóch niegdyś przyjaciół zakończył się na długo przed przybyciem na farmę, dodajmy, że zgonem Shane’a. Twórcy w serialu postanowili dać tej postaci trochę więcej czasu, aby w pełni rozwinąć potencjał jaki w niej niewątpliwie drzemał. Shane jest zupełnym przeciwieństwem Ricka, który w dalszym ciągu jest idealistą, próbującym za wszelka cenę zachować człowieczeństwo swoje, jak i innych z grupy. Dla niego liczy się tylko przetrwanie za wszelką cenę, nawet ludzkiego życia.

Advertisement

the-walking-dead-bald-shane

 

Shane, w niesamowitej kreacji Jona Bernthala, jest jednocześnie czarnym charakterem, postacią tragiczną i niejednoznaczną. Z jednej strony to zagubiony twardziel do bólu zakochany w żonie przyjaciela, a z drugiej brutal, który upomina się o swoją, jak mu się wydaje, własność i któremu wydaje się, ze jego tok rozumowania jest jedynym słusznym. Warto w tym miejscu wspomnieć, że sam wątek romansu jest tutaj bardziej między Shane’m, a żoną Ricka – Lori jest tutaj bardziej złożony. W komiksie to była jedynie chwila zapomnienia, natomiast w serialu przerodziło się to w bardziej skomplikowaną zażyłość.

Advertisement

Co więcej, konflikt na linii Rick-Shane jest dodatkowo zaogniony ciążą żony Ricka, Lori. W komiksie ciąża wyszła na jaw na chwilę po jego śmierci, aczkolwiek również tam nie było pewności, kto jest ojcem. Shane jest święcie przekonany, że kocha Lori i że to on jest ojcem dziecka, chociaż widz tak naprawdę patrząc na decyzje i działania, jakie podejmuje stawia sobie pytanie: czy w ogóle jest on w ogóle zdolny do uczuć wyższych. Jego troska o Lori to nic więcej jak upominanie się o swoją własność, a chęć zapewnienia bezpieczeństwa reszcie grupy, to zwykła żądza władzy i zadatki na dyktaturę. Serialowy Shane jest pierwsza postacią, którą tak naprawdę zmieniła się pod wpływem „nowego świata” i która tak naprawdę do niego pasuje, bo odrzuca zasady „tego starego”. Shane, zaraz obok Hershela, to bez wątpienia jedna z najważniejszych postaci w drugim sezonie, który w dodatku wyrasta na głównego antagonistę.

2x07-Pretty-Much-Dead-Already-the-walking-dead-28082293-1280-720

Drugi sezon „Żywych trupów” można podzielić na dwie części. Pierwsza to głównie wspomniany wątek zaginionej Sophii i postrzelenie Carla, co prowadzi widzów na farmę Greenów, gdzie z kolei wątek poszukiwań znajdzie dramatyczny koniec w niesamowitej scenie ze stodołą. W komiksie cała akcja ze stodołą nie była tak widowiskowa i emocjonująca, jak w serialu. Bardzo ciekawym posunięciem było zbudowanie wokół niej aury tajemniczości. Hershel w komiksowym pierwowzorze nie ukrywał przed swoimi gośćmi faktu na temat tego, kogo trzyma w stodole. W serialu jest to nieprzyjemny sekret, którego odkrycie stanowiło katalizator do bardzo dramatycznych i niezwykle angażujących emocjonalnie wydarzeń. Mowa oczywiście o odcinku „Pretty Much Dead Already”, kiedy to w ostatnich minutach epizodu ze stodoły wychodzi… A zresztą, lepiej zobaczyć to samemu.

Advertisement

Druga część sezonu to głównie uwypuklenie również wspomnianych konfliktów pomiędzy Rickiem i Shanem i ich wybuchowego końca. Konflikt między tymi dwiema postaciami, przewijał się już w od początku sezonu, jak i również serialu, jednak dopiero w ostatnich odcinkach znajduje on swoje ujście. To właśnie pod koniec drugiego sezonu Shane zmienia się radykalnie. Jedyne co nim kieruje to żądza krwi i chęć usunięcia jedynej przeszkody, która stoi mu na drodze do wszystkiego. Ważnym pionkiem w tej emocjonującej grze jest postać z „zewnątrz” – Randall, z jednej strony niepozorny chłopak, a z drugiej strony członek innej grupy, która może zagrozić spokojnej egzystencji bohaterów na farmie.

To o jego duszę zdają się walczyć Rick i Shane, jednak to tylko pretekst aby wyrzucić sobie wzajemnie wszystkie oskarżenia, zarzuty, rozgoryczenia i rozczarowania. Tak było w genialnym „18 Miles Out” i tak skończyło się w genialnym „Beside the Dying Fire”. I to nie mogło się skończyć inaczej niż śmiercią jednego z nich.

