ENNIO MORRICONE – Maestro della musica | FILM.ORG.PL

ENNIO MORRICONE – Maestro della musica








Jacek Lubiński
02.12.2016


Strony: 1 2

Artykuł wyciągamy z archiwum z prostego powodu – wielki Ennio Morricone przyjedzie do Polski na koncert już 6 lutego 2017 roku! TUTAJ kupicie bilety. 

Syn Libery Ridolfi i Maria Morriconego, najbardziej uzdolniony spośród piątki ich dzieci. Obecnie osiemdziesięciosiedmioletni rzymianin, od sześćdziesięciu lat związany z tą samą kobietą, z którą doczekał się czworga potomstwa. Wychowanek legendarnego konserwatorium Akademii Muzycznej św. Cecylii, uzdolniony trębacz, pianista, orkiestrator, instrumentalista, dyrygent, producent oraz… zwolennik centroprawicowej Partii Demokratycznej. Zdobywca niezliczonej ilości nagród, wyróżnień i nominacji, w tym pięciu BAFTA, czterech Grammy, trzech Złotych Globów i… tylko jednego Oscara – za całokształt twórczości.

Skromny, niewysoki, chuderlawy, ze starannie zaczesaną na bok grzywką. Jak każdy Włoch stroniący od języków obcych domownik, lecz w przeciwieństwie do większości obywateli słonecznej Italii prawdziwy pracuś. Komponuje od szóstego roku życia, a od dwudziestego szóstego robi to głównie dla X muzy. Napisał łącznie aż pięćset trzydzieści ilustracji (przy ponad stu klasycznych dziełach) i bynajmniej nie zamierza przestać, bo – jak sam twierdzi – nie potrafi odpoczywać.

To właśnie Ennio Morricone – najbardziej chodliwy współczesny kompozytor.

ennio-1

Dziś trudno wyobrazić sobie kino bez jego dźwięków. Kojarzony jest zresztą bezproblemowo przez największych laików – i to nie tylko ze spaghetti-westernowych, „gwizdanych” melodyjek, którymi zasłynął po raz pierwszy, ale głównie z charakterystycznego stylu, pełnego nieoczywistych eksperymentów, jakie razem składają się na niezapomniane, często pachnące kiczem, ale zarazem zaskakująco wciągające melodie.

Chociaż, jak każdy klasycznie wyszkolony artysta, zaczynał od własnych kompozycji koncertowych, kantat, sonat, requiem i tym podobnych (jego pierwszą oficjalną pracą jest Poranek na fortepian i głos z 1946 roku), a następnie przeżył płomienny romans z muzyką popularną, to jednak ruchome obrazy były mu w jakiś sposób sądzone. Inna sprawa, że przyciągnęły go do siebie najbardziej banalnym argumentem – kasą. A ta przyszła wpierw od nagrań sesyjnych i aranżowania piosenek dla radia oraz telewizji RAI (Radiotelevisione italiana) oraz lokalnego oddziału wytwórni RCA (Radio Corporation of America). Stamtąd trafił do kina, w którym z początku pomagał w procesie twórczym takim ówczesnym tuzom, jak Armando Trovajoli, Carlo Savina czy Mario Nascimbene; podpisując się czasem jako Leo Nichols.

Dobrą muzyką nie ocalisz złego filmu.

Tako rzecze Morricone. A wie, co godo, bo co jak co, ale doświadczenia odmówić mu nie można. Obskoczył chyba każdy możliwy gatunek i formę celuloidowej rozrywki. Zaczynając od filmów klasy B (Diciottenni al sole), wypromowany przez tanie, rodzime podróbki jankeskich strzelanek na Dzikim Zachodzie (Gringo, Zawodowiec, Strzelby dla San Sebastian), nie stronił od równie „ambitnych” horrorów (Antychryst z 1974 roku, Ciałopalenie 2000, sequel Egzorcysty) oraz nurtu giallo (Spasmo, Kot o dziewięciu ogonach). Na swoim koncie ma stos dramatów (Salo, czyli 120 dni Sodomy wystarczy za przykład – choć do tego przypadku jeszcze wrócimy), lekkich (Slalom, How I Learned to Love Women) i poważniejszych komedii (Zwiąż mnie, Ptaki i ptaszyska), projekty science fiction (niesławna Misja na Marsa z efektem bicia serca) i fantazyjne ganianie z mieczami w jeszcze bardziej ekscentrycznych fatałaszkach (Czerwona Sonja, Hundra). Kino kostiumowe (Vatel) i epickie freski historyczne (Baaria czy Wiek XX, z którego główny temat stał się hymnem narodowym hiszpańskich socjalistów) również nie są mu obce. Zaliczył niejeden gangsterski porachunek (Bugsy, Stan łaski), romans (Lolita Adriana Lyne’a), thriller (Czynnik ludzki, Frantic), kino akcji (Na linii ognia, Prawo pustyni). Ilustrował hollywoodzkie hity (Wilk, W sieci) i wojenne zawieruchy (Bitwa o Algier), otarł się również o erotykę (Klucz Tinto Brassa) oraz nurty neo-noir (Droga przez piekło) i animal attack (Orka – Wieloryb zabójca). Wielokrotnie pisał pod religijne obrazy (Barabasz, Mojżesz prawodawca) i polityczne pamflety (Senator Bulworth). Przerabiał Szekspira (Hamlet z Melem Gibsonem), często gościł na małym ekranie (Kosmos 1999, Nostromo, Marco Polo, Ośmiornica, japońskie Musashi z 2003 roku), był obecny także w świecie reklamy (spot Lancii z Richardem Gere). Udało mu się nawet ustrzelić kilka musicali (Mi vedrai tornare), trochę biografii (chociażby obie części polskiego Karola o papieżu Janie Pawle II), setkę dokumentów, parę krótkich metraży oraz… jedną animację (Aida degli alberi). Lista, jaką można ciągnąć w nieskończoność.

Współpracował z wieloma znakomitościami po drugiej stronie kamery – Oliver Stone, Brian De Palma, Jerzy Kawalerowicz, Bernardo Bertolucci, Roman Polański, Roland Joffé, Dario Argento, Don Siegel, Terrence Malick, Barry Levinson, Warren Beaty, Wolfgang Petersen… To zaledwie kilka gorących przykładów. A wśród mniej znanych, acz wieloletnich towarzyszy filmowych wojaży warto wymienić chociażby Maura Bologniniego, Alberta Negrina oraz Giuliana Montalda, z którymi zrobił po kilkanaście produkcji. Najczęściej natykał się przy tym na… Sergiów. Z tym najsłynniejszym, Leonem, znał się wszak ze szkolnej ławy, a potem wspólnie na stałe zapisali się w annałach jako jeden z najgenialniejszych tandemów, jakie kino widziało i słyszało. Każde z dziewięciu ich spotkań na planie – licząc też dwa filmy jedynie wyprodukowane przez Leonego, Nazywam się Nobody i Un genio, due compari, un pollo – kończyło się audiowizualną ucztą, a większość stanowi od dawna żelazną klasykę X muzy. Można jedynie żałować, że nigdy nie doszło do planowanego przez Leonego projektu o oblężeniu Leningradu podczas II wojny światowej – reżyser zmarł na atak serca na dwa dni przed rozkręceniem produkcji na dobre.

ennio-3

Morricone i Leone

Tymczasem Morricone równie często przesiadywał w studiu nagrań z Corbuccim i Sollimą. Oczywiście ich filmy ustępują pod wieloma względami dorobkowi Leonego, lecz i w nich Morricone potrafił odcisnąć swe piętno na muzycznej historii. Navajo Joe, Człowiek zwany Ciszą czy Colorado (org. The Big Gundown) to ważni reprezentanci westernowego świata, a i Miasto przemocy oraz Rewolwer z lat późniejszych wpłynęły na inne gatunki włoskiego kina. I to właśnie pod skrzydłami wyżej wymienionej trójki – ale też i przy współudziale mniej innych swoich krajanów jak Duccio Tessari, Ricardo Blasco czy Franco Giraldi – Morricone zyskał sławę na całej Ziemi.

Jego surrealistyczne połączenie gwizdów Alessandra Alessandroniego i miękkich sopranów, najczęściej należących do Eddy Dell’Orso (z tą dwójką zdarza mu się pracować do dziś!) z drapieżnymi dźwiękami gitary elektrycznej Fendera i samotnej trąbki oraz eksperymentalne zabawy z pochodzącymi jakby wprost z filmowego świata, z wewnątrz danych historii teksturami (jak skowyt kojota w Dobrym, złym i brzydkim, fałszująca harmonijka ustna głównego bohatera Pewnego razu na Dzikim Zachodzie lub tykanie zegarka kieszonkowego, odliczającego czas do spotkania z przeznaczeniem w Za kilka dolarów więcej) znacząco przysłużyły się odkrywaniu na nowo Ameryki przez, często brodatych, artystów z Półwyspu Apenińskiego. Będące efektem niskich budżetów, nie pozwalających na zatrudnianie orkiestr rozwiązania, nadały tym filmom dodatkowej głębi psychologicznej oraz naznaczyły je swoistą nostalgią. Na zawsze pozostały symbolem prerii Dzikiego Zachodu, acz przecież tak wielu innych muzyków, zdecydowanie bardziej zdefiniowanych przez Americanę, mierzyło się i mierzy nadal z tym tematem. Rewolucja, która dokonała się (nie tak znowu) dawno temu we Włoszech okazała się jednak bezlitosna – także dla samego Morriconego.

Jeśli przypatrzeć się filmom, nad którymi pracowałem, łatwo zrozumieć, dlaczego zostałem specem od westernów, historii miłosnych, politycznych, thrillerów akcji, horrorów, itd. Innymi słowy, nie jestem specjalistą, ponieważ robiłem to wszystko. Jestem specjalistą od muzyki.

Bardzo szybko westerny stały się jego zmorą. Okrzyknięto go ekspertem od kowbojskich opowiastek, co poniekąd ciągnie się za nim po dziś dzień. A tymczasem rewolwerowe pojedynki to nikły procent dorobku maestro – niespełna pięćdziesiąt pozycji, z których połowy i tak nikt już praktycznie nie pamięta. Życie bywa jednak złośliwe, a historia lubi zataczać koło. W momencie, gdy piszę te słowa, po ekranach kin przemyka najnowszy film Quentina Tarantino – nie tylko prywatnie, ale i zawodowo wielkiego fana twórczości Morriconego, którego kompozycje umieszczał w większości swoich filmów, jakie często cytują, bądź reinterpretują słynne pozycje najbardziej amerykańskiego z amerykańskich gatunków kina (nawet we włoskim wykonaniu). Nienawistna ósemka tegoż reżysera to z dawna wyczekiwany, drugi western w jego dorobku, do którego Morricone w końcu – po wcześniejszych próbach, jakie spaliły na panewce (Pulp Fiction, Bękarty wojny, Django) oraz wywołanych nimi zapewnieniach, iż nigdy do tego nie dojdzie – napisał oryginalną ilustrację. Pierwszą dla tego gatunku od blisko trzydziestu pięciu lat. Jak na ironię, kompozytor otrzymał za nią już Złoty Glob i jest wielce prawdopodobne, że przypieczętuje go także pierwsza, „normalna” statuetka Amerykańskiej Akademii Filmowej w jego dorobku (w 2007 roku dostał Oscara honorowego, za całokształt kontrybucji dla tej dziedziny sztuki). Czy słusznie?

Gdyby to zależało ode mnie, zdobywałbym Oscara co drugi rok.

Te słowa Morricone wypowiedział we wspomnieniach jednej ze swoich najbardziej cenionych prac i zarazem jego największej bodaj przegranej w rokrocznym wyścigu po Złotego Rycerza – porażce słynnej Misji w starciu z jazzowymi standardami Herbiego Hancocka do Około północy, czyli tytułu, jaki zgubił się w odmętach czasu, zwłaszcza w sferze dźwiękowej. Nie była to jedyna porażka Włocha na przestrzeni lat (w przypadku pierwszej zdobytej nominacji wygrał z nim Giorgio Moroder i jego Midnight Express), ale z pewnością jedyna, której nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Inna sprawa, że Morricone potrafił zaliczać nie mniejsze wpadki również podczas procesu tworzenia, do którego podchodzi w wyjątkowo specyficzny sposób – zwłaszcza patrząc na wielu kolegów po fachu.

ennio-4

Morricone i De Palma

Podobnie jak kiedyś m.in. Bernard Herrmann, tak i Ennio pisze, komponuje i nagrywa wszystko sam, bez wysługiwania się pomagierami, czego zresztą kompletnie nie rozumie. Do swojego miejsca pracy – nazywanym przez niego laboratorium – nikogo nie wpuszcza. Stroni także od dobrodziejstw techniki, nadal pozostając przy zwykłym ołówku i kawałku papieru. Jak mało kto nie używa fortepianu do znalezienia właściwego tonu, melodii, od początku do końca wszystko słysząc „w głowie” w pełni zorkiestrowane. Co więcej, nie przystępuje do prac nad muzyką, zanim nie zobaczy samego filmu w jego pełnej, zamierzonej wersji (aczkolwiek na początku obranej drogi były kompletnie odwrotne wyjątki – na przykład w Trylogii Dolarowej, gdzie część muzyki powstała jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć). Dla wielu filmowców bywa to problematyczne, zwłaszcza jeśli trzeba ścigać się z czasem.

Muzyka to coś, co można sobie wyobrazić, nie można jej izolować. Orkiestra musi być w głowie kompozytora.

Co ciekawe, w całej karierze tylko dwa razy podziękowano mu za współpracę już po nagraniu muzyki. Pierwszy raz zrobił to John Huston już w 1966 roku, kiedy wskutek konfliktów producenckich odrzucił jego tematy do religijnego fresku Biblia (ostatecznie sięgnięto po Toshirô Mayuzumimiego). Potem, w 1998 roku, jego muzyka okazała się zbyt oczywista i „przesadnie chrześcijańska”, by zaistnieć w Między piekłem a niebem (Michael Kamen godnie zastąpił Włocha). Lecz nie obeszło się i bez innych przygód. Takową był z pewnością w 1978 roku Terrence Mallick – słynący z niełatwego obycia, koszmar wszystkich kompozytorów, których muzyką bawi się wedle własnego uznania, nie bacząc na zdanie jej twórców. Z Morriconem rozprawił się jednak całkiem łagodnie i mimo sięgnięcia do klasyki oraz aż dwuletniego procesu montażowego, gros jego kompozycji ostało się w filmie, przynosząc mu pierwszą w karierze nominację do nadmienionego już Oscara.

Trzy lata wcześniej Morricone nie potrafił też dojść do porozumienia z niesfornym Pierem Paolem Pasolinim, który zatrudnił go do aranżacji soundtracku kontrowersyjnego Salo. Mistrzowi batuty nie podobała się muzyka, nad którą miał pracować, a reżyser nie chciał pokazać mu całego filmu, bojąc się (dość słusznie, co przyzna każdy, kto widział dane „dzieło”), że Morricone będzie przerażony i, nie bacząc na ich wcześniejszą, bogatą współpracę (w tym przy Dekameronie), zrezygnuje. I tak by się zapewne stało, bowiem po regularnym seansie gotowego filmu maestro miał mocno negatywne odczucia, twierdził, że to historia „nie w jego guście”. Podobny niesmak wzbudziła w nim projekcja wspomnianego Django w 2012 roku, do którego napisał piosenkę Ancora Qui – obraził się wtedy na Tarantino, narzekając na wyjątkową brutalność filmu. Było to o tyle dziwne, że – oprócz problematycznego Salo – nie takie produkcje przyszło mu w przeszłości ilustrować.

ennio-2

Morricone i Tarantino

Swój debiut – komedię o zabarwieniu politycznym Faszysta – zawdzięcza Lucianowi Salce, z którym także spotykał się potem na planie jeszcze kilkunastokrotnie, m.in. przy okazji słynnego dramatu kostiumowego El Greco. Z kolei jego dwa ostatnie filmy to powrót w objęcia starych znajomych – Tornatorego i Malicka, którzy na 2016 rok zaplanowali sobie dwa filmy, odpowiednio romans La corrispondenza oraz dokument Voyage of Time. Tornatore co jakiś czas powraca także myślami do snu Leone o Leningradzie, ale z każdym upływającym rokiem szanse na faktyczne rozpoczęcie zdjęć maleją. W preprodukcji jest też Aline & Wolfe operatora (m.in. w dwóch filmach Tornatorego) Lajosa Koltaia, którego reżyserski debiut sprzed dekady, Los utracony, obrodził jedną z najbardziej przejmujących ścieżek Ennia w XXI wieku, jego swoistym powrotem do wielkiej formy.

Nie ulega wszak wątpliwości, że pomimo nieustannej pracy, wysokiej jakości nut oraz kolejnych zaskoczeń z jego strony, Morricone najlepsze lata ma już za sobą. Są nimi oczywiście, wypełnione samymi dobrociami, trzy ostatnie dziesięciolecia ubiegłego stulecia, czyli okres, w którym po maestro sięgnęli na dobre Amerykanie, choć on sam pozostawał równocześnie wierny europejskiemu kinu oraz po prostu robił swoje (niekiedy pisząc nawet po dwadzieścia score’ów rocznie!). I z reguły robił to diablo dobrze. Na tyle, że już w 1971 roku otrzymał złotą płytę za sprzedaż miliona kopii w rodzinnej Italii oraz znacznie bardziej prestiżowe Targa d’Oro za osiągnięcie niebagatelnych dwudziestu dwóch milionów w sprzedaży światowej – nawet dziś taki wynik może robić wrażenie wśród znacznie bardziej chwytliwych, popowych gwiazdek. Na chwilę obecną jego licznik dobił natomiast do aż siedemdziesięciu tych milionów. Jak na muzykę filmową – kosmos. Zresztą konia z rzędem temu, komu uda się policzyć wszystkie istniejące kompilacje i obecne na rynku składanki jego tematów.

Kosmiczna wydaje się także liczba przeróbek najsłynniejszych motywów Włocha. Cytowano go wielokrotnie w innych filmach, serialach, reklamach oraz… programach publicystycznych. Obecne w latach dziewięćdziesiątych na antenie programu drugiego TVP Animals wykorzystywało podczas swej czołówki przejmujące Chi Mai z Maddaleny Kawalerowicza, które potem Ennio wykorzystał ponownie w trzech innych projektach, co sprawiło, że jest on jednym z najbardziej rozpoznawalnych przykładów jego twórczości (nazwą tą ochrzczono także nieoficjalną stronę internetową kompozytora). Podejścia są różne – czasem nieświadome, innym razem w postaci zwykłej, chamskiej kopii, a niekiedy szczerego hołdu dla mistrza. Tak zrobił na przykład w trzeciej części Piratów z Karaibów Hans Zimmer, który nawiązywał do lub aranżował melodie Ennia wielokrotnie (m.in. w Rango czy drugim Sherlocku Holmesie).

ennio

Morricone z Oscarem

Jeszcze częściej popkultura chłonęła jego nuty w kolejnych, z reguły odtwórczych remiksach, jakie niekiedy same przynosiły ich autorom kupę pieniędzy (casus przeróbki tematu przewodniego z Dobrego, złego i brzydkiego przez Hugo Montenegro). Z czasem Morriconego zaczęli brać na tapetę dosłownie wszyscy, od uznanych, wszechstronnych muzyków, jak Metallica, Muse, The Ramones czy The Shadows, po raperów, hip-hopowców i DJ-ów estradowych. Dość powiedzieć, że portal Wikipedia ma całą stronę poświęconą temu zjawisku, a pod koniec ubiegłego stulecia grupa Nowojorczyków uformowała zadedykowany mu zespół wykonujący muzykę pod ruchome obrazy – Morricone Youth. Nawet były minister Japonii, Junichiro Koizumi, przygotował kompilację ulubionych utworów Włocha. Ten zbiorczy szacunek znalazł w końcu upust w wydanej w 2007 roku płycie We All Love Ennio Morricone, na której tuzy muzyki popularnej (Bruce Springsteen, Celine Dion, Quincy Jones…) reinterpretują jego twórczość. Nieco wcześniej, solo, uczynił to także światowej sławy chiński wiolonczelista Yo-Yo Ma wydając Yo-Yo Ma Plays Ennio Morricone. Jak można przypuszczać, obie te pozycje – nagrane wraz z obiektem kultu – znów rozbiły w niektórych krajach bank, a poszczególnym wykonawcom przyniosły dodatkowe nagrody do kolekcji.

Niektórzy sądzą, że piszę tylko filmowe kompozycje, a to nieprawda. Filmowy podkład jest tak naprawdę tylko dla filmowców i widowni. Każda inna muzyka to jest dopiero to, co kompozytor czuje, jest bardziej osobista.

Oczywiście Ennio Morricone to nie tylko muzyka filmowa. To nie tylko telewizja, radio oraz okazjonalnie teatr (dotąd nie było go jeszcze chyba tylko w świecie gier komputerowych, poza którymi świadomie obskoczył wszystkie media) i kilka prestiżowych wydarzeń pokroju mistrzostw świata w piłce nożnej w 1978, do których skomponował oficjalny hymn. To również bogata kariera kompozytora klasycznego. Napisał ponad piętnaście koncertów fortepianowych, dwa razy tyle prac symfonicznych, wiele dzieł chóralnych i jedną operę (Partenope z 1996 roku). O jego pierwszym takim dziele wspomniałem już na początku. Ostatnie – Riverberi (na flet, wiolonczelę i fortepian) – datuje się z kolei na rok 2004.

Sporym wycinkiem jego życia jest oczywiście również muzyka eksperymentalna. Jeszcze zanim otrzymał szkolne dyplomy, był zawodowym trębaczem. W latach sześćdziesiątych współtworzył jedną z pierwszych na globie awangardowych grup improwizacyjnych złożonych z kompozytorów. Gruppo di Improvvisazione Nuova Consonanza, czy też Il Gruppo działało do końca kolejnej dekady, znacząco odbijając się na kinowej twórczości jej kluczowego działacza. W międzyczasie, wraz z Piero Piccionim, Armando Trovajolim i Luisem Bacalovem, Morricone założył też prestiżowe studio nagrań – Forum Music Village, jakie regularnie wykorzystuje od tego momentu, również by tworzyć kompozycje filmowe. Wiele udogodnień, w tym możliwość bezpośredniego nagrywania kościelnych organów, szybko rozsławiło FMV wśród innych wykonawców, jacy chętnie tam właśnie nagrywali swoje dzieła, a lista których mogłaby stanowić osobny akapit.

ennio-6

Na takowy zasługują z kolei osobistości showbiznesu, dla których Ennio wyłożył nieco więcej niż tylko miejscówkę do grania. I tak komponował i/lub pomagał współtworzyć wycinki karier Jimmy’ego Fontany, Françoise Hardy, Amii Stewart, Rity Pavone, zespołu Pet Shop Boys (słynne It Couldn’t Happen Here), Paula Anki (jeszcze słynniejsze Ogni Volta – niesamowicie popularny kawałek zwłaszcza w ojczyźnie mistrza), Miny, Zucchero, Stinga, Morrisseya, Rominy Areny oraz Hayley Westenry. Znane są także jego konotacje z Placido Domingo, Andreą Bocellim, Danielem Luppim, grupą Goblin, Chico Buarque, Pino Donaggio, Nicolą Piovanim i oczywiście Brunonem Nicolai, który wielokrotnie dyrygował, a często także współkomponował z nim filmowe podkłady. Obaj poznali się zresztą jeszcze podczas studiów.

Poza tym wiecznie koncertował, koncertuje i zapewne koncertował będzie – najczęściej, oczywiście, z Orchestra Roma Sinfonietta. Tylko do roku 2001 odbył ponad dwieście koncertów, a od tego czasu ta liczba spokojnie się podwoiła, chociażby za sprawą światowego tournée sprzed dwóch lat, na pięćdziesięciolecie jego filmowej kariery lub My Life in Music Tour 2015. Aż sześć razy kompozytor odwiedzał przy takich okazjach Polskę – po raz pierwszy Warszawę w maju 2000 roku, na TP S.A. Music and Film Festival; po raz ostatni w lutym roku ubiegłego w Krakowie. A wkrótce przekroczy granicę Lechistanu raz jeszcze, by zagrać we Wrocławiu. Poza tym, jak na człowieka-orkiestrę przystało, odwiedził wszystkie kontynenty.

Gdy spojrzeć na to, co Bach skomponował, i jak wiele Mozart napisał w ciągu trzydziestu trzech lat, łatwo dostrzec, że w porównaniu z nimi jestem jak bezrobotny.

Do tego ogromu osiągnięć, nazwisk oraz tytułów dodać można jeszcze parę tak sympatycznych zajęć, jak dwukrotna obecność w składzie festiwalowego jury (pozycja niezbyt często przypadająca kompozytorom) – raz w Cannes, w 1984 roku, a osiem lat później w Wenecji. Morricone został także honorowym przewodniczącym Pierwszego Międzynarodowego Otwartego Konkursu autorskich teledysków Mediamusic (wow!), który całkiem niedawno odbył się w Moskwie. Edycja druga w przygotowaniu…

Przede wszystkim jednak, maestro pozostaje dumnym ojcem Marco, Alessandry, Andrei i Giovanniego. Ostatnia dwójka, od dawna dorosłych już pociech poszła jego śladami. Giovanni obrał drogę reżysera, a Andrea jest kompozytorem i dyrygentem z blisko trzydziestoma kompozycjami i statuetką BAFTA na koncie – być może i o nim powstawać będą w przyszłości podobne notki. Wszak miał najlepszego nauczyciela na świecie.

 

 

Nie sposób znać wszystkie kompozycje Morriconego. Jeszcze trudniej jest wybrać dyszkę najlepszych przykładów z jego twórczości. Tym razem wykładnikami best of the best jest więc aż piętnaście prac, będących wypadową czterech czynników: przynajmniej bardzo dobrej jakości, mocno subiektywnych odczuć i wysokiej atrakcyjności połączonej z wyraźnym piętnem, jakie odcisnęły na danych filmach oraz widzach względem reszty kariery mistrza. Stąd też bezpieczna kolejność alfabetyczna, dla zachowania pozorów uczciwości…

Pronto, maestro?

ennio-5

Na następnej stronie – TOP 15 od Ennio Morricone

Jacek Lubiński

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.
Jacek Lubiński

Strony: 1 2





  • k

    Świetny tekst o świetnym kompozytorze. Choć w top 15 spodziewałem się więcej zaskoczeń. Cóż jednak zrobić, że jego muzyka z filmów Leone i Tornatore jest tak popularna i przede wszystkim tak genialna, że musi zając co najmniej kilka czołowych miejsc w każdym jego topie. Z tych co znam dorzuciłbym świetną ścieżkę z „XX wieku”

  • janko

    Prawda, bardzo dobry tekst, a najnowsza kompozycja do filmu Tarantino jest świetna i mimo, że ma inny klimat, przypomina jego muzykę do westernów Leone. Oby dostał Oscara.

  • Ors

    Razem z G. Tornatore tworzą zgrany duet a filmy nabierają głębszego znaczenia. Morricone stworzył niepowtarzalny nastrój w filmie „Baaria”. Polecam kinowloskie.pl/baaria/






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

W STRONĘ ZACHODZĄCEGO SŁOŃCA: MEEK'S CUTOFF

Następny tekst

Dzisiaj rusza METRO TV oraz WP1 – oceniamy ramówkę



Strony: 1 2

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE