Recenzje
UPADEK. „Czy to ja jestem zły…?”
W filmie UPADEK. „Czy to ja jestem zły…?” Michael Douglas wciela się w człowieka, który w obliczu frustracji powoli traci kontrolę nad sobą.
Kiedy stoimy w wielkomiejskim ulicznym korku, który posuwa się do przodu bardzo mozolnie i którego końca wcale nie widać, naszą uwagę mimowolnie zwrócić mogą różne „poboczne” elementy, jakich jadąc szybciej i płynniej, w większości nawet byśmy nie zauważyli: banery reklamowe, krążące wokół natrętne owady, dziwny wygląd niektórych aut czy wreszcie: inni użytkownicy drogi. Przywołując takie sytuacje we własnej pamięci, przypominam sobie wiele opanowanych i zdystansowanych twarzy, twarzy ludzi, którzy starali się nie zwracać uwagi na irytującą sytuację drogową i angażować w coś innego.
Były też i oblicza zupełnie zrelaksowane, osób wykorzystujących ów przymusowy postój do czytania gazet czy słuchania muzyki oraz zupełnie odmienne, ludzi poirytowanych i niecierpliwych, przeklinających warunki jazdy w głębi duszy czy też całkiem otwarcie. Wśród tych ostatnich zaś – pewien odsetek wręcz wściekłych, dla których korek był jedną z wielu okazji do ujawnienia się tłumionej na co dzień wściekłości i żalu. Oblicza tych osób wyrażały groźbę niekontrolowanego emocjonalnego wybuchu, jaki zaistnieć mógł w każdym niemal momencie.
Jedną z takich właśnie twarzy jest ta należąca do blisko czterdziestoletniego Williama Fostera, który w filmie Joela Schumachera Upadek najczęściej przywoływany jest za pomocą pseudonimu D-FENS, widniejącego na tablicy rejestracyjnej jego samochodu. To nawiązanie do jego pracy w przemyśle zbrojeniowym: „Pomagałem bronić Ameryki” – mówi bohater z w jednej z ostatnich scen filmu (ang. defense – obrona). Z pracy tej, wykonywanej przez lata, niedawno go zwolniono; wcześniej rozwiódł się z żoną i otrzymał nakaz sądowy ograniczający mu możliwość widywania kilkuletniej córeczki.
Powodowana kolejnymi życiowymi porażkami frustracja maluje się na twarzy Fostera, gdy uwięziony w ciasnym wnętrzu swego samochodu obserwuje z rosnącym gniewem i przerażeniem otoczenie. Składające się zaś na nie teoretycznie zwyczajne elementy miejskiego krajobrazu – nastolatkowie głośno bawiący się w autobusie, krzykliwe reklamy, ekscentryczne napisy i grafiki na autach, ludzie wydzierający się do słuchawek telefonów komórkowych – za pomocą umiejętnie wykorzystanej gradacji dynamiki montażu i muzyki wydają się tu niemal wizją z sennego koszmaru (scena, co oczywiste, przywodzi z początku na myśl otwarcie Osiem i pół Felliniego, ale jej rozwój, finał i to, co następuje później, ujawniają zupełnie inne cele twórców). Wreszcie bohater wybiega z samochodu i, ku dezaprobacie stojących za nim innych kierowców – na dobre go opuszcza, rozpoczynając tym samym pieszą podróż przez miasto, której kolejne etapy stanowią zasadniczą część fabuły filmu.
D-FENS to nie postać z bajki. Już wcześniej zdarzały mu się agresywne zachowania, żona i córeczka boją się go; gdy wysiada z samochodu i przemierza ulice Los Angeles, wygląda jak człowiek, którego misją stała się krwawa zemsta na całym świecie za doznane krzywdy. Gdyby był głównym bohaterem znacznie bardziej typowego i populistycznego filmu, mógłby, niczym Paul Kersey w Życzeniu śmierci, upajać się wymierzaniem sprawiedliwości na drodze przemocy. Ale nie jest. Ani też (oprócz konfrontacji z, niezbyt zresztą rozgarniętym, meksykańskim gangiem ulicznym) nie napotyka na swej drodze groźnych rzezimieszków, odstręczających oprychów czy zawodowych morderców, z którymi mógłby się zmierzyć.
Ci, których spotyka, zdają się tworzyć dość typowy krajobraz wielkomiejskiej, zachodniej codzienności. Koreański sprzedawca w sklepie, bogaci starsi mężczyźni grający w golfa, obsługa baru fast-food – wszyscy antypatyczni, uosabiający naganne cechy nowoczesnego świata, jak bezmyślność, duchowa pustka, obsesja materialnego zysku, służalcze nastawienie wobec (nawet najbardziej absurdalnych) przepisów – ale też bardzo wiarygodni i mocno zakorzenieni we współczesnej rzeczywistości.
Kluczem do sukcesu utworu, obok inteligentnie napisanego scenariusza autorstwa Ebbe Roe Smitha, jest występ Michaela Douglasa jako Williama Fostera, jeden z wielu, których pominięcie nie przynosi Amerykańskiej Akademii Filmowej chluby. Choć jego najsłynniejszą rolą prawdopodobnie pozostanie postać bezwzględnego biznesmena w Wall Street Olivera Stone’a, jego interpretacja postaci D-FENSa udowadnia, jak doskonale opanował grę na pograniczu skrajnych emocji: wściekłości i bezradności, gniewu i słabości.
Pamiętacie jego błyskotliwy występ jako niewiernego prawnika, który powoli traci kontrolę nad wykreowaną przez siebie samego sytuacją w Fatalnym zauroczeniu? Tudzież bogatego biznesmena wplątanego w dziwną i niepokojącą intrygę w Grze? Te i inne role pokazują, jak dogłębnie rozumie Michael Douglas meandry psychiki swoich bohaterów, ich wątłość i poczucie bezsiły ukrywane pod maską chłodu i władczości.
Choć polski tytuł filmu to Upadek, w dosłownym tłumaczeniu tytuł oryginalny brzmiałby raczej: Upadając, co jeszcze mocniej podkreśla, iż obserwujemy podczas tego seansu ostateczny proces załamywania się stabilności psychicznej bohatera, prowadzący go aż do autodestrukcji. Na swej drodze Foster terroryzuje bronią, demoluje sklep, bije, a nawet (raz) zabija. Budzi strach, gdy obładowany bronią przemierza ulice Los Angeles, gotów swą wściekłość wyładować na każdym, kto stanie mu na drodze. Nie jest jednak psychopatą, człowiekiem z gruntu niemoralnym, „maszyną do zabijania”.
To zwykły człowiek, człowiek, jakich wielu, który z powodu kolejnych porażek życiowych i nieumiejętności poradzenia sobie z nimi załamał się, przekroczył granicę swej wytrzymałości psychicznej, wszedł na drogę, z której nie ma powrotu. Jego celem nie jest niszczenie i zabijanie, lecz powrót do rodziny. „Chcę tylko dotrzeć na urodziny mojej córeczki” – powtarza jak w transie. Tak, utracił kontakt z rzeczywistością, owszem, jest agresywny i niebezpieczny, lecz nie jest człowiekiem złym i zdemoralizowanym. Nie jest patologicznym wyjątkiem; uosabia bowiem wielu ludzi, którzy czują się odrzuceni, okłamani, niepotrzebni, a których wątła konstrukcja psychiczna i uwarunkowania zewnętrzne mogą doprowadzić do przekroczenia emocjonalnej granicy, poza jaką bezsilność przeradza się w agresję i przemoc.
Film Schumachera budził kontrowersje ze względu na swój rasistowski, zdaniem niektórych, wydźwięk. Może być tak rozumiany tym bardziej dziś, w dobie obsesyjnie nierzadko pojmowanej poprawności politycznej. Takie odczytanie filmu wydaje mi się jednak zupełnie nietrafione, czynione ze względu na preferencje ideologiczne odbiorcy, nie zaś – realną wymowę dzieła. W istocie, meksykańscy gangsterzy i koreański sprzedawca to ewidentni antybohaterowie filmu. W trakcie swej wędrówki D-FENS konfrontuje się jednak także z właścicielem sklepu z bronią, zajadłym faszystą, a co za tym idzie – rasistą i nacjonalistą (granym tu wielce sugestywnie przez Frederica Forresta, pamiętanego przede wszystkim z Czasu apokalipsy). Gdy ten zaś, biorąc głównego bohatera za podobnego sobie, zaczyna w niewybredny sposób wyrażać swój brak sympatii wobec „ciot”, „bab” i czarnuchów”, Foster równie jasno daje mu do zrozumienia, że wcale nie popiera jego poglądów („Nie, nie jesteśmy tacy sami. Ja jestem Amerykaninem, a ty – popaprańcem”). W końcu wywiązuje się walka i neonazista staje się (jedyną) ofiarą D-FENSa. Bohater Douglasa nie ma żadnej ideologicznej misji głoszącej czystość rasową, ani też nie widzi swych problemów jako efektu koegzystencji z obcokrajowcami.
Tak, niektórzy z nich stają mu na drodze i wywołują jego wściekłość, nie mniej jednak wcale niż inni – biali. Jedna z najbardziej poruszających scen ma zaś miejsce, gdy na jednej z ulic Foster napotyka zrozpaczonego czarnoskórego mężczyznę, wykrzykującego ironiczne, gorzkie słowa o swej „niezdolności kredytowej”. Bohater przygląda się mu z ponadprzeciętną atencją i przejęciem w oczach; ów napotkany nieznajomy staje się w owej chwili jakby jego alter ego, ich życiowe położenie i stan psychiczny stanowią niemal wzajemne lustrzane odbicie, co D-FENS zdaje się doskonale rozumieć. Kiedy mężczyzna odjeżdża, wykrzykuje w stronę bohatera: „Nie zapomnij mnie”, ten zaś odpowiada mu skinieniem głowy.
Drugą kluczową dla zrozumienia wymowy filmu postacią jest sierżant – weteran w ostatnim dniu swojej pracy, Martin Prendergast, grany przez legendę amerykańskiego kina, Roberta Duvalla. Policjant właśnie odchodzący na emeryturę, na sam koniec kariery mierzący się ze szczególnym przestępczym przypadkiem, to typowe dla amerykańskiego kina sensacyjnego rozwiązanie fabularne, twórcom Upadku udaje się mu jednak nadać zupełnie nowego znaczenia. Prendergast, podobnie jak Foster, to człowiek naznaczony piętnem życiowych porażek, dramatów i frustracji. Zupełnie niedoceniany w pracy, nielubiany przez szefa („Nie mam zaufania do ludzi, którzy nigdy nie przeklinają”), trwający w dziwnej relacji z histeryczną żoną, wciąż niemogący pogodzić się z dawną tragedią – śmiercią swej córeczki.
Jego inteligencja skazuje go na bolesną świadomość własnego niespełnienia w życiu prywatnym i zawodowym, braku szacunku ze strony niemal wszystkich współpracowników (za wyjątkiem prowadzącej wraz z nim dochodzenie w sprawie D-FENSa młodej policjantki, granej przez Rachel Ticotin), tego, że nie czeka go już nic prócz powolnej wegetacji. Obserwując bohatera Duvalla, rozumiemy, iż jest on kimś, kim mógłby być Foster, gdyby udało mu się wytrzymać tych kilkanaście lat więcej, do momentu, w którym większości owych problemów przypatrywałby się już z perspektywy czasowego dystansu.
Oglądając film po raz kolejny, po kilku latach przerwy, nie byłem zaskoczony, iż wydał mi się jeszcze bardziej aktualny niż wcześniej. Dojrzałość i uniwersalność wymowy Upadku polega na tym, że nie obwinia on za tragedię bohatera konkretnego rządu, konkretnych ludzi, lecz skupia się na ukazaniu, jak czuje się jednostka o dużym potencjale, a jednak niedoceniona i odtrącona, obserwująca sukcesy ludzi, którzy osiągają je na drodze sprytu, niemoralności i bezwzględności. „Straciłem pracę… Miałem zbyt wysokie wykształcenie, a za małe doświadczenie… A może było odwrotnie?” – mówi z ironią D-FENS w jednej z bardziej emocjonalnych scen filmu, a w jego głosie słyszymy głos wielu ludzi postawionych przed jednym z największych kłamstw współczesnej zachodniej rzeczywistości – wizją nieskończonych możliwości i łatwego materialnego zysku.
Zarówno William Foster, jak i Martin Prendergast stanowią personifikację takich właśnie osób – ciężko pracujących, inteligentnych, którym bliskie są najważniejsze życiowe wartości, a które po latach dowiadują się, iż dla otaczającego świata wszystko to nie miało tak naprawdę znaczenia. Cel sugestywnego oddania tego właśnie uczucia realizuje Upadek tak udanie, jak czyni to rzadko który film.
Nieco mniej udanie nakreślona jest natomiast sfera życia prywatnego głównego bohatera. Owszem, wiemy o jego problemach z agresją, które w mniej radykalnej formie ujawniały się już wcześniej, zdajemy sobie sprawę, że jego życie rodzinne również legło w gruzach. Pozostaje jednak niejasne, jak do tego doszło. Jak wyglądały jego relacje z żoną, czemu nie udało mu się znaleźć emocjonalnego schronienia w małżeństwie i ojcostwie – w rolach, w których ewidentnie bardzo pragnął się spełniać? Uczucia posiadają moc, która jest w stanie uśmierzyć ból nawet dotkliwych życiowych porażek i świadomość tego jest w filmie Schumachera niewątpliwie odczuwalna. Zarazem jednak nigdy nie dowiadujemy się, dlaczego to właśnie one nie stały się dla bohatera tak oczekiwanym wybawieniem.
Upadek to inteligentne kino również dzięki błyskotliwej grze filmowymi konwencjami. Choć reżyser Joel Schumacher zapisał się w historii kina przede wszystkim dwoma niesławnymi filmami o Batmanie, w obrazach takich jak choćby Straceni chłopcy, Klient czy Czas zabijania dał się poznać jako twórca wszechstronny i utalentowany; omawiany utwór jest być może najambitniejszym ze wszystkich jego filmów. To przejmujący dramat społeczny, jednak nie „czysty gatunkowo”, lecz swobodnie wykorzystujący schematy kompozycyjne i fabularne charakterystyczne dla thrillera, kina sensacyjnego czy nawet komedii.
Utwór operuje momentami cierpkim, wręcz czarnym humorem, nie tracąc przy tym ani na chwilę dramatycznego wydźwięku. Podczas scen takich jak choćby te rozgrywające się w barze fast-food czy na polu golfowym śmiałem się, zdając sobie jednak w pełni sprawę z goryczy i smutku tych fragmentów, z tego, iż każdy kolejny wybuch emocjonalny bohatera, zamiast przynosić ulgę, coraz bardziej pogrąża go we frustracji i cierpieniu. Finał utworu stanowi zaś znakomita sekwencja, w której Foster i Prendergast wreszcie się spotykają. To niezwykle błyskotliwa aluzja do tak tradycyjnych dla amerykańskiego kina akcji ostatecznych konfrontacji „prawowitego stróża prawa” ze „zdeprawowanym przestępcą”, stanowiąca przy tym szczególnie wyraziste podkreślenie absurdu i tragizmu losu bohatera. „Ja jestem tym złym? Jak to się stało?” – pyta D-FENS, jakby wciąż nie mogąc uwierzyć i po chwili dodaje ironicznie: „Idealne zakończenie. Pojedynek między szeryfem a złoczyńcą. To piękne!”.
Historia Williama Fostera nie doczekała się jednak swojego właściwego zakończenia. Została przerwana wtedy, gdy właśnie rozpoczął się jej najważniejszy rozdział. Przyczyny takiego stanu rzeczy pozostają nie w pełni jasne nie tylko dla nas, ale i dla samego bohatera. D-FENS pragnie zniszczyć wszystko dookoła, niszczy jednak przede wszystkim samego siebie; twórcy filmu pozostawiają nas zatem z niewdzięcznym uczuciem obserwowania tytułowego upadku – upadku nie zdegenerowanego przestępcy, lecz zwykłego człowieka, który nie zdołał udźwignąć ciężaru, jaki spoczął na jego barkach.
I gdy fabuła utworu znajduje już swe rozwiązanie, powracamy na chwilę do domu bohatera, by spojrzeć znów na nagrany na starej kasecie film, ukazujący szczęśliwe chwile z jego dawnego życia. William Foster uśmiecha się na nim, przytula i całuje swą małą córeczkę i trudno w tym momencie uwierzyć, że za chwilę przyjdzie ktoś, kto ów film wyłączy, ukazywane na nim chwile zaś na zawsze staną się przeszłością.
korekta: Kornelia Farynowska