Advertisement

10362a

ŻYWI, ALE NIEOBECNI

„Żywe trupy” jeszcze na kartach komiksu, czyli od początku swojego istnienia jawiły się jako dzieło ze świetnym procesem rozwoju postaci, ich przemian i… nieoczekiwanych zgonów. Pierwszy sezon, pomimo zaledwie sześciu odcinków, nie poskąpił czasu antenowego każdej postaci lub zaskakującego końca jej żywota, jak np. Jaqui czy Merle, kiedy jeszcze nie było pewne czy przeżył. Drugi sezon, z trzynastoma odcinkami, niestety cierpiał na pewien problem spychania niektórych bohaterów na dalszy plan i kompletny brak pomysłu dla zaznaczenia ich miejsca w serialu. Taki los spotkał właśnie T-Doga, który swój lepszy występ odnotował jedynie w pierwszy odcinku „What Lies Ahead”, a później jakby twórcy o nim zapomnieli. Drugą postacią jest jedna z córek Hershela – Beth . Mimo, że to latorośl jednej z najbardziej znaczących postaci drugiego sezonu, to nie dowiadujemy się o niej kompletnie niczego.

Advertisement

Pod koniec sezonu twórcy aby nieco zaciekawić widzów tą postacią wprowadzili ją w stan katatonii, zaraz po wydarzeniach przed stodołą i dokonali na niej nieudanej próby samobójczej. Warto tu również wspomnieć o Lori Grimes. Co prawda w dalszym ciągu była ona jedną z najważniejszych postaci w serialu i w całym sezonie, jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że jej postać była prowadzona w jakiś mało logiczny sposób. Po pierwsze, jej bezsensowna wyprawa w „Triggerfinger” i po drugie jej zachowanie wobec Ricka, kiedy to najpierw sugeruje mu, aby wreszcie zakończył tą całą napiętą sprawę z Shane’m, a kiedy już jest po wszystkim (ostatni odcinek) to wygląda to tak jakby miała do niego o to pretensję. I warto tu również wspomnieć o tym, w jaki denerwujący sposób ta postać została zagrana przez Sarah Wayne Callies.

walking-dead-lori-Copy

Mimo pewnego podobieństwa z komiksową Lori, zastanawiam się po dziś dzień, czy aby na pewno obsadzenie tej aktorki to był dobry wybór. Jednak największym zawodem było pozbycie się poczciwego Dale’a, który ginie wypatroszony przez żywego trupa. W ostatnich odcinkach z jego udziałem dało się odczuć osamotnienie tej postaci względem pozostałych, wynikającą z odmiennych poglądów zarówno na sprawę Shane’a i ważących się losów więzionego Randalla. Podobnie osamotniony co jego postać musiał się czuć sam aktor na planie zdjęciowym. Można bowiem odnieść wrażenie, że jego serialowa śmierć była podyktowana nieporozumieniami z producentami serialu. Aktor Jeffrey DeMunn, jako jedyny z całej obsady, do samego końca walczył o dobre imię i przywrócenie Franka Darabonta z powrotem do projektu. Zemsta producentów?

Advertisement

Żeby jednak nie było tyle marudzenia muszę wspomnieć o jaśniejszych punktach. Jednym z takich był niewątpliwie Norman Reedus i jego Daryl Dixon. Ta postać bez wątpienia wysunięta została na pierwszy plan, co został zresztą wyszczególnione w czołówce rozpoczynającej każdy odcinek. To on nie miał żadnych wpadek, kiepskich dialogów i scen; to on ukradł cały odcinek „Chupacabra”, w którym na chwilę pojawił się Michael Rooker. Ciekawie poprowadzoną postacią okazała się również Andrea, która okazała się być naprawdę twardą babką, choć momentami niezbyt chłodno potrafiącą ocenić sytuację.

The Walking Dead (Season 2)

Pomimo braku Franka Darabonta i kontrowersji z tym związanych, drugi sezon „Żywych trupów” to kawał dobrej telewizji. Fakt, że to właśnie wtedy odezwały się pierwsze głosy krytyki, jakoby serial zaczął nużyć, nie wpłynęły ostatecznie na moją ocenę końcową. Jestem w stanie zrozumieć krytykę, bowiem spokojnie można by skrócić sezon o kilka odcinków i prawdopodobnie nic by na tym nie stracił, a jedynie zyskał na dynamizmie. Dla mnie to niezwykle spójna, klimatyczna, głównie za sprawą malowniczego miejsca i pełna unoszącego się w powietrzu napięcia. Nie ma tutaj miejsca na sielankę. To nic, że farma względnie wydaje się być bezpiecznym miejscem, ale w koło rodzą się pytania, czy mogą zostać dłużej. Rodzą się sekrety, kłamstwa, niedopowiedzenia, różnice zdań i konflikty.

Advertisement

Ten sezon ma kilka naprawdę zapadających w pamięć odcinków, takich jak wielokrotnie wspominany „What Lies Ahead”, „Chupacabra”, „Pretty Much Dead Already” czy kończący sezon „Beside the Dying Fire”. Zwłaszcza ten ostatni z naprawdę wybuchową końcówką, którą internauci określili mianem Barnaggedonu i który jest zawiera jedną z najlepszych akcji z zombiakami w starym dobrym stylu rodem z „Nocy żywych trupów”. To naprawdę udany sezon i jeden z tych moich bardziej ulubionych.

CDN (wkrótce)

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *